Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dze, poszedł zastawić kamizelkę i krawat. Niewiele to jednak pomogło. Kosztem też własnym przekonał się wkrótce, iż nic tak nie zaostrza bystrości w sądzeniu ludzkich twarzy, jak odzywające się, wbrew naszej woli, kurcze głodowe.
Wśród rzadkich swych wycieczek — Ryszard nie lubił teraz wychodzić, spacery bowiem były istną pokusą, narażającą go na ciągłe pożądania, — otóż wśród wycieczek tych przyuczył on się dzielić ludzi na dwie kategorye. Do pierwszej należeli tacy, którzy, sądząc po pozorach, mogliby mu dać zjeść cokolwiek; do drugiej ci, których powierzchowność nie budziła złudzeń pod tym względem.
— Nie przypuszczałem nawet — myślał, — iż w zakresie fizyognomiki istnieje tyle szczegółów, nieznanych mi dotąd.
W zamian za pokorę tę Opatrzność wynagrodziła go natychmiast. Tegoż samego dnia bowiem dorożkarz jakiś, stołujący się w tejże co on garkuchni, pozostawił z obiadu kawał niedojedzonego chleba. Dick pochwycił go; był nawet w stanie walczyć z całym światem o tę nadłamaną kromkę. Parę jej kęsów posiliło go i ożywiło.
Miesiąc, wlokący się wolno, niedołężnie, minął nareszcie. Ryszard, pełen radości, po-