Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/287

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zawadziwszy nogą o dywan, potknął się, co go tak rozgniewało, iż zaklął najwpierw, a uklęknąwszy na posadzce, zaczął szukać rękami przedmiotu, który stał się przyczyną wypadku.
Przed oczyma kobiety stanęła ta sama postać wysmukła, pełna siły i energii, przebiegająca jej pracownię, druzgocąca zapory, krocząca śmiało po ulicach parku, lub po wązkim pokładzie, jaki łączył z wybrzeżem parowiec, którym odjeżdżała przed dwoma miesiącami. Wspomnieniami poruszone serce kobiety biło coraz silniej, — on zaś, kierowany oddechem jej, zbliżał się z każdym krokiem. Wyciągnęła więc rękę, aby go odepchnąć, czy przyciągnąć ku sobie — sama nie wiedziała jeszcze. Dłoń ta dotknęła nagle jego piersi i chory cofnął się w tył, jakby ciosem śmiertelnym rażony.
— To Maisie! — zawołał, a z piersi jego głuche wybiegło łkanie. — Maisie, skąd wzięłaś się tutaj?
— Ja... ja... przyjechałam odwiedzić cię...
Ryszard zapanował już nad wzruszeniem.
— Odwiedzić mię? Skoro tak, racz usiąść, proszę bardzo. Jak widzisz, oczy nie dopisują mi trochę.
— Ależ wiem, wiem. Dlaczego nie doniosłeś mi o tem?