Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Zaczekaj — mówił, wpatrując się w nią bacznie; — dlaczego kąciki ust twych osuwają się na dół? Czy ci kto przykrość wyrządził, Maisie?
— Nie, sama dręczę się ciągle. Pomimo całej uciążliwej pracy, robota moja nic nie postępuje. A jednak Kami mówił...
Continuez, mesdemoiselles. Continuez toujours, mes enfants. Och, Kami zniechęcić tylko może.
— Prawda, zawsze słowa te powtarza. Zeszłego lata wszakże zapewniał, że robię postępy; powiedział, że w tym roku pośle jedną z prac moich na wystawę.
— Nie tutaj przecież?
— Cóż znowu! Do Salonu.
— Wysoko szybujesz.
— Dość już długo podcinałam sobie skrzydła. Ale gdzie ty, Dick’u, wystawiasz swoje prace?
— Nie wystawiam wcale. Sprzedaję.
— A w jakim kierunku tworzysz?
— Jakto, nie słyszałaś o mnie nigdy?
Dick patrzył na nią szeroko otwartemi oczami, nie mogąc pojąć podobnego zacofania. Nie słyszała o nim! Jak ją tu przekonać? Na szczęście, znajdowali się blizko Łuku Marmurowego.