Przez kraj Skipetarów/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Przez kraj Skipetarów
Podtytuł Powieść podróżnicza
Data wydania 1909
Wydawnictwo Wydawnictwo „Przez Lądy i Morza“
Drukarz Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów; Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Durch das Land der Skipetaren
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
PRZEZ KRAJ
SKIPETARÓW
POWIEŚĆ PODRÓŻNICZA
Z ILLUSTRACYAMI
NAPISAŁ
KAROL MAY
NAKŁAD I ADRES WYDAWNICTWA:
„PRZEZ LĄDY i MORZA“
WE LWOWIE: PLAC MARYACKI L. 4 (HOTEL EUROPEJSKI)
W WARSZAWIE: ALEJA JEROZOLIMSKA L. 76. Telef. 102-50.
ODPOWIEDZIALNY REDAKTOR: EDMUND USZYCKI.


Prawo tłumaczenia wszystkich dzieł Karola Maya na język polski jest wyłączną własnością wydawcy.
Wszelkie inne tłumaczenia prawnie będą ścigane.


DRUKARNIA NARODOWA W KRAKOWIE.


ROZDZIAŁ I.
Zdemaskowanie.

Turecki wymiar sprawiedliwości odznacza się sobie tylko wdaściwemi cechami, albo raczej słabemi stronami, występującemi tem wyraźniej, im bardziej oddalona jest dana okolica. W tamecznych stosunkach nic dziwnego, że wśród rozmaitych nieokrzesanych i zwalczających się wzajemnie plemion arnauckich niepodobna mówić o rzeczywistem prawie.
Od Ostromdży zaczyna się terytoryum tych Skipetarów, których jedynem prawem jest zasada, że słabszy musi silniejszemu ustępować. Jeżeli nie chcieliśmy się dać skrzywdzić, musieliśmy to prawo zastosować w odniesieniu do siebie. Dokonaliśmy już tego popołudniu, jak wiadomo, z powodzeniem i postanowiliśmy na czekającej nas rozprawie wystąpić z tą samą siłą.
Kiedy wybieraliśmy się do „sądowego budynku“, mrok już zapadał. Widzieliśmy po drodze mnóstwo ludzi, którzy nie znaleźli już miejsca na dziedzińcu i poustawiali się tutaj, aby nas przynajmniej nadchodzących zobaczyć.
Po naszem wejściu na dziedziniec zamknięto za nami bramę, co nie było dla nas dobrą wróżbą. Mibarek użył swojego wpływu i, jak się zdawało, nie bezskutecznie.
Z trudem tylko zdołaliśmy przecisnąć się przez tłum na miejsce przesłuchania. Gdzie przedtem był tylko jeden stołek, umieszczono teraz długą ławę. Przyrząd do bastonady leżał jeszcze na tem samem miejscu.
Do kaganków nalano oleju, włożono skręcone kłaki i zapalono. Dzięki temu wystąpiło wszystko w tajemniezem oświetleniu, jak w bajce.
Członkowie sądu znajdowali się wewnątrz domu. Oznajmiono im o naszem przybyciu. Kawasi ustawili się tak, że zastąpili nam drogę do bramy. Ponieważ ta była zamknięta, należało to zachowanie się kawasów tłómaczyć w dwójnasób niekorzystnie.
Zupełna cisza zapanowała dokoła. Teraz pojawiło się pięciu panów, a kawasi dobyli szabel natychmiast.
— O Allah! — rzekł Halef z przekąsem. — Co się z nami stanie, zihdi! Drżę ze strachu.
— Ja tak samo.
— Czy mam tym głupcom, którzy nas chcą zastraszyć swojemi szablami, dać pokosztować mojego harapa?
— Tylko żadnych głupstw! Już raz dzisiaj postąpiłeś zbyt porywczo i ponosisz winę tego, że się wogóle tu znajdujemy.
Sędziowie zajęli miejsca; kodża basza na stołku, a reszta na ławie. Z tłumu przecisnęła się jakaś kobieta i ustawiła się za plecami zastępcy. Poznałem „groszek“ Nohudę, która pomagała swej piękności rdzą żelaza. Zastępca był więc jej szczęśliwym małżonkiem. Miał nic nie mówiące rysy twarzy.
Tuż obok kodży baszy siedział Mibarek. Położył sobie papier na kolanach, a pomiędzy nim a sąsiadem stał mały garnek. Tkwiące w nim gęsie pióro kazało się domyślać, że to kałamarz.
Kodża basza kiwnął głową i odkrząknął znacząco. Był to znak, że rozprawa się zaczyna. Odezwał się skrzeczącym, donośnym głosem:
— W imię proroka i w imię padyszacha, któremu niech Allah tysiąca lat użyczy! Zwołaliśmy tę kazę, aby wydać sąd o dwu zbrodniach, które zdarzyły się w naszem mieście i w jego pobliżu. Selimie wystąp! Ty jesteś oskarżycielem. Opowiedz, co ciebie spotkało.
Kawas stanął blizko swojego pana i opowiadał. To, co usłyszeliśmy, zakrawało na śmieszność poprostu. Właśnie w toku najgorliwszego spełniania swego urzędowego obowiązku, został napadnięty przez nas w morderczy sposób. Tylko dzięki nieustraszoności i dzielnej obronie udało mu się ocalić życie. Tak zeznał.
Gdy skończył, spytał go kodża:
— A który to z nich bił ciebie?
— Ten — odrzekł, wskazując na Halefa.
— Znamy więc jego i zbrodniczy czyn jego i przystępujemy do narady.
Zaczął szeptać ze swymi ławnikami i oświadczył po chwili głosem donośnym.
— Kaza postanowiła, że przestępca dostanie na każdą podeszwę po czterdzieści uderzeń, a następnie pójdzie do więzienia na pełnych siedm tygodni. Ogłaszamy wyrok w imieniu padyszacha. Niech mu Allah błogosławi!
Ręka Halefa sięgnęła ku rękojeści harapa. Ja z trudem powstrzymywałem się od śmiechu.
— A teraz druga zbrodnia — oznajmił urzędnik. — Mawunadżi wystąp i opowiadaj!
Przewoźnik posłuchał wezwania. Bał się zaiste więcej odemnie. Zanim jednak zdołał rozpocząć swe sprawozdanie, zwróciłem się z wielce uprzejmem pytaniem do kodży baszy:
— Czy byłbyś łaskaw się podnieść? Wstał, nic nie przeczuwając, ze stołka. Odsunąłem go na bok i usiadłem.
— Dziękuję ci! — rzekłem. — Człowiekowi niżej położonemu przystoi okazać cześć wobec dostojnego. Postąpiłeś całkiem słusznie.
Szkoda niepowetowana, że niepodobna opisać jego wyrazu twarzy w owej chwili. Głowa zaczęła się chwiać niebezpiecznie. Chciał przemówić, ale nie mógł z przerażenia głosu wydobyć z siebie. Dlatego, aby przynajmniej zapomocą ruchów wyrazić oburzenie, wyciągnął w górę wychudłe ramiona i załamał je nad chwiejącą się głową.
Nikt nie odezwał się ani słowem, nie ruszył się żaden z kawasów. Czekano na wybuch gniewu pana i władcy. Wreszcie kodża odzyskał szczęśliwie mowę, wykrztusił z siebie szereg nieopisanych wykrzykników i wrzasnął do mnie:
— Cóż to za zuchwała myśl przyszła ci do głowy. Jak śmiesz popełniać tak bezwstydną...
— Hadżi Halefie Omarze! — przerwałem mu. — Weź harap do ręki. Tego, kto powie mi jeszcze jedno słowo niegrzeczne, obdarzysz batami, że aż mu skóra popęka; ktokolwiekby to był!
Mały hadżi miał w tej chwili harap w ręku.
— Emirze, słucham — rzekł stanowczo. — Daj znak tylko.
Brakowało niestety oświetlenia, aby zobaczyć zdumione oblicza. Kodża basza nie wiedział widocznie, jak się ma zachować. Wtem szepnął mu Mibarek kilka słów, poczem naczelnik sądu wydał rozkaz kawasom:
— Pochwyćcie go! Zaprowadźcie go do piwnicy!
Wskazał na mnie.
Policyanci zbliżyli się z dobytemi szablami...
— Nazad! — zawołałem. — Kto mnie dotknie, tego zastrzelę na miejscu!
Skierowałem ku nim oba rewolwery i w mgnieniu oka nie było przy mnie ani jednego kawasa, Zniknęli wśród publiczności.
— Co wywołało twój gniew? — spytałem kodżę. — Dlaczego stoisz? Czemu nie siądziesz? Każ wstać Mibarekowi i zajmij jego miejsce.
Przeszedł pomruk po tłumie. To, że obraziłem kodżę, leżało jeszcze w zakresie możliwości, ale atak na świętego graniczył już z zuchwalstwem. Zaczęto szemrać.
To dodało kodży energii. Zawołał do mnie z gniewem:
— Człowiecze, bądź sobie, kim chcesz, ale za taką bezczelność ukarzę cię jak najsurowiej. Mibarek jest świętym, jest ulubieńcem Allaha, cudotwórcą. Jeżeli mu się spodoba, może ogień z nieba sprowadzić na ciebie!
— Milcz, kodża baszo! Jeźli chcesz mówić, to wyrażaj się mądrzej. Mibarek nie jest ani świętym, ani cudotwórcą. To raczej zbrodniarz, oszust i złoczyńca!
Na to odezwały się w tłumie oznaki groźby. Jeszcze straszniej zabrzmiał głos samego Mibareka, Podniósł się, wyciągnął do mnie rękę i zawołał:
— To giaur, to pies niewierny. Przeklinam go. Niechaj piekło się pod nim otworzy i potępienie go pochłonie. Złe duchy...
Tu przestał. Mały liadżi zamachnął się i tak poczęstował go harapem, że stary grzesznik utknął i wykonał w powietrzu potężnego susa.
To było, jak się pokazało niebawem, już zbyt wielkie zuchwalstwo. Po chwilce groźnej ciszy zabrzmiały wśród publiczności ze wszech stron okrzyki gniewu. Sprawa przybierała charakter istotnie niebezpieczny. Stanąłem więc co prędzej obok Mibareka i zawołałem tak głośno, jak tylko mogłem:
— Rahat, zykyt — spokój, cicho! Udowodnię wam, że słuszność jest po mojej stronie. Halefie, przynieść tu światło! Patrzcie ludzie, kto jest Mibarek i jak was oszukuje! Czy widzicie te kule?
Schwyciłem łotra za kark prawą ręką i ścisnąłem mu chudą szyję. Lewą rozerwałem kaftan. I rzeczywiście po obu bokach wisiały kule. Obie miały zawiasy i dawały się składać.
Spostrzegłem przy tej sposobności, że ubranie to było innej barwy po odwrotnej stronie i miało mnóstwo kieszeni. Sięgnąłem do pierwszej lepszej i namacałem jakiś przedmiot włosisty. Dobyłem go. Była to peruka: zupełnie te same zmierzwione, szczecinowate włosy, które widziałem u żebraka.
Hultaj tak się przestraszył, że zapomniał o wszelkiej obronie. Teraz dopiero zaczął wydawać okrzyki o pomoc i wymachiwać rękami.
— Osko, Omarze, przytrzymajcie go! Chwyćcie go mocno, choćby go nawet bolało!
Obaj wezwani skrępowali go tak, że ja miałem teraz wolne obie ręce. Ponieważ Halef przyniósł jeden z kaganków, padło na naszą zajmującą grupę światło tak jasne, że obecni mogli wszystko dokładnie zobaczyć. Zachowywali się spokojnie.
— Ten człowiek, którego uważacie za, świętego — wołałem dalej — jest sprzymierzeńcem Szuta. Jego mieszkanie jest miejscem pobytu złodziei i rozbójników, co wam później udowodnię. Przekrada się w rozmaitych przebraniach pomiędzy ludźmi i szuka sposobności do zbrodni. On i żebrak Sabat, to jedna i ta sama osoba. Tu pod pachami przywiązywał sobie kule. Gdy one podczas chodu uderzały o siebie, myśleliście, że to jego kości tak kłapią. Oto peruka, którą wkładał na głowę jako kaleka.
Wypróżniałem po kolei jego kieszenie, przypatrywałem się każdemu przedmiotowi i objaśniałem jego użytek.
— Oto puszka z mąką kolorową, która służy do tego, żeby twarzy nadać prędko inną barwę. Oto szmata, którą prędko ścierał farbę z oblicza. Tu ma flaszkę z wodą na to, żeby umyć się szybko nawet tam, gdzieby wody zabrakło. A to widzicie? Co to jest? To dwie małe półkule z kauczuku. Wkładał je do ust, gdy chciał się w żebraka zamienić. Twarz była potem pełniejsza, niż poprzednio. Czy odróżniacie te rozmaite barwy kaftana? Jako żebrak zdejmował go, obracał ciemną stroną na zewnątrz i opasywał nim sobie biodra. Wówczas wyglądał kaftan jak stara chusta. Czy spotkaliście kiedy razem Mibareka i żebraka? Pewnie nie. To było niemożliwe, gdyż obaj byli jedną i tą samą osobą. A czy Mibarek nie ukazał się wówczas po raz pierwszy w tej okolicy, kiedy przybył tu żebrak?
Te ostatnie dowody przekonywały widocznie, gdyż doszły mnie ze wszystkich stron potakujące okrzyki.
Wtem dobyłem z kieszeni małą paczkę. Po odwinięciu starej szmaty ukazał się naramiennik ze starych weneckich cekinów. Odciski były na niektórych zupełnie wyraźne. Przy świetle kaganka ujrzałem po jednej stronie wizerunek św. Marka, podającego doży chorągiew krzyżową, a po drugiej wizerunek innego, nieznanego mi świętego, okolony gwiazdami i napisem: Sit tibi Christe, datus, quern tu regis, iste ducatus.
— Tu jest bilecik z dwunastu złotych monet, zawinięty w szmatę — mówiłem w dalszym ciągu. — Kto wie, gdzie on to ukradł! Jeśli poszukacie, właścicielka pewnie się znajdzie.
— On iki zikeller — dwanaście monet? — ozwał się za mną jakiś głos kobiecy. — Pokaż to! Mnie skradziono w zeszłym tygodniu taki naramiennik z szafy.
Mówił to „groszek“ Nohuda. Przystąpiła do mnie, wzięła mi z rąk naramiennik i zaczęła mu się przyglądać.
— Allah! — zawołała. — To mój. To stary klejnot dziedziczny od moich przodków po matce. Przypatrz się i przekonaj, że jest rzeczywiście moją własnością.
Podała go swemu mężowi.
— Na Allaha, to twój! — przyznał mąż.
— Przypomnij sobie, Nohudo, czy w owym czasie był u ciebie Mibarek — rzekłem do niej.
— Mibarek nie, lecz kaleka. Zawołano go, aby mu dać jeść. Naramiennik leżał na stole, potem schowałam go przy nim do szafy. Widział to, a gdy w kilka dni potem zaglądnęłam tam przypadkowo, naramiennika nie znalazłam.
— Więc znasz teraz złodzieja.
— To on. On go miał; to dowiedzione. O ty łajdaku! Ja ci oczy wydrapię, ja ci...
— Cicho teraz — przerwałem w obawie, że potok jej wymowy, wystąpiwszy raz z brzegów, nie opadnie znowu tak łatwo. — Zatrzymaj naramiennik i zażądaj ukarania złodzieja. Widzicie teraz, jakiego czciliście człowieka. Ten zbój został teraz nawet basz kiatibem i sądził drugich. Przeklął mnie i posłał do piekieł, a ja omal nie ściągnąłem na siebie gniewu tego zacnego zebrania. Domagam się zamknięcia go w bezpiecznem miejscu, z którego nie można umknąć, i zawiadomienia o tem makredża z Saloniki.
Przyznano mi nietylko słuszność, lecz ozwały się nawet liczne okrzyki:
— Obijcie go naprzód! Dajcie mu bastonadę! Porozbijajcie mu podeszwy!
— Sapytyn ic ona bojunu — skręćcie mu kark! — unosił się „groszek“ srodze rozgniewany z powodu dokonanej u niej kradzieży.
Mibarek milczał dotychczas. Teraz dopiero zawołał:
— Nie wierzcie mu, to giaur! To złodziej. Wsunął mi właśnie do kieszeni naramiennik. On — wai...
Przerwał sobie tym okrzykiem bólu, bo harap Halefa spadł z trzaskiem na jego plecy.
— Czekaj, łotrze! — zawołał hadżi. — Ja ci to na plecach wypiszę, że dziś dopiero przyjechaliśmy w te strony. Jak mógł ten emir ukraść naramiennik? Zresztą taki sławny effendi nie może być złodziejem. Masz tu dowody.
Wymierzył mu jeszcze kilka tak potężnych razów, że obity głośno zaryczał.
— Aferim, aferim — brawo, brawo! — zawołali ci sami, którzy przed niewielu chwilami mogli być dla mnie niebezpiecznymi.
Kodża basza nie wiedział, co ma robić, a czego nie. Zdał to już na mnie. Skorzystał jednak czemprędzej ze sposobności i usiadł napowrót na swojem krześle urzędowem. W ten sposób ocalił przynajmniej honor.
Jego współsędziowie zachowali się milcząco. Odczuwali zapewne coś w rodzaju przygnębienia.
Kawasi zrozumieli, że moje akcye poszły w górę, a przypuszczając, że dzięki temu jestem w lepszym humorze i nie przedstawiam już dla nich niebezpieczeństwa, zbliżyli się znowu jeden za drugim.
— Zwiążcie tego nicponia! — rozkazałem. — Skrępujcie mu ręce!
Usłuchali w tej chwili, a żaden z obecnych urzędników sądowych nie sprzeciwił się mej samowoli.
Mibarek przekonał się widocznie, że najlepiej się poddać. Pozwolił się więc związać bez oporu i usiadł potem na swojem miejscu, gdzie skulił się w sobie. Członkowie sądu powstali szybko ze swoich miejsc. Nie chcieli dzielić ławy ze zbrodniarzem.
— A teraz wrócimy do twego wyroku — rzekłem do kodży baszy. — Czy znasz ustawy swojego kraju?
— Naturalnie, że je znać muszę — odparł. Uczyłem się w wyższej szkole.
— Nie wierzę temu.
— Czemu nie? — spytał dotknięty. — Znam całe prawo duchowne, oparte na Koranie, na Sunnie i na wyrokach czteru pierwszych kalifów.
— Czy znasz także milteka el buher, czyli wasz kodeks cywilny i karny?
— Znam. Ułożył go szejk Ibrahim Halebi.
— Jeżeli rzeczywiście znane ci są te przepisy, dlaczego wedle nich nie postępujesz?
— Trzymałem się ich surowo zawsze i dzisiaj.
— Nieprawda. Napisano tam, że sędzia przed ogłoszeniem choćby najgorszemu zbrodniarzowi wyroku musi mu dać sposobność i czas do obrony. Wy zasądziliście mego przyjaciela i opiekuna, nie dopuszczając go do słowa obrony. Wasz wyrok nie jest zatem prawomocny.
Przy rozprawie mają być także wszyscy oskarżeni i świadkowie, a tu nie uczyniono zadość temu wymaganiu prawa.
— Przecież są wszyscy!
— Nie. Nie widzę oberżysty Ibareka. Gdzie on jest? Sędzia kiwnął głową z zakłopotaniem, wstał i odrzekł:
— Ja go sprowadzę.
Chciał odejść ale ja, przeczuwając, co zaszło, wstrzymałem baszę za ramię i zwróciłem się do kawasów:
— Sprowadźcie Ibareka, ale zupełnie w tym samym stanie, w którym się teraz znajduje!
Dwu z nich oddaliło się i przyprowadzili niebawem gospodarza, z rękami związanemi na plecach.
— Co to jest? Czego się dopuścił ten człowiek, że go skrępowano? — spytałem. — Kto to nakazał?
Basza rzucił głową tam i nazad i odrzekł:
— Tak chciał Mibarek!
— Więc kodża basza ma to wypełniać, co basz kiatib rozkaże? A jednak twierdzisz, że studyowałeś ustawy! W takim razie nic dziwnego, że w twoim powiecie uważano łotrów za świętych.
— Miałem do tego prawo — bronił się półgębkiem.
— Nie zdołasz mi tego dowieść.
— Przeciwnie! Nie kazałem was aresztować, ponieważ jesteście obcy, ale oberżysta jest mieszkańcem naszych okolic. Podlega mojej władzy.
— A ty sądzisz, że wolno ci nadużywać tej władzy? Tu stoi kilkuset twoich podwładnych. Czy myślisz, że wolno ci z nimi robić, co ci się podoba? Może ci się to udawało dotychczas, ale oni zapamiętają sobie dzisiejsze zdarzenie i będą na przyszłość domagali się sprawiedliwości. Ibareka okradziono. Przyszedł do ciebie z prośbą o pomoc. Zamiast mu jej udzielić, kazałeś go związać i zamknąć. Jak usprawiedliwisz tę niesprawiedliwość? Żądam, żebyś mu więzy rozpuścił natychmiast.
— To do kawasów należy.
— Nie. Sam to zrobisz na pokutę za swoją niesprawiedliwość.
Tego mu przecież było za wiele.
— Któż ty jesteś właściwie — huknął na mnie z gniewem — że rozkazujesz tu, jak gdybyś był naszym makredżem, albo biladem i kamze mollatari?!
— Patrz, oto moje papiery!
Podałem mu paszporty. Ujrzawszy teskereh, buyuruldi i ferman zmrużył z przestrachem małe kaprawe oczka i zawahał głową jak metronom.
— Panie, ty stoisz W cieniu wielkorządcy! — zawołał.
— Staraj się zatem, żeby i na ciebie padła część tego cienia!
— Spełnię twe żądanie.
Przystąpił do Ibareka i rozwiązał mu sznury.
— Czy jesteś zadowolony? — zapytał.
— Na razie. Żądam jednak czegoś więcej od ciebie. Twój kawas Selim zdał ci raport całkiem fałszywy. Spotkanie wyglądało zupełnie inaczej, niż on to przedstawił. Mibarek poddał mu z pewnością, jak ma mówić, aby nam jak najwięcej zaszkodzić.
— Nie przypuszczam.
— Ale ja jestem tego pewny, gdyż on to nakłonił także przewoźnika do stronniczego zeznania przeciwko mnie.
— Czy to prawda?
Pytanie to zwrócone było do przewoźnika, który wierzył już teraz, że Mibarek nie jest już dla niego groźny i opowiedział bez trwogi, jak on go do kłamstwa namawiał.
— Widzisz — rzekłem do baszy — że wcale nie godziłem na życie tego człowieka. Widziałem, że był szpiegiem starego i zabrałem go, aby zbadać tę sprawę. Oto wszystko. Jeżeli chcesz mnie za to ukarać, to gotów jestem rozpocząć moją obronę.
— Panie, o karze nie może być mowy. Nie popełniłeś żadnego błędu.
— W takim razie towarzysza mego także nie należy karać z powodu kawasa, gdyż nie on, lecz kto inny ponosi winą całego zdarzenia.
— Kto to, ten inny?
— Ty sam.
— Ja? Jakto?
— Gdy Ibareka okradziono, przyszedł ci o tem donieść. Co uczyniłeś, by spełnić swój obowiązek?
— Wszystko, co tylko mogłem.
— Tak? Co to było?
— Poleciłem Selimowi, żeby się namyślił, co dalej robić.
— A innym kawasom nie?
— To było zbyteczne. Niczegoby nie odkryli.
— W takim razie są twoi policyanci wielkimi głupcami, bo ty wiesz z góry, co im się nie powiedzie. Kradzieży tu dokonano, dlaczegóż więc powierzyłeś to Selimowi, który się tu od niedawna znajduje?
— Bo najmądrzejszy.
— Sądzą, że masz powód całkiem inny.
— Panie, jaki mógłbym mieć powód?
— Prawy urzędnik poruszy wszystko, aby odszukać takiego zbrodniarza. Ty to zamilczałeś, a temu jednemu, któremu to powiedziałeś, dałeś cały tydzień do namysłu nad sprawą. To tak wygląda, jak gdybyś sobie życzył, żeby złodzieje umknęli.
— Effendi, o co ty mnie posądzasz?.
— Moje zdanie stosuje się całkiem do twego zachowania. Nic nie było bardziej wskazanem, jak polecić szukać złodziei w Ostromdży.
— Wszakże odjechali do Dojran!
— Trzeba być uprzedzonym, aby czemuś podobnemu uwierzyć. Żaden złodziej się nie zdradzi, dokąd się udać zamierza. Tyle powinieneś wiedzieć jako stary prawnik. Co będzie, jeśli ja odkryję, że jesteś przyjacielem zbrodniarzy?
Zaczął okropnie kiwać głową ze strachu.
— Panie, ja nie wiem, co mam na to powiedzieć! — zawołał.
— Nie mów nic, bo moje zdanie zostanie mimoto nie zmienione. Gdybyś się był zajął tą sprawą tak, jak było twoim obowiązkiem, mielibyśmy złodziei już dawno.
— Czy myślisz, że zgłoszą się u mnie dobrowolnie?
— Nie, ale sądzę, że są tutaj w Ostromdży.
— To nie może być! Do żadnego konaku nie zajechało trzech jeźdźców.
— Ani im się też śniło. Oni się nie pokażą tak blizko miejsca czynu. Oni się ukryli.
— Czy mam wiedzieć, u kogo?
— Naturalnie. Ja jestem obcy, a wiem.
— Co? Ty wiesz o tem?
— Tak, całkiem dokładnie.
— W takim razie jesteś chyba wszechwiedzącym.
— Nie, ale nauczyłem się myśleć. Takie łotry chowają się tylko u równych sobie. Kto zaś jest najgorszym w Ostromdży?
— Czy masz Mibareka na myśli?
— Odgadłeś.
— Mają być u niego?
— Napewno.
— Mylisz się.
— Tak dalece się nie mylę, że gotów jestem założyć się z tobą. Jeśli chcesz schwytać złodziei, musisz wyjść na ruinę.
Spojrzał na Mibareka, który mu odpowiedział spojrzeniem. Wydawało się całkiem, jak gdyby się porozumieli.
— Byłby to daremny trud, panie — powiedział.
— Jestem przekonany o czemś przeciwnem i zapewniam cię, że znajdziemy nietylko złodziei, lecz i skradzione przedmioty. Dlatego wzywam cię, żebyś udał się za mną z twymi kawasami.
— Ty jednak żartujesz?
— Nie, to na seryo.
— W tej ciemności?
— Czy się obawiasz?
— Nie, ale tacy ludzie są niebezpieczni. Jeżeli rzeczywiście są na górze, to się będą bronili; zaczekaj lepiej do jutra, aż dzień nastanie.
— Mogą uciec do tego czasu. Zdaje się zresztą, że są tu ludzie, którzy gotowi ostrzec złodziei.
— Tego nikt nie uczyni. Ja sam się o to postaram, żeby się nikt tej nocy do ruiny nie zbliżał.
— Zarządź lepiej to, żebyśmy mogli wyruszyć wcześniej i wydaj rozkaz, żeby przyniesiono latarnie.
— Panie, odstąp od tego przedsięwzięcia!
— Nie! Jeśli ociągasz się ze spełnieniem swego obowiązku, to zostań w domu. Znajdę innych ludzi, godniejszych urzędu kodży baszy.
To poskutkowało. Zachwiał jeszcze kilka razy głową, ale powiedział:
— Nie wolno ci mnie nie uznawać. Baczę tylko na twe własne dobro i nie życzę sobie, byś się na niebezpieczeństwo narażał.
— Nie troszcz się o mnie! Sam dbam o moje dobro.
— Czy weźmiemy z sobą Mibareka?
— Tak. On nas poprowadzi.
— Więc pozwól, że się postaram o broń i oświetlenie.
Udał się do domu.
Wielu ludzi pośpieszyło do domów, jak przypuszczałem, po pochodnie itp., aby potem nam towarzyszyć. Ibarek, który cicho przysłuchiwał się rozprawie, spytał mnie teraz:
— Effendi, czy przewidujesz, że istotnie złowimy tych trzech opryszków?
— Nie ulega wątpliwości.
— I że odzyskam moją własność?
— Jestem tego pewien.
— Panie, ja ciebie pojąć nie mogę! Zdaje się, że wiesz wszystko. Pójdę oczywiście z ochotą na górę do ruiny.
— A cóż powiesz o pustelniku? Wielbiłeś go, chociaż go się obawiałeś. Już wówczas, kiedy go opisywałeś, przeczuwałem, że to opryszek. Złodzieje twego mienia znajdują się u niego.
Basza wrócił niebawem. Przyniósł kilka starych latarni, kilka pochodni i sporą ilość smolaków. Reszta ludzi przyszła także z podobnemi przyrządami do oświetlenia, poczem cała gromada ruszyła z miejsca.
Pochód nocny do ruiny celem schwytania złodziei był czemś nadzwyczajnem. Coś podobnego nie zdarzyło się tam nigdy. Ludności się to spodobało. To też przyłączyli się do nas prawie wszyscy mieszkańcy miejscowości.
Ponieważ nie całkiem dowierzałem kodży i jego kawasom, musieli Osko i Omar pilnować Mibareka. Wzięli go pomiędzy siebie.
Przodem kroczyło kilku kawasów. Następował kodża z członkami sądu, a za nimi Mibarek ze swoimi stróżami, potem ja z Halefem i obydwoma powinowatymi oberżystami, a w tyle za nami pośpieszali starzy i młodzież Ostromdży.
Zabawne były wygłaszane o nas uwagi. Jeden twierdził, że jestem księciem krwi, drugi miał mnie za perskiego syna książęcego, trzeci przysięgał, że jestem indyjskim czarownikiem, a czwarty wołał głośno, że jestem następcą tronu z Moskwy i że przybyłem, aby kraj zdobyć dla Rosyi.
Im bliżej byliśmy ruiny, tem ciszej zachowywali się ludzie. Zrozumieli, że chcąc schwytać rozbójników, należy do tego brać się ostrożnie.
Wielu zatrzymało się tam, gdzie las się zaczynał. To byli trwożliwi, którzy zapewniali gorąco, że dlatego się tu ustawiają, żeby nie przepuścić złodziei, gdyby tędy rzucili się do ucieczki.
Gdyśmy doszli do miejsca otwartego, panowała już cisza grobowa. Bohaterowie byli zaniepokojeni. Opryszki mogli się każdej chwili ukazać, mogli stać za każdem drzewem po drodze. Stąpano tak cicho, jak tylko się dało, aby ich nie spłoszyć, a zarazem aby nie być tym, czy tą, ktoby musiał wdać się w walkę z nimi. Były bowiem przy tem także kobiety.
Ta cisza, pełna napięcia, doznała jednak raz krótkiej przerwy. Z kobiecej krtani wydarł się przeraźliwy krzyk. Gdy przybyłem na to miejsce, zastałem „groszek“ Nohudę w zimnem źródle, nad którem znalazłem jaskier. Siedziała do pasa w wodzie i wygłaszała do swego ukochanego męża, członka sądu, przemowę, której treść wymagała bezwarunkowo, by słowa padały w znacznie cichszym tonie. Nie chciała się dać wyciągnąć z obawy przed zaziębieniem, gdyby przemoczona musiała iść w chłodnem wieczornem powietrzu. Dopiero, gdy jej wyjaśniłem, że woda zimniejsza od powietrza, oświadczyła uroczyście:
— Effendi, twojej rady posłucham. Ty rozumiesz to wszystko lepiej od drugich i od mego męża, który mnie wprost wtrącił do tej dziury.
Wydobyłem ją. Szczęściem sięgała woda zaledwie na jedną stopę wgłąb. Nie wiem niestety, czy to w następstwie zaszkodziło co jej rdzą żelazistą odmłodzonej piękności.
Mibarek stał z Oską i Omarem u drzwi swej chaty. Żądał, żeby go wpuścić. Ponieważ jednak zajmował się chemią i biegły był rzekomo w różnych sztukach czarnoksięskich, więc mu nie dowierzałem. Mógł mieć tam jakieś urządzenie na wypadek nagłego uwięzienia.
— Co cię tam ciągnie? — zapytałem.
Milczał; poczciwiec nie chciał już o mnie wiedzieć nic więcej.
— Jeśli się nie odezwiesz, to nie spodziewaj się spełnienia swego życzenia.
Teraz odpowiedział:
— Są tam zwierzęta, które karmić należy, jeżeli z głodu zginąć nie mają.
— Ja sam je jutro nakarmię. Mieszkaniem twojem jest od teraz więzienie. Gotów jestem jednakowoż zadość uczynić twemu życzeniu, jeśli mi odpowiesz na kilka pytań zgodnie z prawdą.
— Pytaj!
— Czy jest kto w odwiedzinach u ciebie?
— Nie.
— Czy oprócz ciebie przebywa kto w chacie, albo w ruinie?
— Nie.
— Nie wiesz, czy jest kto obecny w chacie?
— Niema nikogo. Wiedziałbym o tem.
— Czy znasz człowieka imieniem Manach el Barsza?
— Nie.
— A Baruda el Amazat?
— Także nie.
— A jednak ci ludzie utrzymują, że znają ciebie bardzo dobrze.
— To nieprawda.
— Że zawiadomiłeś ich dzisiaj o mojem przybyciu.
— To kłamstwo!
— I że obiecałeś postarać się, żeby mnie uwięziono. Potem mieliście przyjść, aby mnie zamordować.
Nie odpowiedział natychmiast. Wydało mu się przecież dziwnem, że wiedziałem to wszystko. Zaczynało mu widocznie świtać w głowie, że nie wszystko znajdzie tu dziś wieczorem tak, jak zostawił. Słyszałem, jak połykał i połykał coś z trudem, poczem dopiero odrzekł:
— Panie, ja nie mam pojęcia, o czem ty mówisz i czego ty chcesz odemnie. Nie znam nazwisk, które dopiero co wymieniłeś i nic mnie nie łączy z takimi ludźmi, jakimi są niezawodnie ci, o których się pytasz.
— Więc nie wiadomo ci także, iż mają tu przybyć dwaj bracia z wieścią, że poniosłem śmierć w Menliku?
— O Allah, nie wiem ani słowa, ani zgłoski!
— Tak dalece nic nie wiesz, że lituję się nad tą nieświadomością. Ta litość zmusza mnie do otworzenia ci oczu na to, jak niebezpieczni ludzie znajdują się w twem pobliżu. Chodź!
Wziąłem go pod ramię i poprowadziłem. Na moje skinienie ruszył Halef przodem z pochodnią, aby nam świecić. Za nim szli panowie z kazy, Osko, Omar i obaj oberżyści. Reszta musiała zostać, bo w rruinie miejsca tyle nie było.
Co się musiało dziać z Mibarekiem, gdy widział, z jaką pewnością idziemy drogą, o której myślał, że jest tajemnicą dla obcych!
Gdy Halef odsunął powój, usłyszałem, że zaklął, nie mogąc nad sobą zapanować.
— Co, konie? — zapytał kodża basza, gdy weszliśmy do przedziału, zamienionego na stajnię.
Ponieważ to była noc, (mieliśmy trochę kłopotu ze zwierzętami. Nie były poprzywiązywane i lękały się świateł i ludzi.
— Gdzie są konie, tam muszą być także ludzie — rzekł Halef. — Chodźcie tu, to ich znajdziemy!
Trzej skrępowani leżeli wciąż jeszcze tak, jak ich zostawiliśmy tutaj.
Nie wymówiono z początku ani słowa. Rozwiązałem ich przy pomocy Halefa tak, że mogli powstać i poruszać nogami.
— Manachu el Barsza, czy znasz tego człowieka? — spytałem, wskazując na Mibareka.
— Niechaj cię Allah potępi! — odpowiedział.
— Barudzie el Amazat, a ty znasz go?
— Ruń z mostu śmierci na dno potępienia wiecznego! — zawołał.
Na to zwróciłem się do dozorcy więzienia:
— Ty popełniłeś tylko to zło, że uwolniłeś tego więźnia. Kara tych dwu będzie ciężka, ale twoja wypadnie lżej, gdy dowiedziesz, że nie jesteś zatwardziałym grzesznikiem. Powiedz mi prawdę! Czy znasz tego człowieka?
— Tak — odrzekł po kilku chwilach zastanowienia.
— Kto on?
— To stary Mibarek.
— Czy znane ci jego prawdziwe nazwisko?
— Nie.
— On i twoi towarzysze znają się wzajem?
— Tak. Manach el Barsza bywał bardzo często u niego.
— Mnie miano pozbawić życia w Menliku?
— Tak.
— A dziś powzięto taki sam zamiar. Chciano mnie zabić w więzieniu?
— Tak jest.
— A teraz jeszcze jedno. Podczas gdy ty grałeś z Ibarekiem, tamci dwaj go okradli?
— Nie ja, lecz oni.
— To wystarczy! Brałeś w tem udział jak i oni, bo swojemi sztuczkami przyczyniłeś się do tego, że się kradzież udała. Wiem już dość.
Zwracając się do kodży baszy, spytałem:
— No, czy nie twierdziłem słusznie? Czy złodziei niema w ruinie?
— Panie, tyś ich już odnalazł był wówczas, kiedy mi o nich mówiłeś.
— Zapewne! Ale to że ich odkryłem w sam czas i tak szybko, niech będzie dla ciebie dowodem, jak łatwo mogłeś spełnić swój obowiązek. Tych trzech ludzi zaprowadzisz do więzienia i każesz ich dobrze pilnować. Zaraz jutro rano poślesz raport do makredża, a ja dodam do tego swój. On potem zarządzi, co się ma stać ze zbrodniarzami. Ibareku, patrz tu na ziemię! Zdaje mi się, że to są przedmioty, które ci ukradziono.
Zawartość kieszeni opryszków ułożyliśmy na ziemi w trzy kupki. Ibarek ucieszył się niezmiernie, widząc znów swoją własność. Chciał ją wziąć sobie, gdy w tem odezwał się kodża basza:
— Stój! To nie pójdzie tak prędko. Muszę te rzeczy zabrać ze sobą. One posłużą jako dowód przy rozprawie i jako wskazówka przy wymiarze kary.
Znałem zwyczaje ludzi tego rodzaju. Kto wie, czy Ibarek dostałby co napowrót! Odpowiedziałem więc zamiast niego:
— To niepotrzebne. Ja sam sporządzę wykaz tych rzeczy i ocenię je wedle wartości. Ten spis zrobi tę samą służbę, co przedmioty.
