Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wości o jej zdrowie, lecz niemówiący nic o nim samym. Skończywszy pisać, marzył dalej o mającej się narodzić „Melancholii,“ tak, że myśl nieuchronnej przyszłości rano dopiero stanęła mu przed oczyma.
Rzucił się jednak do pracy, pochłonięty upajającą, przeczystą radością tworzenia, — rozkoszą, która nie bywa daną śmiertelnikowi zbyt często, w obawie, aby się nie chciał równać ze swym Bogiem, aby nie urągał śmierci, gdy po niego dłoń wyciągnie.
Heldar zapomniał o wszystkiem, zapomniał o Maisie, o Torp’ie, o Binkie’m nawet, u stóp swych leżącym, lecz pamiętał, iż należy drażnić ustawicznie Bessie, aby, drżąc z nietajonej wściekłości, zachowała owe błyski gwałtowne, ów płomień w oczach, potrzebny do obrazu. Oddany całą duszą pracy, Dick stracił na razie świadomość wiszącej nad nim klątwy.
— Zadowolony pan dzisiaj? — pytała Bessie.
Heldar zakreślił pędzlem tajemnicze jakieś koło i podszedł do kredensu wzmocnić się kieliszkiem wódki. Wieczorem, gdy podniecenie dnia całego minęło wreszcie, udał się znów po siły do kredensu. Po kilku zaś podobnych odwiedzinach, po kilku kieliszeczkach, doszedł do przekonania, iż słynny okulista był również