Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Wiem, że nic nie pomoże. Ale, widzisz, byliśmy z sobą lata, lata całe; obecnie więc dopiero pojmuję, co tracę, i żal mi...
— E, nie wierzę, aby cię to obchodziło. Nie lubiłeś mię nawet.
— Prawda, nie lubiłem, lecz teraz zato, teraz kocham, strasznie kocham! — wyrzucił tchem jednym. — Maisie, moja najdroższa, proszę cię, powiedz, że i ty mnie lubisz.
— Sam wiesz o tem — wyznała. — Ale cóż, to się na nic nie zda.
— Dlaczego?
— No, bo ja już wyjeżdżam niedługo.
— To nic, byleś tylko przyrzekła, zanim się rozstaniemy. Powiedz, że zgadzasz się, najdroższa!
Druga pieszczota łatwiej już na usta mu przyszła. Dick tak niewiele w życiu swem słyszał słów tkliwych, że nie znał ich prawie. W chwili więc wzruszenia musiał je odszukiwać i stwarzać nieledwie. Dłonie jego ujęły równocześnie drobne rączki dziewczęcia, poczernione jeszcze od dymu, wydostającego się z rewolweru.
— Dobrze, przyrzekam — odparła uroczyście. — Wobec jednak uczuć mych wszelkie obietnice są tu zbyteczne.
— Więc ci nie jestem obojętny?