— Panie, ty nie jesteś urzędnikiem.
— Człowiecze, udowodniłem ci dzisiaj, że byłbym lepszym urzędnikiem od ciebie! Jeżeli odrzucisz mój projekt, napiszę do makredża o wiele obszerniej, niżbyś sobie życzył. Milcz więc! To leży w twym własnym interesie.
Widziałem, że gotował się do odpowiedzi grubjańskiej, lecz się powstrzymał. Musiał to sobie powiedzieć, że działałby na swoją szkodę. Podniósł jednak zaraz inne uroszczenia:
— Niechaj więc on sobie zabierze swoje rzeczy, ale ja konfiskuję wszystko, co schwytani mieli przy sobie.
Chciał się schylić, aby podnieść woreczki z pieniędzmi i inne przedmioty.
— Stój! — rzekłem. — To już skonfiskowane.
— Przez kogo?
— Przezemnie.
— Czy masz prawo do tego?
— Pewnie! Zrobię wykaz i z tego także, a ty możesz służyć za świadka, ażebym nie sprzeniewierzył niczego. Potem jedno i drugie tj. spis i rzeczy poślę makredżowi.
— To wszystko ma być w moim ręku!
— I ty skorzystasz z przysługującego ci prawa. Skonfiskuj konie z tem, co do nich należy, a stanie się zadość twej woli. Wszystko inne biorę ja. Halefie, schowaj to wszystko!
Mały hadżi tak szybko stawił się na zawołanie, że w kilka sekund zniknęło wszystko w jego kieszeniach.
— Złodzieje! — mruknął Mibarek.
Nagroda nastąpiła w tej chwili. Harap Halefa dał mu wyraźną i bolesną odpowiedź.
Potem wyprowadzono uwięzionych na miejsce otwarte. Tam stała ciekawa publiczność, cisnąc się, aby zobaczyć złodziei.
Ibarek opowiedział donośnym głosem, że odzyskał szczęśliwie swoją własność. Nie szczędził nam pochwał.
Kawasi wzięli czterech aresztantów w środek i ruszyli z miejsca. Tłum szedł za nami, opowiadając sobie o udałej przygodzie. Powrót odbywał się o wiele głośniej niż wyjście na górę.
Panowie z sądu przyłączyli się także do pochodu. Ja zostałem w tyle z Halefem, bo skinął na mnie.
— Zihdi — rzekł. — Mam jeszcze pół pochodni. Zgasła wprawdzie, ale możemy ją zapalić na nowo. Czy nie oglądniemy chaty starego?
— Tak. Spróbujemy przynajmniej.
— Masz jeszcze klucz? Widziałem, że go schowałeś, wypróżniając temu rabusiowi podczas rozprawy kieszenie.
— Mam go jeszcze, ale nie jestem pewny, czy to klucz od chaty.
— Będzie ten sam, bo jakiżby miał inny?
Zaczekaliśmy, dopóki wszyscy nie zniknęli i otworzyliśmy drzwi. Zapomocą zapałki i kawałka papieru roznieciliśmy na nowo pochodnię i weszliśmy do środka.
Nędzny ten budynek opierał się, jak już wspomniano, o mur. Patrzącemu z zewnątrz mogło się zdawać, że posiada tylko jedną izbę, jednak wewnątrz zobaczyliśmy, że ich jest kilka, jedna za drugą. Pokoje dalsze należały do zamku, a chata przystawiona była tylko chytrze do otworu. Przednia izba, prawie pusta, służyła najprawdopodobniej jedynie do przyjmowania odwiedzających.
Chcąc przestąpić próg do drugiego przedziału, zauważyłem kilka nici, biegnących górą, dołem i środkiem na poprzek wejścia. Dotknąłem jednej z nich ostrożnie rękojeścią szpicruty i w tej chwili huknął strzał. Koty zaczęły miauczeć, psy szczekać, kruk i krakać, a równocześnie zabrzmiały różne inne głosy.
— O Allah! — zaśmiał się Halef. — Znajdujemy się pewnie w arce praojca Noego. Ale, zihdi, radzę nie iść już dalej. Zaczekajmy lepiej, aż dzień nastanie.
Zgodziłem się na to chętnie. Aczkolwiek nie podejrzewałem starego Mibareka o nadzwyczajne wiadomości z fizyki, mogły one przecież wystarczyć na sporządzenie przyrządu do unieszkodliwiania obcych wdzierców. Zamknęliśmy więc drzwi napowrót i zagasiliśmy pochodnię.
Właśnie, gdy zamierzaliśmy się udać do domu, przymknęła do nas jakaś postać kobieca. Nie poznałem jej twarzy. Ona jednak pochwyciła mnie za rękę i przycisnęła ją do ust, zanim temu zdołałem przeszkodzić.
— Spostrzegłam przy świetle pochodni, że to ty jesteś, effendi, i przyszłam ci jeszcze raz podziękować.
Była to ziolarka Nebatia.
— Co tu robisz na górze? — spytałem. — Czy byłaś tu już, gdy zabieraliśmy więźniów?
— Nie. Niema uciechy dla serca mego, kiedy widzę takich nieszczęśliwych ludzi. Ale byłam na dziedzińcu kodży baszy, kiedy cię miano zasądzić. Panie, byłeś dzielnym, ale naraziłeś sobie także ciężkiego wroga.
— Kogo? Mibareka?
— Nie myślę o nim, chociaż i on cię nienawidzi. Ostrzegam cię przed kodża baszą.
— Sądzę, że nie darzy mnie chyba szczególną życzliwością, ale go się jako wroga nie boję.
— Proszę cię jednak, bądź ostrożny.
— Czy to taka niedobra figura?
— Tak. To naczelnik władzy, ale pocichu wspiera ludzi Szuta.
— Ach, skąd wiesz o tem?
— Bywał często nocą u Mibareka.
— Czy się nie pomyliłaś?
— Nie. Widziałam go dobrze przy świetle księżyca, a w ciemności poznawałam go po głosie.
— Hm! Bywałaś tu na górze tak często?
— Często, pomimo zakazu Mibareka. Ja lubię noce. To przyjaciółki człowieka. Noc zostawia człowieka sam na sam z Bogiem i nie dopuszcza, żeby mu przeszkadzano w modlitwie. Są też rośliny, których się szuka tylko w nocy.
— Rzeczywiście
— Tak, jak są rośliny, które pachną tylko w nocy, taksamo istnieją takie, które czuwają w nocy, a śpią we dnie. A tu na górze są takie przyjaciółki nocy, przy których przesiaduję chętnie, aby z niemi rozmawiać i czekać na ich odpowiedź... W ostatnich czasach przychodziło mi to znacznie trudniej, ale dzisiaj zdemaskowałeś mego wroga. Ponieważ jest uwięziony, wyszłam zaraz na górę, aby sobie zabrać króla po północy.
— Króla? Czy to także roślina?
— Tak. Czy jej nie znasz?
— Nie.
— Jest królem, bo gdy on umiera, ginie z nim razem cały jego naród.
Miałem do czynienia z oryginalnem i nastrój owem usposobieniem kobiecem. Ta niewiasta musiała w pocie czoła pracować na utrzymanie rodziny, a mimoto znajdowała czas na obcowanie całemi godzinami z roślinami, na rozmowę z niemi i podsłuchiwanie tajemnic ich bytu.
— Jak się ta roślina nazywa? — spytałem zaciekawiony.
— To hadż Marrjam. Jaka szkoda, że nie jest ci znana!
— Znam ją, ale nie wiedziałem, że ma króla.
— Wie o tem tylko ludzi niewielu, a wśród tej garstki mało jest szczęśliwców, którzyby króla znaleźli. Musi się bardzo lubieć hadż Marrjam i znać dobrze jej właściwości, to się ją odkryje. Lud rośnie chętnie na miejscach nieurodzajnych, po górach, złomach skalistych i nagich zboczach. Wyrasta zawsze w koło, które jest jużto małe, jużto wielkie, a w samym środku tego koła stoi zawsze król.
To było dla mnie czemś nowem. Hadż Marrjam znaczy krzyż Maryi, a zupełnie ta sama roślina żyje także u nas i nazywa się oset lub bodiak.
Kobieta ciągnęła dalej na ulubiony swój temat:
— Ten oset jest bardzo suchy i kruchy, niezbyt wysoki i o bardzo cienkiej łodydze. Tylko król jest szeroki i rozszerza się z dniem każdym. Łodygę ma tak cienką jak klinga sztyletu, ale może dojść grubości dwu rąk ludzkich i podtrzymuje wązką głowę, pod którą widnieje wąż zygzakowaty. Ten wąż świeci w nocy.
— To prawda?
— Nie okłamuję cię, panie. Widywałam to często i dzisiaj znowu zobaczę. Jeśli się zabierze króla, giną wszyscy jego poddani. Zamierają w przeciągu jednego miesiąca. W przeciwnym razie późnej starości dochodzą. Król, którego dzisiaj zerwę, ma z dziesięć lat.
— Ale, jeśli go zabierzesz, wymrze lud jego.
— O nie. Tam wyrósł nowy król, młody, więc można usunąć stamtąd starego. Musi się to stać w niedzielę pierwszą po nowiu w święty dzień chrześcijan, których Marrjam jest królową niebieską. W tym dniu świeci król najpiękniej; świeci nawet po zerwaniu jeszcze przez kilka nocy. Wówczas ma siłę największą. Dzisiaj właśnie jest pierwsza niedziela po nowiu, to też wezmę sobie króla tej nocy. Gdybyś miał czas, mógłbyś się przekonać, jak świeci.
— Poszedłbym z tobą chętnie, bo zajmują mnie takie tajemnice przyrody, ale muszę niestety udać się do miasta.
— Więc przyniosę ci go jutro wieczorem, będzie jeszcze świecił.
— Nie wiem, czy będę jeszcze w Ostromdży.
— Panie, chcesz odjechać tak prędko?
— Tak. Nie przybyłem tu, żeby bawić zbyt długo i czas mój jest bardzo skąpo wymierzony. Ale powiedz mi, jaką siłę przypisują królowi ostów?
— Zwykły hadż Marrjam leczy suchoty, gdy go się pije jako herbatę; oczywiście, gdy nie są zastarzałe. Oset zawiera materyę, zabijającą drobniutkie stworzenia, które się w płucach rozwijają. O królu powiadają zaś, że suchotnika jeszcze z grobu wyciągnie.
— Czy próbowałaś już tego?
— Nie. Wierzę w to, bo Stwórca jest wszechmocny i potrafi, jeżeli zechce, najmniejszej roślince użyczyć mocy ogromnej.
— Przyjdź więc do mnie jutro i pokaż mi króla, jeśli tu jeszcze będę. Czy wiesz, gdzie mieszkam?
— Słyszałam. Dobranoc, effendi!
— Daj Boże szczęścia z królem!
Poszła.
— Zihdi, czy wierzysz w to o królu ostów? — zapytał Halef w dalszej drodze.
— Nie wątpię.
— Nie słyszałem jeszcze nigdy, żeby rośliny miały swoich władców.
— Nie wierzysz zatem. Gdy mi ta kobieta przyniesie tego władcę hadżów Marrjam, ujrzysz go także.
Nie przeczuwałem, że niebawem życie będę zawdzięczał królowi ostów. To, że zbieraczka roślin była dziś przezeń na górze, miało mi przynieść bardzo wielką korzyść. Zresztą nie jest król ostów bynajmniej bajeczną rośliną. Znalazłem potem w saskich górach lud ości i zatrzymałem się tam cztery dni, aby szukać króla ostów.
Teren, na którym rosły osty, tworzył istotnie regularne koło. Obszedłem obwód dokoła, a potem przeciąłem go w kilku promieniach ku środkowi. Długi czas nie było żadnego rezultatu. Wreszcie znalazłem króla na punkcie, obok którego kilkakrotnie przeszedłem, ale go nie dostrzegłem, bo był w kupce trawy ukryty. Wyglądał całkiem według opisu Nebatii; uciąłem go i mam go jeszcze do dzisiaj. Gdy w niespełna cztery miesiące znowu tam byłem, przedsięwziąłem mimo braku czasu wycieczkę na miejsce, gdzie go znalazłem — poddani już nie żyli.
Tego dowodu prawdziwości słów Nebatii nie miałem oczywiście jeszcze wówczas w Ostromdży, mimoto jej uwierzyłem. Wielki Lineusz opowiada z uznaniem, że najlepsze okazy, które znachodził, zawdzięczał wskazówkom ludzi prostych, a często i mniej niż prostych. Dziecię ludu ma pełniejszy umiłowania wzrok dla tajników natury niż tzw. człowiek uprzywilejowany.
Przybywszy do miasta, udaliśmy się do kodży baszy, gdzie sporządziłem ów wykaz. Jego oczy się iskrzyły, kiedy przeliczaliśmy zawartość woreczków. Spytał jeszcze raz, czy nie pozostawiłbym jemu wysłania tych rzeczy, ale trwałem przy tem, że sam się tem zajmę. Miało się niebawem pokazać, że całkiem dobrze zrobiłem. Upierał się jednak przytem, oczywiście dla dokuczenia mi, żeby worki zapieczętować jego pieczątką. Naturalnie, że nie sprzeciwiałem się ani chwili.
Następnie kazałem sobie więźniów pokazać. Znajdowali się związani w jakiejś piwnicznej komorze.
Powiedziałem mu, że to zbyteczne udręczenie, on jednak twierdził, że z takimi nie można być nigdy dość surowym i że na noc postawi nawet pod drzwiami jednego ze swych parobków.
Byłem więc spokojny co do więźniów i nie przypuszczałem istotnie, że on związał ich teraz z tego powodu, ponieważ się spodziewał, iż przyjdę do nich zaglądnąć.
Stąd poszedłem do konaku, gdzie spożyliśmy spóźnioną wieczerzę. Siedzieliśmy w tym samym pokoju co w południe. Było dość wesoło, gdyż zdarzenia dnia dały nam sporo treści do ożywionej rozmowy. Północ dawno minęła, kiedy udaliśmy się na spoczynek.
Ja otrzymałem izbę honorową, do której się wchodziło po schodach. Ponieważ znajdowały się tu dwa łóżka, wziąłem z sobą Halefa. Wiedziałem, jak go cieszył taki dowód przyjaźni.
Zegarek wskazywał parę minut po drugiej, gdy zabieraliśmy się do zrzucenia ubrania. Wtem zapukał ktoś na dole do drzwi zaryglowanych. Otworzyłem okiennicę i wyjrzałem. Ktoś stał przed bramą, ale nie mogłem poznać, kto.
— Kim dir — kto tam? — spytałem.
— Słyszę ciebie — odpowiedział głos kobiecy. — Prawda, że to ty, obcy effendi?
— Tak, a ty zbieraczka roślin?
— Tak, panie. Zejdź! Chcę ci coś powiedzieć.
— Czy to konieczne?
— Zapewne.
— Czy wrócę spać?
— Chyba nie zaraz.
— Zaczekaj! Idę.
W minutę stałem z Halefem na dole.
— Effendi — rzekła — wiesz, co się stało? Albo, stój! Tyle czasu jest jeszcze. Popatrz na mego króla hadź Marrjam.
Dała mi do rąk kolczasty oset, szerokości dwu rąk, ale tak cienki jak klinga sztyletn. Zygzakowaty wąż na długiej, wązkiej koronie był zupełnie wyraźny. Nie „świecił“ wprawdzie, ale błyszczał dość znacznie, fosforyzował.
— Czy mi wierzysz teraz? — spytała.
— Nie wątpiłem w twoje słowa bynajmniej. Tutaj za ciemno. Odwiedzę cię rano, aby przypatrzyć się temu ostowi. A teraz mów, co mi miałaś donieść.
— Coś bardzo złego. Więźniowie uciekli.
— Co? Na prawdę?
— Tak. Uciekli.
— Skąd wiesz o tem?
— Widziałam; słyszałam nawet, co mówili.
— Gdzież to?
— Tam na górze, przy chacie Mibareka.
— Zihdi! — rzekł Halef. — Spieszmy w tej chwili na górę. Zastrzelimy ich, bo nam się dobiorą do życia.
— Zaczekaj! Musimy wpierw wszystko zbadać. Powiedz mi Nebatio, ilu ich było?
— Trzech obcych, Mibarek i kodża basza.
— Co? Kodża basza był przy tem?
— Tak. To on sam ich wypuścił i otrzymał za to od Mibareka pięćset piastrów.
— Czy wiesz to pewnie?
— Słyszałam całkiem wyraźnie.
— W ięc opowiedz wszystko, ale krótko! Nie mamy czasu do stracenia.
— Zabrałam króla chwastów i wracałam przez to miejsce otwarte. Wtem ujrzałam tam czterech mężczyzn, nadchodzących od strony miasta. Bałam się pokazać i wskoczyłam w kąt tam, gdzie chata przytyka do muru. Ci czterej mężczyźni chcieli wejść do chaty, ale drzwi zastali zamknięte. Trzech z nich nie znałam, ale czwarty był Mibarek. Mówili, że ich sędzia wypuścił i że zaraz nadejdzie, aby wziąć sobie za to pięćset piastrów. Zapłaciwszy mieli odjechać, ale chcieli się wprzód na was zemścić. Jeden z nich powiedział, że ty pojedziesz w każdym razie do Radowicz i Isbit. Po drodze mieli tam na was napaść Aladży.
— Kto to Aladży?
— Ja nie wiem. Potem nadszedł kodża basza. Ponieważ klucza nie było, wywalili drzwi nogami. Zapalono światło i otwarto okiennice tuż nad mojem ukryciem. Z okna wyleciały ptaki, nietoperze i inne zwierzęta, które Mibarek puścił na wolność. Zlękłam się i popędziłam, jak mogłam ku miastu i do ciebie. Oto, co ci miałam powiedzieć.
— Dziękuję ci, Nebatio! Jutro dostaniesz za to nagrodę. Idź teraz do domu! Ja nie mam już więcej czasu.
Powróciłem do domu. Budzić nie trzeba było nikogo. To, że do mnie pukano, świadczyło dostatecznie o tem, że coś zaszło; wszyscy więc wstali. W kilka minut byliśmy uzbrojeni i ruszyliśmy w drogę: Halef, Osko, Omar i ja. Obaj gospodarze chcieli zaalarmować miasto, ale im nie pozwoliłem. Zbiegowie usłyszeliby hałas i toby ich ostrzegło. Poleciłem gospodarzom zebrać jeszcze kilku dzielnych ludzi i obsadzić nimi drogę, wiodącą do Radowicz. W ten sposób musieli im zbiegowie wpaść w ręce, gdyby nie udało się schwytać ich przedtem.
My czterej pobiegliśmy najpierw ścieżką pod górę; dopiero gdy dostaliśmy się do lasu, zwolniliśmy kroku. Z powodu nierówności terenu musieliśmy uważać, żeby nie upaść. Droga wiodła stromo pod górę i usiana była kamieniami pomiędzy drzewami, ponieważ spływająca woda deszczowa zabrała z czasem większe części gruntu.
Wtem wydało mi się, że doszedł mnie krótki ostry głos ludzki, jak gdyby ktoś w trwodze wyrzucił z siebie krótkie wysokie „I“. Potem usłyszałem jakiś tępy odgłos, jakby ktoś runął na ziemię.
— Stać! — szepnąłem do towarzyszy. — Ktoś jest przed nami. Stójcie i zachowujcie się całkiem cicho.
W kilka chwil zbliżył się do nas odgłos kroków. Były nieregularne, gdyż ten, który je stawiał, posuwał jedną nogę wolniej i ciszej niż drugą. Kulał. Może skaleczył się podczas upadku.
Stanął już całkiem blizko. Noc nie była jasna, a tu pod i pomiędzy drzewami panowała ciemność głęboka. Toteż instynktem raczej, niż okiem zauważyłem długą, cienką, postać, całkiem podobną do kodży baszy.
Pochwyciłem go za piersi.
— Dur we zus — stój i milcz! — rozkazałem głosem stłumionym.
— Ja Allah! — zawołał przerażony.
— Cicho bądź, bo cię zatłukę!
— Ktoś ty? — zapytał.
— Nie znasz mnie?
— Ach, toś ty, ten obcy! Czego chcesz tutaj?
Czy to poznał po moim głosie, czy też widział lepiej moją postać, niźli ja jego, dość że odgadł, kogo miał przed sobą.
— A kto ty jesteś? — spytałem. — Pewnie kodża basza, który więźniów wypuścił!
— Ei mudżicat — O cudzie! — zawołał głośno. — On wie o tem!
Skoczył w bok, by się uwolnić. Trzymałem go wprawdzie mocno, gdyż spodziewałem się próby ucieczki, ale nie wytrzymał jego stary, wytarty, kaftan. Rozdarł się i ja zostałem z kawałkiem materyi w ręku, a on skoczył pomiędzy drzewa, gdzie pościg był całkiem daremny. Krzyczał przytem ze wszystkich sił:
— Hajde, za-usz kulibeden, choriadża, czapuk — precz, precz z chaty, prędko, czemprędzej!
— O, zihdi, co za głupiec z ciebie! — rzekł Halef. — Trzymałeś tego draba już za łeb i wypuściłeś go znowu. Gdybym to ja uczynił...
— Cicho! — przerwałem mu. — Teraz nie czas na wyrzuty. Śpieszmy do chaty, bo jego okrzyk każe przypuszczać, że oni się tam znajdują.
Wtem zabrzmiało z góry pytanie:
— Niczyn, ne deji — czemu, z jakiego powodu?
— Jabandżylat, edżnebiler! Kaczyn, koszyn syczryn. — Obcy, obcy, uciekajcie, gońcie, skaczcie! — wołał z boku uciekający.
Teraz staraliśmy się oczywiście o jak największy pośpiech, ale nierówna droga wstrzymywała nas zanadto. Uszliśmy zaledwie kilka kroków, kiedy dał się z góry słyszeć trzask i ujrzeliśmy wybuchający w górę słup ognia, poczem na kilka chwil zrobiło się ciemno.
— Zihdi, bir top fiszenkler ile — panie, to było działo z rakietami! — rzekł Halef, dysząc tuż za mną! — Allah, tam się jeszcze pali!
Pomiędzy drzewa przebijał teraz ku nam blask ognia, a kiedy wydostaliśmy się na wolne miejsce, ujrzeliśmy chatę płonącą ze wszystkich stron. Od ognia wołał głos jakiś:
— O tam idą! Widzicie ich? Strzelajcie!
Blask ognia oświecał nas jasno, wskutek czego przedstawialiśmy cel wyraźny.
— Nazad! — zawołałem, wykonując równocześnie skok, którym dostałem się za najbliższe drzewo.
Towarzysze spełnili też natychmiast mój rozkaz, właśnie w sam czas, gdyż w tej chwili huknęły ku nam trzy strzały, z których jednak żaden nie trafił.
Jeszcze podczas skoku podniosłem strzelbę. Błysk strzałów wskazywał miejsce, gdzie się znajdowali zbóje. Wypaliłem w sekundę po nich i nie chybiłem widocznie, bo ozwał się głos jakiś:
— O felaket, bre ha! Jaralanmyszim! — O nieszczęście, na pomoc! Jestem raniony!
— Naprzód i na nich! — wołał waleczny hadżi, wyskakując z za drzewa.
— Stój! — ostrzegłem, chwytając go za ramię. — Mogą mieć po dwie lufy.
— Niech po sto mają, te łotry, ja ich pozabijam!
Wyrwał się, odwrócił strzelbę i poskoczył przez plac, jasno oświetlony. Nie pozostawało nam nic innego, jak udać się za nim. Było to bardzo niebezpieczne, ale szczęściem nie mieli widocznie dwururek, a do nabicia już czasu zabrakło. Dostaliśmy się cało do skały, z której do nas strzelano, ale to był też jedyny wynik nieopatrznego ataku. Nie zastaliśmy tam już nikogo.
— Zihdi, gdzie oni? — zapytał Halef. — Czy masz o tem pojęcie jakie?
— Gdzie są, nie! Ale jacy są, to wiem już dobrze.
— No, jacy?
— Mądrzejsi od nas, a przede wszystkiem od ciebie.
— Znowu mnie ganisz?
— Zasługujesz na to. Bylibyśmy schwytali ich z pewnością, gdybyś nie był wyskoczył.
— W jaki sposób?
— Gdybyśmy kryci drzewami okrążyli byli wolne miejsce, bylibyśmy się na nich natknęli.
— Byliby także uszli.
— To pytanie. Umknęli przed otwartym atakiem, ale skryte podejście odniosłoby było skutek, zwłaszcza gdyby był jeden z was pozostał i dał kilka ślepych strzałów. Myśleliby wówczas, że jesteśmy tam jeszcze wszyscy.
— Więc sądzisz, że nie dostaniemy ich już teraz?
— Są pewnie jeszcze dość blizko, ale szukaj ich w tej ciemności. Ogień oświeca tylko wolne miejsce. A nawet gdybyśmy wiedzieli, gdzie się znajdują, musielibyśmy im dać pokój. Usłyszeliby, że nadchodzimy, a co by się potem stało, to sobie można wyobrazić.
— Tak, przyjęliby nas kulami, a słyszałem, że taka kula może czasem przerwać rozwój młodości. Cóż więc poczniemy?
— Posłuchajmy!
Tę krótką wymianę myśli prowadziliśmy nie nazbyt głośno. Należało przypuszczać, że się wszyscy czterej niedaleko nas ukrywają i nie powinniśmy byli zwabić ich nieostrożną rozmową ku naszemu stanowisku.
Oprócz tego ustawaliśmy się tak, że byliśmy w ciemności.
Nadsłuchiwaliśmy przez krótką chwilę. Przeszkadzał nam trzask płonącej chaty, ale po przyzwyczajeniu się ucha do tego szmeru zauważyłem całkiem dokładnie głośny szelest. Usłyszał go także Osko i zapytał:
— Czy słyszysz, że przedzierają się z tamtej strony przez krzaki?
— Sądząc po szmerze, będzie to stąd co najwyżej o pięćset kroków, a ponieważ zdaje mi się, że pod drzewami niema zarośli, więc pierścień drzew dokoła szczytu góry nie może być w tej stronie zbyt znaczny. Wiedzieli o tem i dlatego tam skierowali się w ucieczce.
— Skąd mogą wiedzieć o tem? Sami są tu przecież obcy!
— Manach el Barsza bywał tutaj już często, a prócz tego towarzyszy im Mibarek.
Podszedłem do chaty i wyrwałem z niej krokiew płonącą. Ponieważ drzewo jej było bardzo żywiczne, paliła się jak pochodnia. Z tem światłem ruszyłem w kierunku, obranym przez zbiegów. Towarzysze przyłączyli się do mnie, trzymając strzelby w pogotowiu.
Trzask ognia zmylił mnie jednak widocznie. Szerokość zarosłego drzewami terenu nie okazała się tak wielką, jak sądziłem. W krótkim czasie dostaliśmy się do następnych zarośli i dostrzegliśmy całkiem wyraźne miejsce, w którem zbiegowie drogę sobie utorowali.
Ruszyliśmy tamtędy i przedarliśmy się na czyste pole w chwili, kiedy mi zgasła pochodnia.
Wtem usłyszeliśmy pod sobą rżenie konia, a niebawem doleciał nas głośny tętent.
— Odżurola chowardalar — bądźcie zdrowi, łotry! — zawołał jakiś głos donośny. — Kycartsic jaryn dejil o bir gyn dżehennemde — pojutrze usmażycie się w piekle!
To brzmiało całkiem wyraźnie. Gdybym nie był uwiadomiony, że się na nas zaczają, dowiedziałbym się teraz. Ci ludzie nie dali jednak dowodu zbyt wielkiej mądrości.
Mały Halef poczuł się wielce obrażonym tą obelgą. Przyłożył do ust obie ręce i krzyknął z całej siły w ciemności nocne:
— Ata binin szeitanile, jutylyn nenesinadan — jedźcie do dyabła i niechaj pożre was jego babka!
Zapędził się tak daleko w gniewie, że zaczął wołać za nimi:
— Sic haidudlar, oldyrydżylar, kundakdżylar, derizini czykarmakdżilar, dar adżadży ipleri — rozbójnicy, mordercy, podpalacze, oprawcy, wisielcyj!
Głośny, szyderczy śmiech zabrzmiał w odpowiedzi. Bez tchu z natężenia zapytał mnie mały hadżi:
— Czy nie zajechałem im delikatnie, nie powiedziałem wyraźnie?
— Tak delikatnie, że cię wyśmiali.
— Brak im wykształcenia, nie umieją się zachować. Nie mają najmniejszego pojęcia o prawach grzeczności i zasadach towarzyskich. Trzeba nawet z wrogiem obchodzić się przyzwoicie i zwalczać go pięknymi, dźwięcznymi komplementami.
— Tego właśnie teraz dowiodłeś, kochany Halefie. Komplementa, jakie za nimi cisnąłeś, były istotnie milutkie.
— To nie ja uczyniłem, lecz gniew mój. Gdybym był ja sam mówił, byłbym uprzejmy. Teraz ich już niema. Co czynić?
— Na razie nic. Jesteśmy na tem samem, na czem byliśmy przed przyjazdem do Ostromdży. Wrogowie są przed nami, wolni i o jednego liczniejsi. Pogoń może się rozpocząć na nowo i kto wie, czy nadarzy nam się już kiedy taka dobra sposobność jak tutaj.
— Masz słuszność, zihdi. Tego kodżę należałoby na szubienicy powiesić!
— Nie tylko ich wypuścił, lecz oddał i konie w dodatku.
— Przypuszczasz?
— Oczywiście! Słyszałeś przecież, że mieli konie. Były dla nich przygotowane.
— On temu zaprzeczy.
— Kłamstwa mu nic nie pomogą. Oderwałem mu kawałek kaftana i mam go w kieszeni.
— Ale, co z nim zrobisz? Czy posiadasz nad nim jaką władzę?
— Niestety nie!
— No, w takim razie ja biorę tę sprawę w swoje ręce.
— Jak to chcesz załatwić?
— To się okaże.
— Tylko bez nowego zbytniego pośpiechu!
— Nie obawiaj się, zihdi! Nie wyrwę się zbyt gwałtownie, lecz przeprowadzę sprawę z największym spokojem i powolnością. Czy nie powinnibyśmy teraz wrócić do chaty?
— Tak. Przekonamy się, czy da się z niej co ocalić.
Bez trudu znaleźliśmy drogę mimo ciemności.
Mieszkanie Mibareka zawierało niezawodnie sporo palnego materyału, gdyż płomienie buchały bardzo wysoko. Tymczasem zgromadzili się ludzie, których znęcił widoczny zdaleka pożar.
Właśnie, kiedyśmy z pod drzew wychodzili, nadbiegł z drugiej strony tam, gdzie droga się zaczynała, kodża basza. Tytuł ten jest u miejskiego sędziego i burmistrza dość osobliwy, gdyż przetłómaczony dosłownie opiewa „naczelnik małżonków“. Ujrzawszy nas, podniósł ten naczelnik rękę, wskazał na nas i zawołał:
— Schwytajcie ich i przytrzymajcie! To podpalacze!
Zdumiałem się raczej, niż rozgniewałem z powodu tego zuchwalstwa. Ten człowiek odznaczał się wprost nadzwyczajną bezczelnością. Obecni, którzy widzieli, jak mu dzisiaj zagrałem, nie śpieszyli oczywiście z wykonaniem jego rozkazu.
— Słyszeliście! huknął na nich. — Macie schwytać podpalaczy!
Wtem stało się coś, czego się chyba nie spodziewał. Oto Halef przystąpił doń i zapytał:
— Ne mi ic zewgylym — co my jesteśmy, kochanku?
— Harakadżilazic — podpalacze jesteście! — odpowiedział zuchwale.
— Mylisz się, kodża baszo! Jesteśmy czemś zupełnie innem. Myśmy garbarze i aby ci to unaocznić, wygarbujemy ci skórę, nie całą, bo na to czasu nie mamy lecz tę jej część, której wytrwałością na przyszłość cieszyć się będziesz, gdyż potrzebujesz jej do siedzenia. Osko, Omarze chodźcie!
Obaj wymienieni nie czekali na powtórzenie wezwania. Rzucili na mnie wzrokiem, aby się dowiedzieć, co ja powiem na zachowanie bitnego hadżego, ponieważ jednak nie wystąpiłem ani za, ani przeciw i zachowałem się obojętnie, pochwycili starego głowochwieja silnemi rękoma i zwalili go na ziemię.
Poznał, co się święci i zaczął krzyczeć:
— Allah, Allah! Co czynicie? Porywacie się na boską i ludzką władzę? Allah was zniszczy, a padyszach wsadzi do więzienia. Utną wam głowy, a ciała wasze wywieszą na bramach wsi i miast!
— Milcz! — rozkazał Halef. — Prorok polecił swoim wyznawcom znosić cierpliwie wszelkie zrządzenia losu, bo tak napisano w księdze żywota. Przeczytałem tam wczoraj, że baty dostaniesz, a ponieważ jestem wiernym synem proroka, postaram się, żeby spełnił się ten piękny kismet. Połóżcie go na brzuchu, jeśli go wogóle posiada i przytrzymajcie go mocno!
Osko i Omar wykonali ściśle ten rozkaz. Kodża basza używał wprawdzie całej siły, żeby ujść swemu przeznaczeniu, ale obaj silni mężczyźni mieli zbyt wielką nad nim przewagę i opór jego nie przydał się na nic, tak samo jak jego wrzaski.
Przyznaję chętnie, że nie odnosiłem się do tej całej sprawy zbyt sympatycznie. Nie widzę nic estetycznego w rozdzielaniu batów. Byliśmy też obcy i nie wiedzieliśmy, jakie miejscowi ludzie zajmą wobec tego stanowisko. Było ich wielu, a przybywało coraz więcej. Ale ten niegodny przedstawiciel władzy postąpił względem nas wrogo, działanie jego było bezprawnem, a posądzenie nas o podpalenie było takiem zuchwalstwem, że należała mu się pamiątka. Może te baty w ten sposób poskutkowały, że potem lepiej starał się tłómaczyć paragrafy ustaw.
Ludzi, którzy pchali się z ciekawości i otoczyli nas dokoła, nie bałem się zupełnie. Kodża basza nie miał prawdopodobnie pomiędzy nimi przyjaciela, któryby się ujął za nim.
Ułożono go więc we wspomnianej pozycyi. Osko przytrzymał go za ramiona, a Omar za nogi. W chwili, gdy Halef wyciągnął harap z za pasa, dał się słyszeć głos jakiś:
— Czy pozwolicie, żeby obito waszego naczelnika? Brońcie kodży baszy!
Kilku podobnie myślących przecisnęło się do mówiącego z głośnym pomrukiem na ustach. Przystąpili bliżej.
Podszedłem zwolna ku nim, uderzyłem kolbą o ziemię, skrzyżowałem ręce na wylocie lufy i spojrzałem im w twarze, nie mówiąc ani słowa. Cofnęli się natychmiast.
— Hakk, tamam, wurynic onu, kezynic onu — dobrze mu tak, dobrze, walcie go, walcie! — zawołało kilka głosów, przyjaznych nam.
Halef skinął wielce łaskawie w stronę, skąd go doszły głosy i rozpoczął swe dzieło dobroczynne. Oddawał mu się z rozczulającym zapałem. Gdy schował napowrót harap hipopotami, dał ukaranemu następującą dobrą radę:
— Proszę cię teraz, żebyś w najbliższych dniach nie siadał na nic twardego. Mogłoby to zaszkodzić blaskowi twoich oczu, piękności twego oblicza, harmonii rysów twarzy i powadze twej mowy. Nie przeszkadzaj skutkom naszego szlachetnego uczynku i błogosław od obecnej młodości aż do późnych lat swoich obcym, których pojawienie się było taką łaską dla ciebie. Spodziewamy się, że dzień dzisiejszy obchodzić będziesz uroczyście, a my wspominać cię będziemy w tym samym czasie ze szczególnem współczuciem. Powstań i złóż na mej ręce należny pocałunek wdzięczności!
Głośny śmiech rozległ się po tej, z wielką godnością wygłoszonej przemowie.
Puszczony przez Oskę i Omara kodża basza, powstał powoli i przyłożył obie ręce do opisanej przez Halefa okolicy ciała. Kiedy mały pogromca zbliżył się do niego, huknął wściekle:
— Człowiecze, drabie, psie! Co uczyniłeś! Znieważyłeś ciało władzy! Każę ciebie i twoich zakuć w kajdany...
— Nie rozdrażniaj się! — przerwał mu Halef. — Jeśli nazywasz zniewagą to, że dostałeś tylko dwadzieścia, to naprawimy ten błąd natychmiast. Jeszcze raz go połóżcie!
— Nie, nie! — krzyknął kodża! Idę już, idę!
Chciał się czemprędzej oddalić, lecz ja pochwyciłem go za ramię.
— Zostań tu, kodża baszo! Mam do ciebie słóweczko!
— Nic nie mam z tobą do gadania, nic zupełnie — zawołał, podczas gdy ja wciągałem go w obręb koła. — Nie chcę o was nic wiedzieć. Dokuczyliście mi już dość!
— To zaiste bardzo prawdopodobne, ale ja muszę się czegoś dowiedzieć od ciebie. Zabierz ręce z tyłu! Nie wypada ich tam trzymać, gdy się mówi z effendim.
Usiłował pójść za tym rozkazem, ale przychodziło mu to widocznie z wielkim trudem, gdyż to prawą, to lewą rękę puszczał w ruchy powrotne.
— Nazwałeś nas podpalaczami. Jaką miałeś do tego podstawę?
To pytanie wywołało u niego widoczne niezadowolenie. Gdyby pozostał przy swojem twierdzeniu, baty mogły się łatwo powtórzyć; gdyby zaś zaprzeczył własnym słowom, wówczas wyszedłby wobec wszystkich na kłamcę. Poskrobał się lewą ręką w łysą głowę, trzymając prawą po drugiej stronie bioder i odrzekł dyplomatycznie:
— Tak myślałem.
— A dlaczego tak sądziłeś? Kodża basza powinien umieć wyjaśnić każdą myśl swoją.
