Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I po raz pierwszy od zaczęcia rozmowy oczy ich spotkały się w spojrzeniu długiem, głębokiem, a mówiącem to wszystko, czego usta niewprawne wypowiedzieć jeszcze nie umiały.
— Och, Dick’u, proszę cię, daj pokój, daj pokój!... Mogłeś to robić rano, mówiąc mi dzień dobry... ale teraz... teraz to już zupełnie co innego.
Amomma mierzyła ich z daleka okiem zdziwionem. Nieraz już widziała swych władców, kłócących się zawzięcie, pocałunki jednak zdarzyło się jej spostrzedz po raz pierwszy dopiero. Żółty kwiat, mędrszy znacznie, kiwał pochwalnie główką. Pocałunek to był dorywczy, może i nieudany, lecz niemniej, jako pierwszy dobrowolny, złożony bez obowiązkowego przymusu, otworzył on nowe światy przed nimi. Horyzont sfer tych, dotąd nieznanych, był tak podniosły, o tyle wyższy od drobnych względów ziemi, iż zapomnieli o herbacie i, zapatrzeni w niego, siedzieli ręka w rękę, jednego nawet nie mówiąc słowa.
— Teraz wierzę już, że mnie nie zapomnisz — wyrzekł Dick wreszcie pod wrażeniem pieszczoty, która stokroć silniej od prochu strzelniczego wpiła się w jego policzek.