Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jeżeli sięgnąłem wzrokiem dalej niż inni, Bóg mi świadkiem, że tobie to jedynie zawdzięczam, że myśl o tobie kierowała mną. Komu innemu nie próbowałbym i nie umiałbym pojęć mych wypowiedzieć. Obecność twoja uwydatniła je, rozjaśniła... Niestety, zasady, głoszone tu, nie zawsze w czyn wprowadzam. Maisie, ty dopiero dopomogłabyś mi do urzeczywistnienia marzeń mych... Dwoje nas tylko na świecie tak dobrze zrozumieć się umie, a przytem... wszak lubisz, gdy jestem obok ciebie?
— Lubię nad wszystko! O, bo ty nie wiesz, jak bardzo bywam osamotnioną!...
— Wiem, najdroższa. Wiem i pojmuję uczucia twe.
— Gdy przed dwoma laty sprowadziłam się po raz pierwszy do naszego domku, odosobnienie tak mi dokuczało, iż próbowałam płakać, chodząc jak błędna po ogródku. Ale łzy to rzecz dla mnie nieznana. Czy tobie łatwo one przychodzą?
— Nie pozwalam sobie na zbytek podobny. Co cię jednak gnębiło? Nadmiar pracy?
— Być może. Prześladowały mię bowiem ciągle czarne myśli i halucynacye. Zdawało mi się, że jestem chora, sama jedna, bez grosza; że, nieznana nikomu, umieram z głodu w tym