— Ponieważ byliście tutaj przed nami. Spostrzegliśmy, że się pali i przybiegliśmy, a was zastaliśmy już tutaj. Czy to nie dostateczna podstawa do podejrzenia?
— Nie, bo mogliśmy przybyć tu tak samo, jak wy, widząc pożar. Ale przypomnij sobie! Czy rzeczywiście byliśmy tu przed tobą?
— Naturalnie! Spotkaliście przecież mnie, gdy nadchodziłem.
— A ja sądzę, że ty wyprzedziłeś tu nas.
— Niepodobna!
— A jednak. Widzieliśmy cię stąd schodzącego.
— To jakaś wielka pomyłka z twojej strony.
— Nie, całkiem pewnie! Poznaliśmy ciebie.
— Panie, ty się łudzisz. Byłem w domu i spałem. Obudził mnie dopiero krzyk wielki. Wstałem, wyjrzałem drzwiami, zobaczyłem ogień na górze i przybiegłem, gdyż jako przedstawiciel władzy poczuwałem się do tego obowiązku.
— Czy jesteś także obowiązany jako przedstawiciel władzy do ostrzegania zbiegłych zbrodniarzy?
— Nie rozumiem ciebie.
— Nie kłam! Gdzie są więźniowie, których ci powierzono?
— Rozumie się, że w więzieniu.
— Czy dobrze ich pilnują? — Podwójnie! Jeden parobek stoi przed drzwiami, a drugi przed domem.
— Ilu masz parobków?
— Tych dwu.
— A cóż ten tutaj robi Ten, który oświadczył się przedtem za kodżą baszą, stał całkiem blizko. Poznałem w nim odrazu parobka, któremu oddano straż nad więźniami.
Urzędnik udał rozgniewanego.
— Po co tu stoisz? — krzyknął na parobka.
— Ruszaj natychmiast na swój posterunek!
— Zostaw go! — rzekłem. — Niema już koło kogo odbywać straży. Więźniowie wolni!
— Wolni? — zapytał, udając przerażonego.
— Nie udawaj! Wiesz to o wiele lepiej odemnie, Ty sam ich wypuściłeś, za co cię Mibarek znaczną kwotą wynagrodził.
Teraz dopiero wyciągnął po raz pierwszy obie ręce przed siebie. Załamał je i krzyknął:
— Co ty powiadasz? O co ty mnie posądzasz? Któż ty, że śmiesz kodżę baszę piętnować jako zbrodniarza? Miałem dostać pieniądze? Ja ich wypuścić? Ja ciebie zaaresztuję i zastosuję do ciebie ustawę z całą surowością... nie, nie, precz, zostaw mnie!
Ostatnie słowa odnosiły się do Halefa, który wziął go za ramię i rzekł groźnym głosem:
— Czy mam ci wygarbować jeszcze inne okolice ciała? Czy wciąż zapominasz, że nie pozwalamy w ten sposób rozprawiać ze sobą? Jeżeli ci się wyrwie jeszcze jedno słowo, które mi się nie spodoba, mój harap spadnie na ciebie jak grad, który dachy przebija!
Zwróciłem się do ludzi i przedstawiłem im, co słyszałem od Nebatii, nie podając jednak jej imienia. Dodałem potem, że spotkaliśmy kodżę baszę i że on ostrzegł przed nami zbrodniarzy.
Na to wystąpił z tłomu człowiek, w którym poznałem jednego z wotantów sądowych, i oświadczył:
— Effendi! To, co nam tu opowiadasz, napełnia mnie zdumieniem. Zawdzięczamy wam wiele, gdyż odkryliście zbrodniarza największego ze wszystkich, jacy tu byli kiedykolwiek. Jeźliby uciekł razem ze swoimi kompanami, to należy tego, kto im do tego dopomógł, jak najsurowiej ukarać. Widziałem dzisiaj ciebie i słyszałem; wierzę, że nie powiesz nic, czego przedtem nie rozważysz. Musisz więc oprzeć się na rzeczywistych podstawach w oskarżeniu kodży baszy. Ponieważ ja jestem prokuratorem, a zatem najstarszym po nim, mam obowiązek wstąpić na jego miejsce, skoro się okazał niegodnym swego urzędu. Zwróć się zatem do mnie z tą sprawą.
Czułem, że ten człowiek myślał uczciwie, chociaż nie posądzałem go o wielką stanowczość. Odpowiedziałem mu bez wielkiego namysłu:
— Przyjemnie mi widzieć w tobie człowieka, któremu dobro obywateli leży na sercu i spodziewam się, że postąpisz nieustraszenie i bezstronnie.
— Zrobię to, ale musisz dowieść mi prawdy twoich oskarżeń.
— Naturalnie! — Zeznasz mi zatem, skąd wiesz, że kodża basza był tu na górze ze zbiegami i że otrzymał od Mibareka pieniądze.
— Nie, tego ci nie powiem.
— Czemu nie?
— Bo nie chcę szkodzić osobie, która wszystko widziała i słyszała.
— Nie poniesie żadnej szkody.
— Daruj, ale ja o tem wątpię. Jesteś bardzo zacnym człowiekiem, ale nie wszyscy urzędnicy są takimi, jak ty. Znam was dobrze. Gdy ja odjadę, zacznie ten kodża basza znowu rządzić, jak mu się spodoba. Źle powodziłoby się owej osobie, od której się dowiedziałem o wszystkiem. Lepiej więc nie wymieniać jej nazwiska.
— Ale w takim razie nie możesz udowodnić tego, co utrzymujesz.
— Owszem! Pieniądze, które wziął kodża basza, znajdą się u niego w kieszeni lub w domu, że zaś był tutaj i że mi się z rąk wyrwał, tego także dowieść nie trudno; zostawił mi w ręku kawałek kaftana.
— To nieprawda! — zawołał oskarżony. — Popatrz tu! Czy brakuje którego kawałka?
Wskazał przytem obu rękoma na miejsca, za które go schwyciłem. Kaftan był nienaruszony.
— A widzisz, że jesteś w błędzie! — zauważył prokurator.
— Żartujesz. — rzekłem z uśmiechem.
— Jakto? — zapytał zdumiony.
— Z rozumnego wyrazu twej twarzy wnioskuję, że poznałeś, w jaki sposób zdradził się teraz kodża basza.
— Zdradził?
— Tak. Chce być naczelnikiem małżonków, a popełnia błędy początkującego zbrodniarza. Czy widziałeś, gdzie wskazał na swój kaftan?
— Oczywiście!
— No gdzie?
— W górze na piersi tu na lewo!
— A czy ja przyznałem się, skąd wyrwałem ten kawałek kaftana?
— Nie, effendi.
— Stamtąd właśnie, gdzie on pokazał. A skąd on wie o tem?
Przedstawiciel prawa spojrzał na mnie stropiony i zapytał:
— Effendi, czy jesteś może naczelnikiem policyi?
— Czemu tak pytasz? — Bo tylko taki wysoki urzędnik może myśleć tak bystro.
— Mylisz się. Nie mieszkam w kraju padyszacha. Zresztą w mojej ojczyźnie każde dziecko poznałoby nieostrożność kodży baszy.
W takim razie opatrzył Allah wasze strony większym rozumem, niż nasze.
— Ale uznajesz chyba, że mam słuszność?
— Tak; ponieważ wskazał to miejsce, więc musi pamiętać, że kaftan tam uszkodzono. Co ty na to, kodża baszo?
— Nic nie odpowiadam — odparł zapytany. — Jestem zbyt dumny, żebym miał dłużej obcować z człowiekiem takim jak ten cudzoziemiec.
— Ale postawa twoja nie jest dumna bynajmniej. Co tam robisz rękoma za sobą? — spytałem go z uśmiechem.
— Milcz! — krzyknął na mnie gniewnie. — Przyjdzie na ciebie jeszcze wielki ból i po długich latach wspominać będziesz skutki swego oszczerstwa. Czyż nie widzisz, że mój kaftan wcale nie je st podarty?
— Zapewne, przekonywam się jednak zarazem, że to jest inny kaftan. Ten, który miałeś dzisiaj przedtem na sobie, był starszy od tego.
— Mam tylko ten jeden.
— Zobaczymy!
— Tak, kodża basza ma tylko ten jeden kaftan — potwierdził parobek.
— Masz wtedy się odzywać, kiedy cię zapytają — pouczyłem go, a zwracając się do prokuratora, pytałem dalej:
— Nie wiesz przypadkiem, ile kaftanów ma kodża basza?
— Nie, effendi. Kto się troszczy o suknie drugiego?
— Ale wiesz chyba, gdzie zaprowadził konie tych trzech zbrodniarzy? Ja pozostawiłem je u niego.
— Do swojej stajni.
— Czy on także ma konie?
— Tak.
— Ile?
— Cztery. Trzyma je zazwyczaj w ogrodzeniu, żeby przebywały na wolnem powietrzu.
— Jakiej są maści?
— Czarne, bo ma upodobanie do karych. Nieprawdaż, baszo?
— Co tych ludzi moje konie obchodzą! — odparł zapytany.
— Bardzo wiele. Ty sam także to odgadujesz. Dopomogłeś końmi uciekającym, a ponieważ mieli powody do tego, żeby zmienić maść koni dotychczasowych, musiałeś im pewnie dać inne. Będzie to bardzo dobre dla ciebie, jeśli okaże się, że jesteś w posiadaniu wszystkich koni. Tu niema już co ratować. Stara chata spłonęła i niebawem zrobi się całkiem ciemno. Stary Mibarek był na tyle rozumny, że podpalił ją przed swojem odejściem, bo moglibyśmy tam znaleźć dowody czynów niedobrych. Miał nawet przygotowany proch na podpalenie lub wysadzenie w powietrze. Było to waryactwem ze strony kodży baszy twierdzić, że to myśmy ją podpalili. Nam właśnie mogło na tem zależeć, żeby ją zachować nietkniętą. Udajmy się teraz do sądowego budynku, by się przekonać, że więźniów niema istotnie.
Zabierając się do odejścia, ujrzałem, że Halef poskoczył naprzód czemprędzej, a zaraz potem doszedł z drogi głos jego:
— Stój! W przeciwnym razie pchnę ci nóż między żebra!
— Puść mnie! — zabrzmiał inny głos. — Co ja mam z tobą do czynienia?
— Nic, ale ja z tobą tem więcej. Jesteś uwięziony.
— Oho!
— Tak, a jeśli się nie poddasz, to jest tu bicz, który parobek łatwo może poznać, skoro już pan skosztował jego pieszczot.
Aha! Parobek chciał pewnie pośpieszyć, aby przed nami dostać się do domu kodży baszy w celu ostrzeżenia i przygotowania rodziny. Wzięto go w środek, jak jego pana.
Po raz wtóry ruszył z góry ten szczególny pochód. Kilku ludzi niosło płonące głownie, aby drogę oświetlić. Wszyscy mieszkańcy byli zaalarmowani i kiedy doszliśmy do dziedzińca, było na nim prawie tak pełno, jak wieczorem.
Więzienie było oczywiście puste. Konie zbiegów stały w starej, walącej się stajni, ale karych kodży baszy brakło. Obaj parobcy oświadczyli, że zniknęły w ten sam zagadkowy sposób, co zbrodniarze.
— Teraz zobaczymy, czy tak samo znajdziemy pieniądze i kaftan kodży baszy — rzekłem do prokuratora.
— Gdzie ich chcesz szukać?
— U jego żony.
— Ona się wyprze.
— Zobaczymy. Zależy wiele od tonu, w którym się przemówi. Chodź ze mną do środka! Weszliśmy do wnętrza domu, na co dotychczas nie daliśmy pozwolenia nikomu, a tem mniej samemu właścicielowi. Prokurator znał dom, poszedł w ciemności naprzód i pchnął jedne z drzwi. Wiodły one do małej izby, zawierającej stół i kilka stołków drewnianych. Wzdłuż ściany ciągnęła się długa poduszka, przeznaczona dla siadających po wschodniemu.
Na stole stał gliniany kaganek, a obok siedziała stara kobieta.
— Oto żona — rzekł prokurator.
Twarz jej zwróciła się ku nam trwożnie. Przystąpiłem do niej, stuknąłem głośno kolbą w podłogę i zapytałem szorstko:
— Jaszly kaftani zenin kodżanyn werde — gdzie stary kaftan twojego męża?
Jeśli nawet przygotowała się do kłamstwa, to ton mego pytania stropił ją całkiem. Odpowiedziała, wskazując na drugie drzwi:
— Zandykda — w skrzyni.
— Onu getir — przynieś go!
Wyszła temi drzwiami. Dał się słyszeć odgłos spadającego wieka, poczem kobieta wróciła z żądaną częścią ubrania. Wziąłem ją z rąk jej i rozłożyłem. Brakowało kawałka na piersiach, a gdy dobyłem z kieszeni i przyłożyłem do dziury oddartą szmatę, przystawała zupełnie. Kobieta przypatrywała się naszej czynności trwożnym wzrokiem. Była pewnie wtajemniczona we wszystko.
— Getir akczeji — przynieś pieniądze! — zażądałem tym samym szorstkim tonem.
— Ne asl akcza — jakie pieniądze? — spytała z wahaniem.
— Te, które twój mąż dostał poprzednio od Mibareka. Gdzie one? Prędko! — odparł prokurator.
Zadał sobie przytem trudu, żeby naśladować mój ton. Zalękła się też widocznie kobieta i przyznała z drżeniem:
— Także w skrzyni.
— Daj je tutaj!
Wyszła znowu do ciemnej komory, ale tym razem dłużej to trwało. Pieniądze były schowane w skrzyni głęboko i zawinięte w starą chustę z turbanu. Prokurator przeliczył je i cyfra zgadzała się z tą, którą mi zbieraczka roślin podała.
— Co z tem począć? — zapytał.
— Ty musisz wiedzieć — odrzekłem.
— Konfiskuję te pieniądze.
— Naturalnie. Masz je odesłać do sądu wyższego.
— Oczywiście, a nastąpi to jutro rano. Czy wyjdziemy napowrót?
— Nie, chcę jeszcze pomówić z tą kobietą, z którą będzie źle, jeśli prawdę przedemną zatai. Bastonada jest dla życia kobiety w tym wieku niebezpieczna.
Na to klękła ona na ziemi, podniosła w górę ręce i zawołała:
— Tylko nie bastonadę, nie bastonadę, o wielki, sławny, najłaskawszy effendi! Widzę, że już wszystko zdradzone i nie zamilczę niczego.
— Więc powstań! Tylko przed Allahem się klęka. Prawda, że twój mąż pozwolił uciec tym czterem zbrodniarzom?
— Tak jest.
— I dał im swe czarne konie?
— Tak, wszystkie cztery.
— Dokąd się udali złodzieje?
— Do — do — do Radowicz.
Ponieważ utknęła, domyśliłem się, że wyznała teraz tylko część prawdy. Rozkazałem jej zatem:
— Powiedz wszystko! Czemu nie wymieniasz reszty miejscowości? Jeśli nie będziesz otwarta, każę mimo to wnieść ławę i obić cię dziewkom.
— Panie, ja powiem. Pojechali do Radowicz, a stamtąd dalej do Zbigancy.
— Czy do rzeźnika Czuraka, który tam mieszka?
— Tak, do niego.
— A potem do leśnej chaty?
— Ty ją znasz panie?
— Odpowiadaj!
— Tak, chcą się tam dostać.
— A potem?
— Tego już nie wiem.
— Czego tam szukają?
— I tego nie wiem. Mój mąż ukrywa przedemną takie rzeczy.
— Ale zna Szuta?
— Może; ja nie wiem.
— Miał zawsze tajne sprawy z Mibarekiem?
— Nie słyszałam nigdy o tem, co robili, ale mąż bywał często na górze, a Mibarek do nas w nocy przychodził.
— Czy przypatrzyłaś się dzisiaj więźniom?
— Widziałam ich.
— Czy ich znałaś?
— Tylko jednego, który pierwej często tu bywał.
— Którego? Czy Manacha el Barsza?
— Nie znam jego imienia. Ten był poborcą haraczu w Uskub.
— To on. Co jeszcze wiesz o tej sprawie]?
— Nic, całkiem nic, effendi. Powiedziałam ci już wszystko, co mnie samej wiadomo.
— Czuję, że mówisz prawdę, dlatego dalej cię już dręczyć nie będę. Ale, czy obiło się o twe uszy już kiedy imię „Aladży“.
— Także nie.
— Effendi — wtrącił prokurator — dlaczego o nich pytasz?
— Czy znasz ich?
— Nie, ale słyszałem o nich obudwu.
— A więc to dwu? Co o nich wiesz?
— To najgorsi ze wszystkich Skipetarów. To dwaj bracia olbrzymiej postaci, których kule nigdy nie chybiają, a noże trafiają zawsze w miejsce zamierzone. Ich topory hajducze mają być bronią okropną. Ciskają nimi tak daleko, jak kula doleci i wbijają je tak pewnie w kark tego, któremu chcą złamać stos pacierzowy, jak gdyby nimi rzucał sam szejtan. W używaniu procy także im nikt nie dorównał.
— Gdzie ich miejsce pobytu?
— Są wszędzie, gdzie tylko idzie o spełnienie mordu lub rabunku.
— Czy byli już kiedy tutaj?
— W samej Ostromdży nie, ale w okolicy. Niedawno temu miano ich widzieć w pobliżu Kodżany.
— To stąd wcale niedaleko. Zdaje mi się, że konno można tam zajechać w pięć godzin.
— Znasz widocznie dobrze nasze strony.
— O nie, obliczam to tylko w przybliżeniu. Nie wiesz, skąd pochodzą ci dwaj bracia?
— Powiadają, że z Kakandelen, z gór Szar Dagh, gdzie się rodzą rdzenni Skipetarzy.
— A dlaczego ich nazywają Aladży?
— Bo jeżdżą na dwu srokaczach, które tak samo dyabła w sobie mają jak ich jeźdźcy. Podobno urodziły się trzynastego moharrem; to dzień, w którym dyabła z nieba wypędzono. Ich właściciele dają im codziennie zapisaną kartkę Koranu w obroku i dlatego nie można ich zranić. Pędzą jak błyskawica, nie chwyta ich się żadna choroba i nie potykają się nigdy.
— O biada! W takim razie może być źle ze mną.
— Czemu?
— Mibarek wezwał Aladżych, żeby się zaczaili i mnie zabili.
— Skąd wiesz o tem?
— Dowiedziała się o tem osoba, która wszystko podsłuchała pod chatą.
— I ty w to wierzysz?
— Zupełnie.
— To możliwe, ponieważ widziano te dwa potwory w naszej okolicy. Effendi, miej się na baczności! Trzydziestu takich, jak ty, nic nie poradzi przeciwko tym dwom Skipetarom. Jeśli cię złapią, przepadłeś. Ufaj mi, bo życzę ci dobrze.
— Przyjm moje podziękowanie za współczucie, ale ja się ich nie boję.
— Panie, nie chełp się!
— Nie, tego nie czynię, ale mam przy sobie opiekuna, na którego zdać się mogę całkowicie.
— Kto jest twym opiekunem?
— Ten mały hadżi, którego widziałeś.
Twarz mu się wydłużyła, podniósł brwi i odpowiedział:
— Ten? Ten kuc?
— Tak; ty go nie znasz.
— To prawda, że umie harapem wyśmienicie obracać, ale co zdziałasz karbaczem przeciw tak potężnym bohaterom!
— Ty sądzisz, że trzydziestu takich jak ja musi się bać tych dwu Srokaezów, a ja ci powiadam, że pięćdziesięciu takich drabów nic nie wskóra przeciw małemu hadżemu. Jestem pod jego strażą i czuję się zupełnie bezpiecznym. Wiem o tem dobrze.
— Skoro tak myślisz, to niema rady dla ciebie i jesteś zgubiony.
— O nie! Wiedz, że hadżi spożywa codziennie nie kartkę, lecz całą surę z Koranu. Dlatego nawet kula armatnia odbiłaby się od jego ciała Nie naruszy go ani pchnięcie, ani cięcie, ani kula. Aby się o tem przekonać, połykał już noże, bagnety, proch i zapałki, a to wszystko mu tak posłużyło, jak gdyby był zjadł tłusty piław.
Spojrzał na mnie poważnym, badawczym, wzrokiem i zapytał po chwili namysłu:
— Effendi, chyba żartujesz?
— Nie żartuję tak samo jak ten, który pierwszy puścił bajkę, że koni Skipetarów zranić nie można.
— Ależ w te niezwykłe przymioty hadżego niepodobna uwierzyć!
— A ja także w to samo o koniach nie wierzę.
— O, to całkiem, całkiem co innego!
— To samo.
— Nie, panie. Kartka z Koranu nie zaszkodzi koniowi; strawi ją łatwo, ale połykać noże i bagnety, a dotego proch i zapałki! To musiałoby go rozerwać.
— No, mały huk dał się słyszeć, ale rozszedł się wewnątrz, a i to nie byłoby nastąpiło, gdyby był nie zjadł dwu sur zamiast jednej.
— Panie, ja tego pojąć nie mogę, ale prorok jest w siódmem niebie i wszystko jest w jego mocy. Przypatrzę się temu dziwnemu człowiekowi lepiej niż dotychczas.
— Zrób to! Jestem przekonany, że on nie dba nawet o stu Skipetarów.
— Czy wolno mi spróbować?
— Jak się do tego zabierzesz?
— Zakradnę się z tyłu z pistoletem i spróbuję wpakować mu kulę w głowę.
— Dobrze — odrzekłem tak samo poważnie, jak on mówił o próbie.
— I sądzisz, że tego nie zauważy?
— Zauważyć zauważy, bo nie da się to uczynić tak skrycie. Uczułby, gdyby mu się kula odbiła od głowy; to sobie chyba wyobrażasz.
— Oczywiście.
— Ale obawiam się, żeby ciebie wówczas nie spotkało co złego.
— Jakto?
— Kula, odbiwszy się, zraniłaby prawdopodobnie ciebie.
— Panie, to istotnie bardzo możliwe.
— A gdyby się to nawet nie stało, to należy się spodziewać, że rozgniewany hadżi wbiłby ci nóż w ciało, coby twemu zdrowiu zaszkodziło.
— Dlaczegóżby się miał rozgniewać?
— Za twoje niedowiarstwo. Nie lubi wogóle, żeby na nim przeprowadzano takie próby bez osobnego zezwolenia z jego strony.
— W takim razie wolę tego zaniechać, albo poprosić go o pozwolenie.
— Zrób to!
— Czy sądzisz, że mi go udzieli?
— Tak, jeśli ja poprę twoje życzenie.
— Proszę cię, nie odmów mi tego!
— Pomówię z nim, ale teraz czekają nas rzeczy ważniejsze. Czy jesteś już przekonany o m nie kodży baszy?
— Zupełnie.
— Oddaję go więc w twoje ręce. Musisz także ująć obydwu parobków, ponieważ mu dopomagali. Co do mnie, to nie chcę więcej z tem mieć do czynienia.
— Panie, jak ja to załatwię bez ciebie?
— Powinieneś przecież sam to wiedzieć, skoro jesteś kazamufti. Nadając ci ten ważny urząd, padyszach przypuszczał niezawodnie u ciebie odpowiednie zdolności i mam nadzieję, że nie zawiedziesz tego zaufania.
— O nie, z pewnością. Będę sędzią bardzo surowym i sprawiedliwym. Czy mam i tę kobietę zaaresztować?
— Nie, ona musiała być posłuszną mężowi. Kobieta jest pozbawiona duszy i nie dostaje się do wyższych niebios, nie należy jej zatem karać za grzechy męża.
Brzmiało to tak mile dla uszu tej starej baby, że ujęła frendzle, zwisające mi u pasa, i przycisnęła do ust. Uniknąłem jej podziękowań, oddalając się czemprędzej. „Prokurator państwa “ poszedł za mną z kaftanem w ręku, a pieniędzmi w kieszeni. Byłem pewien, że uważał je odtąd za swą prawowitą własność. Kto wie, czy po moim odjeździe nie wygłosił rozumnego twierdzenia, że ja zabrałem z sobą te pieniądze.
Na dworze czekano na nas, ponieważ tymczasem powrócili bohaterowie, którzy pod dowództwem obu gospodarzy mieli urządzić zasadzkę na zbiegów. Byłem ciekaw, czy też co zdziałali. Oczywiście, że nic, bo byliby przyprowadzili opryszków ze sobą.
Ibarek przystąpił do mnie i zapytał poważnie:
— Effendi, wy ich nie macie?
Ubawiło mnie w duchu to pytanie. Ja odpowiedziałem:
— Nie, jak już zapewne słyszałeś.
— My także nie.
— Tak! W takim razie nie możemy sobie przynajmniej czynić żadnych wyrzutów.
— Pewnie, że nie. Spełniliśmy wszyscy swoją powinność.
— Jak zabraliście się do tego spełnienia?
— Zaczailiśmy się na nich.
— Mój kochany, to się samo przez się rozumie, bo wam to poleciłem, ale co przedsięwziąłeś, aby to polecenie wykonać?
— Zwołaliśmy obydwaj sąsiadów i pobiegliśmy tam, gdzie nam kazałeś.
— To pięknie z waszej strony, bardzo pięknie! Należy ci się pochwała. Co dalej?
— A teraz powracamy.
— Tak? Sam to widzę. Nic nadzwyczajnego nie zaszło?
— Nie, effendi.
— To także dobrze, bo mogło się co stać. Ilu miałeś ludzi z sobą?
— Było nas dwunastu.
— To byłoby wystarczyło. Dwunastu na czterech.
— Mieliśmy także broń. Bylibyśmy zastrzelili wszystkich i zakłuli.
— Tak, nie ulega wątpliwości, że Ostromdżę zamieszkują sami dzielni mężowie.
— Okolicę także! — dodał.
— Tak jest i ty z niej pochodzisz. Czy nic się wam nie udało zobaczyć lub usłyszeć?
— O, kilka rzeczy.
— No, opowiadaj!
— Widzieliśmy ogień i cieszyliśmy się bardzo z tego powodu.
— Ach, czemu?
— Bo myśleliśmy, że wy spaliliście złodziei w chacie.
— Nie, ja nie odznaczam się tego rodzaju walecznością. Zresztą nie było ich w chacie.
— Potem ujrzeliśmy ludzi, idących z pochodnią przez zarośla.
— To ja byłem z towarzyszami.
— Potem słyszeliśmy, jak wołaliście i przeklinali.
— Czy nie poznaliście głosów?
— Bardzo dobrze. Najpierw ryknął ku wam Mibarek, a potem twój hadżi na dół.
— Wiedziałeś zatem, że to był Mibarek.
— Naturalnie. Zdradził go jego głos.
— Więc zapewne zatrzymaliście go razem z towarzyszami.
— To się zrobić nie dało.
— Właśnie, że byłoby poszło bardzo łatwo. Jesteście przecież dzielni.
— Ale nie było nam wolno.
— Czemu nie?
— Bylibyśmy postąpili wbrew rozkazowi.
— Jak? Co? O ile?
— Kazałeś nam przeciąć im drogę i to też uczyniliśmy.
— Dalej!
— Oni zaś byli na tyle rozumni, że nie pojechali, drogą, lecz ugorem pomiędzy drogą a rzeką.
— A wyście tamtędy za nimi nie popędzili?
— Nie. Czyż mogliśmy opuścić swoje stanowisko? Człowiek waleczny wytrwa tam, gdzie go postawiono, aż do śmierci.
Powiedział to z dumną pewnością siebie i spojrzał na mnie wyzywająco, jak gdyby oczekiwał pochwały. Zrobiłem, zdaje się, w tej chwili niezbyt mądrą minę, bo Halef trącił mnie i szepnął:
— Zihdi, zamknij usta! Czy chcesz połknąć takiego zucha?
Stropiłem się istotnie z powodu osobliwej logiki tego przemówienia. Czy to było dziwne? Co robić z takim i ludźmi? Ganić? Nie. Chwalić? Tem mniej. Szczęściem zjawił się wybawiciel w osobie prokuratora. Jako urzędowego kierownika sprawy powinno go było sprawozdanie wściekle odważnego oberżysty zająć w najwyższym stopniu. Tymczasem oskarżyciel publiczny nie słyszał go wcale i przypatrywał się nieustannie hadżemu. Naraz wsunął się pomiędzy mnie a niego i spytał z cicha:
— Effendi, teraz chyba najlepszy czas!
— Do czego?
— Byś się wstawił za mną u hadżego, jak to mi obiecałeś. A może nie chcesz dotrzymać słowa?
Czy należało się zgniewać, czy zaśmiać z tego powodu? Poczciwego prokuratora więcej obchodziła wytrzymałość hadżego na kule, niż powierzona mu sprawa kryminalna.
— Jutro rano, gdy się wyśpimy, teraz nie — odpowiedziałem. — W tej chwili właśnie masz spełnić swój obowiązek.
— Jak to?
— Tam stoi kodża basza, a tu masz kaftan na ramieniu.
— Czy pokazać mu go?
— Oczywiście! Pieniądze także u ciebie. Ci ludzie wszyscy czekają na to, żeby mu udowodnić winę, a ty się jeszcze ociągasz? Nie wygląda to na chęć spełnienia obowiązku.
— Przeciwnie, effendi! Zobaczysz zaraz, jak poważnie i surowo zajmę się tym ważnym wypadkiem.
— Spodziewam się. Słucham.
Dziewkom kazano pozapalać znowu kilka kaganków i w ten sposób oświetlono dziedziniec przynajmniej na tyle, że można było rozpoznać postacie.
Prokurator wystąpił i zawołał:
— Synowie Koranu i dzieci prawdziwej wiary! Stoję przed wami na miejscu padyszacha, któremu niechaj Allah raju użyczy. Chcę wam donieść, że kodży baszy udowodniono winę. Znaleźliśmy jego kaftan, z którego obcy effendi kawałek oderwał. Będzie on wprawdzie musiał wedle brzmienia ustawy zapłacić kodży za kaftan, co chętnie uczyni, ponieważ jest bogaty, a pieniądze wpłyną do kasy sądowej — należało rozumieć, że do jego własnej kieszeni — lecz w ten sposób przeprowadził dowód znakomicie, że kodża basza był tam na górze. Znaleźliśmy także pieniądze, wzięte przez kodżę za uwolnienie opryszków. Tak samo dowiedzieliśmy się, że dał im do ucieczki swoje cztery konie. Nie zachodzi więc żadna wątpliwość co do przewinienia, wobec tego pytam się ciebie, szlachetny effendi, jakie ofiarujesz odszkodowanie za kaftan?
— Allah akbar — Bóg jest wielki! — zawołał koło mnie Halef.
Byłem oczywiście nie mniej od niego zdumiony. Oczekiwałem ogłoszenia uwięzienia kodży baszy, jako najbliższego następstwa tego postępowania dowodowego, zamiast tego zaś kazano mi zapłacić za nędzny kaftan. Odrzekłem głośno:
— Ku wielkiej mojej radości przekonywam się o kazamufti, że sprawiedliwość twoja jest tak wielką jak bystrość umysłu. Dlatego pytam się ciebie: kto właściwie podarł ten kaftan?
— Wszak ty, effendi!
— O nie!?
— Panie, to mnie mocno dziwi! To przecież już dowiedzione i wiadome nam wszystkim.
— Proszę cię, bądź tak dobry i wysłuchaj mnie!
— Więc mów!
— Czy jest dozwolone zatrzymać człowieka, chodzącego drogami zbrodni?
— Tak, to nawet obowiązek prawdziwego wiernego.
— Nie można mnie więc karać za to, że chciałem zatrzymać kodżę baszę!
— Za to nie.
— A poza tem nic nie uczyniłem.
— O, przecież mu kaftan podarłeś!
— Nie. Wezwałem go, by stanął, i pochwyciłem go za kaftan. Czy rozdarłaby się suknia, gdyby się on był nie ruszył z miejsca?
— Pewnie, że nie.
— A czy on został?
— Nie, uciekł.
— A więc kto rozdarł kaftan?
Odpowiedział dopiero po chwili:
— O Allah! To jest trudne pytanie. Muszę z niego dalej zdać sprawę.
— To niepotrzebne. Do rozstrzygnięcia tego wystarczy twoja sprawiedliwość.
— Więc się namyślę.
— Nie mam na to czasu, ani ochoty. Przyznaję, że kaftan podarto i...
— O — przerwał mi — ty przyznajesz. Jesteśmy zatem gotowi; płacisz za niego.
— Zaczekaj jeszcze! Odpowiedz mi: Czy ten kawałek wyrwano z kaftana, czy kaftan oderwano od tego kawałka? Ja stałem cicho i trzymałem, basza szarpnął się i kaftan oderwał.
Prokurator popatrzył w zamyśleniu na ziemię i zawołał:
— Słuchajcie, mieszkańcy Ostromdży i dowiedzcie się, jak sprawiedliwi są sędziowie wasi. Orzekam w imię prawa, zawartego w Koranie, że kaftan oderwano od kawałka. Czy jesteście tego samego zdania?
Zabrzmiało wtedy wielogłośnie „tak“.
— Odpowiedz mi, effendi, jeszcze na jedno pytanie. Miałeś zapłacić za kaftan, ponieważ przypuszczaliśmy, że to ty go rozdarłeś. Czy nie sądzisz, że ten zań powinien zapłacić, kto go podarł?
— Zapewne! — odrzekłem, ucieszony w duchu z powodu tego nieprawdopodobnego zwrotu, a zarazem dlatego, że domyślałem się jego zamiaru.
— A kto go podarł?
— Kodża basza.
— Kto więc ma zań zapłacić?
— On sam.
— A gdzie wpłyną pieniądze?
— Do kasy sądowej.
— A ile musi zapłacić?
— Tyle, ile był wart kaftan w stanie niepodartym.
— To słuszne. Sam oceń, ile był wart?
— Był bardzo stary i brudny; nie dałbym był więcej jak piętnaście piastrów.
— Effendi, to za mało!
— Nie przedstawiał większej wartości.
— Co znaczy piętnaście piastrów dla kasy padyszacha?
— Padyszach przyjmuje chętnie i najmniejsze kwoty.
— Święte twoje słowo, ale czy wypada kodży baszy nosić tak brudny kaftan?
— Chyba nie.
— Pewnie, że nie. Godność jego urzędu wymaga, żeby ubierał się w bardzo dobrą, długą szatę i zawsze nową. A wiele kosztuje nowy kaftan?
— Widziałem takie ubrania w bazarze stambulskim po trzysta, a nawet pięćset piastrów.
— O to jeszcze nie są najdroższe. Kaftan za trzysta piastrów dobry dla ubogiego basz kiatiba; kodża basza musi mieć co najmniej za pięćset piastrów. Jak sądzisz?
— Zgadzam się z tobą.
— Czy mam kodżę baszą ocenić i ukarać wedle rangi basz kiatiba?
— Według jego własnej.
— Udzielam mu więc surowej nagany za to, że tak mało zważał na swój urząd i nosił tak powalany kaftan, oraz zasądzam go odpowiednio do godności na zapłacenie za nowy w cenie pięciuset piastrów. Jeśli nie ma gotówki, to zafantuję jego własność, a pieniądze odeślę do kasy. Postanawiam to i zarządzam na podstawie świętego Koranu, który jest naszą gwiazdą przewodnią. A teraz pójdzie kodża basza razem z parobkami swymi do więzienia. Surowość prawa zmiażdży go.
Basza zaczął się sprzeciwiać krzykliwie, ja jednak nie chciałem już słyszeć ani słowa. Skinąłem na towarzyszy i oddaliłem się. Obaj dzielni gospodarze, którzy tak odważnie wytrwali na swem stanowisku, poszli za nami.
Przed bramą stała kobieta, która zaraz przystąpiła do mnie, gdy tylko mnie zobaczyła. Była to Nebatia.
— Panie, czekałam na ciebie — rzekła. — Bardzo się bałam.
— O kogo? O mnie?
— O nie. Nie przypuszczam, żeby ci się mogło stać co złego. Truchlałam o siebie samą.
— Czemu?
— Strach mię zbiera przed zemstą panów z sądu. Czy zdradziłeś, że to ja powiedziałam ci wszystko?
— Nie, ani słowem.
— Dziękuję ci! Mogę więc być spokojna?
— Zupełnie. Postaram się zresztą o to i na innej drodze, żeby się twoja bieda skończyła. Odwiedzę cię, gdy dzień nastanie.
— Effendi, będziesz przezemnie mile widziany, bo zjawienie się twoje było dla mnie wschodem słońca. Niechaj Allah użyczy ci snu spokojnego i szczęśliwych marzeń!
Odeszła. W tem przypomniałem sobie coś, co mi już tam na górze przyszło na myśl. Zawołałem Nebatię napowrót i zapytałem:
— Czy znasz roślinę, zwaną hadad (koźle ciernie)?
— Tak, bardzo dobrze. Ma kolce i gorzkie jagody w kształcie pieprzu.
— Czy rośnie tutaj?
— Tu nie, ale w kierunku Banji.
— Szkoda! Potrzeba mi liści tej rośliny.
— Możesz je dostać.
— Od kogo?
— Od aptekarza, któremu je często musiałam przynosić.
— Na jakie choroby ich używa?
— Na plastry przeciw bolączkom. Wywar pomaga na choroby uszne i gnicie dziąseł, przeciwko ciemnieniu w oczach i pękaniu warg.
— Dziękuję ci! Kupię sobie.
— Czy mam ci przynieść, effendi?
— Nie, sam sobie przyniosę.
Roślina ta działa w osobliwy sposób; chciałem jej właściwości na sobie spróbować! Nie wiedziałem tylko, czy skutek działania jest rzeczywiście pewny.
W drodze do domu opowiadali obaj gospodarze o bohaterstwach, jakich byliby dokonali, gdyby im zbiegowie byli weszli w drogę. Nie zważałem na tę paplaninę. Przybywszy do oberży, wszedłem do naszej izby na górze. Nie mogliśmy zaraz zasnąć. Dzień ubiegły tyle nastręczył wrażeń, że podrażniony duch nie łatwo się uspokoił.
— Zihdi — zapytał hadżi — jak długo tu pozostaniemy?
— Nie mam bynajmniej ochoty bawić dłużej w tej norze, niż potrzeba.
— I ja nie, zihdi. Porwał mię wstręt do tych ludzi. Czy nie byłoby najlepiej zaraz jutro odjechać?
