Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pogawędzimy kiedyindziej. Allah jest dobrym, bo wszak na jednym punkcie przynajmniej przejrzałem nagle: Wszystkie te próby i studya nad głową Bessie były niedorzecznością. Teraz dopiero „Melancholia“ krystalizuje się w mej wyobraźni. Musi ona mieć rysy Maisie, choćby dlatego, że Maisie sama na zawsze już dla mnie stracona! A więc twarz Maisie, lecz wyraz tamtej, której nie obce są wszystkie nędze tego świata; na ustach zaś śmiech, śmiech krew mrożący, śmiech skazanego, śmiech... mój... Niechaj człowiek każdy, któremu nie obcem jest piekło rozpaczy, w śmiechu tym siebie pozna. Dziś potrafię go odtworzyć, bo piekło takie w sobie czuję. Binkie, chodź, podniosę cię za ogon do góry. Jeżeli nie zawyjesz, będzie to pomyślna przepowiednia dla obrazu.
Pies zawisł przez chwilę w powietrzu głową na dół i... ani mruknął.
— Dobre z ciebie, poczciwe, wytrwałe zwierzę. Obraz się uda.
Binkie uciekł na swoje legowisko, a ile razy podnióśł z niego głowę, tylokrotnie widział Dick’a, chodzącego szerokimi krokami po pokoju i zacierającego ręce.
Tejże nocy Heldar skreślił do Maisie list bardzo długi, pełen najserdeczniejszej troskli-