Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/291

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A któż cię prosił o cokolwiek, Maisie? — zabrzmiało z ust jego w tej chwili. — Kto żądał czegokolwiek od ciebie? Maisie, skąd ten żal? Na miłość boską! przestań tak płakać; niema o co przecież.
— Ty nie wiesz, jak ja się nienawidzę w tej chwili! Och, Dick’u, dopomóż mi, ułatw...
Nie mogła zapanować ani nad głosem, ani nad namiętnym łez potokiem, który zaczynał niepokoić mężczyznę. Podniósł się i, kierowany słuchem, przybliżył się do płaczącej, obejmując ramieniem swem drżącą jej kibić. Główka Maisie opadła mu na piersi.
— Cicho, najdroższa, cicho; nie płacz tak, proszę. Za co robisz sobie niesłuszne wyrzuty? Masz racyę, miałaś ją zawsze, we wszystkiem. Po co się trapisz bezpotrzebnie? Maisie, uspokój się. Ta podróż szybka rozstroiła ci nerwy, a przytem jesteś głodna pewno. Cóż za osioł z tego Torp’a, żeby cię tu przywozić!
— Ja sama chciałam przyjechać, sama chciałam! — przeczyła żywo.
— Wierzę ci; pragnęłaś mię odwiedzić, zobaczyć, za co... jestem ci bardzo wdzięczny. Gdy się uspokoisz, idź przedewszystkiem zjeść cokolwiek. Czy przyjemną miałaś podróż?
Maisie płakała ciszej już, zadowolona, po raz pierwszy w życiu, że może się na kimś