Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/43

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ne skarby. A więc wolno mu posiąść wymowę, której żadna ludzka istota oprzeć się nie zdoła, szczególniej jeżeli chodzi o trochę pożywienia lub miejsce do wyciągnięcia kości strudzonych. Dalej winien on wyrobić sobie: oczy koniokrada, zdolności kucharza, siły wołu, strawność strusia i nieskończoną podatność w stosowaniu się do wszelakich okoliczności. Wielu z nich jednak umiera, nie dosięgnąwszy, niestety, tego stopnia doskonałości. Wytrwalsi zaś, powróciwszy do Anglii, chodzą w zwyczajnych tużurkach, tak, że sława ich i wspaniałość nie zostaje należycie ocenioną przez tłumy.
Dick pozwolił, aby Torpenhow wiódł go z sobą wszędzie, gdzie mu się tylko podobało. Wspólnemi siłami zdołali oni dokonać rzeczy, które ich prawie zadawalniały. Życie, jakie tu pędzili, nie było łatwem bynajmniej; trudności zaś przezwyciężane musiały ich zbliżyć ku sobie.
Nie mogło być zresztą inaczej. Jedli z jednej miski, pili wodę z tej samej butelki, dzielili wszystko, dolę i niedolę, a co najważniejsza, we wspólnej kopercie odsyłali swe prace. Dick to, jako więcej przedsiębiorczy, upoił telegrafistę w palmowej chatce, daleko poza drugą kataraktą, i podczas gdy urzędnik