Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/369

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Kto jesteś, u szatana? Może depesze wieziesz? — pytano z kilku stron naraz. — Mów, czy duże siły idą do ataku i jakim cudem przedarłeś się przez tę hordę dziką?
Heldar odetchnął, odpiął pas, przywiązujący go do wielbłąda, i za całą odpowiedź, uniósłszy się na grzbiecie dromadera, huknął znużonym, złamanym głosem:
— Torpenhow! Hop, hop! Torpenhow!
Potężny, brodaty mężczyzna, szukający w popiele ognia do fajki, wyprostował się na krzyk ten i, roztrącając wszystkich, podbiegł na przód sceny. Kule sypały się tymczasem coraz gęściej, a białe obłoczki i zapach prochu biegły ze wszystkich okolicznych wzgórzy. Żołnierze, którym dym własny zasłaniał oczy, zbici w szeregi, postąpili na przód; wielbłąd zaś, strzałem raniony, podniósł się najwpierw, a później z rykiem, wstrząsającym powietrze, powalił się na ziemię. Poskoczono poderznąć mu gardło, by wśród innych zwierząt nie budził popłochu. Jęk człowieka, ugodzonego śmiertelnie kulą, i ostatnie chrapanie konania przypomniało wszystkim o wzrastającem niebezpieczeństwie.
Nie było czasu, na pytania.