— Jutro? Chyba dzisiaj, bo już ranek niedługo. Wcale o tem nie pomyślałem. Wyśpijmy się, a potem ja odwiedzę Nebatię i pojedziemy.
— Jeżeli nas do pozostania nie zmuszą.
— Nie pozwolę się zatrzymać.
— Czy to było słuszne, że dałem kodży baszy skosztować harapa?
— Hm!
— A może mieliśmy znieść spokojnie jego obelgi?
— Nie. Pod tym względem przyznaję ci słuszność. Zasłużył sprawiedliwie na cięgi.
— Ten drugi także.
— Kto?
— Kaza-mufti. To taki sam łajdak, jak tamten. Jakże ucieszyłbym się, gdybyś mi pozwolił i jemu dać odczuć siłę mego karbacza.
— Kochany Halefie, zawziąłeś się zupełnie na swój harap, ale zważ, że to połączone jest z wielkiemi niebezpieczeństwami.
— Panie, czy my obaj jesteśmy stworzeni do obawy przed temi niebezpieczeństwami?
— Tak, dotychczas miałeś zawsze szczęście.
— I będę je miał w dalszym ciągu.
— Czy naw et wówczas, kiedy mnie przy tobie nie będzie? Udawało mi się zawsze wydobyć cię, ilekroć uwikłałeś się w coś swoim harapem. Potem to nie będzie możliwe.
— Zihdi, ja wcale nad tem nie myślę. Gdy się będę miał rozstać z tobą, wówczas niech sobie śmiało przyjdą i zaćwiczą mnie na śmierć. Nie wydam głosu z siebie.
— A jednak musisz się z dnia na dzień coraz to bardziej oswajać z tą myślą. Kiedyś wreszcie przyjdzie chwila rozstania. Ciebie woła twoja ojczyzna, a mnie moja, obie leżą niestety tak daleko od siebie, że rozłąka jest nieunikniona.
— Na zawsze?
— Najprawdopodobniej.
— Więc już nigdy nie przybędziesz do Arabii?
— Co znaczy wola człowieka? To tchnienie wobec boskiego zrządzenia.
— W takim razie modlić się będę do Allaha, żeby cię zmusił do powrotu. Co tam masz w domu? Nic, zupełnie nic, ani pustyni, ani wielbłądów, ani nawet daktyli i nędznych kolokwint, których żaden szakal nie może jeść.
— Mam więcej od ciebie: rodziców i rodzeństwo.
— O, ja mam moją Hanneh, ozdobę kobiet i dziewcząt. A gdzie ty masz Hanneh? Jaką dziewczynę otrzymasz tam, gdzie już obcym się stałeś. Wśród Beni Arabów natomiast możesz poszukać i wybrać sobie najpiękniejszą, z wyjątkiem mojej Hanneh. W ojczyźnie twojej może być pięknie, ale nie jest ona tem, co pustynia. Pomyśl tylko, że nie wolno ci nawet człowieka, który ciebie obrazi, oćwiczyć harapem, bo pójdzie do kadiego, a ciebie zamkną, albo ci każą zapłacić pięćdziesiąt piastrów kary. Ja gotówbym u siebie w domu nawet kadiego wybatożyć, gdyby mię na grzywnę skazał. A co ty tam jeść musisz! O Allah!
— O tem ty nic nie wiesz.
— O, powiedziałeś mi coś nie coś, a o wiele rzeczy z ojczyzny twojej dopytałem się w Stambule. Są tam kartofle, z którymi połyka się małą rybę, ale to jadają tylko pijani z nadmiaru raki. Następnie są buraki i grzyby, których trucizna przeżera wnętrzności. Potem ostrygi, podobne do ślimaków, a któżby jadał ślimaki? Lubicie podobno także raki, żywiące się zdechłemi ropuchami, To musi być życie okropne! Oprócz tego jeździcie koleją w klatkach, w których się wyprostować nie można, a gdy się spotykacie, zdejmujecie kapelusze z głowy i znieważacie się w ten sposób. Gdy jeden mieszka u drugiego, to mu płaci wysoki czynsz, a kto jest pilny wedle przykazań Allaha na tyle, aby swoich wyżywić, od tego żądają podatku zarobkowego. Gdy u was zimno, musicie psom kagańce zakładać, a gdy ciepło, jeszcze sznurek do tego, jak gdyby to co pomagało na ciepło, albo na zimno. Upuści kobieta chustkę do nosa, przyskakują mężczyźni, aby ją podnieść, a gdy mężczyzna chce fajkę zapalić, musi prosić kobietę o pozwolenie. Wasze kobiety noszą suknie za krótkie z góry, a za długie z dołu, a młodzieńcy wasi wkładają pierścienie na palce, jak kobiety i dzielą sobie z tyłu włosy tak, że możnaby myśleć, iż głowa pękła. Gdy ludzie chcą u was wiedzieć, która godzina, gapią się na wieże kościelne, a gdy kapłan żąda, żeby żyli wedle przykazań Allaha, przezywają go popem. Gdy u was ma kto katar i kicha, co jest oznaką polepszenia, wówczas woła się doń „daj Boże zdrowie“, a gdy kto kaszle, bo ma suchoty, milczycie, chociaż one o wiele gorsze od kataru. Dzieci wasze kołysze się aż do nudności, przyczem matki „lulu lulu“ śpiewają, a dziewice wasze popełniają dla zabawy samobójstwa zapomocą sznurówek. Wasza młodzież nosi okulary na nosie, a mężowie studyują karty dzień i noc zamiast Koranu. Kto u was chce być wesołym, zanosi rzeczy i pościel do zastawu i skacze potem jak półgłówek po sali balowej. Powiedz mi, czy może w takim kraju być pięknie? Powiedz, czy powinieneś istotnie tęsknić za tem, żeby tam być? Powiedz mi to, zihdi, proszę cię, ale przyznaj się otwarcie!
Zacny hadżi nie wyobrażał sobie dobrze stosunków na Zachodzie, ale co mu miałem odpowiedzieć? Jeśli nawet tu i ówdzie przesadził, lub czegoś nie zrozumiał, to w każdym razie nie mogłem mu nie przyznać słuszności co do wielu spraw, poruszonych przez niego.
— No i cóż ty na to? — powtórzył, gdy zaraz mu nie odpowiedziałem.
— W tem, co mówisz, jest wiele poglądów fałszywych. Niejedną też uwagę można odnieść do wszystkich krajów Zachodu. Kultura przynosi ze sobą wiele rzeczy niechwalebnych i...
— Dziękuję więc za kulturę, która nie przynosi nic dobrego. Moja polega na tem, że słucham Allaha, ciebie jako pana i przyjaciela, a każdemu szubrawcowi pokazuję harap. Skoro dojdę do okolic, w których zaczyna się kultura i wódka, zawrócę.
— Więc nie odprowadziłbyś mnie dalej?
— Ciebie? Hm! Tak, gdybym mógł być przy tobie razem z Hanneh, wówczas zostałbym i nie troszczyłbym się o nic więcej. Ile czasu potrzeba, by dostać się do tych okolic?
— Gdyby nas nic nie wstrzymało, jechalibyśmy razem jeszcze z tydzień, zanim stanęlibyśmy nad morzem.
— A potem?
— Potem rozłąka.
— O zihdi, już tak prędko?
— Niestety! Ty wrócisz statkiem do Stambułu i Egiptu, a stamtąd do plemienia twojej Hanneh, ja zaś na północ, do kraju, który ci się tak mało podoba, który jednak polubiłbyś, gdybyś miał sposobność go poznać.
— Nie przypuszczałem, że to tak prędko nastąpi, ale sądzę, że jest jeszcze jedna pociecha.
— Jaka?
— Że nie pojedziemy tak szybko. Ci czterej, którzy uciekają przed nami, sprawią nam jeszcze nie mało kłopotu.
— I ja tak myślę, zwłaszcza że dodać do tego należy jeszcze obu Aladżych.
— Srokaczy? Czy dowiedziałeś się o nich czegoś nowego?
Powtórzyłem mu wiadomość, udzieloną mi przez osławionego prokuratora i wspomniałem, że go teraz ten zabobonny człowiek uważa za takiego, którego się kule nie imają.
— Zihdi, to może być dla mnie bardzo niebezpiecznem.
— O, nie.
— Na pewno! Co będzie, jeśli mi ten człowiek wpakuje kulę w głowę na próbę?
— Zaniecha tego, bo obawia się twojego noża.
— To prawda. Zresztą nie zostaniemy już długo tutaj, a ja będę się strzegł. Ubawiłbym się jednak, gdyby nam udało się go oszukać.
— Myślałem już o tem także. Przyniosłoby to nam wielką korzyść.
— Sądzisz?
— Tak. Nasi wrogowie każą pewnie na nas tutaj uważać i zdałoby się, żeby chociaż jeden z nas, albo dwu uchodziło za odpornych na działanie kul.
— Czy to się nie da zrobić, effendi?
Hadżego ta myśl tak zelektryzowała, że usiadł na łóżku.
— Hm! Może — odpowiedziałem.
— Nie mów: może! Znam ciebie. Ilekroć odzywasz się w tym tonie, masz zawsze coś pewnego na myśli, albo coś już postanowiłeś. Czy nie możnaby użyć tu jakiej sztuczki kuglarskiej?
— Nawet kilku.
— Powiedz, jakich.
— Możnaby strzelbę nabić sporządzonym w tym celu nabojem, ale to nic nie warte, gdyż wzbudziłoby podejrzenie.
— Jak się to urządza?
— Nabija się strzelbę, pokazawszy wpierw kulę. Zawijając ją w plaster, wpuszcza się ją do rękawa, a do lufy wsadza się tylko pakuł. Ale kula może paść obok, a wówczas zamiar oszustwa wyszedłby na jaw.
— Nie, to do niczego nie doprowadzi! Ten, do którego mają strzelać, nie powinien sam nabijać. To rzecz niedowiarka. Żaden z widzów nie śmie wątpić, czy w lufie tkwi rzeczywiście kula, i ona musi tam być istotnie. Czy to możliwe?
— Owszem, możliwe.
— Trzebaby mieć pancerz.
— Zdradziłby go odgłos uderzenia. A coby się stało, gdyby pancerz był licho wykonany?
— O Allah! Wówczas pożegnałby się z tym światem twój biedny, poczciwy Halef!
— Pewnie, a do tego ja nie dopuszczę.
— A jednak ty masz jeszcze środek; czytam to z twoich oczu.
— Znam środek, ale nie wiem, czy go tutaj dostanie.
— Co takiego? Są dwa metale, które, zmieszane odpowiednio, dadzą twardą kulę, zupełnie podobną do ołowianej i prawie tak samo ciężką. Podczas strzału jednak rozlatuje się mieszanina na dwie stopy poza wylotem lufy na drobniutkie atomy.
— Które to metale?
— Żywe srebro i bizmut. Ty nie znasz tego drugiego! Jest bardzo drogi i pewnie go tu w Ostromdży nie sprzedają.
— Gdzieby go można nabyć?
— Jedynie w aptece. Skoro się tylko zbudzimy, pójdę zapytać.
— A czy jesteś pewny, że się kula rozleci? Bo Halef gotów i tak oczy na zawsze zamknąć.
— Nie bój się! Przeprowadziłbym najpierw próbę. Dowiedziałem się o tej sztuczce z książki czarnoksięskiej. Udaje się wrybornie.
— A cząstek kruszców potem nie widać?
— Nie. Kruszec rozpada się na całkiem małe, niedostrzegalne cząsteczki. Sztuka wywarłaby wielkie w rażenie, gdybyś miał w kieszeni zwyczajną kulę ołowianą. Podczas strzału wykonałbyś ruch, jak gdybyś chciał złapać wyrzuconą ze strzelby kulę, a zamiast niej pokażesz inną, lub odrzucisz ją na ziemię.
— Zrobimy tak, zihdi!
— Jeśli dostanę bizmutu, dobrze, bo bez tego niema co zaczynać.
— Czy sądzisz, że Skipetarzy dowiedzą się, iż mnie się kula nie chwyta?
— Przypuszczam, że mają tutaj kogoś z pewnością, kto im o tem doniesie.
— W takim razie dobrzeby było, gdyby ich zawiadomiono, że i ciebie kulą zabić nie można.
— Pewnie, że nieźleby było.
— Pozwól więc raz do siebie także wystrzelić.
— To zależy od tego, czy dostaniemy amunicyi i ile. Zresztą musimy wogóle zachować się bardzo chytrze względem ludzi tak gwałtownych. Zwiodę ich co do siebie.
— Jak, zihdi?
— Jutro będę miał jasne włosy i brodę.
— W jaki sposób?
— Jest roślina, która, ugotowana z ługiem, nadaje najciemniejszym włosom jasną barwę. Liści takich można dostać w tutejszej aptece.
— Ach, to ta, o której mówiłeś z Nebatią.
— Tak! To ich obu w pole wywiedzie. Następnie pojadę przodem, aby zbadać drogę.
— Poznają cię mimo to, bo powiedzą im, że jedziesz na swoim Rihu, prawdziwym karym Arabie z czerwonemi nozdrzami.
— Właśnie, że na nim nie pojadę.
— A na którym?
— Na twoim koniu, a ty na karym.
Zaledwie to wymówiłem, stuknęło na łóżku Halefa i w mgnieniu oka siedział hadzi na krawędzi mojego łóżka.
— Co robisz mały? — spytałem.
— Machnąłem kozła z mego łóżka aż do ciebie — odparł, chwytając oddech. — Czy to naprawdę, zihdi? Mam jechać na Rihu?
— Nie żartuję.
— O Allah, w’ Allah, l’ Allah! Na Riha mam siąść, na Riha! Co za szczęście! Jeżdżę z tobą już tyle długich miesięcy i tylko dwa razy wolno mi było na nim jechać. Czy pamiętasz jeszcze, gdzie to było?
— Owszem, takich zdarzeń się nie zapomina.
— A jutro po raz trzeci! Czy powierzysz mi go rzeczywiście z ochotą?
— Z wielką. Oprócz mnie ty jedynie umiesz z nim postępować.
Gdyby przeczuwał, że mam zamiar darować mu przy rozstaniu drogocennego konia, byłby jeszcze może przez ścianę trzcinową kozła wywrócił.
— Tak, mój kochany, dobry, effendi, nauczyłem się od ciebie cenić Riha. Ma on więcej rozumu od niejednego głupiego człowieka; pojmuje każde słowo, każdy dźwięk, każde skinienie. Wdzięczniejszy jest od człowieka za wszystko, co się dlań czyni. Będę się z nim obchodził jak z przyjacielem i bratem.
— Jestem tego pewien.
— Możesz mi w tem zaufać. Dokąd będzie mi wolno siedzieć na twojem siodle? Czy całą godzinę?
— Dłużej, o wiele dłużej. Może przez cały dzień, a może i dłużej jeszcze.
— Co, jak? Effendi, zihdi, panie i właścicielu mej duszy! Serce me pełne rozkoszy; gotowo pęknąć. Jestem tylko biedny, mały, głupi Ben Arab, a ty najdostojniejszy z dostojnych, mimo to musisz mi pozwolić, żeby usta moje dotknęły twoich warg, które obwieściły mi rzecz tak radosną. Jeśli ci nie złożę pocałunku, to trzasnę z zachwytu!
— No, Halefie, tylko nie pękaj, skoro nie pęknąłeś, połykając noże, bagnety, proch i zapałki.
— Nie, wtedy nie rozpadłem się, ale zabrzmiał wewnętrzny grzmot — zawołał, śmiejąc się wesoło, poczem uczułem jego wąs z sześciu włosami po prawej, a siedmiu po lewej stronie na moich wąsach. Szanował mnie tak dalece, że się nie odważył na pocałunek w ścisłem tego słowa znaczeniu. Przygarnąłem dobrego, serdecznego chłopa do siebie i pocałowałem go potężnie w policzek. Nie wyskoczył z tego powodu ze skóry, lecz zerwał się i stanął przedemną cicho jak mysz, dopóki się nie odezwałem:
— No, Halefie, nie mówimy już dalej?
— O, zihdi! — odrzekł — czy wiesz, co uczyniłeś? Pocałowałeś mnie, pocałowałeś istotnie.
Następnie usłyszałem, że zrobił kilka kroków i szukał czegoś między swojemi rzeczami.
— Cóż ty robisz?
— Nic, całkiem nic. Jutro zobaczysz.
Upłynęła chwila, zanim przystąpił do swego łóżka i usiadł na niem. Wtedy zapytał:
— A zatem mam jechać na Rihu przez cały dzień, a może i dłużej? Czy ciebie przy nas nie będzie?
— To pytanie zostawię na razie bez odpowiedzi, bo jeszcze nie wiem, jak się sprawy ułożą. Będę się starał zmienić, o ile możności, swą zewnętrzną powłokę, a potem...
— O, mimo to ciebie poznają!
— Wątpię, bo Aladży nie widzieli mnie jeszcze nigdy. Opisano im jedynie moją osobę.
— W takim razie może ich oszukasz. A czy oni nie przybędą do Ostromdży?
— To nieprawdopodobne.
— Czemu? Czy sądzisz, że obawialiby się tu o swoje bezpieczeństwo?
— Bynajmniej. O ile mi ich opisano, byliby zdolni zastraszyć całą tchórzliwą ludność tutejszą. Ale nie zechcą wystawić się nam na widok i zaczają się na nas w czystem polu. To pewne i dlatego nie zabiorę nawet z sobą strzelb swoich, lecz wam je pozostawię. Pojadę sam i będę udawał pospolitego mieszkańca tego kraju. Zobaczę ich w każdym razie.
— Nawet, gdy się schowają?
— I w tym wypadku. Gdy znajdę miejsce, nadające się do napadu, poszukam śladów i spotkam ich z pewnością. Co potem będzie, tego teraz jeszcze oczywiście nie wiem.
— Ale my musimy przecież wiedzieć, co mamy robić!
— Naturalnie. Wy pojedziecie w wolnem tempie drogą stąd do Radowicz. W dwie godziny przejeżdża się przez rzekę, a potem w trzy najdalej staniecie na miejscu. Jeżeli nic się po drodze nie zdarzy, wam także nic w oko nie wpadnie, to wstąpicie do pierwszej oberży po prawej ręce. Mogą tu zajść trzy wypadki. Albo będę tam jeszcze...
— Tak, to dobrze zihdi.
— Albo już będzie po mym odjeździe...
— To nam zostawisz wiadomość.
— Albo mnie jeszcze nie będzie i zaczekacie, dopóki nie nadjadę.
— A jeżeli nie przybędziesz?
— Zjawię się napewno!
— Jesteś człowiekiem, łatwo ci się omylić. Może ci się co przytrafić, wskutek czego będziesz potrzebował naszej pomocy.
— W takim razie wyjedziesz sam następnego dnia, nie przed południem i nie na karym. Zostawisz go w chacie z Oską i Omarem. Nie chcę narażać go na niebezpieczeństwo. Na tej drodze powrotnej znajdziesz już jakieś znaki odemnie. Oto co mieliśmy naprzód omówić. Nic więcej nie da się dzisiaj przewidzieć. A teraz zakończmy rozmowę. Trzeba nam wypoczynku, sprobójmy, czy sen nas orzeźwi.
— Mnie sen nie nawiedzi. Sztuczka z kulami i kary nie pozwolą mi zasnąć. Dobranoc, zihdi!
— Dobranoc! Wierzyłem poczciwcowi, że opanowało go znaczne podniecenie. Trzy stworzenia istniały, do których należało jego serce: ja byłem pierwszy, potem następowała Hanneh, „ozdoba kobiet i dziewcząt“, a wreszcie kary Rih. To, że miał na nim jechać, było dlań nadzwyczajnem zdarzeniem. Wiedziałem, że nie uśnie.
I tak się stało. Ja sam byłem dość rozdrażniony i nie mogłem się uspokoić. Gdyby poczciwa Nebatia nie była poszła na górę po króla ostów i nie podsłuchała rozmowy, byłaby nie mogła mnie ostrzec. W tym wypadku czekałaby mnie śmierć pewna. Jakże nikła jest wola ludzka wobec boskiego zrządzenia! Żebym był człowiekiem najodważniejszym, najsilniejszym i najmędrszym, bez Nebatii byłbym zgubiony.
Takie myśli zwykły otwierać wrota do przeszłości. Szczęśliwy, kto spojrzawszy tam, pozna, że może wprawdzie własną wolą wpływać na swoje losy, że jednak trzyma go ręka silniejsza i kieruje nim nawet wówczas, gdy mu się zdaje, że ją od siebie odtrąca! Tak leżałem, myśląc i marząc na poły, dopóki się nie zdrzemnąłem.




ROZDZIAŁ II.
Dwaj Aladży.

Kiedy się ze snu zbudziłem i roztworzyłem okiennice, wpadło przez nie jasne światło dzienne. Zegarek wskazywał, że spałem dwie i pół godziny. Halefa już w pokoju nie było. Znalazłem go w stajni, gdzie czyścił karego z takim zapałem, że nie zauważył mojego wejścia. Ujrzawszy mnie w końcu, zapytał:
— Ty także już wstałeś? W domu śpi jeszcze wszystko. Ale to dobrze, że się już zbudziłeś, bo ważne sprawy czekają załatwienia.
— Tak? Co takiego? — pytałem, wiedząc jednak dobrze, co miał na myśli.
— Trzeba pójść do apteki.
— Na to czas jeszcze.
— Nie, zihdi. To potrwa długo, zanim zrobi się takie kule.
— Skądże ty wiesz o tem?
— Nie jestem taki głupi, żebym sobie tego nie mógł wyobrazić, zihdi.
— No, masz wreszcie słuszność, zwłaszcza że muszę sobie jeszcze ugotować tych liści. Ale nie wiem, gdzie apteka, a w calem mieście nie będzie jeszcze nikogo na nogach, ktoby mi ten dom wskazał.
— Taki poszukiwacz śladów jak ty znajdzie chyba aptekę.
— Spróbuję.
Otworzyłem bramę i wyszedłem na wolny plac. Pomyślałem sobie, że apteka nie może być schowana w jakimś kącie, i że musi być łatwy dostęp do niej, że zatem niezawodnie leży gdzieś w środku miasta, a tam właśnie się znajdowałem.
Patrząc od domu do domu, zauważyłem jakąś starą ruderę. Na dwu rozluźnionych już także gwoździach wisiała krzywo deska, na której przeczytałem napis biały na zielonem tle:
„Hadż Omrak doktor hakemi we baraz bahari. Pielgrzym z Mekki, Omrak, doktor medycyny i sprzedaż towarów lekarskich“.
Ten hadżi był więc lekarzem, który posiadał tytuł doktora, lub go sobie tylko przywłaszczył.
Drzwi były zamknięte, ale silnem pchnięciem mogłem dostać się wnet do środka. Dzwonka napróżno szukałem. Za to dostrzegłem na dwu końcach sznurka wiszące dwie deszczułki tak wysoko, że człowiek dorosły mógł ich dosięgnąć. Domyślając się, że to jest dzwonek do bramy, pochwyciłem deszczułki i uderzyłem jedną o drugą. Wydało to łoskot, zdolny zbudzić śpiącego.
Musiałem jednak przez dłuższy czas walić w ten cymbał, zanim wysłuchany zostałem. Nademną otwarto okiennice kawałkami, ponieważ poszczególne deski kupy się już nie trzymały, poczem ukazała się postać następująca: Żółta jak kość słoniowa łysina, czoło, porżnięte poprzecznemi zmarszczkami, dwoje małych, mrużących się ze snu ocząt, nos, podobny do brunatnego dziuba glinianego imbryka, szerokie usta bez warg i dolna szczęka, nie o wiele szersza od nosa. Wreszcie odezwał się głos z góry:
— Kira dir — kto tam?
— Bir chasta — pacyent — odpowiedziałem.
— Ne asl chastalyk — jaka choroba?
— Mybim kyran — złamałem sobie żołądek — oświadczyłem bez namysłu.
— Szimdi tec — zaraz, zaraz! — krzyknął pan „doktor“ głosem, po którym poznać było, że mu się jeszcze nie zdarzył taki przypadek.
Głowa cofnęła się z największym pośpiechem, a mnie, który byłem na tyle zuchwały, że spojrzałem do góry, spadły na twarz części składowe okiennicy. Miałem jeszcze tyle przytomności, że odskoczyłem, ale dopiero wówczas, kiedy deski już leżały na ziemi.
W minutę potem usłyszałem hałas za drzwiami, jak gdyby się trzęsienie ziemi zbliżało: wrzasnęło kilka kotów, zawył pies, a wśród tego zabrzmiał nieopisanie dziwny głos kobiecy; następnie podbiegło coś, co było pewnie doktorem, gdyż drzwi się otwarły, a uczony jegomość poprosił mnie z głębokim ukłonem, żebym wszedł bliżej.
Ale co za postać stanęła przedemną! Ten „doktor i sklep z lekarstwami“, postawiony u nas na łanie buraków, odstraszyłby wszystkie ziemby, szczygły, czyżyki i wróble, że odleciałyby czemprędzej do Maroku, aby nie wrócić już nigdy w życiu.
Twarz jego wyglądała teraz zblizka jeszcze bardziej przedpotopowo, niż przedtem. Była tak pełna fałdów i zmarszczek, że brakło jej choćby odrobiny gładkiej powierzchni. Jego poranne ubranie stanowiło coś w rodzaju koszuli, sięgającej od ramion do kostek, która tylko częściowo pokrywała jego nagość, bo składała się przeważnie z dziur i rozporów. Na jednej nodze miał stary, wychodzony pantofel z czerwonej skóry, a na drugiej filcowy but do jazdy konnej. Ale i ten but tak łaknął powietrza, że dozwalał palcom wyglądać na wszystkie strony tureckiego państwa. Łysinę nakrył aptekarz starym, kobiecym czepkiem w ten sposób, że przednia część leżała z tyłu, a tylna z przodu. Stało się to wskutek pośpiechu, z jakim starał się przyjść z pomocą memu złamanemu żołądkowi.
— Panie, chodź bliżej! — rzekł. — Wejdź do nędznej fabryki zdrowia twego nikczemnego sługi! Pochylił się naprzód prawie głową do ziemi i cofał się przytem bocianim sposobem, gdy w tem uleciał z poza niego w górę głośny okrzyk boleści:
— O jazik — o biada! Kojun, bazar zen nazyrlarmic uceri — baranie, włazisz mi na nagniotki!
Przestraszył się okropnie i skoczył w bok. Ujrzałem subtelną istotę, która odśpiewała te delikatne słowa.
Składała się z twarzy, ze starego dywanu i dwu nagich, okropnie brudnych, nóg. Mimoto nogi przedstawiały się nieskończenie ponętniej od twarzy. Właściciel „fabryki zdrowia“ był wprost Apolinem wobec swojej małżonki. Najlepiej zrobię, gdy piękności jej poświęcę bezsilne milczenie.
Wystąpiła i pokłoniła się tak nizko, jak przedtem mąż jej.
— Chosz geldinic, sultanum — bądź pozdrowiony, wysoki panie! — powitała. — Jesteśmy zachwyceni zorzą twojego oblicza. Czego sobie od nas życzysz? Kaskada naszego posłuszeństwa spłynie na ciebie.
— Zen gicel cza ilahessi bunum heiranli czaglagnyn — a ty jesteś piękną nimfą tej czarującej kaskady! — odrzekłem dwornie, składając także ukłon, pełen uszanowania.
Nato kłapnęła doktorowa kilka razy dolną szczęką o górną, skinęła na męża, podniosła prawą rękę, uderzyła palcem wskazującym w czoło i rzekła:
— Bak, ad komar beni gicel — patrz, on mnie piękną nazywa! Dati czok daha eji kaczan zeninki — jego gust jest o wiele lepszy od twego.
A zwracając się do mnie w tonie bardzo łaskawym, mówiła dalej, nadając głosowi brzmienie jak najmilsze:
— Usta twoje umieją mówić przyjemnie, a oko rozpoznaje zalety bliźnich. Spodziewałam się zaiste tego po tobie.
— Jakto? Czy znasz mnie?
— Bardzo dobrze. Rozmawiałeś przy źródle zdrowia z moją serdeczną przyjaciółką Nohudą i z Nebatią, która nam zioła przynosi, a one nie skąpiły pochwał dla ciebie. Potem widzieliśmy cię u baszy. Cały świat pełen twej chwały, a serce moje wonieje ku tobie pieśnią pochwalną. Płaczemy gorzkiemi łzami nad tem, że choroba cię do nas sprowadza, ale my zbadaliśmy wszystkie iki bir bin iladżlar[1] i oswobodzimy cię od cierpienia. Nikt jeszcze nie odszedł od nas bez pomocy i ocalenia. Dlatego możesz mi się śmiało powierzyć.
To brzmiało bardzo obiecująco. Wyglądała tak, jak gdyby nie tylko poznała dokładnie, lecz połknęła tych dziesięć tysięcy i jedno lekarstwo i jak gdyby cierpiała z tego powodu. Tym dwojgu ludziom miałbym się powierzać w chorobie? Odrzekłem przeto:
— Wybacz, o gynen esz szifa[2], że cię trudzić nie będę. Sam jestem hekimem baszą, starszym lekarzem, w moim kraju i znam swoje ciało. Wymaga ono zupełnie innych zabiegów, niż ciała tutejszych ludzi. Przyszedłem tylko kupić sobie środków, potrzebnych do leczenia.
— Jazyk, adży nadżak — to szkoda, wielka szkoda! — zawołała. — Zbadalibyśmy pęknięcie twego żołądka i odmierzylibyśmy je dokładnie. Posiadamy midemelhemi[3], którym posmarowalibyśmy róg twej chusty turbanowej. Gdybyś go przyłożył, pęknięcie wnetby się zagoiło.
— Może wasz plaster jest taki sam jak mój, bo działa także tak szybko. Ale pozwól, że sam go sobie przyrządzę.
— Wola twoja jest naszą. Wejdź do izby cudownych maści i wyszukaj sobie, czego dusza twoja pożąda.
Otworzyła drzwi boczne i weszła przedemną. Poszedłem za nią, a za mną stąpał szczęśliwy właściciel tej apteki i tej nimfy wodnej.
To, co ujrzałem, wprawiło mnie w ten szczególny nastrój, który się popularnie określa zdaniem: „robi mi się nie swojo“.
Znalazłem się w pokoju, przydatnym raczej na kurnik, niż aptekę. Uderzyłem głową o górną futrynę. Podłogę tworzyła matka ziemia, a ściany składały się z łat drewnianych, nieodartych z kory. Na gwoździach wisiały całe szeregi woreczków płóciennych, jeden przy drugim. Ze środka sufitu biegł na dół sznur, do którego przytwierdzona była olbrzymia enema. Na desce leżało kilka nożyc, o cudacznym kształcie, starych baniek, miednic golarskich i szczypców do zębów o grubych na cal bokach. Na ziemi stały różnorodne całe i porozbijane naczynia, a dokoła panował zapach nie do opisania.
— Tak — odezwała się aptekarzowa. — To nasza kuchnia dla chorych. Teraz powiedz nam, z jakich środków składasz swoją maść na żołądek?
Aptekarz wysunął się przedemnie i wpatrywał mi się w twarz z ogromną ciekawością. Cieszył się na to widocznie z góry, że podpatrzy moją receptę.
— Czy macie sadar w którym z tych woreczków?
— Sadar jest — odpowiedziała hoża niewiasta, zwracając się ku ścianie.
— Sadar? — zauważył mąż. — Ilm lotos komar — wiedza nazywa to lotos.
Ten rzeczywisty doktor i hekim chciał pokazać, że zna nazwę łacińską. Ponieważ jednak była to nazwa przestarzała, odrzekłem:
— Tanam ilm celtis australis komar — rzeczywista wiedza nazywa to Celtis australis.
Otworzył usta szeroko, spojrzał na mnie ze zdumieniem i zapytał:
— Czy są dwie różne wiedze?
— O, więcej niż sto.
— Allah! Znam tylko jedną. Ile chcesz sadaru, panie?
— Dużą garść.
— Pięknie! Zawinę ci to w torebkę. Panie, czego ci jeszcze potrzeba?
Na podłodze leżał papier. Założyłbym się, że podjęto go na ulicy. Aptekarzowa podniosła go, zwinęła w trąbkę, przesunęła krawędź po języku, żeby się zlepiło i nasypała garść Celtis australis. Ponieważ miałem zewnętrznie tego użyć, przeto nie opierałem się takiemu familiarnemu postępowaniu.
— Czy masz alkali? — spytałem.
Spojrzała na mnie zdziwiona, mimo że było to znane arabskie słowo. On natomiast przeciągnął usta w uśmiechu pewnym siebie i zapytał:
— A jakiego chcesz?
— Wszystko mi jedno.
— Panie, dowiedziałem się, że ojczyzna twa leży na zachodzie. Mam stamtąd bardzo dobre alkali, mogę ci dostarczyć, jeśli zechcesz.
— Jak je zowiesz?
— Szawell żuju.
— Pokaż!
Przyniósł, jak się spodziewałem, flaszeczkę z napisem: „Eau de Javelle, fabrique de Charles Gauthier, Paris“.
— Skąd masz to alkali?
— Kupiłem kilka flaszeczek od pewnego komiwojażera, który raz wstąpił do mnie. Pochodził ze stolicy Franzy, zwanej Praga.
— Mylisz się. Praga jest stolicą Czech, gdy tymczasem stolica Franzy nazywa się Paryż.
— Effendi, ty wiesz to wszystko?
Tu wtrąciła szybko jego żona:
— Zus — milcz! Wiedziałam o tem już dawno, że jesteś głupiec, a nie hekim i aptekarz! Panie, czego ci jeszcze podać?
— Masz żywe srebro?
— Tak. Napełniamy niem barometry i termometry, które sporządzamy.
— Jak? Wy je sami robicie?
— Tak. Nie wierzysz, że potrafimy?
— O, najchętniej. Kto się tylu lekarstw nauczył, ten umie wszystko!
— Nieprawdaż? Ty jesteś człowiek rozumny i wysoce wykształcony. Otrzymaliśmy teraz zapas z Saloniki. Ilekroć nie mamy żywego srebra, nalewamy do rurek koziego mleka; jest także białe i pokazuje pogodę lepiej od rtęci.
— Czy nie żartujesz przypadkiem?
— Nie. Czy nie wiedziałeś jeszcze o tem?
— Nie, moja czcigodna.
— Masz zatem dowód, że jesteśmy tu mądrzejsi, niż wy tam w krajach zachodnich. Kozy wiedzą całkiem dobrze, jaka będzie pogoda. Gdy ma deszcz padać, gonią prosto do stajni. Mleko ich jest więc niewątpliwie również dobrym środkiem do rurek.
— Jesteś rozsądną kobietą. Przekonało mnie o tem zaraz pierwsze wejrzenie.
— Ile weźmiesz żywego srebra, panie?
— Mniej więcej pięćset gramów. Masz tyle?
— Nawet więcej.
— Zaczekaj zatem. Muszę wpierw zapytać, czy dostanę jeszcze jednego środka, potrzebnego mi do plastru?
— O którym myślisz?
— Kul kurszuni[4]. To rzadki metal co prawda. Masz go może?
— Kul kurszuni nie posiadamy, lecz kul kalaji[5], którego używamy do wyrobu pięknej białej szminki.
— I to ujdzie. Masz tego wikiej, to daj, a do tego wikiej żywego srebra.
— Czy także do torebki papierowej?
— O nie! Żywe srebro uciekłoby natychmiast.
— Ach, oczywiście! Jest ono jak miłość mężczyzn, która także znika, gdy... gdy...
— Gdy się ją wleje do takiej torebki.
— Tak, ale tą torebką jest serce. Ono nie potrafi zatrzymać waszej miłości. O, ta miłość, ta miłość! Unieszczęśliwiła już ona niejedną biedną kobietę.
Rzuciła na męża piorunujące spojrzenie, zdarła mu czepiec z głowy, zarzuciła na swoją i zaczęła łajać:
— Człowiecze, ja k możesz się zdobić cinetą muenneslukin![6] Czy chcesz znieważyć duszę swojej żony?
Aptekarz nakrył czemprędzej łysinę obu rękoma i krzyknął:
— Kobieto! dopuszczasz się grzechu na świętej męskiej godności! Czy nie wiesz, że zabronione jest odkrywać głowę swojego ciała?
Ale sprytna kobieta umiała sobie poradzić i odrzekła:
— Bunda, jokary kaldyr hass kutuju — masz, włóż sobie pudełko z mąki!
Równocześnie pochwyciła okrągłe pudełko tekturowe, w którem znajdowała się jeszcze reszta mąki i nie zważając na to, wsadziła je na głowę jego ciała. Twarz jego natychmiast pokryła się pudrem, ale on nie odważył się powiedzieć ani słowa, lecz zatrzymał tę kotylionową odznakę na łysej siedzibie swej uczoności. Jako surowy muzułmanin, któremu głowy odkrywać nie wolno, czuł się wielce uszczęśliwionym. Było mu natomiast całkiem obojętnem, jakie to na mnie robiło wrażenie. Ukląkł na ziemi i grzebał wśród starych naczyń.
— Czegóż ty szukasz? — spytała go piękniejsza jego połowa.
— Flaszki, aby temu effendiemu nalać do niej żywego srebra. Tu jest jakaś.
Podniósł się i podał żonie flaszkę tak dużą, że zmieściłaby w sobie cały jego zapas żywego srebra, a może nawet i więcej. Żona potrzymała flaszkę pod światło; spojrzawszy zaś na jej zawartość, rzekła:
— Tu jeszcze jest stary pokost!
— Co to szkodzi?
— Bardzo. Weź wody i wymyj ją!
Oddalił się z flaszką posłusznie i powrócił po chwili, podczas której rozmawiałem z uczoną niewiastą. Twarz poczerwieniała mu z natężenia. Oświadczył w tonie rozpaczy:
— Ja nie wyczyszczę jej, spróbuj sama!
— Jesteś tuman! — krzyknęła. — Wy mężczyźni do niczego sprytu nie macie.
Odeszła z flaszką, czemu nie sprzeciwiałem się ani słowem. Mąż tymczasem opowiedział mi w zaufaniu kilka przykładów swojego szczęścia małżeńskiego. Wreszcie wróciła ona jeszcze czerwieńsza niż on poprzednio.
— Effendi — biadała — flaszka zaczarowana. Pokost nie wychodzi.
— Wiedziałem o tem.
