Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— I to właśnie dało mi pojęcie barw, światła, prawdy w sztuce.
Słowami podobnemi, niby zaklęciem czarodziejskiem, prowadził ją z powstrzymywanym oddechem przez życie swe, przez świat nieznany jej a opisywany z ogniem i werwą, jakiej Ryszard Heldar nigdy nie wykazał dotąd. W uniesieniu tem zaś, w wylewie egzaltacyi, artysta czuł jedno tylko pragnienie. Oto, patrząc na kruczą główkę, która od czasu do czasu pochylała się, jak gdyby chciała powiedzieć: „Rozumiem, mów dalej!“ doznawał dzikiej chęci porwania jej w ramiona i przytulenia do piersi. Marzył, aby ją zabrać stąd, unieść z sobą; bo była to przecież Maisie, bo ona jedna go pojmowała, bo stanowiła jego własność, jego dobro, istotę nad wszystkie pożądaną i upragnioną.
Pokusa stawała się tak silną, iż dla stłumienia jej przerwał opowiadanie.
— Jak widzisz, umiałem dotąd zdobyć wszystko, po co sięgnąłem — kończył, — chociaż mi nieraz ciężko o to walczyć przyszło. A teraz mów ty z kolei.
Życie Maisie było szarem, jak jej sukienka. Obejmowało długie lata pracy wytrwałej, niezmordowanej, którą podniecała duma zacięta, niedająca się złamać ani śmiechem