Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/206

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rzecz owej wdzięczności, o której wspominałaś tylokrotnie. Raz jeden, Maisie...
Dziewczę podniosło główkę, zgadzając się na wybłaganą w ten sposób nagrodę. Był to w rzeczy samej jeden tylko pocałunek; ponieważ jednak czas jego trwania nie został z góry oznaczony, zamienił on się więc w przeciągłą, namiętną pieszczotę. Maisie oswobodziła się wreszcie ruchem gniewnym, Dick zaś, zmieszany, drżący od stóp do głowy, stał przed nią w kornej postawie winowajcy.
— Żegnaj mi, najdroższa! — wyrzekł po chwili — żegnaj i... przebacz. Nie chciałem cię rozgniewać... Jedź w imię boże, niechaj „Melancholia“ świetnie ci się uda. Spróbuję pracować nad tym samym tematem. Przypomnij mnie pamięci Kami’ego i donieś, gdybym ci mógł być w czemkolwiek użytecznym. Czy... czy... nie pozwoliłabyś pocałować się jeszcze raz na pożegnanie? Nie? Masz racyę. A więc do widzenia... Bądź zdrowa, Maisie...
Zwijano już pomost, tak, że gdy stanął na wybrzeżu, parowiec ruszył równocześnie prawie. Malarz towarzyszył mu wzrokiem i sercem zarazem.
— Te statki z Calais są śmiesznie małe, nie zapewniają bezpieczeństwa. Muszę namówić Torp’a, aby zwrócił na to uwagę publiczną