Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/315

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


postać męską, opartą o poręcz mostu. Długa, zaniedbana broda spadała na spłowiały kolorowy fular, zawiązany na wierzchu brudnego paltota. Człowiek podobny nie był już niebezpiecznym, nie potrzebowała go się lękać — mogła przecież uciec w każdej chwili.
Uspokojona rozumowaniem tem, Bessie zbliżyła się do dawnego malarza, którego rysy wyraz radości rozpromienił. Tak już dawno nie słyszał głosu kobiety, tak dawno żadna nie przemówiła do niego!...
— Dzień dobry, mr. Heldar! — zaczęła Bessie, nie mogąc zapanować nad zdziwieniem, wywołanem zmianą, zaszłą w Ryszardzie.
Mr. Beeton stał z miną ambasadora, który ważnego dokonał dzieła.
— Jak się masz, Bessie! Na Jowisza! cieszę się, że cię widzę, to jest... że cię słyszeć mogę. Niedobra jesteś; dostawszy pieniądze, nie przyszłaś już ani razu zajrzeć do nas. Chociaż, co prawda, nie miałaś do tego powodu. Czy idziesz w tej chwili za pilnym interesem?
— Nie; wyszłam przejść się trochę.
— Jakto, więc znów dawny sposób życia? — zapytał Heldar głosem stłumionym.
— Broń Boże! — w głosie Bessie duma zadrgała. — Złożyłam kaucyę i dostałam miejsce bufetowej, z mieszkaniem i utrzymaniem,