— Tak? Rzeczywiście?
— Nie usunie się go wodą, lecz terpentyną. Pokost nie rozpuszcza się w wodzie.
— Mogłeś nam to przecież powiedzieć!
— O nie! Byłbym was obraził!
— Dlaczego?
— Aptekarz powinien to wiedzieć. Wogóle wiedzą o tem nawet tacy, którzy nie uczyli się chemii. Gdybym był zwrócił na to waszą uwagę, popełniłbym niegrzeczność, boby to tak wyglądało, jak gdybym nie wierzył, że nauczyliście się dwu tysięcy i jednego lekarstwa.
— Masz słuszność. Jesteś człowiekiem bardzo grzecznym i uważającym. Za to dostaniesz pokost zadarmo. Naleję ci na to żywego srebra. Mężu, gdzie jest waga?
— Na dziedzińcu. Ważyłem wczoraj królika, którego zjemy dzisiaj.
— Przynieś ją!
Biada! Waga aptekarska, na której można ważyć zarżnięte króliki! Gdy ją przyniósł, zobaczyłem, że dźwignię sam sobie z drzewa wystrugał. Za języczek służył kawałek drutu, poruszający się pomiędzy dwoma ostrzami widelca. Miseczki były z okrągłego, drewnianego pudełka i z jego nakrywki. Mimo to miał ten cudaczny przyrząd pewną równowagę.
Za pomocą tej wagi odważono mi przedmioty, których żądałem. Z ceny, postawionej mi przez panią aptekarzową, byłem zadowolony, zwłaszcza że bizmut miał dobrze rozwinięte kryształy.
Kupiwszy także ołowiu, opuściłem ten sklep osobliwy, odprowadzony na drogę życzeniami zdrowia i szczęścia.
Stąd udałem się do zacnej Nebatii, która także już wstała ze snu i przyjęła mnie z najwyższą radością.
Pokazała mi swego króla ostów, któremu przy świetle dziennem lepiej się przypatrzyłem. Chciała mi go darować, lecz nie skorzystałem z tego. Podziękowałem jej natomiast za ostrzeżenie i wyjaśniłem jej, jak ważnem ono dla mnie będzie na przyszłość. Kiedy jej powiedziałem, że ocaliła mi tem życie, wpadła zupełnie w zachwyt z tego powodu.
Ta zacna kobieta zdobyła sobie u mnie serdeczne współczucie. Już wczoraj przyszło mi na myśl, jak łatwo mógłbym przyczynić się do polepszenia jej przyszłości: a teraz tę myśl wykonałem. Posiadałem pieniądze, znalezione przy Barudzie el Amazat, Manachu el Barsza i dozorcy więziennym. Właściwie miałem je oddać. Ale komu? Czy szlachetnym władzom w Ostromdży? Czy władzy wyższej? Osobiście nie mógłbym tego uczynić, bo czasu na to nie było; więc szukać posłańca? Ten człowiek śmiałby się w kułak. Zresztą uciekli ci trzej, którym odebraliśmy pieniądze. Chcieć je im oddać, byłoby szaleństwem. Nie mogłem oczywiście postąpić w tym wypadku lepiej, jak ofiarować pieniądze ludziom ubogim. Do takich należała przedewszystkiem Nebatia.
Rozumie się, że nie wyjawiłem jej, skąd wziąłem pieniądze, bo toby ją trwożyło. Nie chciałem jej dać całej kwoty, gdyż należało się spodziewać, że spotkam jeszcze dość ludzi, potrzebujących i że część, jej przeznaczona, zupełnie wystarczy na to, by uniknęła nędzy.
Skamieniała z radosnego zdumienia, gdy w cztery oczy wręczyłem jej pieniądze. Nie chciała wierzyć, żeby sumę, przedstawiającą dla niej bogactwo, mogła otrzymać na własność. Łzy spływały jej po policzkach. Cieszyła się najbardziej tem, że teraz będzie miała za co do chłopca swego sprowadzić prawdziwego lekarza. Przemocą tylko zdołałem zapobiec jej podziękowaniom i uściskom.
Tymczasem Halef oczekiwał mnie z niecierpliwością. Stał w bramie i zawołał do mnie zdaleka:
— Nareszcie, zihdi, nareszcie! Tak nam pilno, a ty tak długo bawiłeś. Jak tam ze sztuką?
— Bardzo dobrze. Czy gospodarz już wstał?
— Wszyscy już na nogach.
— Więc pójdę do pieca. Muszę gotować i topić.
— Ja będę przy tem, a ty mi wszystko objaśnisz, żebym się nauczył to naśladować.
— Nie, mój kochany. Nic z naśladowania. Do tego trzeba pewnych wiadomości, których ty nie masz, a nawet ktoś, co je posiada, może przez drobną nieuwagę popełnić błąd, który kosztowałby potem życie jego, lub kogoś drugiego. Dlatego nikomu nie powiem, jakie to cztery składniki i jak je mieszać należy. Niech mi Osko przyniesie formę na kule. On ma ten sam kaliber, co strzelby tutejsze.
Przygotowania nie zajęły więcej, niż pół godziny Ugotowałem liście sadaru w eau de javelle, a ług przecedziłem przez stare prześcieradło. Z przysposobionych kruszców sporządziłem ośm kul, łudząco podobnych do ołowianych. Oprócz tego ulałem kilka kul z ołowiu i poznaczyłem je lekko ostrzem noża. Potem wyszedłem ze strzelbą Oski za dom, gdzie nikomu nie pozwoliłem sobie towarzyszyć. Nabiłem jedną kulą rtęciową, zbliżyłem wylot lufy na półtorej stopy do deski i wypaliłem. Strzał huknął jak zwyczajnie, ale deska została nienaruszona. Na ziemi nie było widać ani odrobiny z rozpylonej kuli.
Próba była potrzebna, gdyż teraz dopiero przekonałem się, że się nie stanie nieszczęście. Zdrady się nie obawiałem, ponieważ tylko Halef, Osko i Omar byli wtajemniczeni, a oni trzej dowiedli już dostatecznie, że milczeć umieją.
Wszystko to odbyło się jeszcze na czas. Właśnie kiedy wracałem, zjawił się kaza mufti z naibem i ajak naibem. Towarzyszyło im jeszcze kilku innych. Pierwszy z nich zbliżył się na mój widok, wziął mnie na bok i rzekł:
— Effendi, czy przeczuwasz, po co przychodzę?
— Chcesz mi donieść, co jest z kodżą baszą.
— Nie, o nie! Chciałem zapytać, czy prosiłeś twego małego hadżego o pozwolenie przeszycia mu głowy kulą?
— Czy ci to tak bardzo leży na sercu?
— Tak, bo to okropnie cudowne. Czy dziś już pozjadał swoje kartki z Koranu?
— Sam go zapytaj!
— Wolę nie pytać; mógłby mi to wziąć za złe. Wiesz, że ma nóż, a harapem wywija także bardzo zręcznie i hojnie.
— Tak, to dzielny mały człowiek!
— A więc powiedz, czy go pytałeś?
— Tak, zanim udaliśmy się na spoczynek.
— A co on na to?
— Hm! Zdaje się, że okazywał ochotę.
— To byłoby pyszne, wspaniałe! Kiedy się to może zacząć?
— Tylko cierpliwości! To nie idzie tak prędko, jak myślisz. Mój opiekun ma swoje dziwactwa. Zresztą nie powiedziałem ci wczoraj jeszcze wszystkiego. My wszyscy, tj. ja i moi towarzysze mamy tę samą własność, że nie potrzebujemy wcale bać się kuli.
— Co? Ty także?
— Jak ci powiadam.
— Więc zjadasz także kartki z Koranu?
— Nie dopytuj się za wiele! Takich tajemnic nie zdradza się nikomu.
— Więc moglibyśmy strzelać do was wedle upodobania?
— Tak, jeśli wam się już życie sprzykrzyło.
— Jakto? Ja wcale jeszcze tego nie odczuwam.
— W takim razie miej się na baczności i nie strzelaj do żadnego z nas, nie zapytawszy poprzednio o pozwolenie.
— Czemuż, effendi?
— Jeśli się zgodzimy, można to czynić bez szkody, kto jednak dopuściłby się tego skrycie, na tego kula odskoczy i wbije mu się w to samo miejsce, w które mierzył w nas.
— Jeśli więc wyceluję w głowę tobie lub twemu hadżemu, to kula trafi w moją głowę?
— Całkiem pewnie; czy chcesz spróbować?
— Nie, effendi, dziękuję! Czemu jednak urządziliście to tak, a nie inaczej?
— Powinieneś to łatwo odgadnąć w swej bystrości. Idzie o nieprzyjaciół. Aby ich ukarać, nie dość, żeby kule nam nie szkodziły; muszą ich trafić tam, gdzie w nas ugodzić miały. Oto jest stare prawo sprawiedliwego i dokładnego odwetu.
— Ewwet, gec iczin gec, disz iczin disz — tak, oko za oko, ząb za ząb. Wobec tego nie chcę być waszym wrogiem. Kiedy znowu stąd wyjeżdżacie?
— Cieszysz się, że się oddalimy?
— Nie; wolałbym, żebyście tu pozostali na zawsze. Ale spowodowałeś u nas wielki przewrót.
— Ale na dobre!
— Tak i za to jesteśmy ci wdzięczni, chociaż powinno się wszystko zostawiać tak, jak to Allah urządził.
— Czy było wolą Allaha, żeby was Mibarek oszukiwał, a kodża basza waszych więźniów uwalniał?
— Chyba nie.
— Jak się kodży baszy powodzi?
— Siedzi.
— Mam nadzieję, że nie przedsięweźmiesz niczego, celem uchylenia go od zasłużonej kary.
— Co ty o mnie myślisz? Jestem wiernym sługą padyszacha i spełniam zawsze swój obowiązek. Zato mógłbyś mi zrobić grzeczność i przemówić za mną u hadżego.
— No, przypomnę mu.
— A czy pozwolisz, że przyprowadzę jeszcze kilku ludzi?
— Nic nie mam przeciwko temu.
— Niebawem wrócę. Muszę powiedzieć poczciwemu Tomie, który tak pragnie to zobaczyć.
— Kto jest ten Toma?
— Załatwia polecenia i jest posłańcem między Ostromdżą a Radowicz.
— Czy to człowiek porządny?
— Bardzo. Gdy się wczoraj oddaliłeś, chwalił cię nadzwyczaj. Opowiedziałem mu, że twój hadżi zjada kartki Koranu i że go się dlatego kula nie chwyta. Gorąco życzy sobie o tem się przekonać naocznie. Cieszy się wami i jest waszym przyjacielem. Czy mogę go przyprowadzić?
— Owszem!
Odszedł krokiem pośpiesznym.
Jak łatwo przeniknąć myśli tych ludzi! Zacząłem podejrzewać, że ten poczciwy posłaniec Toma otrzymał polecenie od Aladżych śledzić nas i donieść im potem. Niebawem zauważyliśmy skutek starań kazy muftiego. Nadeszło mnóstwo ludzi, z pod których podziwienia pełnych spojrzeń usunęliśmy się w ten sposób, że usiedliśmy w izbie. Wyszukał nas tam jednak „prokurator państwowy“.
Przyprowadził z sobą krzywonogiego człowieka, którego przedstawił w słowach następujących:
— Patrz, effendi, oto posłaniec, o którym ci wspominałem.
Przypatrzyłem mu się ostro i spytałem:
— Więc to ty chodzisz z Ostromdzy do Radowicz i napowrót?
— Tak, panie — odrzekł — ale nie chodzę, lecz jeżdżę.
— Kiedy udajesz się w najbliższym czasie?
— Pojutrze.
— Nie prędzej?
Zaprzeczył, ja zaś dodałem:
— To dobrze.
— Czemu?
— Bo droga ta mogłaby dla ciebie stać się niebezpieczną.
— Effendi, z jakiego powodu?
— To rzecz uboczna; ale przestrzegam cię przed tem, żebyś nie jechał dzisiaj.
— Wszak ty sam pojedziesz? O ile patrzył na mnie dotąd szczerze i rzetelnie, o tyle spojrzenie jego stało się przy tem pytaniu ostrem i kolącem.
— W istocie — odrzekłem swobodnie.
— Kiedy, effendi?
— W samo południe.
— To pora niedobra. Należy wyruszać w czasie popołudniowej modlitwy, na dwie godziny przed zachodem słońca.
— To się robi na pustyni, ale nie tutaj. Nie jest dobrze podróżować po nocy nieznanymi lasami, zwłaszcza że Aladży są w pobliżu.
— Oni? — rzekł z dość dobrze udanem zdumieniem.
— Czy ty znasz ich? — spytałem.
Wyparł się w krótkich słowach.
— Ale słyszałeś o nich? — badałem dalej.
— Mało. Kaza mufti powiedział mi tu, że mają napaść na ciebie.
— Dowiedziałem się o tem.
— Od kogo?
— Od prawdziwego przyjaciela. Jeśli rozumni, to nie zaczepią mnie. bo nie bardzo pozwalam żartować ze sobą.
— Tak, słyszałem o tem, panie — uśmiechnął się chytrze. — Ciebie i twoich kula się nie chwyta.
— O to jeszcze nie wszystko!
— Odskakuje i zabija potem nawet tego, który wystrzelił.
Obrzucił mnie przytem wzrokiem, mrugając złośliwie, jak gdyby mówił: „Nie upadłeś na głowę tak samo, jak i ja, nie okpiwajmy więc siebie nawzajem“. Był mędrszy od „prokuratora sądu kazy“, który widział prawdopodobnie ten uśmiech i zrozumiał, bo go zapytał:
— Nie wierzysz temu?
— O skoro to mówi sam effendi, to muszę wierzyć!
— Radzę ci. Byłoby obelgą wątpić o prawdziwości słów moich, ty zaś byłeś zawsze człowiekiem uprzejmym.
— Tak, Allah wie o tem. Dlatego sądzę, że effendi także nie poskąpi swej uprzejmości i udowodni nam, że się go kula nie ima.
Halef przypatrywał się mnie i jemu. Miał zwyczaj, ilekroć spotkaliśmy człowieka obcego, czytać w mej twarzy, co o nim sądzę. Spostrzegł teraz zapewne, że do tego posłańca nie odnoszę się życzliwie, gdyż położył rękę na trzonku harapa i rzekł:
— Człowiecze, czy chcesz uczyć naszego sławnego emira, o ile ma być uprzejmym? Jeżeli ci się wydaje, że ci to wolno, to jestem gotów wypisać ci na grzbiecie wszystkie paragrafy prawa grzeczności. Ty chcesz być żabą, której mielibyśmy pozwolić grzechotać na siebie!
Wstał i postąpił groźnie kilka kroków ku posłańcowi, który cofnął się czemprędzej ku drzwiom i zawołał:
— Dur, dur, eji hadżijim — stój, stój, o hadżi! Ani mi przez myśl nie przeszło dawać wam jakieś rozkazy. Zostaw harap za pasem! Nie pragnę się z nim pobratać.
— Więc zachowuj się tak, żebyśmy z ciebie byli zadowoleni. Jesteśmy dziećmi jedynego proroka i synami padyszacha i nie przyjmiemy żadnych uwag od człowieka, który się Toma nazywa. Takie imię może nosić tylko niewierny, któremu wolno jedynie zjadać łupy z melonów muzułmanina. Z resztą dowiedziemy wam, że nie powiedzieliśmy wam nieprawdy i że dokonamy cudów, na widok których gęby porozdziawiacie. Effendi, czy to zrobimy?
— Tak, Halefie, jeśli sobie tego życzysz.
— I owszem. Wyjdźmy na dziedziniec!
Wyszliśmy na podwórze, zatłoczone już ludźmi, czekającymi ciekawie na cuda, zapowiedziane przez kazę muftiego. Ci, obok których przechodziliśmy, stali z szeroko wytrzeszczonemi oczyma, dalsi zaś wyciągali szyje, aby widzieć każdy nasz ruch.
Halef wziął harap i utorował razami, rozdzielanymi na prawo i lewo, drogę, prowadzącą naprzeciwko małej szopy.
— Zihdi, czy dasz mi kule? — zapytał zcicha.
— Nie, chcę być całkiem pewnym i uniknąć nieszczęśliwego wypadku. Najpierw weźmiemy kulę ołowianą. Przemów ty do nich. Masz większy talent krasomówczy odemnie.
Pochwała ta pochlebiła mu nadzwyczajnie. Wyprostował się i zawołał:
— Słuchajcie, ludzie i mężowie z Ostromdży! Przypadnie wam teraz w udziale niezasłużone szczęście oglądania czterech walecznych mężów, przez których ciało kula się przebić nie zdoła, Otwórzcie oczy wasze i natężcie wasze mózgi, iżby nic wam z tego cudu nie uszło i żebyście opowiadać to mogli waszym dzieciom i dziedziom dzieci i wnukom najpóźniejszych prawnuków, jeśli żyć jeszcze wówczas będziecie. Zachowujcie porządek, a nie wyprawiajcie hałasów, żeby nie zakłócać tej uroczystości, a teraz przyślijcie mi najlepszego strzelca z pomiędzy siebie razem ze strzelbą.
Nastąpił pomruk półgłośny. Szukano takiego człowieka. Wreszcie wystąpił jeden z nich ze strzelbą w ręku. Zresztą nikt więcej nie miał broni przy sobie.
— Czy strzelba twoja nabita? — spytałem głośno.
— Tak — odpowiedział.
— Czy masz jeszcze kule ze sobą?
— Nie, panie.
— To nie szkodzi, dam ci moje. Musisz nam wpierw jednak pokazać, że jesteś dobrym strzelcem. Czy widzisz deskę przybitą do szopy? Jest w niej sęk; spróbuj go trafić!
Wezwany cofnął się, złożył i wystrzelił. Kilku ludzi poszło zobaczyć i stwierdziło, że chybił tylko o pół cala.
— To się nie całkiem udało — rzekłem. — Spróbuj jeszcze raz!
Podałem mu jedną ze świeżo ulanych kul ołowianych. Osko dostarczył amunicyi. Drugi strzał był już lepszy; widocznie mierzył staranniej. Podałem mu trzy inne kule, a sam wziąłem w rękę ołowianą i powiedziałem:
— A teraz celuj w dziurę, którą wystrzeliłeś. Przedtem jednak pokaż ludziom kule, żeby się przekonali, że dobrze nabijasz.
Kule poszły z rąk do rąk. Trwało to pewien czas, ponieważ każdy chciał je zobaczyć i wziąć do ręki. Otrzymawszy je z powrotem, nabił strzelbę.
— Przystąp tu! — rzekłem, przysuwając go bliżej celu. — Teraz możesz strzelać.
Z temi słowy stanąłem przed deską, on zaś opuścił podniesioną strzelbę i wybąknął: — Panie, jakże mam trafić w deskę w ten sposób?
— Czemu nie?
— Stoisz mi na drodze!
— To nic.
— Twoja pierś jest właśnie przed celem.
— To przestrzel!
— O panie, wówczas zginiesz!
— Nie. Chcę wam właśnie pokazać, że kula nie zabije mnie.
Strzelec podniósł rękę i poskrobał się w zakłopotaniu za uchem.
— Otóż to właśnie — rzekł. — To rzecz dla mnie bardzo niebezpieczna.
— Jak to?
— Kula się odbije od ciebie i przeszyje mi piersi.
— Bądź spokojny. Schwycę ją w rękę i zatrzymam.
Pomruk zdumienia przeleciał szeregi obecnych.
— Czy to prawda rzeczywiście, effendi? Jestem żywicielem rodziny i jeśli umrę, to chyba tylko Allah zaopiekuje się niemi.
— Będziesz żył. Przyrzekam ci na brodę proroka.
— Skoro tak zapewniasz, to spróbuję, panie.
— Strzelaj śmiało!
Przypatrywałem się ostro Tomie. Przystąpił całkiem blizko i oka ze mnie nie spuszczał. Strzelec wymierzył do mnie, stojąc w odległości zaledwie dziesięciu do jedenastu kroków. Opuścił jednak strzelbę i powiedział:
— Nie mierzyłem jeszcze nigdy do człowieka. Panie, wybaczysz mi, jeśli cię trafię?
— Nie będę ci miał co wybaczać, bo mnie nie zaszkodzisz.
— A jeśli jednak?
— To nie rób sobie żadnych wyrzutów, bo ja sam ci kazałem.
Podniosłem prawą rękę, spuszczając przytem skrycie kulę ołowianą do rękawa, a pokazując ją próżną, zawołałem:
— Tą ręką pochwycę kulę. A zatem liczę. Na „trzy“ możesz wypalić.
Spuściłem rękę, schwyciłem dłonią wypadającą z rękawa kulę. Nie było ani jednego niezwróconego na mnie oka.
— Raz, dwa, trzy!
Huknął strzał, ja zaś wyrzuciłem rękę przed siebie ku wylotowi strzelby, jak gdybym chciał ująć wystrzeloną kulę i podniosłem potem rękę w górę, trzymając przygotowaną kulę między kciukiem a palcem średnim.
— Oto ją masz. Albo weź ją ty, Tomo! Przypatrz się, czy ta sama, która była w lufie.
Oczywiście wyglądała tak samo jak tamta. Posłaniec stał z otwartemi ustami i wypatrzył się na mnie jak na widmo. U innych wrażenie było znacznie mniejsze. Wątpiono wprawdzie do ostatniej chwili, ale cud, który nastąpił, był przecież oczekiwany. Podawano sobie znowu kulę z rąk do rąk. Gdy strzelec ją napowrót otrzymał, odezwałem się tak głośno, żeby wszyscy słyszeli:
— Teraz nabij ją powtórnie i strzel do deski!
Wystrzelił i kula dziurę w desce wybiła.
— Widzisz, taką dziurę miałbym w piersiach, gdyby się mnie kule imały. Teraz możesz strzelać do mych towarzyszy, ile ci się spodoba.
To, że kula przy drugim strzale spowodowała skutek naturalny, podczas gdy mnie za pierwszym razem wcale nie dotknęła, a zwłaszcza to, że ją schwyciłem, wprawiło tych prostych ludzi w ogromne podniecenie. Przychodzili oglądać moją rękę i nie mogli znaleźć słów dla wyrażenia podziwu, że nie było na niej ani śladu uszkodzenia.
— Allah onun ile — Allah jest z nim! — dał się słyszeć głos jednego z obecnych.
— Szejtan sahidi — on ma dyabła! — odparł drugi.
— Jak może mu dyabeł pomagać, skoro on Koran zjada? Nie, Allah jest wielki!
Nastąpiła powszechna wymiana najrozmaitszych zdań, podczas czego dałem strzelcowi trzy kule, a Halefa, Oskę i Omara ustawiłem pod deską.
Być może, że wszyscy trzej nie dowierzali przedtem eksperymentowi. Skoro jednak zobaczyli, że mnie nic się nie stało, nie bali się wystawić na cel. Musieli tylko zaniechać finty z chwytaniem kul, bo mogła im się nie udać. Wolałem sam to załatwić. Stanąłem obok nich i chwytałem za każdym strzałem powietrze, a następnie oddawałem strzelającemu kulę ołowianą, którą potem próbowano deskę przebijać.
Gdy już wszyscy trzej towarzysze dowiedli swej odporności na kule, zerwał się huragan oklasków nie do opisania. Ludzie cisnęli się do nas, by nas dotykać, oglądać i pytać. Potrzebaby kilku dni, by odpowiedzieć na wszystko, o co nas pytano. Aby ujść natłokowi, zrejterowaliśmy do izby.
Stamtąd obserwowałem posłańca Tomę. Wyzbył się niedowierzania, co widać było po ruchach, z jakimi przedstawiał wypadek tym, którzy stali nieco dalej. Skinąłem na hadżego, pokazałem mu posłańca i rzekłem.
— Nie spuszczaj go z oka, a gdy odejdzie, idź za nim niepostrzeżenie i śledź go.
— Na co, zihdi?
— Podejrzewam go, że ma od Aladżych polecenie nas szpiegować.
— Ach! Dlatego to przymknąłeś jedno oko, kiedy mu się przypatrywałeś. Pomyślałem zaraz, że mu nie dowierzasz. Ale jak on nam może zaszkodzić?
— Doniesie Skipetarom, że w południe stąd wyjeżdżamy.
— Przecież powiedział, że dziś nie jedzie.
— Skłamał; możesz być pewnym tego. Gdy teraz wróci do domu, wyjdziesz do miasta i ukryjesz się gdzieś na drodze do Radowicz. Skoro przejedzie, przyniesiesz mi o tem wiadomość.
— A jeżeli nie nadejdzie?
— No, to wrócisz mniej więcej w dwie godziny. Można będzie przypuścić, że już nie pojedzie.
Teraz dopytałem się o fryzyera i poszedłem, aby sobie dać skrócić włosy i wąsy. Właściciel zakładu widział także nasze cuda. Na Wschodzie stanowią golarnie ulubione miejsca zebrań dla wszelakich nowinkarzy. To też nie zdziwiłem się bynajmniej, ujrzawszy izbę pełną ludu.
Ci poczciwcy czatowali na każdy mój ruch i zachowali przez cały czas operacyi golarza głębokie milczenie.
Jeden z nich, siedzący poza mną, wyciągał co chwila rękę, aby pochwycić spadające kosmyki włosów, dopóki golarz po kilku bezowocnych groźnych spojrzeniach nie kopnął go dość silnie i nie zawołał:
— Złodzieju! To, co tn spada, jest moją własnością! Nie okradaj mnie!
Wracając, wstąpiłem do sklepu pończosznika i optyka. U pierwszego kupiłem sobie parę pończoch, sięgających poza kolana, u drugiego zaś okulary z niebieskiemi szkłami ochronnemi.
W trzecim sklepie nabyłem zieloną chustę turbanową, jaką wolno nosić tylko potomkom proroka. W ten sposób przyszedłem do posiadania wszystkiego, czego mi było potrzeba.
Bawiłem poza domem z godzinę. Wróciwszy, zastałem tam już Halefa.
— Zihdi, miałeś słuszność — powiedział. Ten hultaj pojechał.
— Kiedy?
— Już w kilka minut po powrocie do domu.
— Był więc na to już przedtem przygotowany.
— Zapewne, bo musiałby dopiero siodłać swoje zwierzęta.
— Jakie miał zwierzęta?
— Jechał na mule, a za sobą prowadził cztery objuczone osły, z których każdy przywiązany był do ogona poprzedniego, a pierwszy osioł do ogona muła.
— Czy jechał powoli?
— Nie; wyglądało, jak gdyby się śpieszył.
— Chce jak najrychlej zanieść swe wiadomości. No, nic nam to nie zaszkodzi. Ja zaraz pojadę, a wy trzej opuścicie Ostromdżę w południe.
— Czy zostanie nadal to samo, co mi mówiłeś przed spaniem?
— Naturalnie.
— Ja pojadę na Rihu?
— Tak, a ja wezmę twojego konia. Osiodłaj go i wróć znowu do miasta. Ale weź z sobą pantofle do modlitwy.
— Czemu, zihdi?
— Pożyczysz mi ich, bo ja zostawię swoje buty u ciebie.
— Czy każesz mi może ubrać je?
— Nie, mój mały! Mógłbyś mi w nich zniknąć. Oddam ci teraz wszystko, co mi masz przechować, a w szczególności strzelby. Potem się pożegnam.
Czynność tę utrudniono mi bardziej, niż przypuszczałem. Oberżysta Ibarek, który chciał już także wrócić do domu, obiecał mi, że obu hultajów, którzy się u niego zagnieździli, odpowiednio oćwiczy, sądzę jednak, że temu dzielnemu bohaterowi zabrakło do tego odwagi.
Wkońcu udało mi się wsiąść na siodło. Obaj gospodarze dziwili się, że nie jadę na karym, ale nie dowiedzieli się o powodach tej zmiany.
Za miastem stał Halef, a obok niego Nebatia.
— Panie — rzekła — słyszałam, że nas zamierzasz opuścić i przyszłam, aby ci jeszcze raz podziękować tu, gdzie nas nikt nie zauważy. Będę myśleć o tobie i nigdy o tobie nie zapomnę.
Uścisnąłem jej rękę i odjechałem czemprędzej. Bolał mnie widok jej oczu wilgotnych.
Halef poszedł za mną jeszcze kawał drogi, dopóki nie dostaliśmy się do grupy zarośli. Tam zsiadłem z konia i ukryłem się.
Mały hadżi zabrał ze sobą naczynie z wywarem sadaru. Za pomocą szmatki, którą przyniosłem w tym celu, zwilżał mi ostrożnie włosy na głowie i wąsach tym wywarem.
— Zihdi, czemu każesz sobie smarować głowę tą zupą? — zapytał przytem.
— Zobaczysz to niebawem.
— Czy włosy zmienią się przez to rzeczywiście?
— Przypuszczam, że się zdumiejesz nad tem.
— Jestem bardzo ciekawy. Widzę, że wyciągasz z kieszeni te nieskończenie długie pończochy; czy je ubierzesz?
— Tak, a na to twoje modlitewne pantofle.
Halef miał przy sobie w podróży pantofle, które zawsze zakładał na nogi, idąc do meczetu, gdzie się musi obuwie zdejmować.
Gdy skończył „namaszczanie“ mojej głowy, zdjął mi buty, w miejsce których ubrałem pończochy. Pantofle były trochę za małe, ale w końcu jakoś to poszło. Spojrzawszy potem na moją głowę, klasnął Halef w ręce i zawołał:
— O, Allah! Co za cud! Włosy przybierają jasną barwę.
— Istotnie? Zupa już działa?
— Gdzieniegdzie.
— Więc należy poprawić w miejscach ciemniejszych. Masz tu grzebień, porozdzielaj nim płyn.
Zabrał się znów do dzieła rozpoczętego, a kiedy za chwilę popatrzyłem do małego kieszonkowego lusterka, ujrzałem się jasnym blondynem. Włożyłem fez, a Halef musiał mi go chustą turbanową owinąć tak, że z boku spadał jej wystrzępiony kawałek.
— Zihdi, popełniam tu wielki grzech — rzekł Halef zcicha. — Tylko potomkowie proroka w prostej linii mogą używać tej odznaki, a ty nie jesteś nawet wyznawcą Koranu, lecz kitab el mukaddas[7]. Czy usprawiedliwię to bluźnierstwo, gdy będę kiedyś przechodził po wązkim jak ostrze noża „moście śmierci“?
— Całkiem pewnie.
— Ale ja wątpię.
— Nie obawiaj się! Mahometanin zgrzeszyłby oczywiście względem potomków proroka, gdyby nosił ich odznaki, lecz chrześcijanin nie potrzebuje oglądać się na ten przepis religijny. Wyznawcom biblii wolno się ubierać, jak chcą.
— To wam lepiej i wygodniej, niźli nam. Ale błąd jednak popełniam. Gdybyś sam był sobie chustę obwiązał, to zaciężyłoby to na twojem sumieniu. Ponieważ zaś to czynię ja, wierny syn proroka, więc czeka mię kara.
— Bądź spokojny. Przyjmuję chętnie ten grzech na swoje sumienie.
— I pójdziesz zamiast mnie do piekła?
— Tak.
— O, zihdi, nie dopuszczę do tego; zanadto cię kocham. Wolę sam piec się w ogniu wiecznym, bo łatwiej to wytrzymam od ciebie.
— Przypisujesz sobie więcej siły?
— Nie, ale jestem o w iele mniejszy od ciebie. Może znajdę miejsce, gdzie będę się mógł położyć pomiędzy dwoma ogniskami tak, żeby mnie nie bardzo bolało.
Hultaj nie brał zbyt poważnie swoich wątpliwości. Wiedziałem, że w sercu już oddawna jest chrześcijaninem.
Aby dokończyć przeobrażenia, nasadziłem okulary, zarzuciłem derkę na ramiona tak mniej więcej, jak Meksykanin nosi swoją opończę.
— Mudżizat allahi — cud boski! — zawołał Halef. — Zrobiłeś się całkiem innym.
— Rzeczywiście?
— Tak. Nie wiem, czybym cię poznał, gdybyś tak przejechał koło mnie. Tylko postawa wskazałaby mi, że to ty jesteś.
— Ona także się zmieni, choć to niepotrzebne, bo mnie Aladży nie widzieli. Mają tylko opis mej osoby, więc bardzo łatwo wywieść ich w pole.
— Ale zna cię posłaniec.
— Jego może nie spotkam.
— Przypuszczam, że będzie u nich.
— Chyba trudno. Chcą urządzić na nas zasadzkę na drodze do Radowicz, on zaś objuczył swoje osły i chce tam zawieźć towary. Zamierza więc dostać się do Radowicz. Należy się spodziewać, że ich spotka po drodze i pojedzie dalej.
— I sądzisz rzeczywiście, że sam sobie z nimi poradzisz?
— Naturalnie.
— Ale Srokacze są osławieni. Może byłoby korzystniej dla ciebie, żebym ci towarzyszył. Wszak jestem twym przyjacielem i obrońcą.
— Teraz masz się zająć Oską i Omarem. Oddaję ich obydwu pod twoją opiekę.
To pocieszyło go i podsyciło jego poczucie osobistej godności. Odpowiedział prędko:
— Masz zupełną słuszność, zihdi. Czem byliby oni dwaj bez twego dzielnego hadżego Halefa Omara? Niczem, zupełnie niczem! Zresztą jest Rih, któremu muszę całą duszę poświęcić. Bardzo wiele mi powierzono.
— Okaż się więc godnym tego zaufania! Czy wiesz wszystko, co omówiliśmy ze sobą?
— Wszystko. Pamięć moja jest jak paszcza lwa, którego zęby przytrzymają każdą rzecz, pochwyconą.
— A więc pożegnajmy się teraz. Bądź zdrów! Nie zrób jakiego błędu!
— Zihdi, nie dręcz mej duszy tem upomnieniem. Jestem mężczyzną i bohaterem; wiem, co mi czynić wypada.
Cisnął w krzaki niepotrzebny garnek, zarzucił moje buty na ramię i ruszył ku miastu. Ja natomiast pojechałem na północny zachód ku niebezpiecznej, może nawet zgubnej przyszłości.
Z początku nie miałem się czego trapić. Gdyby Aladży mnie znali, możnaby było pomyśleć o przebiegłym napadzie lub o kuli, wysłanej z zasadzki. Tak jednak mógł mi grozić co najwyżej napad rozbójniczy jak pierwszemu lepszemu podróżnemu. Do tego zaś obecna moja postać nie nęciła bynajmniej.
Wyglądałem jak ubogi potomek Mahometa, któremu wiele zabrać nie można. Strzelby wprawdzie nie wziąłem ze sobą, ale oba rewolwery w kieszeni wystarczały na unieszkodliwienie więcej niż dwu napastników. Widzieliby tylko mój nóż i musieliby przypuścić, że nie jestem uzbrojony. To stałoby się przyczyną niebezpiecznego dla nich niedbalstwa.
Okolica między Ostromdżą a Radowicz jest bardzo żyzna. Przesuwają się na przemian pola, łąki i lasy, a Strumnica jest boginką, użyczającą łask tej ziemi.
Po lewej ręce ciągnęły się północno-wschodnie góry Welica Dagh, a po prawej wyżyny Plaszkawicy Planiny. Nie spotkałem nikogo i dopiero po dłuższej niż godzinnej jeździe nadszedł samotny Bułgar, którego po ubraniu poznałem.
Stanął na widok mego zielonego turbanu i przepuścił mnie z pełnym szacunku ukłonem. Nawet najbogatszy muzułmanin czci najuboższego, najbardziej obdartego, szeryfa. Widzi w nim potomka proroka, któremu dozwolonem było już za życia oglądać niebo.
Zatrzymałem przed nim konia, pozdrowiłem go w odpowiedzi na jego ukłon pokorny słowami:
— Niech Allah błogosławi miejscu, z którego w podróż ruszyłeś.
Potem spytałem:
— Skąd przybywasz mój bracie?
— Droga moja zaczęła się w Radowicz — odpowiedział.
— A dokąd dążysz?
— Do Ostromdży, w której stanę, szczęśliwie, jeśli mi nie odmówisz swego błogosławieństwa.
— Niechaj ci towarzyszy w pełnej mierze!
— Czy spotkałeś wielu podróżnych?
— Nie. Droga była tak opuszczona, że mogłem myśli swoje poświęcić bez przeszkody dobrodziejstwom Allaha.
— Więc nie widziałeś nikogo?
— Na gościńcu tylko jednego człowieka, a mianowicie posłańca Tomę z Ostromdży.
— Czy znasz go?
— Znają go wszyscy w Radowicz, gdyż on załatwia wszelkie polecenia stąd i stamtąd.
— Czy z nim mówiłeś?
— Zamieniłem słów kilka. Wstąpił do małej osady, którą znajdziesz niebawem tam, gdzie droga prowadzi przez rzekę.
— Czy ty także tam odpoczywałeś?
— Nie, gdyż czasu nie miałem.
— Ale wiesz może, gdzie zajeżdża posłaniec w Radowicz?
— Chcesz go odnaleźć?
— Gdyby się dało.
— Nie zajeżdża do chanu, jak ci się może zdaje, lecz do krewnego, który tam mieszka. Gdybym ci nawet powiedział jego nazwisko, nie odnalazłbyś go bez pomocy, bo nie mogę ci tak dokładnie ulic opisać. Proszę cię więc, żebyś jeszcze raz zapytał w Radowicz.
— Dziękuję ci! Niechaj cię Allah prowadzi!
— A tobie niechaj się niebo otworzy!
Poszedł dalej, ja zaś puściłem się w dalszą drogę tak samo wygodnie, jak przedtem.
Teraz mogłem już sobie wyobrazić obecny stan rzeczy. Aladżych nie było w Radowicz, bo przedstawiałoby to dla nich zbyt wielkie niebezpieczeństwo. Oczekiwali pewnie w osadzie na posłańca, którego wiadomości miały wpłynąć na ich dalsze postępowanie. W każdym razie nie byliby skłonni do napadu otwartego, z tyłu zaś nie strzeliliby, uważając nas za odpornych na działanie kul.
Południa jeszcze nie było, sądziłem więc, że spotkam ich w osadzie. Posłaniec pewnie im zapowiedział, że dopiero o tym czasie wyruszę. Mieli zatem dość czasu do wyszukania sobie kryjówki. Cieszyłem się, że im figla wypłatam i przejadę obok nich nienapastowany.
