Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Wierz mi, Maisie — mówił, — iż, zużywając każdą godzinę dobrego światła, więcej sobie zaszkodzisz, niż dziełom twym pomożesz. Przepracowanie się to zadatek zabójczego próżniactwa na przyszłość. Bądź-że rozsądną i nie odmawiaj mi, w imię własnego dobra. Wstąpię jutro po ciebie, po wczesnem śniadaniu.
— Niech i tak będzie. Ale wszak zaprosisz także...
— Nie. Nie zaproszę nikogo. Chcę zrobić przyjemność tobie i sobie tylko, nikomu więcej. Zresztą dziewczyna ta nienawidzi mię serdecznie, a ja jej nie znoszę co prawda. Nie chciałaby pewno pojechać nawet. A więc do jutra. Daj Boże, aby nam słońce jasno świeciło.
Zachwycony powodzeniem projektu swego, Heldar miał ochotę zamówić osobny pociąg. Rozsądek kazał mu jednak powstrzymać wybryk podobny, poprzestał więc tylko na kupieniu wspaniałego, popielatego płaszczyka, okładanego błyszczącymi sobolami i, uszczęśliwiony ze sprawunku, wrócił do siebie, aby w ciszy projekt głębiej rozważyć.
— Wyjeżdżam jutro na dzień cały z Ryszardem — zawiadomiła Maisie rudowłosą po powrocie jej z miasta.
— Od dawna na nagrodę tę zasłużył — brzmiała odpowiedź. — Skoro ciebie nie będzie,