Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/317

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ależ nie, odprowadzę pana najchętniej. Jestem na służbie od siódmej do czwartej tylko. Reszta czasu do mnie należy.
Odwrócił się, lecz, popchnięty przez jakiegoś człowieka, zaklął głośno. Bessie ujęła go pod ramię i przez czas jakiś zręcznie a w milczeniu przez tłum się przesuwała.
— Gdzież jest pan Torpenhow? — zapytała wreszcie.
— Pojechał z powrotem na pustynię.
— W którym to kierunku?
Dick wskazał na prawo:
— Ot tam, na wschód od ujścia rzeki, potem na zachód, na południe i znów na wschód, precz za krańcami Europy. Daleko, bardzo daleko.
Słowa te, niewiele objaśniwszy dziewczynę, w zadumę ją jednak wprawiły. Milczała już przez resztę drogi.
— Bessie, napijemy się na twoją cześć herbaty z waflami — zawołał Dick radośnie, znalazłszy się pod dachem. — Nie uwierzysz, jak mnie powrót twój cieszy. Powiedz, dlaczego zniknęłaś wtenczas tak nagle?
— Myślałam, że nie jestem już potrzebna.
— No, tak, wtedy, ale później?... Dobrze, że cię przynajmniej odnalazłem.