W pół godziny niespełna dostałem się do osady, złożonej tylko z kilku domów. Droga załamywała się tam pod kątem prostym ku mostowi. Dzięki temu widziałem tyły kilku domów po drugiej stronie przy moście. Przy jednym z nich pasły się dwie krowy, kilka owiec i trzy konie, dwa z nich osiodłane i ciemno nakrapiane.
Poznałem natychmiast, że to konie półkrwi i że zapewne pochodziły od klaczy meszerdi. Są to konie twarde, zadowalają się byle czem, mają silnie osadzoną szyję i wytrwałe tylne nogi. Zarazem odznaczają się wielką rączością i wytrzymałością. Dobry jeździec może czegoś spodziewać się po takim koniu.
Byłyżby to konie Aladżych? Mieliżby oni znajdować się w domu, obok którego musiałem przejeżdżać? Zależało mi na tem bardzo, żeby z nimi pomówić, ale wskazanem było zabrać się do tego bardzo ostrożnie, ażeby nie wzbudzić ich nieufności.
Gdy minąłem już załom, zobaczyłem przednią stronę domu. Znajdowało się tam coś w rodzaju werandy, utworzonej przez dach, spoczywający na słupkach. Pod nim stały stoły i ławy, grubo z drzewa ciosane. Wszystkie stoły były wolne, tylko przy jednym siedziało dwu ludzi. Ujrzeli mnie z daleka, gdyż ludzie tego pokroju muszą oczywiście bardzo na wszystko uważać.
Nie uszedł mej uwagi ich wzrok nieufny, jakim na mnie patrzyli i udałem, że chcę przejechać, oni jednak powstali z miejsc i postąpili naprzód o kilka kroków.
— Dur — stój! — zawołał jeden z nich, podnosząc rozkazująco rękę. — Może napijesz się z nami szklaneczkę raki?
Poczułem, że mam przed sobą tych, których szukałem. Byli to niewątpliwie bracia, o czem świadczyło nadzwyczajne ich podobieństwo. Jednako wysocy i barczyści, byli obaj więksi i tęgsi odemnie. Ich gęste, wydłużone w dół wąsy, ogorzałe twarze i broń nadawały im wyglądu wojowniczego. Strzelby ich stały o stół oparte. Z za pasa połyskiwały głownie pistoletów i nożów, a u lewego boku miał każdy z nich topór, zwisający jak szabla.
Poprawiłem okulary na nosie, zacząłem przypatrywać im się, jak pedagog rozpuszczonym chłopakom i zapytałem:
— Kto wy właściwie, że przeszkadzacie wnukom proroka w nabożnych dumaniach?
— Jesteśmy, jako i ty, pobożni synowie proroka. Dlatego chcemy cię uczcić i zapraszamy cię na orzeźwienie.
— Raki? Ty to orzeźwieniem nazywasz? Czy nie znasz słowa Koranu, zabraniającego używania raki?
— Nic o tem nie wiem.
— Idź więc do wykładacza sur świętych i każ sobie to wyjaśnić!
— Nie mamy na to czasu. Czy nie uczyniłbyś sam tego?
— Jestem gotów, skoro sobie tego życzysz, bo jak mówi prorok: kto jedną duszę od piekła uwolni, ten wejdzie sam odrazu do trzeciego nieba, kto zaś wyzwoli dwie dusze, ten wstąpi odrazu do piątego.
— Więc zasłuż sobie na piąte. Jesteśmy skłonni dopomóc ci do tego. Zsiądź z konia, zbożny człowiecze i zrób nas tak świętymi, jak sam jesteś!
Przytrzymał mi strzemię, drugi zaś ściągnął mnie za rękę. zapobiegając w ten sposób wszelkiemu oporowi.
Zsiadłszy z konia, pokulałem ociężale do stołu, przy którym oni obaj siedzieli przedtem i teraz się usadowili.
— Włóczysz jedną nogą — zaśmiali się. — Czy się zraniłeś?
— Nie, to mój kismet — odrzekłem krótko.
— Więc urodziłeś się kulawym. Widocznie Allah był ci przychylny, bowiem kogo on lubi, na tego zsyła cierpienie. Czy nie powiesz nam, niegodnym grzesznikom, swojego świętego imienia?
— Jeśli zaglądniecie do tablic Nakyb el Eszraf, które prowadzą w każdem mieście, to znajdziecie w nich moje imię.
— Wierzymy ci, ale ponieważ nie mamy tutaj tych tablic, przeto wyświadcz nam tę łaskę i podaj swoje nazwisko.
— No, dobrze. Jestem szeryf hadżi Szehab Eddin Abd El Kader Ben hadżi Gazali al Ferabi Ibn Tabid Mrewan Abul Achmed Abu Baszar Chatid esz Szonahar.
Obaj rozbójnicy przyłożyli sobie ręce do uszu i wybuchnęli głośnym śmiechem. Nie mieli widocznie ochoty poddać się wrażeniu mojego tytułu szeryfa. Gdyby byli grecko-katolickimi Skipetarami, nie byłoby mię zdziwiło ich zachowanie, ale wedle stroju musiałem ich uważać za wyznawców Islamu. Należało więc przypuścić, że bardzo mało dbali o jego przykazania i nauki.
— Skąd więc przybywasz, człowiecze z tak długiem nazwiskiem, jakiego sobie nikt zapamiętać nie zdoła? — spytał jeden z nich.
Rzuciłem mu z poza okularów długie, poważne, nawet pełne wyrzutu, spojrzenie i odrzekłem:
— Jakiego nikt spamiętać nie zdoła? Czyż nie powiedziałem ci właśnie, jak się nazywam?
— To prawda.
— Więc znam je niezawodnie i spamiętałem sobie.
Obydwaj roześmiali się głośno.
— Tak, ty! Byłoby też źle, gdybyś ty sam nie znał swojego nazwiska. Ale jesteś chyba jedynym, który je sobie spamiętał.
— Zapomnieć go nie można nigdy, ponieważ jest wciągnięte do księgi żywota.
— Ach tak! Jesteś szeryfem, a żaden z was nie idzie do piekła. Ty jednak chciałeś nas także z niego wybawić i wytłómaczyć, że raki nam pić nie wolno.
— Tak, jest wzbronione surowo.
— I to jest napisane w Koranie?
— Z pewnością i naprawdę.
— Czy wówczas, kiedy prorok miewał objawienia, było już raki na świecie?
— Nie, gdyż o tem niema ani słowa w żadnej historyi świata, ani natury.
— Więc nie może być też zakazanem.
— A jednak! Dotyczące słowo brzmi tak: Kullu muskirin haram — wszystko, co upaja, jest zakazane, zabronione, przeklęte. Przeklęte zatem i raki.
— Ale ono nas nie upaja!
— To dobrze, w takim razie nie jest wzbronione.
— A wino także nam nic nie szkodzi.
— Więc używajcie go zbożnie i w umiarkowanej ilości.
— To dobre! Tego się słucha przyjemnie! Zdaje się, że jesteś dobrym tłómaczem. A czy ciebie raki upaja?
— Jeśli piję niewiele, to nie.
— A co nazywasz niewiele?
— Naparstek, rozcieńczony taką flaszką wody.
Wskazałem na wielką, pękatą flachę wódki, stojącą przed nami.
— Tak, tem się istotnie upić nie możesz. Przyniosę ci zatem wody i napijesz się z nami.
Wstał i przyniósł niebawem garnek z wodą i szklankę. Nalał ćwierć szklanki wody, a potem do pełna raki.
— Tak — rzekł, stawiając przedemną. — Teraz jest woda w tem. Możesz więc pić, nie wykraczając przeciw przykazaniom Koranu. Niech Allah błogosławi twemu żywotowi!
Przytknął do ust flaszkę i pociągnął długi łyk, poczem podał ją bratu, który się tak samo uraczył. Ja zmaczałem skromnie usta w mej szklance.
Ten, który pierwszy do mnie przemówił, prowadził ciągle rozmowę, podczas gdy drugi zachowywał się milcząco. Wkrótce zapytał znowu:
— Skąd więc przybywasz?
— Właściwie jadę z Awret Hissar?
— A dokąd zmierzasz?
— Do Skopii, aby tam wiernych pouczać o prawach i zasadach Koranu.
— W Skopii? Tam nie doczekasz się pociechy.
— Czemu? — spytałem z trwożnem zdziwieniem.
— Tam śmieją się z pobożności!
— Słyszałem o tem i dlatego właśnie chcę się tam udać.
— Dostaniesz suchot z gadania, a nie nawrócisz nikogo.
— Co się ma stać, to się stanie. Wszystko jest zapisane w księdze żywota.
— Znasz dobrze, jak się zdaje, tę księgę.
— Allah ją zna i on ją czyta jedynie. Mam nadzieję, że kilku mieszkańców Skopii jest w niej zapisanych.
— Ja bardzo wątpię. Podobno jest tam wielu Skipetarów, a oni do niczego.
— Niestety i do moich uszu to doszło.
— Że Skipetarzy do niczego?
— Tak jest.
— Jakżeż to?
— Szejtan ich opętał. Nie znam ich, ale powiadają, że są to sami złodzieje, zbóje i mordercy. Piekło jeszcze dla nich zbyt łagodne.
— Czy jeszcze nigdy nie widziałeś Skipetara?
— Nie miałem jeszcze nieszczęścia spotkać któregoś z tych grzeszników — odpowiedziałem z westchnieniem, robiąc przy tem możliwie dobroduszną minę. Oni natomiast trącili się pod stołem nogami i cieszyli się widocznie moją głupotą.
— A nie boisz się ich nic? — pytał dalej.
— Dlaczego miałbym się bać? Czy mogliby uczynić, zemną coś innego jak to co mi już przeznaczone?
— Hm! Jedziesz do kraju Skipetarów... a jeśli cię napadnie taki rozbójnik?
— Szkoda byłoby zachodu. Oto mój cały majątek! Rzuciłem na stół sześć piastrów i powiedziałem prawdę, gdyż nie miałem więcej przy sobie. Resztę u Halefa zostawiłem.
— No, to rzeczywiście dużo ci zabrać nie mogą, ale potrzeba ci pieniędzy na drogę.
— Pieniędzy? Naco?
— Aby żyć.
— Do tego nie potrzebuję niczego. Czy prorok nie nakazał gościnności?
— Aha; więc żebrzesz?
— Żebrać? Czy chcesz obrazić szeryfa? Jadło, napój i nocleg wszędzie znajdę.
— A gdzie spałeś ostatniej nocy?
— W Ostromdży.
— Aha tam! To nas zaciekawia.
Spojrzeli na siebie niby potajemnie.
— Czemu? Wy może stamtąd jesteście?
— Nie, ale słyszeliśmy, że ostatniej nocy szalał tam ogromny pożar.
— Ogromny? Bynajmniej.
— Spaliło się podobno pół miasta.
— Powiedział wam to wielki kłamca. Że był pożar, to prawda, ale wcale nieznaczny, a nawet nie w samem mieście.
— A gdzież?
— Na górze.
— Ależ tam niema domów!
— Była chałupa.
— Czy Mibareka?
— Tak jest.
— Czy wykryli podpalacza?
— Sam Mibarek ją podpalił.
— Nie wierzę. Taki pobożny człowiek miałby być podpalaczem?
— O on wcale nie był takim pobożnym, jakiego udawał.
— A więc prawdą jest to, co nam opowiadano!
— Coście słyszeli?
— Że to właściwie wielki drab, zbrodniarz.
— Pod tym względem dobrze was pouczono.
— Czy wiesz to pewnie?
— Tak, gdyż patrzyłem z blizka na to, jak go uwięziono. Byłem także przy ogniu i wszędzie.
— Widziałeś więc także owych czterech obcych, którzy to wszystko spowodowali?
— Mieszkałem nawet i spałem razem z nimi w jednym chanie.
— Naprawdę? I mówiłeś z nimi?
— Ze wszystkimi czterema!
— Czy poznałbyś ich, gdyby cię teraz spotkali?
— W tej chwili.
— To dobrze, bardzo dobrze. Czekamy właśnie na nich, bo musimy z nimi pomówić. Ponieważ jednak nie widzieliśmy ich nigdy jeszcze, moglibyśmy się pomylić... Czy pokażesz ich nam, gdy nadjadą?
— Bardzo chętnie, jeśli nie będzie trzeba czekać zbyt długo.
— Przecież masz czas!
— Nie; muszę jutro stawić się w Skopii.
— Zabawisz tu najwyżej trzy godziny.
— O to dla mnie zadługo.
— Zapłacimy ci.
— Zapłacicie? O to zmienia postać rzeczy. Ileż chcecie zapłacić?
— Pięć piastrów za czas, który upłynie do ich przyjazdu.
— A jeśli wcale się nie pokażą, albo tak późno, że nie będę mógł jechać dalej z powodu ciemności?
— To zapłacimy tu za ciebie nocleg i jedzenie.
— No, to zostanę, ale musicie mi zaraz dać tych pięć piastrów.
— Szeryfie, czy sądzisz, że nie mamy pieniędzy?
— Nie, lecz sądzę, że ja ich nie mam i dlatego chciałbym coś dostać.
— Tę drobnostkę możemy ci z łatwością z góry wypłacić. Masz!
Rzucił na stół dziesięć piastrów, a kiedy nań spojrzałem zdumiony, rzekł pogardliwie:
— Weź je, jesteśmy bogaci! Mieli istotnie dość pieniędzy, bo woreczek był duży i brzmiał zeń dźwięk złota.
Zaczęto mię teraz wypytywać o moją osobę. Musiałem dokładnie opisać siebie i mych towarzyszy i zapewnić, że byłem świadkiem tego, iż się kule wcale ich nie chwytają.
Opowiedziałem wszystko, jak się stało, poczem spytał mnie jeden ze Skipetarów.
— Czy nie wiesz, kiedy ci czterej wyruszą?
— Byłem przytem, jak jeden z nich się wyraził, że około południa.
— I myśmy o tem słyszeli, ale sądzimy, że mimoto nie nadjadą.
— Czemu nie?
— Boją się.
— O, ci obcy nie wyglądają jak ludzie, którzyby się obawiali. Kogożby zresztą?
— Skipetarów.
— Nie przypuszczam. Przecież ja sam nie czuję trwogi przed nimi, a cóż dopiero ci czterej. Gdybyście tylko broń widzieli jednego z nich!
— Słyszałem o tem. Miano mu jednak powiedzieć, że się Skipetarzy na nich zaczają.
— Nic mi o tem nie wiadomo. Słyszałem tylko o dwu rozbójnikach.
— A zatem przecież! Co wiedzą o tem?
— Że stary Mibarek wynajął dwu rozbójników do zamordowania wszystkich czterech.
— A skąd ty masz tę wiadomość?
— Z podsłuchanej rozmowy.
— Dyabli! Coza nieostrożność! Czy znali nazwiska zbójów?
— Nie. Zdaje mi się, że ich wogóle nie znają.
— A co nato ci czterej?
— Śmieją się.
— Allah w’ Allah! Śmieją się? — wybuchnął. — Śmieją się z tych, którzy na nich mają napaść?
— Tak; z kogóżby zresztą? — Sądzę, że jeśli w tym wypadku idzie o prawdziwych Skipetarów, to się tym obcym śmiać odechce niebawem.
— Wątpię?
— Co? Wątpisz? Czy sądzisz, że Skipetarzy to chłopcy bezsilni?
— Mogą być silni, jak chcą, ale tym czterem nie poradzą, bo się ich kula nie ima.
— Kula się nie ima? Do stu piorunów! Nie wierzyłem w to nigdy i uważałem to zawsze za głupią bajkę, żeby się można zrobić odpornym na działanie kul. Czy ty sam to widziałeś dokładnie?
— Bardzo dokładnie; stałem tuż przy tem.
— Kule go nie trafiały, a on chwytał je nawet?
— Ręką. Gdy potem strzelano temi samemi kulami, przebijały deskę.
— To prawie nie do uwierzenia!
— Ale było przytem przeszło pięciuset ludzi, którzy na to patrzyli i kazali sobie kule podawać.
— W takim razie trzeba uwierzyć. Gdybym mógł tej sztuki dokazać, zjadałbym codzień cały Koran.
— Zdaje się, że tu nie tylko o to chodzi. Są tam w grze jakieś tajemnice.
— Bezwątpienia. Dałbym dużo zato, gdyby mi je kto wyjawił.
— Tego ci żaden nie zdradzi.
— Hm! A może przecież.
— Nie wierzę w to.
— Znam jednak dwie osoby, które mogłyby się o tem dowiedzieć.
— Kto taki?
— Ci rozbójnicy, którzy się na nich zaczają.
— O, ci chyba już najmniej!
— Ty tego nie rozumiesz, chociaż jesteś szeryfem. Przypuszczam, że Skipetarzy darują jednemu z tych obcych życie pod warunkiem, że zdradzi im tę tajemnicę.
— Zapominasz przytem o rzeczy najważniejszej — rzekłem z chłodnym spokojem.
— Cóż to takiego? — spytał pośpiesznie.
— Że ci ludzie nie boją się wcale Skipetarów; kula się ich nie ima, jak to sami przyznacie.
— Musimy to przyznać oczywiście, gdyż słyszeliśmy o tem z ust zupełnie wiarogodnych. Ale czy są także odporni na cięcia i pchnięcia?
— Hm! Tego nie wiem.
— Więc nie, bo w przeciwnym razie nie omieszkaliby się tem pochwalić. A zatem można ich przecież zranić! Czy myślisz, że gdybyśmy byli tymi Skipetarami, powinnibyśmy się obawiać tego cudzoziemca, jeżdżącego na karym koniu?
— W mocowaniu z pewnością nie.
— A więc nie są tacy wolni od niebezpieczeństwa, chociaż i ja sądzę, że nic im się nie stanie, zwłaszcza że my im dopomożemy.
— Zrobicie to istotnie? — zapytałem po namyśle.
— Dlaczego wątpisz? Jechaliśmy naprzeciwko nich z Radowicz; chcemy ich przyjąć i zrobić im niespodziankę. Biada temu, kto spróbowałby wrogo przeciwko nim wystąpić!
— Hm! Wierzę, ale mogą ich napaść, zanim tutaj przybędą.
— O nie, tam niema miejsca odpowiedniego.
— Czy tak się na tem rozumiesz? — spytałem, robiąc minę naiwną.
— Tak, ponieważ byłem żołnierzem. Dalej ku Radowicz znajduje się miejsce stosowne, tam, gdzie droga przez las prowadzi. Są tam duże głazy, a drzewa stoją tak gęsto, że nie można umknąć ani w prawo, ani w lewo. Gdyby na nich tam uderzono, zginęliby bez ratunku.
Podczas przerwy, która w rozmowie nastąpiła, ponieważ Skipetar zapatrzył się w zadumie przed siebie, usłyszałem wydobywające się z wnętrza domu płaczliwe głosy. Doszły mnie one już poprzednio, ale nie tak wyraźnie. Wydało mi się to niemal podejrzanem, lecz pomyślałem sobie, że Skipetarzy nie odważyliby się popełnić tu jakiejś zbrodni i siedzieć potem tak spokojnie.
— Kto tam tak skomli? — spytałem.
— My nie wiemy.
— Czy ten dom to chan?
— Nie, to tylko mała oberża.
— A gdzie gospodarz?
— W izbie.
— Zobaczę!
To rzekłszy, wstałem i podszedłem ku drzwiom.
— Stój! Dokąd? — krzyknął jeden z nich.
— Do gospodarza.
— Idź tędy do okiennicy!
Odgadłem zaraz, że nie chcieli pozwolić na to, żebym sam z gospodarzem rozmawiał. Poszedłem więc kulejąc do okna i wsunąłem głowę. Płacz nie ustawał.
— Konakdży — gospodarzu! — zawołałem.
— Tu — odpowiedział głos męski.
— Kto tu tak płacze?
— Moja córka.
— Dlaczego?
— Zęby ją bolą.
— Ile ma lat?
— Dwanaście.
— Byłeś u cyrulika, albo hekima?
— Nie, jestem za biedny.
— Więc ja pomogę; wejdę zaraz.
Aladży słyszeli każde słowo. Gdy teraz zwróciłem się ku drzwiom, powstali i poszli za mną.
Izba wyglądała nader ubogo, nawet wedle pojęć tamecznych. Nie było w niej nikogo prócz gospodarza i pacyentki, skurczonej i płaczącej w kącie.
Oberżysta siedział na zydlu, łokciami na kolanach oparty i nie patrzył na nas.
— Więc ty jesteś gospodarzem? — spytałem go. — Gdzie gospodyni?
— Nie żyje — odrzekł ponuro, nie patrząc na mnie.
— Żal mi ciebie. Czy masz jeszcze więcej dzieci?
— Jeszcze troje mniejszych.
— Gdzie one?
— Nad rzeką.
— Coza nieuwaga! Dzieci nie zostawia się nad wodą bez dozoru.
Teraz podniósł głowę i spojrzał na. mnie. Czyżby nie spodziewał się takiego współczucia?
— Czemu nie zabierzesz ich do siebie? — spytałem w dalszym ciągu.
— Nie mogę.
— Z jakiego powodu?
— Wyjść mi nie wolno.
— Któż ci zabronił?
Rzucił posępne spojrzenie na Aladżych, przyczem zauważyłem, że mu jeden z nich palcem pogroził. Udałem, że nic nie widzę, podszedłem do kąta, przemówiłem kilka słów do małej i zaprowadziłem ją pod okno.
— Chodź tu! — prosiłem łagodnie, aby jej zaufanie obudzić. — Ja ci zaraz ten ból odejmę. Otwórzno usta i pokaż ten ząbek!
Zrobiła to bez wahania. Po zębie trudno było co poznać. Mógł to być ból reumatyczny, na który nie znałem środka. Wiedziałem jednak z doświadczenia, jaki wpływ ma urojenie szczególnie u dzieci. Przedewszystkiem płacz musiał umilknąć.
— A teraz zamknij usta i odpowiadaj, ruszając głową! — rzekłem. — Czy boli jeszcze?
Skinęła głową.
— A teraz uważaj! Przyłożę ci na chwilę moją dłoń do twego policzka i ból zniknie.
Przysunąłem do siebie głowę pacyentki, przyłożyłem jej dłoń do policzka i pogłaskałem kilka razy. Nierozumiem się wprawdzie na magnetyzmie, lecz zdałem się na wyobraźnię dziecka i to łagodzące uczucie, jakie sprawia ciepła ręka, dotykająca bolącego policzka.
— No, czy już nie boli? — zapytałem po chwili.
Skinęła głową.
— Wcale nie?
— Tak wcale! — odrzekła z rozpromienionem obliczem i uśmiechniętemi wdzięcznie oczyma.
— Nie mów teraz i oddychaj nosem jeszcze przez kilka chwil, a ból już nie wróci.
Wszystko to było takie proste i rozumiało się samo przez się; mimoto, kiedy chciałem wyjść, zbliżył się do mnie gospodarz, ujął mię za rękę i rzekł:
— Panie, ona już od wczoraj jęczała; trudno było wytrzymać i dlatego tamte dzieci odeszły. Ty cuda czynisz!
— Nie, to cud nie jest. To bardzo prosty środek, który jednak pomoże, jeżeli jeszcze przez dzisiaj zatrzymasz w izbie córeczkę. Tamte dzieci sam tu sprowadzę.
— Ty, panie, ty? — zapytał.
— Oczywiście, bo ty nie możesz.
Aladży ciskali mu wściekłe spojrzenia, on jednak pochylił się, jakby coś z ziemi podnosił, zbliżył się do mnie w ten sposób i szepnął, podnosząc się znowu:
— Miej się na baczności! To Aladży.
— Co to było? — krzyknął jeden z nich, usłyszawszy może jakieś tchnienie. — Co powiedziałeś?
— Ja? Nic! — odrzekł gospodarz o ile możności swobodnie.
— Ależ ja sam słyszałem!
— W takim razie się mylisz.
— Psie, nie łżyj, bo cię zatłukę!
Skipetar podniósł pięść, ale ja chwyciłem go za rękę i uspakajałem:
— Przyjacielu, co czynisz? Czyż nie wiesz, że prorok zabrania wiernym szpecenia gniewem swej twarzy?
— Co mnie twój prorok obchodzi!
— Nie pojmuję ciebie. Zachowujesz się jak człowiek niedobry, a chcesz być przyjacielem tych cudzoziemców, którzy nie obrażają najlichszego robaka.
— Masz słuszność, szeryfie — odezwał się na to Skipetar, spuszczając rękę i rzucając gospodarzowi ponure spojrzenie. — Ale ja miłuję prawdę i nienawidzę kłamstwa, dlatego tak się rozzłościłem. Wyjdźmy stąd!
Wyszedłem za nim i zachowałem się tak, jak gdyby rozumiało się samo przez się, iż się mogę swobodnie poruszać i pokulałem ku rzece. Nie ulegało wątpliwości, że Aladży uważali mnie na poły za swego więźnia. Z powrotem nie mogli mnie puścić, a naprzód także nie, bo obawiali się, że ich zdradzę, nawet gdybym ich nie znał i nie zamierzał zdemaskować. To też musieli mnie pilnować.
W dole, tuż nad wodą, siedziało troje dzieci gospodarza. Dałem im otrzymanych dziesięć piastrów i powiedziałem, żeby poszły do ojca, bo ich siostrzyczka już zdrowa. Z radością wylazły na brzeg i pobiegły do domu. Gdy znowu usiadłem przy stole, poznałem po Aladżych, iż powzięli jakieś postanowienie.
Tu nie byli bezpieczni przed niespodzianem spotkaniem, a zarazem zbliżał się czas, w którym powinniśmy byli zjawić się wedle ich obliczeń. Odgadłem, że postanowili stąd odejść. Istotnie; ten, który dotąd mówił najwięcej, rzekł:
— Powiedziałem ci już, że jest tylko jedno miejsce, gdzie można napaść na obcych. Powiedz nam szczerze, jak jesteś dla nich usposobiony? Dobrze, czy wrogo?
— Czemu miałbym być dla nich wrogiem? Nie wyrządzili mi nic złego.
— A więc przyjaciel?
— Tak.
— To nas cieszy, bo możesz nam dopomóc w staraniach o ich bezpieczeństwo i swoje własne.
— Uczynię to bardzo chętnie, chociaż nie wiem, ktoby chciał zagrażać memu bezpieczeństwu. Powiedzcie mi, jaka moja tu rola.
— Czy sądzisz także, że na tych obcych napadną?
— Słyszałem to całkiem napewno.
— W takim razie Skipetarzy siedzą na tem miejscu, o którem wspomniałem. Mój brat jest zdania, na które ja się godzę, że dobrzeby było, gdybyśmy się tam ukryli. W ten sposób moglibyśmy napadniętym przyjść w pomoc. Czy zgadzasz się na to?
— Hm! Mnie to właściwie nic nie obchodzi.
— O, przecież! Jeśli się tam Skipetarzy zaczaili, to napadną także na ciebie, jeśli dalej pojedziesz. Zresztą chcemy ci pokazać prawdziwą skipetarską sztuczkę, którą potem w Skopii opowiesz.
— Zaciekawiasz mnie istotnie, ja pojadę.
— To wsiadaj na konia!
— Czy zapłaciliście za raki?
— Nie, gospodarz dał nam za darmo.
Musiał dać darmo! Tak było właściwie. Przystąpiłem do okna i wrzuciłem przez nie kilka piastrów. Oczywiście wyśmiali mnie obaj. Jeden z nich poszedł za dom po konie, a drugi pozostał przy mnie dla pewności.
Przejeżdżając przez most, odwróciłem się w siodle. Przed drzwiami stał gospodarz z podniesioną ostrzegawczo ręką. Nie przypuszczałem, że go jeszcze zobaczę.
Po drugiej stronie mostu prowadziła droga z początku przez pola, potem nastąpiły wierzby i zarośla a wreszcie wjechaliśmy w gęsty las.
Nie przemówiliśmy ani słowa.
Ci Skipetarzy uważali mnie bezwątpienia za człowieka bardzo niezdolnego do ocenienia sytuacyi, gdyż w tem, co mówili i czynili, były tak rażące sprzeczności, że wpadłyby w oko każdemu.
Jeśli nieprzyjaciele ukryli się istotnie w lesie, w takim razie było niedorzecznością zajmować także tam stanowisko i dopiero podczas walki śpieszyć na pomoc. Powinniśmy byli raczej zakraść się do zbójów, a potem ostrzec zagrożonych. Może dałoby się objechać miejsce niebezpieczne, a jeśliby to nie było możliwe z powodu gęstości lasu, mogliśmy pieszo zajść Skipetarów z tyłu i zadać im wspólnie porządną porażkę.
W środku lasu droga spadała w dół i zakręcała się dość ostro. Po prawej i lewej stronie leżały złomy skaliste, za którymi można się było ukryć i strzelać z wysokiego brzegu w wyżłobienie drogi. Miejsce było jak do napadu stworzone. Tu zatrzymali się obydwaj Aladży.
— Otóż i miejsce — rzekł jeden z nich. — Tu musimy się ukryć. Wjedźmy tu po lewej stronie na zbocze.
Mówił pocichu, ażebym myślał, że Skipetarzy mogą tu gdzieś być ukryci. Gdyby tak było, musieliby oni nas widzieć i słyszeć, a nie my ich! Nabrałem przekonania, że twarz moja z natury chyba już tak głupio wyglądała gdyż niewyszkolone moje udawanie nie wystarczyłoby z pewnością. A trzebaby było być wprost głupim, aby nie przeniknąć zamiarów tych drabów.
Na wysokim brzegu drogi stały drzewa mniej gęsto obok siebie tak, że mogliśmy jeszcze trochę dalej pojechać; potem jednak trzeba było konie prowadzić.
Nareszcie zatrzymaliśmy się. Konie miały zostać spętane obok siebie. Ta okoliczność mi się nie podobała, gdyż miałem zamiar oddalić się potem skrycie. W tym celu powinien był mój koń stać tak daleko, żeby go Skipetarzy nie widzieli.
Miałem w kieszeni spinkę od kołnierza, bardzo śpiczastą z jednej strony. Wyjąłem ją niepostrzeżenie z kieszeni. Potem udałem, że chcę memu koniowi, przywiązanemu do srokaczów, rozluźnić gurt. Tymczasem ściągnąłem go tak mocno, jak tylko mogłem, wsunąwszy przedtem pod siodło spinkę w ten sposób, że ostrze dotykało skóry. Spinka musiała koniowi sprawić ból, a co dalej, na to należało zaczekać.
Aladży tymczasem znaleźli sobie odpowiednie miejsce, z którego mogli mieć na oku biegnącą w tyle część drogi! Strzelby leżały obok nich zarówno jak topory do rzucania, które odpięli od pasa. Pojąłem ich plan. W przekonaniu! że kule nas nie dosięgną, chcieli nas pozabijać toporami!
Ludzie ci posiadają wielką zręczność w rzucaniu tą bronią, sądzę jednak, że, chociaż nigdy jej w ręku nie miałem, potrafiłbym to samo, nabyłem bowiem sprawności w rzucaniu tomahawkiem.
Przysiadłem się do nich i rozpoczęła się cicha rozmowa. Udawali gotowych do walki, aby nas uwolnić od Skipetarów. Sztuczka skipetarska, którą mi obiecali pokazać, polegała oczywiście na tem, że zapewnili sobie mój współudział, chociaż sami mieli być mordercami. Miałem się przerazić podczas napadu, a następnie opowiadać o tem na pośmiewisko ze siebie.
Spinka działała już od długiego czasu. Koń Halefa zaczął się niepokoić; parskał i walił kopytami na wszystkie strony.
— Cóż to twemu koniowi? — zapytano mnie.
— O, nic! — odrzekłem swobodnie.
— To ma być nic? Może nas zdradzić!
— Jak to?
— Jeśli dalej tak będzie robił, to Skipetarzy, jeśli są tu ukryci, usłyszą hałas i będziemy zgubieni.
Miał na myśli, że to obcy mogą usłyszeć i wezmą to za przestrogę.
— To będzie jeszcze gorzej — odrzekłem.
— Czemuż to?
— Mój koń nie znosi tego, żeby był przywiązany w pobliżu innych. To jego kaprys, którego go nie mogę oduczyć. Muszę go zawsze trzymać zdaleka od innych.
— To zabierz go!
Powstałem.
— Stój! Zostaw tu opończę, ten długi nóż i chustę z turbanu!
— Nacóż to?
— Żebyśmy byli pewni, że wrócisz. Zdejmij i turban!
Ładna historya! Zobaczyliby moją pełną czuprynę i poznaliby, że nie mogę być dobrym muzułmaninem, a tem mniej szeryfem. Dlatego odpowiedziałem z wymuszonym spokojem:
— A tobie co na myśl przychodzi? Czy wolno szeryfowi odkrywać głowę? Jestem znawcą Mukteka el Ebhur[8], Miszkal al Mazabih[9] i sławnych fetavi Alema Ghiri i Hamadana. Wiem dobrze, co wiernym zabronione i miałbym teraz oddawać wiatrom mą duszę, by ją huragany uniosły?
— W takim razie niech zostanie tylko opończa i kordelas. Idź!
Odwiązałem konia i odprowadziłem go nieco dalej. Przywiązałem go tam tylko całkiem lekko i popędziłem z największym pośpiechem przez zarośla i krzaki, to skacząc, to znowu łażąc, aż do zakrętu drogi, gdzie mogłem już zejść na nią niepostrzeżony. Tam wyrwałem kartkę z notatnika i napisałem: „Ajry ajry hazyrlamyn. Osko, Omar jawaszly, Halef bojuk dert nal gitir, ileri iki bin ademler tahminen — jedźcie pojedynczo. Osko i Omar powoli, a Halef największym cwałem, mniej więcej przez dwieście kroków“.
Tę kartkę przytwierdziłem zapomocą kołka i noża. do tuż przy drodze stojącego drzewa tak, że ją zauważyć musiano. Co prawda mogli drogą przejeżdżać inni ludzie i zobaczyć ją także, ale na to już rady nie było. Może zostawiliby kartkę. Zresztą należało się Halefa każdej chwili spodziewać.
Trwało to wszystko kilka minut, poczem popędziłem z powrotem do konia, aby go teraz mocniej przywiązać i uwolnić od spinki. Nie byłem z tem jeszcze gotów, gdy doleciały mnie kroki. Był to jeden ze Skipetarów, który mnie szukał.
— Gdzie ty siedzisz tak długo? — zapytał w tonie surowym.
— Tu przy koniu — odparłem, patrząc na niego jakby stropiony.
— Widzę to, ale czy na to tyle czasu potrzeba?
— Czyż nie jestem swoim panem?
— Nie, teraz już nie; teraz do nas należysz i masz się do nas stosować!
— Czy powiedzieliście mi, jak długo wolno mi bawić?
— Nie pytaj tak głupio, ośle! Zabieraj się tam, gdzie my siedzimy!
— Jeśli mi się spodoba — odpowiedziałem, gdyż zachowanie jego zaczęło mnie drażnić, pomimo że byłem szeryfem.
— Tobie się nic niema podobać, rozumiesz? Jeśli nie pójdziesz zaraz, to ci pomogę!
Przystąpiłem do niego i rzekłem:
— Słuchaj, nie posuwaj się zbyt daleko! Nazywasz mnie osłem. Jeśli nie masz szacunku dla pochodzenia szeryfa, to domagam się go przynajmniej dla mojej osoby. Jeśli mi go zaś odmówisz, to sam go sobie zdobędę.
Tego nie spodziewał się po mnie.
— Coza zuchwalstwo! — zawołał. — Ja mam czuć szacunek dla twojej śmiesznej osoby? Dotknę cie tylko, a upadniesz ze strachu.
Pochwycił mnie za lewą ręką i ścisnął ją tak silnie, że człowiek słabszy odemnie krzyknąłby głośno z pewnością. Ja jednak zaśmiałem mu się spokojnie w oczy i odparłem:
— Musiałbyś chwycić inaczej, ot tak!
Położyłem mu ręką na lewem ramieniu tak, że kciuk wsunął się pod obojczyk, podczas gdy reszta palców oparła się na łopatce. Kto ten chwyt umie, ten potrafi najsilniejszego człowieka powalić na ziemie. Ściągnąłem szybko rękę. On krzyknął i usiłował się wyrwać, ale nie zdołał, gdyż tak go zabolało, że mu się kolana ugięły i obsunął się na ziemię.
Krzyk przywołał drugiego brata.
— Sandar, co się stało? — zapytał przybyły.
— Tanry hakky — na Boga, tego nie pojmuje! — odrzekł zapytany, powstając z ziemi. — Ten człowiek powalił mnie jedną ręką. Złamał mi chyba ramię.
— Powalił? Dlaczego?
— Dlatego, że go zbeształem za to, iż zadługo bawił.
— A do wszystkich dyabłów! Człowiecze, na co ty sobie pozwalasz? Czy mam cię zmiażdżyć?
Porwał mię za pierś i potrząsnął mną. Obrona nie leżała w roli szeryfa, ale dawać się chwytać i sobą potrząsać, to w smak mi nie było. Chwyciłem go także za pierś, pociągnąłem go najpierw ku sobie, a potem tak nagle odepchnąłem na całą długość ramienia, że musiał mnie puścić. Naraz schyliłem się nieco, objąłem rękami całego na wysokość brzucha, podniosłem błyskawicznym ruchem w górę i rzuciłem na ziemię.
Leżał przez chwilę osłupiały z bezmiernego zdumienia, ale zerwał się i wyciągnął za mną obie ręce.
— Czy jeszcze raz? — zapytałem, odstępując wstecz kilka kroków.
Rozgniewałem się. Być może, że moje oczy nabrały teraz innego wyrazu, niż przystało oczom namaszczonego szeryfa, bo Aladży odskoczył, wytrzeszczył na mnie oczy i zawołał:
— Człowiecze, tyś olbrzym!
Pochyliłem głowę i odrzekłem głosem pokornym:
— Tak widocznie napisane w księdze żywota. Ja na to nic nie poradzę.
Obydwaj wybuchnęli głośnym śmiechem.
— Wiesz co, Bybar, ten gap nie przeczuwa nawet, jakie ma siły — rzekł Sandar.
