Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/337

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie chodziłam. Puść mię, powtarzam. Nic chcę, abyś się naśmiewał ze mnie.
— Cóż za myśl! Szydzę z siebie samego tylko. Więc nie byłaś w szkółce? Nie znasz zatem słów: „Wybawiał innych, siebie jednak nie mógł ocalić,“ a mnie to właśnie przyszło na myśl wraz ze wspomnieniem Torpenhow’a.
Oswobodził rękę jej, lecz równocześnie tak zagradzał drzwi, że uciec nie mogła.
— No, patrzcie państwo! — ciągnął — ile to jedna marna istota zdoła złego narobić!
— Żałuję, bardzo żałuję, żem obraz zepsuła.
— A ja wcale nie żałuję. Wdzięczny ci nawet jestem. Powiedz tylko, o czem mówiliśmy przedtem?
— O przeprowadzeniu się i... i o pieniądzach. Mieliśmy mieszkać razem, ja i pan.
— Prawda. Dobrze, przeprowadzimy się, to jest ja sam zmienię lokal.
— A cóż ze mną się stanie?
— Dostaniesz jednorazowo pięćdziesiąt funtów za to, że obraz zepsułaś.
— Jakto?... więc... więc pan nie chce?...
— Nie, moja droga, to już skończyło się. Pomyśl... zyskałaś i tak sporą sumkę, za którą będziesz miała kilka ładnych sukien.