Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/318

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Dziewczyna teraz dopiero rozejrzała się po pracowni.
— Cóż tu za nieład! Cóż tu za nieporządek! — wołała. — Ależ oni parę miesięcy nie sprzątali wcale!
— E, nie; dopiero od kilku tygodni nie oczyszczają pokoju. Cóż chcesz, kto tam ma dbać o to?
— Ten, kto za to pieniądze bierze. Przecież im pan płacisz. Złodzieje! Tyle kurzu! Stalugi całe pokryte pyłem.
— Nie używam ich teraz.
— Obrazy, podłoga, nawet ubranie na panu, wszystko brudne. No, rozmówiłabym ja się tu z nimi!
— W takim razie zadzwoń o herbatę — prosił Dick, cofając się instynktownie i szukając rękami zwykłego swego krzesła.
Ruch ten wzruszył dziewczynę, a zarazem dał jej pojąć całą doniosłość przewagi, jaką może pozyskać nad nim.
— Czy dawno pozostawiają tak pana?
— Nie rozumiem.
— W takim stanie opuszczenia?
— Zaniewidziałem tego samego dnia, któregoś ty odeszła; zaraz po ukończeniu obrazu; nie zdążyłem obejrzeć go nawet...