Bybar jednak przypatrywał mi się z niedowierzaniem od czoła aż do pantofli i odrzekł:
— To nietylko siła olbrzymia; on ma także wprawę. Ten chwyt można naśladować tylko po długiem ćwiczeniu. Szeryfie, gdzieś ty się tego nauczył?
— U wyjących derwiszów w Stambule. Biliśmy się w wolnych godzinach.
— Ach, tak! Przypuszczałem już, że jesteś całkiem ktoś inny niż ten, za którego się podajesz. To twoje szczęście, gdyż jeślibyś chciał nas oszukać, życie twoje nie byłoby warte więcej od życia muchy w ptasim dzióbie. Nie usiądziesz teraz obok nas, lecz między nami. Musimy się z tobą ostrożnie obchodzić.
Wróciliśmy na miejsce, poczem wzięli mnie między siebie. Zbudziło się w nich podejrzenie. Położenie moje pogorszyło się znacznie, lecz nie lękałem się mimoto, gdyż dzięki rewolwerom miałem nad nimi przewagę.
Nie rozmawialiśmy wcale. Obaj bohaterowie gościńca uważali widocznie milczenie za najbardziej wskazane. Mnie to było oczywiście na rękę. Jeśli się obawiałem, to o towarzyszy, nie o siebie. Może nie spostrzegli mej kartki, a może zerwali ją przejeżdżający przed nimi, lub jaki inny przypadek. Musiałem czekać w spokoju.
Nie należy to jednak do przyjemności znaleźć się pomiędzy dwoma silnymi jak niedźwiedzie i uzbrojonymi od czuba do pięty rozbójnikami. Że w Turcyi może być mnóstwo takich ludzi, to łatwo zrozumieć; wynika to z charakteru tamecznych stosunków. Wszakże dzisiaj się czyta niemal w każdym numerze pierwszej lepszej gazety o gwałtowych przekroczeniach granicy, o rabunkach i grabieżach. Nie tak dawno jeszcze wydał rząd okólnik, w którym nakazuje, żeby sędziowie już raz ostatecznie sądzili wedle ustawy. Znany i „potężny“ basza wysyła do Porty groźbę, że ustąpi, jeśli nie będzie mu wolno karać rozwielmożniających się w jego okręgu rabunków. Czy jest w tem co dziwnego, że podróżny w tym kraju sam sobie prawa szuka, nie mogąc znaleźć go nigdzie? Czyż to nie zrozumiałe, że wynurzają się co raz nowe bandy, zaledwie jedne rozbito? Spokojny mieszkaniec musi trzymać stronę tych ludzi. Oni są prawdziwymi panami i rządzą okrutnie.
Siedzieliśmy już tak długo, że mi cierpliwości zaczynało brakować, gdy w tem usłyszeliśmy z prawej strony jakiś hałas.
— Słuchać! Ktoś się zbliża — rzekł Sandar i po chwycił za topór. — Może to oni!
— Nie, to jeden jeździec — odrzekł brat. — O, skręca tam z za rogu drogi.
Oglądnąłem się i ujrzałem ku mej radości Omara, jadącego samotnie. Zauważyli więc moją kartkę i przeczytali.
Nadjechał powoli z głową spuszczoną, jakby pogrążony w zadumie. Nie spoglądał na prawo, ani na lewo.
— Spróbujemy? — zapytał Bybar, wskazując na strzelbę.
— Nie — odrzekł Sandar. — On nic niema, widać to po nim.
Nie wstydzili się wcale mówić w mojej obecności o swojem rzemiośle.
Omar przejechał, nie spojrzawszy w górę. Poznał, że to najlepsze.
W pewien czas rzekł Sandar:
— O, znowu jeden!
— Także taki bez niczego!
— Ale czyż wszystkich przepuścimy?
— Teraz tak. Zważ, że usłyszą nasze wystrzały.
— Wszak Skipetarzy tutaj ukryci — wtrąciłem naiwnie. — Poznają, że tu jesteśmy, by im przeszkodzić w napadzie.
— Głupiec! — zaśmiał się do mnie Sandar.
Teraz przejeżdżał Osko. Udał także człowieka, nie troszczącego się o nic. Wygląd jego zewnętrzny nie świadczył wcale o bogactwie i dlatego przejechał szczęśliwie.
Teraz miał Halef nadjechać. Co do niego miałem powód do obaw. Mogli strzelić do niego, aby zabrać wspaniałego ogiera. Nie dopuściłbym wprawdzie do tego i prędzej poczęstowałbym kulą każdego z nich, ale lepiej było tego uniknąć. To też usiłowałem odwrócić ich uwagę. Śledziłem ukradkiem, lecz pilnie, załom drogi, z poza którego miał się Halef wychylić. Wtem ujrzałem go wybiegającego. Oni nie zauważyli go jeszcze, kiedy powstałem.
— Dokąd? — spytał mnie Sandar szorstko.
— Do mego konia. Czy nie słyszysz, że się znów niepokoi?
— Niech szejtan porwie twego konia! Zostaniesz tu!
— Ty nie masz prawa rozkazywać mnie — odrzekłem ostro i udałem, że się do odejścia zabieram. Na to Skipetar zerwał się i pochwycił mnie za rękę.
— Zostań, bo ci dam...
Przerwał mu okrzyk Bybara, który spojrzał najpierw na nas, a teraz dostrzegł Halefa.
— Jik girilti — Do miliona piorunów! — zawołał. — Co to za koń! To obcy, to niezawodnie on!
— Nie; jeździec za mały.
— Ale kary, to Arab pełnej krwi; prawdziwa, czysta krew! O Allah! On leci jak wiatr!
Rzeczywiście miał słuszność. Ogierowi memu było na imię Rih, to znaczy wiatr. Setki razy leciałem na jego grzbiecie z wiatrem w zawody, ale nie widziałem dotychczas, jak świetnie ten koń wygląda w cwale zdaleka.
Brzuch prawie ziemi dotykał, a nóg niepodobna było rozróżnić. Grzywa owiewała twarz jeźdźca, a ogon sterczał poziomo jak ster. Mimoto była to tylko zabawa Riha. Gdybym ja siedział na siodle, leciałby jeszcze inaczej, a cóż dopiero gdybym go „tajemnicą“ nakłonił do śmiertelnego pośpiechu!
Mój dzielny Halef stał w strzemionach, pochylony mocno naprzód. Jego strzelba i moje obydwie wisiały mu przez plecy. Do siodła przywiązany był mój kaftan i długie buty z cholewami. Jego własny kaftan powiewał za nim, unoszony prądem powietrza, spowodowanym niezrównanym pędem karego. Jechał znakomicie, wspaniale. Droga, usiana większymi i mniejszymi złomami skał, przedstawiała ogromne trudności dla takiej gonitwy. Przy jednym fałszywym kroku mogli jeździec i koń karki pokręcić. Ale mój Rih nigdy jeszcze nie stanął fałszywie. Bystrość wzroku, oraz elastyczność i lekkość nóg dokazały i teraz swego w sposób zachwycający. Gdyby tu był obecny dyrektor jakiej dworskiej stajni, kto wie, ileby ofiarował za tego szlachetnego, wolnego od wszelkich błędów, ogiera!
A ile czasu ubiegło, zanim koń i jeździec dostali się od rogu do nas? Szło to tak szybko, że nie było czasu o tem pomyśleć. Zaledwie ujrzałem Halefa i zamieniłem kilka słów z Sandarem, Halef był już tu i leciał, jakby siedział na strzale, przez parów.
— Mierz do niego! Zestrzel go z siodła! — wołał Sandar, porywając swą strzelbą.
Bybar przyłożył także swoją do twarzy. Ale kary przeleciał tak szybko, że nie było czasu wymierzyć. Ja także nie miałem czasu przeszkodzić strzałom. Huknęły, ale jakże daleko za Halefem przeleciały kule ponad drogą.
— Za nim! wrzasnął Sandar, od zmysłów odchodząc n a myśl, że może mu ujść kosztowna zdobycz. — Tam z przodu już się las kończy i możemy mierzyć swobodnie.
Zbiegł po pochyłości, skacząc z kamienia na kamień, a brat za nim, tak samo jak on podniecony. Teraz byłbym miał czas ratować siebie. Ale tak stać się nie mogło. O Halefa już się nie bałem — a jednak także o niego. Można było przypuścić, że ci trzej po dwu tysiącach kroków mniej więcej, jeśli się nie zatrzymają, to zwolnią i dalej stępa pojadą. W ten sposób mogli ich Skipetarzy doścignąć i powystrzelać. Rozbójnicy nie mieli wprawdzie więcej kul w pojedynkach, ale mogli je nabić czem rychlej. Musiałem ich więc powstrzymać.
Jednym potężnym skokiem dostałem się do srokaczy i rozpętałem je w mgnieniu oka. Wyjąłem harap zza pasa i zacząłem je nim okładać. Stanęły dęba i pognały w zarośla, gdzie co prawda nie mogły zajść zbyt daleko, bo musiały cuglami zaczepić.
Poskoczyłem znów naprzód i krzyknąłem na Skipetarów:
— Sandar, Bybar, stójcie, stójcie! Srokacze się pozrywały.
To poskutkowało — wstrzymali się. Nie chcieli przecież utracić swoich przepysznych koni.
— Przywiąż je napowrót! — zawołał Sandar.
— Kiedy uciekły.
— Piekło i dyabli! Dokąd?
— Czy ja wiem? Sam je zapytaj!
— O ty głupcze!
Przybiegli z powrotem. Ja nie śpieszyłbym się tak na ich miejscu i starałbym się dostać karego. Srokaczy byliby przecież nie stracili. Weszli po zboczu, przezywając mnie na całe gardło. Sandar wszedł pierwszy. Jedno szybkie spojrzenie przekonało go, że koni niema istotnie. Rzucił się na mnie z krzykiem.
— Psie! Czemu ich nie trzymałeś?
— Patrzałem nie na konie, lecz na jeźdźca, tak samo, jak wy.
— Ale mogłeś uważać!
— Zlękły się waszych strzałów. Dlaczego strzelacie do ludzi, którzy nie uczynili wam nic złego? Zresztą konie należały do was, nie do mnie. Nie jestem waszym parobkiem i nie mam na nic uważać!
— Ty śmiesz to nam mówić? Masz za to!
Trzymając strzelbę w prawej ręce, złożył lewą w pięść i zamierzył się, by mnie uderzyć. Podniosłem rękę, aby cios odeprzeć, nie zauważyłem jednak leżącego za mną kamienia i runąłem na ziemię.
Skipetar podniósł kolbę i zadał mi nią w piersi cios, którego dobrze odparować nie mogłem. Straciłem oddech na chwilę, lecz w mgnieniu oka zerwałem się, pochwyciłem oburącz Skipetara za pas, podniosłem w górę i rzuciłem nim o pień stojącego o kilka łokci drzewa tak, że legł pod niem bez ruchu.
W tem pochwycono mnie z tyłu.
— Odpokutujesz to, łajdaku! — zawołał Bybar, który nadszedł tymczasem. Chwycił mnie wpół i chciał podnieść, ale to nikomu jeszcze się nie udało. Rozkraczyłem się, ściągnąłem plecy i zaczerpnąłem głęboko powietrza, by się jak najcięższym uczynić. W tem poczułem w lewej kostce dokliwe kłucie. Noga wypowiedziała mi posłuszeństwo; widocznie uszkodziłem ją w upadku.
Stojący za mną Skipetar wytężał wszystkie siły, aby mnie podnieść. Sapał z wysiłku i gniewu. Brat jego leżał nieprzytomny na ziemi. Uważał go może za nieżywego i godził teraz na moje życie. Poczułem, że nie oprą się samą sztywnością. Należało się koniecznie uwolnić z uścisku. Dobyłem noża i zadałem przeciwnikowi pchnięcie w rękę.
Puścił mnie i ryknął z wściekłości i bolu:
— Kłujesz? Więc strzelam!
Rozumie się, że odwróciłem się natychmiast. Widziałem, że wyrwał pistolet z za pasa. Zgrzytnęły kurki. Mogłem go jeszcze rewolwerem uprzedzić, ale nie chciałem go zabić. Gdy podniósł broń, uderzyłem w nią w chwili, kiedy z jednej lufy wypalił. Strzał chybił, a w tej samej chwili dostał mój przeciwnik taki cios od dołu w twarz i przez nos, że mu głowa opadła na plecy. Jednym chwytem wyrwałem mu z ręki pistolet i odrzuciłem daleko.
Przez kilka chwil trzymał ręce na nosie i na ustach, raniony w jedno i drugie. Potem krzyknął przeraźliwie i rzucił się na mnie. Ja jednak pochyliłem się, podbiegłem pod niego, porwałem go za nogi w kostkach tak silnie, że wydało mi się, jakoby moje palce wpiły mu się w ciało i rzuciłem go poza siebie. Obróciwszy się szybko, runąłem na leżącego i aby mu nie dać ochłonąć, palnąłem go w skroń tak mocno, że po długim gasnącym oddechu zemdlał.
Stało się, czego nie uważałem za możliwe: oto nie uległem w walce z Aladżymi. Widząc przed sobą olbrzymie ich ciała, zaledwie wierzyłem w ten wynik. Każdy z nich był pewnie odemnie silniejszy, ale ja byłem zręczniejszy i znałem chwyty, których co prawda nie nauczyłem się od wyjących derwiszów.
Zbadałem teraz obydwu. Nie zginęli; nie ulegało wątpliwości, że niebawem przyjdą do siebie, dlatego należało się wycofać. Aby ich jednak zrobić jeszcze na pewien czas nieszkodliwymi, zabrałem im worki z prochem i pogruchotałem im strzelby.
Przy tej czynności uczułem wyraźnie, że nogę mam chorą. O ile przedtem udawałem kulawego, poszedłem kulejąc teraz z konieczności do konia, wdziawszy poprzednio „modlitewne pantofle“, które mi się podczas walki z nóg pozsuwały. Odwiązałem konia, sprowadziłem go w odpowiedniem miejscu na drogę, gdzie już mogłem go dosiąść. Ból w nodze zwiększył się przez chodzenie.
Gdy ruszyłem z miejsca na koniu, odetchnąłem swobodniej. Uszedłem razem z towarzyszami wielkiego niebezpieczeństwa. Miałem to do zawdzięczenia Nebatii. Gdybym był miał pewnego posłańca, odebrałbym był Aladżym zrabowane pieniądze i odesłałbym je biednej kobiecie. Tak jednak musiałem je im zostawić. Nie było innego uprawnionego ich właściciela. A oddać to władzy? Pod tym względem poczyniłem w Ostromdży zbyt smutne doświadczenia. Z przyjemnością tylko myślałem o tem, co zrobią Aladży, gdy się dowiedzą, kto był owym głupim szeryfem.
Po chwili jazdy las się skończył. Droga prowadziła doliną rzeki i po prawym jej brzegu. W niezbyt wielkiem oddaleniu ujrzałem Halefa, Oskę i Omara. Poznali mnie natychmiast i zaczęli wydawać okrzyki radości. Trąciłem konia nie ostrogami lecz pantoflami i pocwałowałem ku nim.
— O, zihdi, jak obawialiśmy się o ciebie! — zawołał Halef. — Gdzie ty siedziałeś?
— Tam w lesie, skąd teraz, jak widzicie, przybywam.
— Pomyśleliśmy to sobie zaraz, przeczytawszy twą kartkę.
— Zabraliście ją ze sobą?
— Zdjęliśmy, ale przymocowaliśmy napowrót.
— Czemu?
— Dla uciechy. Wyobrażam sobie gniew tych drabów, gdy potem spostrzegą, jak wzięliśmy się do wystrychnięcia ich na dudków. A może to nie było dobre?
— Błędem to nie jest. W każdym razie znajdą tę kartkę i będą się porządnie złościć, zwłaszcza, gdy się dowiedzą, że ten, na którego się zamierzyli, był z nimi przez kilka godzin.
— Jakto? Ty byłeś z nimi?
— Rozmawiałem z nimi, pisałem, a nawet walczyłem, a teraz leżą oni w lesie nieprzytomni.
— Zihdi, w takim razie wracajmy do nich czemprędzej, żebym i ja ich wziął na słóweczko.
— To zbyteczne. Już odemnie dość usłyszeli. Przemawiałem do nich pięścią.
— Opowiedz nam to prędko! — Zaraz, ale możemy przytem jechać.
— Więc chodź dosiąść Riha.
— Nie, pozostań ty na nim. Pojedziesz aż do Radowicz w nagrodę za to, że tak świetnie na nim przedtem jechałeś.
— Czy mnie widziałeś?
— Bardzo dobrze. Przejechałeś koło nas całkiem blizko.
— I dobrze siedziałem w siodle?
— Pysznie! Jeszcze lepiej odemnie.
— Słuchaj, zihdi, to kpiny! Nie wolno ci sprawiać mi takiej przykrości.
— No, to powiem ci, że się tobą poprostu ucieszyłem. A czy słyszałeś, że strzelano do ciebie? Chcieli cię zdmuchnąć z konia, by go sobie przywłaszczyć.
Na to zatrzymał Halef konia i powiedział:
— Będziemy przecież musieli wrócić do lasu, zihdi. Muszę tym drabom podziękować za obie kule. Dam im pokosztować harapa tak, że skóra ich wyglądać będzie jak chorągiew, która sto bitew przebyła!
— No! Chodźno tu, mały! Ci Aladży nie pozwalają ze sobą żartować. To prawdziwe olbrzymy; zgnietliby cię w dwóch palcach.
— Chciałbym być przy tem! Skoro jednak sądzisz, że lepiej za nimi nie chodzić, to ci będę posłuszny. Może wejdą mi jeszcze w drogę, a wówczas pokażę im, jak dziadek jada sałatę!
W dalszej drodze opowiedziałem towarzyszom o mem spotkaniu ze Skipetarami. Przysłuchiwali się oczywiście z największem zajęciem. Gdy skończyłem, rzekł Halef:
— Czy sądzisz, panie, że ten miły bokadżi Toma znajduje się jeszcze przed nami w Radowicz?
— Z pewnością, bo bylibyśmy go spotkali.
— Czy nie należałoby go wyszukać? Chciałbym za jego postępowanie złożyć mu odpowiednie podziękowanie. Czy mają potem o mnie mówić, że nie znam przepisów grzeczności?
— Ten zarzut ciebie nie spotka. Mogę ci wystawić świadectwo, że już w innych wypadkach np. z kawasem Selimem i kodżą baszą z Ostromdży byłeś bardzo uprzejmy i że ci ludzie dostatecznie zapoznali się z twoim harapem.
— Więc nie będziemy go szukać, zihdi?
— Nie, ale gdy go spotkamy, udamy, że go wcale nie znamy.
— Zihdi, to się nie zgadza z mojem łagodnem usposobieniem. Powiedz mi przynajmniej, jak długo zabawimy w Radowicz.
— Tego nie wiem dobrze niestety. Lepiejby było przejechać przez tę miejscowość bez zwłoki, ale ja muszę tam zbadać nogę. Może leczenie wymagać będzie pozostania. Wywichnąłem ją sobie prawdopodobnie przy upadku i trzeba będzie opatrunku.
— Jeśli tak, zihdi, to niech mi ten zacny posłaniec w ręce nie wpadnie, bo zrobię mu opatrunek na plecy, który popamięta na całe życie. Byli zresztą inni jeszcze ludzie w Ostromdży, którym dałbym to chętnie.
— Kto taki?
— Ci dwaj bracia, którzy nas ścigali i mieli oznajmić przybycie nasze w ruinie.
— Którzy się zakwaterowali u Ibareka?
— Z pewnością przespali pijaństwo prędzej, niż nam się zdawało, gdyż zaledwie odjechałeś, przybyli.
— Gdzie ich widziałeś?
— Gdzie? W tym samym konaku, w którym my byliśmy także. Nie mieli pojęcia o tem, co się stało i pojechali zaraz do ruiny. Zastawszy tam tylko pogorzelisko, wrócili do konaku, by się dowiedzieć. Możesz sobie wyobrazić ich miny na wieść o tem, co zaszło owego dnia.
— Czy ty z nimi mówiłeś?
— Nie. Zaprowadzili konie do stajni i zniknęli. Nie powrócili też przed naszym odjazdem.
Hm! Może otrzymali jakie wiadomości. Czy też zobaczymy ich jeszcze kiedy?


ROZDZIAŁ III.
Hekim.

Noga, uszkodzona w walce z Aladżymi, bolała mnie coraz bardziej i trzeba było ją zbadać. Dlatego kazałem konie puścić w cwał, aby się prędzej dostać na miejsce. Gdyśmy się przed samem Radowicz zbliżyli znowu do rzeki, ujrzałem mały domek, a przed nim starca, przypatrującego się nam z wielką uwagą. W rysach jego malowało się jakby powątpiewanie.
Właściwie bez jasnego powodu zatrzymałem się przed nim i pozdrowiłem go. Wstał i skłonił się z uszanowaniem, prawdopodobnie dla zielonego turbanu.
— Czy znasz nas może, ojczulku? — spytałem.
— O nie. Nie widziałem was nigdy jeszcze — odpowiedział.
— Ale przypatrywałeś nam się tak osobliwie. Czy miałeś jaki powód do tego?
— Uważałem was za niedobrych Skipetarów.
— Czy wyglądamy jak Skipetarzy?
— Pewnie, że nie, ale ten czarny koń mnie zbałamucił. Gdyby jego jeździec był trochę większy, myślałbym, że mimo innego ubrania mam Skipetarów przed sobą.
— Których?
— Przebacz, panie! Mnie o tem mówić nie wolno.
— Rozumiem! Ja cię zapewniam, że nie zaszkodzi to nikomu uczciwemu, jeśli przed nami nie zataisz.
— A może jednak. Jeśli innym osobom o tem opowiesz, dowiedzą się o tem Skipetarzy i dalej będą ścigać tych zacnych ludzi.
— Ja nie zdradzę tego nikomu. Halefie, daj staruszkowi bakszysz!
Hadżi dobył sakiewki i rzucił mu coś na podołek. Stary poskrobał się w zapadły policzek i stwierdził:
— Panie, jesteś potomkiem proroka; chciałbym ci bardzo usłużyć, lecz mi nie wolno. Zabrania mi tego sumienie, gdyż przyrzekłem milczenie. Zabierz w ięc swoje pieniądze!
— Zatrzymaj je, ponieważ widzę, iż jesteś ubogi. Czekałeś tu snać na Skipetarów, którzy mają tędy przejeżdżać.
— Tak, panie.
— Ilu Skipetarów przybędzie?
— Czterech. Jeden z nich ma mieć długie buty na nogach, dużą ciemną brodę i jechać na karym ogierze. Czy ten koń to arabczyk?
— Tak jest.
— Tak przypuszczałem i dlatego wziąłem was za owych morderców.
— Któż ci powiedział, że Skipetarzy nadjadą?
— Hm! Tego mi zdradzić nie wolno.
— Jesteś bardzo zamknięty w sobie.
— Nie milczałbym może, ale macie ze sobą coś, co mi jest podejrzane.
— Tak? Cóż to takiego?
— Te długie buty, przypięte do siodła. Czarny koń jest, buty także widzę. Brakuje tylko tego, który ma siedzieć na karym i w butach na nogach. Gdybyś nie był błogosławionym potomkiem proroka, którego... ach, tam powraca on!
Ugorem szedł młody człowiek, zmierzając wprost do domku.
— Kto to jest?
— Mój syn, który był przewodnikiem... o Allah, mnie o tem mówić nie wolno!
Zacząłem się domyślać, o co chodziło. Mibarek wi docznie zatrzymał się tu i wziął ze sobą tego młodzieńca na przewodnika, gdyż drogi nie znał dokładnie. Ponieważ przypuszczali, że będziemy tędy przejeżdżać, gdybyśmy się wymknęli Skipetarom, nakłamali więc coś synowi i ojcu i określili nas jako Skipetarów. Spodziewałem się, że syn będzie rozmowniejszy od ojca.
Gdy się przybliżył, dostrzegłem, że miał minę bardzo niechętną. Ledwie że nas pozdrowił, chciał wejść natychmiast do izby. Stary jednak pochwycił go za ubranie i spytał:
— No, dlaczego nic nie mówisz? Czy nie dostałeś pięknego bakszyszu?
— Tak, bakszysz! Co innego dostałem, nie bakszysz — odparł syn, rozgniewany widocznie bardzo. — Ludzie stają się coraz gorsi. Nawet świętym już ufać nie można.
— Mówisz pewnie o starym Mibareku? — odezwałem się pierwszy.
— Skąd ci on na myśl przychodzi? Czy jesteś może jego przyjacielem?
— O właśnie czemś zupełnie przeciwnem. Jesteśmy tymi Skipetarami, przed którymi on was ostrzegał.
— O Allah, Allah! — zawołał starzec z przestrachem. — Przeczuwałem to przecież! Panie, ja mam nadzieję, że nas oszczędzisz, jesteśmy ludźmi bardzo biednymi. Syn mój jest koszykarzem. Wyplata kosze z wierzbiny, którą tam wnukowie wycinają teraz nad rzeką. Ale ja jestem do niczego. Nie mogę nawet prętów z kory obierać, bo mi gościec palce pokrzywił, jak widzisz.
Wyciągnął do mnie obie ręce.
— Uspokój się! — odrzekłem. — Czy widziałeś już kiedy Skipetara, noszącego chustę turbanową proroka?
— Nie, nigdy.
— Między Skipetarami niema ani jednego, któryby od proroka pochodził. Nie mogę więc być rozbójnikiem.
— Powiedziałeś jednak dopiero przed chwilą, że jesteście tymi Skipetarami, przed którymi nas ostrzegano.
— Tak, my tymi jesteśmy, ale, że jesteśmy Skipetarami, to kłamstwo.
— Gdzież więc ten jeździec, do którego kary należy?
— To ja. Pomienialiśmy konie, nadto ja wdziałem inną odzież, aby nas nie poznali odrazu ci, których ścigamy. Ty jednak musiałeś czegoś złego doznać od Mibareka?
Syn, do którego wystosowane było pytanie, odrzekł, zwracając się do ojca:
— Tak, lecz nie tylko ja; szwagier także. Czy widziałeś ich konie?
— Nie mogłem. Byłem jeszcze w łóżku i dzień jeszcze nie nastał. Dokoła chaty leżała gęsta mgła. A cóż tam z zięciem się stało?
— Okradli go.
— O Allah! Tego biedaka, który w dodatku stracił niedawno żonę, twoją siostrę, a moją córkę. Co mu zabrali?
— Najlepszego z jego dwu koni.
— O nieba! Dlaczegóż mu to zrobili? Mogli u kogoś bogatego ukraść innego konia. To byłoby milsze Allahowi. A Mibarek był przy tem? Od kiedyż to święci pustelnicy przeistoczyli się w koniokradów?
— Niema już świętych, jak dawniej. Wszystko podstęp, obłuda i oszustwo. Może teraz przyjść do mnie najpobożniejszy marabut i najdostojniejszy szeryf, nie uwierzę żadnemu.
Przy słowie szeryf obrzucił mię z nieufnością bardzo znaczącem spojrzeniem. Wiedziałem już, czego doznał i mogłem już się domyślić, o czem mówiono. To też odezwałem się do niego:
— Masz słuszność; dużo jest oszustw i podstępów na tym świecie, ja jednak chcę być wobec ciebie szczerym i uczciwym. Nie jestem ani Skipetarem, ani szeryfem, lecz Frankiem, który nie ma prawa nosić zielonego turbanu. Przypatrz się dobrze!
Zdjąłem turban i pokazałem mu czuprynę.
— Panie! — zawołał z przestrachem — coza zuchwalstwo! Życie narażasz.
— No, tak źle nie jest.
— W Mekce byłoby to niebezpieczniej niż tu, gdzie tylu jest chrześcijan.
— Więc nie jesteś muzułmaninem, lecz chrześcijaninem?
— Jestem chrześcijanin.
— I nosisz hamail na szyi, napisany w Mekce i tylko tam sprzedawany.
— Ja mam go stamtąd.
— I mimoto jesteś chrześcijaninem? Trudno mi w to uwierzyć!
— Dowiodę ci tego zaraz, skoro powiem, że wasz Mohammed klęczeć musi nizko pod Chrystusem Synem Bożym. Czy muzułmanin wymówiłby te słowa?
— Nie, nigdy. Popełniasz bluźnierstwo przeciwko naszej wierze, ale dowiodłeś tem, że jesteś chrześcijaninem i Frankiem. Jesteś może tym, który Manacha el Barsza postrzelił w ramię?
— Kiedyż to się stać miało?
— Wczoraj wieczorem koło chaty Mibareka.
— Ja to byłem zaiste. A więc jego trafiłem. Było ciemno tak, że nie mogłem osób rozpoznać. Ty wiesz o tem?
— Mówili o tem ciągle. W takim razie wy jesteście owymi obcymi, którzy wzięli Mibareka i tamtych trzech do niewoli?
— Tak jest.
— Więc wybacz, panie, że cię obraziłem. Prawda, że tylko złe rzeczy o tobie słyszałem, ale to złe, które mówią o drugich źli ludzie, zmienia się w dobre. Jesteście wrogami tych złodziei i oszustów i dlatego macie niewątpliwie dobre serca.
— Czy masz już do nas zaufanie?
— Tak, panie.
— Powiedz nam zatem, jak zetknąłeś się z tymi ludźmi?
— Owszem, panie. Zsiądź z konia i usiądź koło nas na ławce. Ojciec ci się ustąpi, a ja ci wszystko opowiem.
— Dziękuję ci! Niech sobie ojciec siedzi spokojnie. On już siwy, a ja jeszcze młody. Przytem noga mnie boli i chętnie pozostanę na siodle. Opowiadaj więc!
— Było to dzisiaj nad ranem. Wstałem, żeby zabrać się do pracy codziennej. Mgła była jeszcze tak gęsta, że widać było zaledwie o kilka kroków. W tem doleciało mnie zbliżanie się jeźdźców, którzy zatrzymali się przed chatą i zawołali mnie.
— Czy ciebie znali?
— Tylko Mibarek. Wyszedłszy przed drzwi, zobaczyłem czterech jeźdźców, którzy mieli ze sobą konia z pakunkami. Jeden z nich był Mibarek, w drugim dopiero później, gdy się jaśniej zrobiło, poznałem Manacha el Barsza, byłego poborcę podatkowego z Uskub. Chcieli jechać do Taszkoj i pytali, czy znam drogę dokładnie. Potwierdziłem to pytanie. Na, to poprosili mnie, żebym ich tam poprowadził i obiecali bakszyszu przynajmniej trzydzieści piastrów. Panie, jestem ubogi i zarabiam zaledwie na miesiąc trzydzieści piastrów. Znałem przytem starego Mibareka i uważałem go za świętego. Dlatego z radością byłem gotów ich przeprowadzić.
— Czy nie mówili, poco się udają do Taszkoj?
— Nie, skarżyli się tylko, że ściga ich czterech Skipetarów, którzy nie powinni się dowiedzieć, gdzie ich prowadziłem.
— To było kłamstwo.
— Później oczywiście przekonałem się o tem.
— A gdzie leży Taszkoj?
Nazwa oznacza wieś skalistą, albo kamienną. Dla tego wydało mi się, że wieś położona jest gdzieś w górach. Koszykarz odpowiedział:
— Leży stąd prawie prosto na północ. Z Radowicz niema tam drogi i trzeba dobrze znać lasy i góry, by się nie zabłąkać. Wieś jest mała i leży w kierunku, w którym schodzi się do Bregalnicy i Zbigancy.
Zbigancy była to miejscowość, do której miałem się udać z Radowicz, aby tam rzeźnika Czuraka spytać o derekulibę i dowiedzieć się czegoś bliższego o Szucie. Czyżby Mibarek także tam jechał? Być mogło, że znalazłoby się tam całe miłe towarzystwo.
— A czy przed wyruszeniem — pytałem dalej — zagrozili ci, że nie wolno ci ich zdradzić?
— Tak. Mibarek opowiadał, że napadli na nich w drodze czterej Skipetarzy, którym oni jednak umknęli. Tamci zaprzysięgli jemu i towarzyszom zemstę krwi i prawdopodobnie podążą za nimi. Chciał się udać na północ, ale nie przez Radowicz, boby go tam widziano i Skipetarzy mogliby się dowiedzieć, dokąd się zwrócił. Opisał was, jak teraz widzę, całkiem dokładnie. To tylko nie zgadza się, że masz teraz inne ubranie i nie siedzisz na karym. Gdybyście tu przejeżdżali i pytali o niego, mieliśmy wam nic nie wyjawić. Za milczenie dał nam swoje błogosławieństwo. Wyruszyliśmy potem. Gdy się jaśniej zrobiło, wydało mi się, że poznaję w koniu pakunkowym konia mojego szwagra, sądziłem jednak, że się mylę, więc nic nie mówiłem.
— Czy konie ich wyglądały jak bardzo zdrożone?
— Bardzo. Tu przed domem pociły się i piana spadała im z pysków.
— Można sobie wyobrazić. Jeśli tu przybyli tak wcześnie, musieli jechać bardzo prędko, co w nocy i na tej drodze wymagało wiele wysiłku. Mów dalej!
— Jechali wszyscy, tylko ja szedłem pieszo. Byłem jednak ciągle na przedzie. W ten sposób uchwyciłem niejedno z półgłosem prowadzonej rozmowy. Usłyszałem więc najpierw, że początkowo mieli tylko cztery konie, wskutek czego każdy wiózł część bagażu. Dopiero gdy przyjechali do osady, wiesz tej, która leży w miejscu, gdzie droga prowadzi przez most, spotkali dwu jeźdźców, a ci im powiedzieli, że mój szwagier ma dwa konie, a na poddaszu wisi siodło pakunkowe.
Zacząłem przeczuwać, kto to ten szwagier i powiedziałem:
— Ja przejeżdżałem także tamtędy, ale widziałem tylko jeden dom z poddaszem. Pod niem wisiało, jeśli sobie dobrze przypominam, tylko siodło do jazdy. Był to zajazd i leżał po prawej stronie mostu.
— To ten sam, który ja mam na myśli!
— A więc ten gospodarz jest twoim szwagrem?
— Tak, to mąż mojej siostry, która niedawno umarła.
— Ja zajechałem był do niego.
— Więc widziałeś go i mówiłeś z nim?
— Tak. Więc to tego biedaka okradli? Kiedy tam byłem, stał jakiś koń poza domem.
— To ten drugi. Szwagier miał dwa konie i dwa siodła, jedno pod jeźdźca, drugie pakunkowe.
— Czy nie opowiadali nic o dwu jeźdźcach, których spotkali?
— Owszem, wspominali o tem, ale nie mogłem z tego nic pojąć. Mówili o dwu srokaczach, a to są konie nie ludzie.
— W tym wypadku jedno i drugie, ludzie i konie.
— Srokacze miały napaść na kogoś i zabić go potem.
— To nas.
— Was, panie? Zaco?
— Z zemsty. Ci Srokacze to dwaj osławieni Skipetarzy, żyjący tylko z rabunku. Nadano im tę nazwę, ponieważ jeżdżą na dwóch srokaczach.
— A więc to tak jest! A ci Skipetarzy nie zaczaili się na was?
— Właśnie, że tak.
— Ależ wy się tu znajdujecie! Czyście im umknęli?
— Podstępem w ten sposób, że ja się przebrałem. Spotkałem ich u twego brata i spędziłem z nimi kilka godzin. Teraz jednak dowiedzą się, że ich w pole wywiodłem i będą nas szukali.
— Może przyjdą i tutaj?
— To możliwe.
— Jeśli o was spytają, czy im powiedzieć?
— Nie chcę cię nakłaniać do kłamstwa. Powiedz, że byliśmy tutaj i że pojechaliśmy do Radowicz. To jednak, co tu teraz mówimy, zachowaj w tajemnicy.
— Nie, panie, nie dowiedzą się ani słowa.
— Opowiadaj więc dalej!
— Usłyszałem zatem, że zabrali szwagrowi konia i siodło i objuczyli go swoimi pakunkami. Nic dokładniejszego podsłuchać się nie dało, ponieważ głośno nie rozmawiali, a przytem następowały często pauzy, w których słuchać nie mogłem. To jednak, co tu usłyszałem, naprowadziło mię na domysł, iż Mibarek jest wielkim złodziejem i rozbójnikiem. Najlepsze z tego wszystkiego, co pozbierał z rozboju, znajdowało się na koniu pakunkowym. Rzeczy mniejszej wartości, a zajmujące wiele miejsca, spalił razem z chałupą. Najbardziej tem się cieszyli, że Srokacze tak się znaleźli pod ręką. Teraz uważają swoich prześladowców, a więc was, za zgubionych.
— W takim razie mylą się potężnie. Nie pozbędą się nas; będziemy im następować na pięty.
— O gdybym ja mógł być z wami!
— Naco? — spytałem.
— Ponieważ okradli mego szwagra, a mnie oszukali o bakszysz.
— O tego za wiele! Byłeś z nimi aż w Taszkoj?
— Jeszcze znaczny szmat drogi dalej.
— Jak tam daleko?
— Potrzeba było pięciu godzin.
— A dokąd się potem udali?
— Chcieli zejść na dolinę Bregalnicy. Więcej nie zdołałem się już dowiedzieć.
— W takim razie wiem już, w którą stronę zmierzali. Czy obstawałeś przy tem, żeby ci dali wynagrodzenie?
— Oczywiście! Byli na tyle przebiegli, że zabrali mnie ze sobą dalej niż do Taszkoj, bo tam mogłem znaleźć pomoc i zmusić ich do zapłacenia. W lesie dopiero stanęli, by mi powiedzieć, że już mnie nie potrzebują. Prosiłem ich o bakszysz, lecz wyśmiali mnie. Rozgniewałem się i zażądałem zwrotu szwagrowego konia. Nato oni zeskoczyli z koni. Dwóch rzuciło mię na ziemię, przytrzymali, a trzeci bił harapem. Musiałem się z tem pogodzić, bo byłem wobec nich za słaby. Panie, dotąd nikt nie bił mnie jeszcze! Odtąd szedłem szybko dwanaście godzin. Grzbiet mój jest jak jedna rana od uderzeń. Straciłem dzień roboty, a język piecze mnie z głodu. Zamiast trzydziestu piastrów, nie przyniosłem do domu nawet najdrobniejszej monety. Co będę jadł? Co dam ojcu i dzieciom, skoro nic nie mam? Gdybym był został w domu, byłbym w Radowicz sprzedał kilka koszów. Zato mogliśmy się najeść.
