Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Pozwól, abym skończył myśl swoją. Wiem... że zrozumiesz... Maisie, może ci się to wyda szaleństwem, lecz dla mnie te dziesięć lat rozłąki nie istniały wcale... Wracam do ciebie... takim, jakim mnie żegnałaś; uczuć moich nic nie zmieniło. Nic również nie zmieniło się w naszem położeniu; jesteśmy, jak wówczas, samotni oboje i sobie zostawieni. Zamiast więc martwić się i toczyć walkę z życiem, chodź do mnie, jedyna.
Maisie siedziała spokojnie na ławeczce, kreśląc czubkiem parasolki znaki fantastyczne na żwirze.
— Rozumiem cię — odparła wreszcie zwolna. — Wyznaczywszy sobie jednak raz cel w życiu, muszę go osiągnąć. Dzieła zaczętego nie rzuca się w połowie.
— Kończ je więc ze mną i przy mnie, najdroższa; nie będę ci przeszkadzał.
— Nie, nie mogłabym. Praca ta musi być moją własną, moją, moją i tylko moją! Całe życie szłam dotąd samotnie i dziś nie umiałabym już należeć do nikogo, prócz do siebie samej. Pamiętam chwile owe tak dobrze, jak i ty, Ryszardzie; ale nie próbowałabym już brać ich dziś w rachubę. Byliśmy dziećmi, które nie wiedziały, co przyszłość kryje przed niemi. Później inne pragnienie