Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/286

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Głos ten martwy, jak zwykle u ociemniałych, wstrząsnął kobietą. Szybkim, bezwiednym prawie ruchem ukryła się w kąciku. Serce jej biło tak silnie, iż przycisnęła je ręką, by łatwiej ruch ów gwałtowny stłumić. Dick podniósł głowę, wytężając oczy w tym kierunku. Patrząc na wyraz ich, Maisie pojęła po raz pierwszy, że on jest ślepym, ślepym zupełnie! Przymykanie powiek, które w każdej chwili otworzyć mogła, dziecinną było igraszką. Wszak źrenic Heldara żadna nie przysłaniała zapora, a jednak... nie widział nic!
— Torp, czy to ty? Mówili mi, że wrócisz! — pytał chory, natężając ciągle wzrok w stronę, w której szmer powstał. — Czy to ty, Torp?
Zagadkowa cisza drażniła go widocznie.
— Nie, to ja! — zabrzmiał szept drżący, stłumiony. Maisie z trudnością poruszała ustami.
— Hm! — mruknął Heldar, nie ruszając się z miejsca. — Dziwne zjawisko!... Do ciemności przywykłem już powoli; nie chcę wszakże doznawać halucynacyi z głosami.
Boże! Czyż oprócz ślepoty dotknęło go szaleństwo, że mówił głośno sam do siebie? Serce Maisie biło tak gwałtownie, iż oddech jej utrudniało. Ryszard powstał i, czepiając się stołów, krzeseł, zaczął iść w jej stronę.