Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/338

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Mówiłeś przecież, że sobie beze mnie nie dasz rady.
— Tak, to było przedtem, ale teraz lepiej się już czuję. Dziękuję ci za troskliwość. Daj mi kapelusz.
— A jeżeli nie zechcę?
— To Beeton poda, a ty stracisz pięćdziesiąt funtów. Oto wszystko. Przynieś lepiej.
Bessie zaklęła z wściekłości. Litowała się nad tym człowiekiem szczerze, całowała go szczerzej jeszcze, bo był nawet przystojny, a najszczerzej pragnęła się zająć nim i jego czterema tysiącami funtów, które ktoś przecież wydać będzie musiał. I naraz, przez zbytnią babską gadatliwość, straciła wszystko: pieniądze, ładne suknie, stanowisko nawet, bo branoby ją prawie za prawdziwą lady.
— Zapal mi fajkę. Straciłem gust do tytuniu, ale to nic; spróbuję palić dla zebrania myśli. Co za dzień mamy dzisiaj, Bessie?
— Wtorek.
— A w czwartek odchodzą statki. Jaki ja byłem dotąd osieł, jaki osieł! Dwadzieścia dwa funty za przejazd, dziesięć na nadzwyczajne wydatki; staniemy u pani Binat, po starej znajomości. Więc trzydzieści dwa funty i sto na koszta pobytu. To się Torp zdumi, zobaczywszy mnie nagle!...