Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/320

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Próbuję doprowadzić pokój do porządku. Ależ to wygląda jak rudera, nie jak ludzkie mieszkanie. Że też pan pozwoliłeś na takie niegodziwe niedbalstwo!
— Czyż mogę zaradzić czemukolwiek? Nie widzę przecież, co się koło mnie dzieje. I owszem, pościeraj trochę; będę ci wdzięczny.
Bessie okurzała właśnie obrazy z zaciekłym rozmachem, gdy na progu stanęła mrs. Beeton. Dowiedziawszy się od męża, kto jest na górze, i posłyszawszy następnie dyspozycję co do herbaty, przychodziła zepchnąć do właściwego stanowiska tę czelną istotę, która śmiała żądać nieodrutowanego imbryka.
— Czy wafle gotowe? — powitało ją pytanie Bessie, ścierającej ciągle kurz. Dzięki pieniądzom Dick’a, nie była ona już dziś wyrzutkiem społeczeństwa, włóczęgą uliczną. Złożyła kaucyę, pracowała uczciwie na kawałek chleba i ubierała się jak porządna dziewczyna; wzmocniona zaś świadomością trzech tych faktów, nie łatwo dała się onieśmielać.
Stanąwszy też nawprost siebie, obie kobiety mierzyły się czas jakiś oczami. Groty, strzelające z ich spojrzeń, byłyby swego czasu zachwyciły Heldar’a. Położenie zarysowało się jasno od razu; Bessie zwyciężyła. Mrs. Beeton powróciła też szybko do kuchni, aby zrobić