Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Cienko było ze mną, bardzo cienko — kończył; — ale jakoś przetrzymałem.
— Niema w tem dużo sensu, jest wszakże dużo silnej woli; zyskałeś podstawę — zadecydował Torpenhow. — A teraz jedz — dodał, podsunąwszy mu potrawy.
Ryszard rzucił się na jaja i słoninę, używając, dopóki tylko używać był w stanie. Gospodarz podał mu na zakończenie fajkę napełnioną. Młody człowiek palił z rozkoszą taką, jakiej może tylko doznać zwolennik dobrego tytuniu, który przez trzy tygodnie pozbawiony go był zupełnie.
— Uf! — wykrzyknął w końcu. — Cóż za boskie uczucie!
— Wytłumacz mi, dlaczego nie przyszedłeś do mnie?
— Nie mogłem. Już i tak, stary druhu, za wiele ci zawdzięczam. Przytem... cóż chcesz, może to przesąd... miałem jednak przeczucie, że ten głód chwilowy, bo to był głód ze wszystkiemi jego męczarniami, przyniesie mi szczęście później. Jak widzisz, minęło wszystko pomyślnie; potrafiłem brak srogi przeżyć, w syndykacie zaś nikt nie wie, nikt nie przeczuwa nawet, o ile ciężkiemi były chwile te dla mnie. A teraz wystrzel! Mów, na czem właściwie stanęły moje sprawy?