Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/233

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Allah Wszechmocny! — zawołał rozpacznie. — Daj mi męstwo i silę do zniesienia srogiego czasu próby; a gdy kara przyjdzie wreszcie, przyjmę ją bez szemrania!
— Co robić? co robić? Ściemnia się, wszystko niknie w półmroku!...
Znikąd odpowiedzi. Ryszard spróbował siłą woli zapanować nad sobą. Ręce, z których niezachwianej pewności był tak dumnym, drżały jak osika, usta spieczone z trudnością chwytały powietrze, pot zimny oblewał czoło i skronie. Torturowała go obawa, pchała chęć rzucenia się do pracy i dokonania wielkiego jakiego dzieła, do szaleństwa doprowadzała oporność mózgu, który rozumiał w tej chwili jedną, jedyną rzecz tylko — oto groźbę i pewność ślepoty.
— Robię z siebie upokarzające, ohydne widowisko. Szczęście, że Torp’a niema tutaj. Doktor mówił, abym unikał podrażnienia i niepokoju. Prawda, Binkie? Chodź, będziemy się bawić.
Pies, który z całą zwierzęcą intuicyą odczuwał zmartwienie tego człowieka, mówiącego głośno wśród zmroku do samego siebie, przysunął się i łasić zaczął.
— Allah jest dobrym, Binkie. Może nie tak względnym, jakbyśmy chcieli, ale o tem