Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/229

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Dziękuję panu za męską szczerość, z jaką całą powiedziałeś mi prawdę. Przyszła ona jednak tak nagle, tak niespodzianie, iż odurzyła mię trochę. Proszę więc, pozwól mi posiedzieć tu chwilę, pozwól zebrać myśli. Tak nagle! Tak nagle!... Dziękuję, już mi lepiej.
I wybiegł szybko na ulicę, gdzie Binkie przyjął go najwyższemi oznakami radości.
— Źle z nami, moje psisko poczciwe! — mówił głosem drżącym. — Źle z nami, gorzej już być nie może. Chodź, pójdziemy do parku; trzeba zastanowić się, co dalej robić.
Skierowali się w stronę pewnego drzewa, dobrze znanego Dick’owi. Doszedłszy do niego, Heldar osunął się na ławkę. Nogi trzęsły się pod nim, uczucie dziwnego zimna dreszczem go przejmowało.
— Bez słowa przestrogi, bez żadnego przygotowania, jak śmierć nagła! — szeptał z przerażeniem, nieobejmującem jeszcze całej grozy położenia. — Nie, to stokroć od śmierci gorsze, bo równa się pogrzebaniu żywcem!... Czy rozumiesz, Binkie, iż za rok najdalej otoczy nas ciemność nieprzebita; że, choćbyśmy żyli lat sto jeszcze, będziemy tylko ruiną człowieka, kaleką, rzuconym na łaskę i niełaskę, zależnym od ludzkiej litości, od współczucia?
Pies zaczął kręcić radośnie ogonem.