Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/296

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jak się masz! — zawołał olbrzymi korespondent, wchodząc w dwie godziny później i przerywając bolesną zadumę Ryszarda. — Wróciłem nareszcie. Cóż, czujesz się lepiej trochę?
— Nie gniewaj się, przyjacielu, ale doprawdy nie wiem, co ci mam powiedzieć. Zbliż się do mnie.
Dick chrząkał i kaszlał, szukając słów umiarkowanych, któreby wybuch zażegnały.
— A po co masz mówić? Wstań lepiej i pochodzimy.
Torpenhow był głęboko z siebie zadowolony.
Przechadzali się czas jakiś w milczeniu. Ręka towarzysza kierowała ociemniałym, który szedł z głową zwieszoną, w bolesnych myślach pogrążony.
— Wytłómacz mi, jakim sposobem odkryłeś wszystko? — zapytał wreszcie.
— Kto chce utrzymać tajemnicę, temu nie wolno majaczyć w gorączce. Maligna zdradziła cię, Ryszardzie. Wiem, że wmieszanie się w kwestyę tę było niedelikatnością z mej strony; gdybyś mię jednak zobaczył, Dick’u, uganiającego się na starej żołnierskiej szkapie, pod palącym żarem promieni słonecznych, przeba-