— Pociesz się! — uspakajał go ojciec. — Dostałem pięć piastrów od tego szeryfa, który niestety nie jest szeryfem. Możesz pójść do Radowicz i kupić chleba.
— Dzięki ci, panie! — rzekł koszykarz. — Miałem cię za złego człowieka, ale tyś dla nas dobry. Pragnę wyświadczyć ci jaką przysługę.
Zanim zdołałem odpowiedzieć, zabrał głos Halef. Obrócił się na siodle i zaczął odpinać moje buty, które wyglądały tak okrągło i gładko, jak gdyby tkwiły w nich moje nogi. Podczas rozmowy nadeszły dzieci koszykarza, obładowane świeżo naciętymi prętam i wierzbiny.
— Czyś głodny, mały narodzie? — spytał je Halef.
Starsze skinęły potakująco głowami, najmłodsze zaś zaczęło płakać. W Turcyi tak samo jak u nas. Wystarczy taką dziopkę zapytać o jej apetyt, aby zaraz łzy ujrzeć.
— To wynieś jaki kosz! — rozkazał Halef ojcu tej głodnej gromady.
— Ale niech nie będzie za mały.
— Naco? — spytał koszykarz.
— Chcę ci wypróżnić te nieskończenie długie buty.
Koszykarz przyniósł plecionkę, która mogła coś pomieścić, a H alef wysypał do niej z obydwu butów mnóstwo owoców, dużo kawałków mięsa i pieczywa tak, że ją całkiem napełnił.
— Tak! — rzekł. — Teraz każ dzieciom zabrać się do jedzenia i niech wam Allah błogosławi!
— Panie! — zawołał koszykarz, całując go w rękę — to wszystko ma być nasze?
— Oczywiście!
— Tego nie zdołamy zjeść za tydzień!
— Nikt was też nie napędza do tego. Postępujcie z tem oględnie, a nie zjedzcie zarazem kosza.
— Dziękuję ci, panie! Serce twe pełne dobroci, a usta twoje kapią od wesołości.
— Tegobym nie powiedział. Nie jestem usposobiony zbyt wesoło; serce mi się krwawi na widok tych próżnych butów. W każdym z nich była jedna kura, upieczona tak rumiano, jak pieką tylko w trzecim raju. Całą duszą lgnę do takich kur. Rozłąka z niemi napełnia mnie smutkiem, a oczy mi łzami zachodzą. Skoro jednak te kury już upieczono na to, aby je zjeść, to wszystko jedno, w czyim żołądku będą pochowane. Spożywajcie je więc z rozwagą i nabożnem zadowoleniem i zachowajcie kości, dopóki nie wrócę!
Powiedział to z taką powagą i godnością, że roześmialiśmy się wszyscy.
— Halefie, skądże przyszło ci na myśl zaopatrzyć się w takie mnóstwo żywności i użyć butów moich jako magazynu?
— Ja sam nie wpadłem na ten piękny pomysł. Oto, kiedy chciałem zapłacić gospodarzowi, oświadczył on, że nie my jemu winni, lecz on nam, mianowicie za przysługę, wyświadczoną jego bratu Ibarekowi. Tu znowu okazuje się, że Allah każdy dobry uczynek wynagradza podwójnie, gdyż Ibarekowi także nic nie zapłaciliśmy, na jego własną prośbę.
— Cóż dalej?
— Tak, dalej! Całkiem oględnie dałem mu do zrozumienia, że kura pieczona jest moją ulubioną potrawą...
— A ty nicponiu!
— Przebacz, zihdi! Otrzymało się usta nie do milczenia, lecz do mówienia. Ucho gospodarza było otwarte, a z pamięci jego nie wypadła kura pieczona. Kiedy pakowałem rzeczy, dał mi dwie kury i życzył, żeby przedłużyły mi życie. Na to wyjaśniłem mu, że człowiek żyje jeszcze dłużej, jeśli do kury dostanie innych odpowiednich rzeczy.
— Halefie, gdyby to było prawdą, wart byłbyś harapa!
— Zasługuję na twą wdzięczność, zihdi, nic więcej. Jeśli mnie nią obdarzysz, będą tak zadowolony, jak wtenczas, kiedy gospodarz przyniósł mi dodatki, które tu widzisz w koszu.
— Nie powinieneś był brać niczego!
— Daruj, zihdi, ale gdybym był nic nie wziął, nie moglibyśmy teraz nic ofiarować.
— Moglibyśmy mimo to.
— Ale nic takiego, coby natychmiast zaspokoiło głód tych małych stworzeń. Zresztą opierałem się niemal z narażeniem życia. Tłumaczyłem, że potrzebuję twego pozwolenia, że bez tego nic przyjąć nie mogę, skoro nie jesteś obecny. Przedstawiłem mu wszelkie powody, jakieby tylko wszyscy kalifowie razem wzięci wymyślić mogli, ale gospodarz trwał przy swojem. Powiedział, że daruje to nie mnie, lecz tobie. Na to zmiękło moje dobre serce, wskutek czego nie wzbraniałem się dłużej. Aby jednak być całkiem pewnym, trzymałem się zdała od tego. Dar był przeznaczony dla ciebie, a że gospodarz nie mógł ci go wręczyć, postawiłem przed nim buty, jako twych przedstawicieli i pełnomocników i odszedłem. Kiedy je potem ku swej radości ujrzałem, były grube i pełne wytworów ze światu zwierzęcego i roślinnego. Wyraziłem gospodarzowi twoją wdzięczność w dobrze ułożonej mowie, zatkałem buty i przymocowałem z tyłu do siodła. Jeżeli w tem zgrzeszyłem, to proszę o łaskawe względy dla mego błędu.
Niepodobna się było gniewać na tego poczciwca.
Nie wątpiłem, że ani mu przez myśl nie przeszło skłonić gospodarza do tego daru choćby jednem słowem. Halef nie zdobyłby się na to; miał nadzwyczaj delikatne poczucie honoru. Ale przekomarzał się trochę ze mną i miał w tem wielką przyjemność, ilekroć udawałem, że się daję przez niego wyzywać.
— Później oznaczę ci karę — pogroziłem mu. — W najlepszym razie będziesz musiał na dłuższy czas wyrzec się swej ulubionej potrawy. Nieprędko rozstanie się jaka kura ze swemi kochanemi kurczętami dla twojej wygody.
— To zgodzę się i na małego kogutka, zihdi, i będzie mi tak samo smakował, jak jabłka tym malcom tutaj.
Dzieci obstąpiły kosz i pochwyciły najpierw za jabłka. Nad wyraz przyjemnie było patrzeć na pracę tych małych pyszczków. Stary miał z radości łzy w oczach. Syn wcisnął mu w rękę kawałek mięsa, ale on nie jadł. Zapomniał o sobie z radości na widok zadowolenia u wnucząt.
Koszykarz podał każdemu z nas rękę i rzekł do mnie:
— Panie, powtarzam, że zrobiłoby mi to wielką przyjemność, gdybym ci się w jakiś sposób przysłużył. Czy to niemożliwe?
— Przeciwnie. Jest przysługa, o którą prosiłbym cię nawet.
— Jaka?
— Zaprowadzisz nas do Taszkoj.
— O jak chętnie, jak chętnie! A kiedy, panie?
— Dziś nie da się określić. Przyjdź jutro rano do Radowicz; tam ci powiem.
— A gdzie cię spotkam?
— Hm i tego jeszcze nie wiem. Może mi wskażesz jaki konak, gdzie byłoby dobrze zamieszkać.
— Najlepiej w gospodzie pod Wysoką Portą. Znam gospodarza i zaprowadzę cię.
— Na to się nie zgodzę; jesteś znużony.
— O, do Radowicz zajdę z łatwością. Będziemy tam w ćwierć godziny. Muszę cię polecić gospodarzowi; pracuję tam czasami, a on ceni mnie, pomimo że jestem tylko biednym człowiekiem. Jutro ciebie odwiedzę, aby zapytać, kiedy się chcesz udać do Taszkoj.
— To będzie zależało od stanu nogi, którą sobie uszkodziłem. Czy jest w mieście jaki dobry lekarz, któremuby się można powierzyć bezpiecznie?
— Jeśli masz na myśli chirurga, to jest tam jeden, sławny bardzo; leczy wszelkie uszkodzenia u ludzi i zwierząt. Umie także szczepić ospę, czego nikt zresztą nie potrafi.
— A, to zaiste cudowny lekarz! Ale musimy się jeszcze umówić o bakszysz, który ci się będzie należał.
— A to zaco, panie?
— Zato, że nas zaprowadzisz do Taszkoj.
— Panie, ja nic nie wezmę!
— A ja nie chcę za darmo!
— Jużeście nas obdarzyli.
— To były dary, a tamto sobie zapracujesz. Nie mięszaj tych rzeczy!
— Ależ ja nie mogę żądać od ciebie pieniędzy. Jabym się wstydził!
— No, dobrze. Nie będzie to wynagrodzenie, lecz bakszysz. Dam to twojemu ojcu.
Kazałem Halefowi podać sobie sakiewkę i skinąłem na starego. Ujrzawszy pięćdziesiąt piastrów w swych pokrzywionych palcach, omal zmysłów nie postradał z radości i chciał mi zwrócić większą część pieniędzy.
— Nie przyjmę ani piastra — rzekłem stanowczo.
— Nie wiem, jak ci mam dziękować — odpowiedział. — Oby się hekimowi udało uzdrowić twoją nogę jak najrychlej!
— Miejmy nadzieję, ale powiedz mi, kufedżi, jak się nazywa ten sławny lekarz?
— Imię jego Czefatasz.
— Biada mi! Jeśli jego leczenie odpowiada nazwisku, to dziękuję za jego pomoc.
Czefatasz znaczy tyle co męczyciel.
— Nie obawiaj się! — pocieszał mnie koszykarz. — Nie przyłoży ci do nogi swojego imienia, lecz plaster, a na tem zna się wyśmienicie.
— To chodź, skoro już chcesz iść z nami! Schował sobie coś do przekąszenia na drogę i ruszyliśmy. Za kwadrans byliśmy w mieście. Przewodnik poprowadził nas przez otwarty bazar na ulicę, a potem przez bramę na szeroki, czysto utrzymany, dziedziniec. Halef udał się z nim do gospodarza, ja zaś pozostałem na siodle, aby nie natężać nogi zbytecznem chodzeniem.
Niebawem sprowadzili obaj gospodarza, który oświadczył wśród uprzejmych usprawiedliwiań, że rozporządza niestety tylko małą izdebką, przytykającą do ogólnej izby gospodniej. Nie istnieje tu zwyczaj — mówił — żeby zajeżdżający żądali osobnych pokoi i niema też ich w całem mieście. Nawet dla mnie izdebkę musiano pierwej zamieść i przysposobić, ja zaś miałem tymczasem udać się do izby gospodniej.
Byłem z tego zadowolony i zsiadłem z konia. Noga mi spuchła tak, że z wielkim bólem stąpałem, opierając się mocno na Osce.
Przybywszy do izby, nie zastaliśmy w niej nikogo. Usiadłem w kącie obok drzwi, prowadzących do przeznaczonej dla mnie izdebki. Halef, Osko i Omar wyszli na dziedziniec, aby zająć się końmi.
W drodze nie pomyślałem o zdjęciu dotychczasowego ubrania. Wśród fanatycznej ludności byłoby to wysoce niebezpiecznem, ale tu nie posiadało to już ta kiego znaczenia.
Koszykarz ofiarował się zaprosić mi lekarza, a ja się na to zgodziłem. Ledwie on zamknął drzwi za sobą, zjawił się nowy gość. Siedziałem odwrócony plecyma i oglądnąłem się, aby go zobaczyć. Był to bokadżi Toma, posłaniec, który zdradził mnie przed Srokaczami.
— No, nie pokazuj się ty hadżemu! — pomyślałem i odwróciłem się, nie chcąc z nim mieć nic do czynienia. On jednak nie był tej samej myśli. Chciał może trochę porozmawiać. Z astał mnie tu jednego, przeszedł się więc kilkakrotnie tam i napowrót, a potem stanął z boku i zapytał:
— Czy jesteś obcy w tych stronach?
Udałem, że nie słyszę pytania.
— Czy jesteś obcy? — powtórzył podniesionym głosem.
— Tak — odrzekłem.
— Czy śpisz dziś tutaj?
— Nie wiem jeszcze.
— Skąd przybywasz?
— Ze Stambułu.
— Ach, ze stolicy, z rumieńca na obliczu świata! Jesteś więc człowiekiem bardzo szczęśliwym, skoro mogłeś być tak blizko padyszacha.
— Blizkość jego uszczęśliwia tylko dobrych.
— Czy sądzisz, że tam jest wielu niedobrych?
— Jak wszędzie.
— A kto ty jesteś?
— Pisarz.
— A więc uczony. Z takimi chętnie rozmawiam.
— Ale ja niechętnie z innymi.
— Allah! Jakiś ty odpychający! Chciałem cię już zapytać, czy wolno usiąść przy tobie.
— Wolno, ale ci to żadnej przyjemności nie sprawi.
— Czemu?
— Twarz moja nie każdemu się podoba.
— Więc zobaczę, czy mnie się spodoba.
Usiadł przy moim stole na przeciwległej ławce i przypatrywał się mnie z ciekawością.
Wyraz twarzy jego nie da się opisać. Ja miałem jeszcze turban na głowie, a okulary na oczach i to go bałamuciło, chociaż wyglądu twarzy nie zmieniłem wcale. Otworzył usta, podniósł brwi na kształt dwu kątów ostrych, a oczy wwiercił we mnie z taką siłą, że musiałem się wysilać, żeby się nie roześmiać.
— Panie, effendi, kto ty jesteś? — zapytał.
— Już ci to powiedziałem.
— A powiedziałeś też prawdę?
— Ośmielasz się mnie kłam zadawać?
— Nie, na Allaha, nie, bo wiem, że... że...
Nie mógł dalej mówić ze strachu i wątpliwości.
— Cóż takiego? Co wiesz o mnie?
— Nic, zupełnie nic ponadto, że jesteś pisarzem i że mieszkasz w Stambule.
— Cóż tak pleciesz, jak na mękach?
— Jak na mękach? Ach, panie, to nic dziwnego. Zdaje mi się, że jesteś tym, o którym sądzę, że jest tym, o którym ten... o Allah! Przyznaję ci zupełną słuszność. Zbałamuciłem się całkiem, to podobieństwo zbyt wielkie.
— Do kogoż jestem tak podobny?
— Do pewnego nieżyjącego effendi.
— Ach! I kiedyż on umarł?
— Dziś w drodze.
— To smutne, jeżeli wierny ginie w drodze. Jego krewni nie mogą w takim razie odmówić nad nim sury śmierci. A na co umarł?
— Został zamordowany.
— To okropne! Czy widziałeś jego zwłoki?
— Nie, panie.
— A kto go zamordował?
— Niewiadomo. Leżał w lesie na drodze stąd do Ostromdży.
— Przez ten las i ja też przejeżdżałem. Dlaczegóż nic nie słyszałem o morderstwie? Czy chciano go obrabować?
— Nie. Miało się to stać z zemsty.
— Pewnie krwawa zemsta?
— Nie, inna. Ten nieostrożny człowiek wywołał w Ostromdży poprostu rewolucyę, podjudził jednych ludzi przeciwko drugim, a wieczorem podpalił dom pobożnego człowieka.
— To oczywiście zbrodnia, której mu Allah nigdy nie przebaczy.
— O, ten człowiek nie wierzył w Allaha. Był to giaur, chrześcijanin, jedzący świńskie mięso.
— W takim razie piekło go pochłonie.
— Z zemsty urządzono nań zasadzkę i zabito go.
— Czy sam był?
— Nie. Miał trzech towarzyszy.
— A gdzie oni?
— Zniknęli. Zdaje się, że i oni ponieśli śmierć.
— A gdzie zabrano jego zwłoki?
— Tego nie wiem.
— To szczególne! I ja jestem podobny do tego niewiernego?
— Masz całkiem jego postać i oblicze, tylko twoje włosy i wąsy są znacznie krótsze i jaśniejsze od jego.
— A zatem jest przecież między nim, giaurem, a mną, szeryfem, różnica, którą się dusza moja raduje. Ale kto ty jesteś?
— Bokadżi z Ostromdży.
— W takim razie to wszystko wiesz dokładnie. Ale, hm, słyszałem w drodze, że są tu podobno dwaj rozbójnicy, Skipetarzy, których nazywają Srokaczami. Czy słyszałeś jut kiedy o nich?
— Tak, ponieważ my posłańcy dowiadujemy się o wszystkiem.
— Czy znasz ich?
— Nie, panie. Jak może człowiek uczciwy znać rozbójników. Dlaczego o nich pytasz?
— Widziano ich dziś rano w pobliżu Ostromdży.
— Wobec tego niech się Allah zmiłuje nad tą okolicą!
— Był z nimi także pewien bokadżi. Podobno nazywa się Toma.
Posłaniec drgnął z przerażenia, ja zaś pytałem spokojnie dalej:
— Czy znasz go może?
— Bardzo dobrze. To mój towarzysz.
— Więc ostrzeż go, skoro go spotkasz. Poszukuje go policya.
— Allah w’ Allah! Dlaczego?
— Bo on jest współwinny morderstwa, ponieważ zdradził tego chrześcijanina przed Aladżymi i wydał go rozbójnikom. Dał im znać, kiedy ci obcy opuszczą Ostromdżę.
— Czy to prawda? — wyjąkał.
— Zamordowany sam to powiedział.
— Czyż może mówić nieżywy?
— On nie zginął, nie jest zamordowany. Nikt o tem nie wie, że go miano zamordować prócz ciebie, Tomo.
Posłaniec zerwał się z miejsca.
— Ty znasz mnie? — zawołał osłupiały.
— Tak, a oni znają ciebie także.
Zdjąłem okulary i turban i wskazałem na drzwi, któremi weszli właśnie Osko, Omar i Halef. Posłaniec zdrętwiał z przerażenia, gdyż teraz dopiero mnie poznał. Po chwili jednak zawołał:
— Muszę odejść, czemprędzej odejść! Mam jeszcze do załatwienia pilne sprawy.
Poskoczył ku drzwiom, lecz w tej chwili uchwycił go już Halef za kołnierz.
— Czemu chcesz nas tak prędko opuścić, drogi przyjacielu? — spytał przyjaźnie.
— Bo mam jeszcze dużo do roboty w mieście.
— Zdaje mi się, że załatwiasz polecenia tylko stamtąd tu. Zabierasz więc także rzeczy stąd do Ostromdży?
— Tak; nie zatrzymuj mnie!
— Mógłbyś i odemnie coś zanieść.
— Do kogo?
— Napiszę ci to.
— Co takiego?
— Pozdrowienie, tylko pozdrowienie.
— Chętnie je wezmę, ale puść mnie już teraz!
— Nic z tego. Musisz jeszcze zaczekać, bo trzeba ci pozdrowienie napisać i adres do tego.
— Czy to długo potrwa?
— Wcale niedługo. Z takimi przyjacielskimi listami nie robię wiele zachodu. Nie potrzebuję ani papieru, ani atramentu, ponieważ piszę na niewygarbowanym pergaminie. Zapłatę dla posłańca dodaję zaraz do tego. Ołówek mam w stajni. Będziesz musiał tam się potrudzić ze mną, kochany Tomo. Chodź więc.
Posłaniec przypatrzył się małemu badawczo. Nie dowierzał pokojowemu usposobieniu, chociaż Halef odzywał się tak życzliwie. Wyszedł z nim jednak, a Osko i Omar za nimi, uśmiechając się skrycie.
Z mego miejsca mogłem przez otwarte i szyb pozbawione okno objąć okiem cały dziedziniec. Widziałem, jak wszyscy czterej zbliżyli się do stajni, poczem zniknęli za drzwiami, które się za nimi zamknęły.
W krótką chwilę potem usłyszałem jakby zdaleka głosy, które dzisiaj rozbrzmiewają tylko w Chinach i w Turcyi, owe tony nieopisane, wywołane blizkiem zetknięciem się skóry ludzkiej z batem.
Następnie znowu drzwi otworzono, a stamtąd wypadł posłaniec. Postawą nie zachwycał bynajmniej, a twarz starała się nie okazać zaburzonego spokoju ducha. Chód jego podobny był do chodu orangutana, zmuszonego do poruszania się bez pomocy kija. Kolana miał naprzód podane, piersi zaklęsłe, a głowę opadłą wstecz.
Nie był toż widocznie ciekawy wrażenia, jakie wywoła jego dramatyczne odejście, bo nie oglądał się wcale.
Trzej egzekutorowie przyszli do mnie natychmiast.
— Jego kismet go tu przyprowadził! — rzekł Halef, gładząc sobie brodę i uśmiechając się z widocznem zadowoleniem. Co ten drab powiedział na twój widok, zihdi?
Powtórzyłem im całą rozmowę z Tomą.
— Ach, co za zuchwalec! Niechże zaniesie tych trzydzieści szczerych pozdrowień, które mu władowałem i rozda je tam, komu zechce.
— Nie bronił się?
— Okazywał wielką do tego ochotę, ale powiedziałem mu ze współczuciem, że w razie obrony dostanie pięćdziesiąt, a jeżeli się dobrowolnie położy, otrzyma tylko trzydzieści. Postarałem się jednak o to, żeby tych trzydzieści tak samo go wzruszyło jak pięćdziesiąt. Czy się zgadzasz, effendi?
— Tym razem, tak.
— Oby mi kismet częściej zsyłał podobne przyjemności, ilekroć będzie szło o tego rodzaju łotrów. Jest jeszcze kilku takich, którym chętnie pozostawiłbym wybór między trzydziestu a pięćdziesięciu. Spodziewam się spotkać jeszcze niejednego w dobrą godzinę. Ale jak z nogą, zihdi?
— Nie lepiej. Niech Omar zapyta, czy nie dostanie tu w mieście gipsu i niech mi kupi z pięć litrów. Ty zaś przyniesiesz takie naczynie z wodą, do któregoby można było włożyć nogę i zdejmiesz mi potem pończochę.
Teraz powrócił koszykarz i doniósł mi, że musiał szukać bardzo długo, zanim znalazł doktora „męczyciela“. Pan ten jest właśnie bardzo zajęty, ale zaraz nadejdzie.
Podziękowałem mu za trudy, darowałem odrobinę tytoniu i kazałem mu wrócić do domu.
Halef przyniósł wody. Zbadawszy nogę, przekonałem się, że to było zwichnięcie, szczęściem niezupełne. Byłbym sobie sam staw naprawił, ale wolałem tego bez lekarza nie robić. Jakiś błąd mógłby mnie tu na długo zatrzymać. Na razie włożyłem nogę do zimnej wody.
Nareszcie zjawił się lekarz, którego byłbym wziął raczej za chińskiego listonosza, niż za europejskiego syna Eskulapa.
Był mały, ale nadzwyczajnie opasły. Policzki błyszczały mu jak piękne jabłka wigilijne. Małe, skośne nieco, oczy świadczyły, że kołyska jego rodu zwisała ze szczytu mongolskiego namiotu. Na gładko wystrzyżonej głowie spoczywał stary, podarty fez, odsunięty daleko w tył tak, że czoło było wolne, a na nim zamiast kutasa, kupka czerwonych, niebieskich i żółtych wstążeczek z cygar. Krótki, do kolan tylko sięgający, kaftan, wyglądał jakby się składał z jednej olbrzymiej kieszeni i wydęty był od góry do dołu na prawo i lewo. Zawierał zapewne podręczną aptekę lekarza.
W dodatku zwisał mu z pleców czworokątny kosz, prawdopodobnie etui na cenne narzędzia.
Na nogach miał grube wełniane pończochy z podwójnemi pilśniowemi podeszwami, a wszystko razem tkwiło w pantoflach, obitych grubymi gwoździami.
Wszedłszy, odwiązał pantofle i przystąpił do mnie w pończochach: grzeczność, która, jak się zdaje, przeszła już u niego w stan chroniczny.
Ponieważ nogę trzymałem w wodzie, poznał odrazu, że to mnie potrzeba jego pomocy. Ukłonił mi się, przyczem kosz naprzód mu się zesunął i wydało się, jak gdyby rzemień groził mu uduszeniem. Odpowiedziałem na to pozdrowienie wedle najlepszej wiedzy i woli. On zdjął kosz, postawił na ziemi i zapytał:
— Czy lubisz wiele mówić?
— Nie — odrzekłem krótko.
— Ja także nie. A zatem krótkie pytania, krótkie odpowiedzi i koniec.
Nie przypuszczałem takiej energii u tego grubasa. Mógł nią w Radowicz zrobić wrażenie i robić dobre interesa. Stanął przedemną na szeroko rozstawionych nogach, przypatrzył mi się od góry do dołu i badał:
— To ty jesteś tym z nogą?
— Nie, z dwiema nogami!
— Co? Obie złamałeś?
Nie zrozumiał moich drwin.
— Nie, tylko lewą.
— Złamanie podwójne?
To było już jego rzeczą. Odemnie nie mógł żądać tego, żebym wiedział, jakie złamanie.
— Tylko zwichnięcie — odrzekłem.
— Pokaż język!
To było jeszcze ładniejsze! Usłuchałem go jednak i pokazałem. Przypatrzył mu się, pomacał, posunął koniec w jedną i drugą stronę i zauważył, kiwając głową:
— Niebezpieczne zwichnięcie!
— Ale niecałkowite!
— Cicho! Widzę to na języku! Od kiedy zwichnięta?
— Trzy godziny, najwyżej cztery.
— O to zanadto długo! Może łatwo nastąpić zakażenie krwi!
Omal nie roześmiałem mu się w oczy. Powściągnąłem się jednak i zdziwiłem się tylko, że określenie „zakażenie krwi“ znalazło już prawo obywatelstwa w języku tureckim.
— Ból? — pytał dalej.
— Można wytrzymać.
— Apetyt?
— Mocny i wszechstronny.
— Bardzo dobrze, bardzo dobrze! Przetrzyma się. Pokazać nogę!
Przykucnął. Ponieważ jednak nie było mu wygodnie, usiadł całkiem obok naczynia z wodą, ja zaś położyłem mu z zaufaniem na podołku nogę, ociekającą wodą.
Dotknął jej najpierw lekko, a potem silniej końcami palców, skinął głową i zapytał:
— Czy krzyczysz naw et przy małym bolu?
— Nie.
— Bardzo dobrze! Nastąpił jeden szybki chwyt, silne szarpnięcie i lekki chrzęst w stawie — potem lekarz łypnął na mnie okiem i zapytał:
— No, jak było?
— Bardzo przyjemnie.
— Więc jesteśmy gotowi.
— Całkiem?
— Nie. Jeszcze tylko obwiązać.
Jako chirurg był to w każdym razie dzielny człowiek. Kto wie, ileby mnie inny namęczył, aby tylko nadać pozorów większego niebezpieczeństwa i wymóc wyższe honoraryum.
— Czem zawiniesz?
— Szynami. Gdzie jest drzewo?
— Nie chcę.
— Czemu nie?
— To do niczego.
— Do niczego? Chcesz może szyn srebrnych, albo złotych, wysadzanych brylantami?
— Nie. Chcę bandażu z gipsu.
— Gipsu? Czy oszalałeś? Gipsem wyprawia się ściany i mury, ale nie nogi!
Tu była jego słaba strona. Ale cóż, znajdowałem się przecież w Turcyi.
— Z gipsu robi się także doskonałe opatrunki.
— Chciałbym to widzieć.
— Możesz zobaczyć. Posłałem po gips.
— Jak to zrobisz?
— Zaczekaj na to.
— A jeżeli gipsu nie dostaniesz?
— To zrobię opatrunek z karuku.
— Karuku? — krzyknął. — Chcesz ze mnie głupca zrobić?
— Nie.
— Nie spodziewaj się tego!
— O gdyby mi się tylko zechciało! — zaśmiałem się.
— Co? Ja jestem uczonym!
— Ja także.
— Co studyowałeś?
— Wszystko! — odrzekłem krótko.
— A ja trzy razy tyle! Znam nawet pierwsze dyspensatoryum Zabura Ibn Zaheli!
— A ja mam w głowie cały medyczny słownik Abd Al Meszyda!
— Ja go mam nietylko w głowie, lecz w całem ciele i we wszystkich członkach. Opatrunek z gipsu lub karuku! Gips to mąka, a karuk jest miękki i płynny, opatrunek zaś musi być twardy.
— Gips i karuk same twardnieją. Sam się zadziwisz. Wogóle nie można teraz jeszcze zakładać opatrunku. Należy wprzód robić okłady, dopóki puchlina nie zejdzie i ból nie ustanie. Zrozumiałeś?
— Allah! Ty mówisz jak lekarz!
— Rozumiem się też na tem.
— To sam sobie kości naprostuj, skoro je pokrzywiłeś. Na co kazałeś mnie wołać?
— Aby ci język pokazać.
— W takim razie ozór wołowy jest większy i wywiera silniejsze wrażenie. Zapamiętaj to sobie! Moja wizyta kosztuje dziesięć piastrów. Ty jesteś obcy i zapłacisz podwójnie. Rozumiesz?
— Masz tu dwadzieścia piastrów, ale mi już tutaj nie wracaj!
— Ani mi się śni! Wystarczy, że byłem raz.
Wrzucił pieniądze w rozpór kaftana, przywiesił sobie koszyk do ramion i odszedł ku drzwiom. Tam wskoczył w pantofle i chciał już wyjść bez uczczenia mnie pożegnaniem, kiedy wszedł Omar z naczyniem w ręce.
Lekarz zatrzymał się, przypatrzył się zawartości naczynia i zapytał:
— Co tu masz?
— Alczy — gips.
— A więc to jest gips, z którego się ma sporządzić szyny? Co za szaleństwo, co za niedorzeczność; toż to śmieszne w najwyższym stopniu! Tylko narwaniec może wpaść na taki pomysł.
Omar trzymał jeszcze otwarte drzwi, pod którymi był stanął, ale teraz zamknął je za sobą tak, żeby lekarz nie uciekł, postawił naczynie na ziemi, pochwycił grubego medyka za ramiona i zapytał:
— Ty płazie, kto ty jesteś właściwie?
— Jestem lekarzem! Rozumiesz?
— No, ty jesteś zapewne dobrym konowałem! Co gadasz; o szaleństwie, narwaniu i śmieszności? Nasz effendi zażądał gipsu; potrzebuje go, a wie zawsze, co czyni. Tysiąc takich brzuchaczy jak ty nie posiada tyle rozumu w pustych łbach, ile mieści się w koniuszku jednego włosa u niego. Jeśli go będziesz obrażał takiemi słowami, to możesz bardzo łatwo znaleźć się w tem naczyniu! Widać po tobie odrazu, że głupota jest twoją matką!
To nie zdarzyło się chyba nigdy temu mężowi nauki. Wyrwał się Omarowi, odstąpił o kilka kroków, zaczerpnął głęboko powietrza i wybuchnął, jak gdyby miał płuca prochem nabite:
— Czy mam tą czapką zatkać ci pysk rozpuszczony? Masz ją, ty synu małpy, ty wnuku i prawnuku pawiana!
Zdarł czapkę z głowy, zwinął ją w kłąb i rzucił w twarz Omarowi. Napadnięty pochwycił ją, sięgnął do naczynia, napełnił ją mąką gipsową i zawołał:
— Masz tu nakrywkę swego dziurawego rozumu!
I rzucił mu napełnioną gipsem czapkę w twarz, czerwoną od gniewu. Gips wysypał się z fezu i w tej chwili wyglądał lekarz jak biały gnomek piernikowy. Gips dostał mu się do oczu, on zaś wycierał je i wycierał, tupał nogami, pogubił przy tem pantofle, wrzeszczał jak nadziany na rożen, aż w końcu, kiedy znowu przejrzał, zdarł z ramion prędko kosz przez głowę i chciał nim cisnąć Omarowi w głowę. Ale przeciwnik, przygotowany na to widocznie, pochwycił kosz w powietrzu, przyczem otworzyło się wieko. Cała jego zawartość wypadła teraz na ziemię, a więc: obcęgi, nożyce, szpatle, pincetki, pudełka i inne rupiecie, a wśród nich główny instrument wschodniego lekarza: olbrzymia lewatywa.
Zręczny Arab schylił się szybko i zaczął tem wszystkiem bombardować doktora, który ze swej strony nie zdobył się na nic innego, jak na wykonanie prawa odwetu. Podnosił odbijające się odeń przedmioty i puszczał je ku Omarowi z całej siły. Przytem nie szczędził przezwisk, w używaniu których był widocznie wirtuozem; jakkolwiek ciekawe, nie nadają się one do powtórzenia tutaj.
To bombardowanie było tak komiczne, że wszyscy wybuchnęliśmy głośnym śmiechem. Usłyszano je na dziedzińcu. To zwabiło gospodarza wraz z jego ludźmi, którzy na widok osobliwego pojedynku zawtórowali nam śmiechem.
Wreszcie przyszła Halefowi myśl pospieszyć przyjacielowi na pomoc.
— Zihdi, wyjm nogę z wody! — zawołał.
Z temi słowy ujął mnie za nogę i podniósł ją. Następnie porwał naczynie i pobiegł z niem ku drzwiom, aby lekarzowi odciąć odwrót. Dokonawszy tego, porwał z ziemi enemę i jął grubasa opryskiwać tak gorliwie i celnie, że w kilka chwil ciekło z niego jak z pudła, zlanego wodą.
— Pięknie, wspaniale, pysznie! — zawołał Omar. — Niechaj teraz skosztuje i reszty gipsu. Pryskaj tylko dzielnie, Halefie!
Pochwycił naczynie i wysypał mąkę gipsową na swą ofiarę, gdy tymczasem Halef starał się o odpowiednie nawodnienie.
Chciałem temu zapobiec, ale nie zdołałem ze śmiechu, bo lekarz wyglądał „przerażająco pięknie“. Nawet najbardziej żółciowy melancholik byłby musiał wziąć udział w tej powszechnej wesołości. Widzowie zanosili się od śmiechu.
Najbardziej śmiał się gospodarz. Był on mały, miał wązkie barki, pokaźny, wystający brzuszek i parę cienkich nóżek, z trudem dźwigających ciało. Jego tępy nosek i szerokie usta z białymi zębami przystawały wybornie do wesołego zachowania. Splótł ręce pod trzęsącym się brzuchem, by go podeprzeć, a łzy stanęły mu w oczach! Piał poprostu z zachwytu i wołał co chwila:
— Hai, wai, tenim, widżudim, karnim, midim, dżijerim, dalakim bebrekim, wai hacmin, zindirmim — oj oj oj, mój brzuch, mój brzuch, moj żołądek, moja wątroba, moja śledziona, moje nerki! O biada, moje trawienie! Patlamarim, patlamarim — ja pęknę, ja trzasnę!
Wyglądał też istotnie tak, jakby skóra jego nie mogła już dłużej utrzymać razem roztrzęsionych członków ciała.
Uczeń Eskulapa skrył się do kąta, gdzie stanął z wyciągniętemi przed twarzą rękawami kaftana. Ale z pod tych rękawów krzyczał, klął i przezywał z całych sił. Gdy sikawka już nie chciała naciągać, pochwycił Halef naczynie i wylał mu całą jego zawartość na głowę.
— Tak musi się stać każdemu — krzyknął, — kto naszego effendiego narwanym nazwie. Osko przynieś jeszcze wody, żeby zihdi mógł sobie nogę ochłodzić. Tego mądrego męża od plastrów, maści i szyn drewnianych posadzimy tu na krześle, aby mu obetrzeć oblicze. Ty zaś zachowaj się cicho, kochaneczku, bo inaczej zdrapię ci nosek!
Posadził doktora na krześle, potem podniósł drewnianą szpatlę z ziemi i zaczął mu zgalać gips z twarzy. Co zeskrobał, to wycierał o jego uszy, wykonując to z całym spokojem.
Ofiara sztuki golarskiej cierpiała to, klęła jednak podczas tego nieprzerwanie. Im bardziej nużył się tą czynnością jego język, tem ordynarniejsze słowa wyrzucały jego usta. Miotał najokropniejsze obelgi, a mimo to wyglądał, jak gdyby dość mu jeszcze nie było.
Jak wiadomo, twardnieje gips bardzo szybko i zamienia się w kilka minut w masę twardą, jak kamień. Tutaj szło to tem prędzej, im szybciej suknie nasiąkały wilgocią. Dopiero gdy okrycie zrobiło się całkiem białe, przestał Halef skrobać.
— Tak — rzekł. — Oczyściłem cię, bo nawet wrogowi nie należy odmawiać grzecznych usług. Ale więcej nie możesz odemnie wymagać. Rzeczy swoje musisz sobie sam pozbierać, aby je włożyć do kosza. Wstań! Kuracya skończona.
Grubas chciał podnieść się z krzesła, spostrzegł jednak, że szaty jego tak zesztywniały, iż mu powstać nie dają. To też było powodem, że nie powstrzymałem tej swawoli. W ten sposób zademonstrowało mu się ad oculos możliwość używania gipsu do opatrunków.
— Ja nie mogą wstać, nie mogą wstać! — wołał, rozczepierzając szeroko wszystkich dziesięć palców. — Mój kaftan jest jak szkło, on popęka!
Halef pochwycił fez za kutas z wstążeczek od cygar, zdjął mu go z głowy, na którą wpakował poprzednio, podsunął przed same oczy i rzekł:
— Popatrz, oto czcigodne nakrycie twojej uczonej głowy. Jak ono ci się podoba?
Fez tworzył teraz przedmiot twardy i biały, podobny do dzwonka, który pod spodem nabrał kształtu czaszki. To było już nadzwyczaj śmieszne.
— Moja czapka, moja czapka! — krzyczał grubas. — Siedziała mi od młodości na głowie, a teraz zbeszczeszczacie godność jej starości i powagą jej dni, wy milflislar[10]! Daj ją tutaj!
Chciał ją uchwycić, ale skoro tylko podniósł ku niej rękę, zaczął mu się kruszyć gips na rękawie.
— O jazik, o jazik! o biada, biada! — wołał. — Oto przepada zdrowie mojej ręki i całość moich członków! Co robić? Ja muszą odejść, pacyenci na mnie czekają.
Chciał się podnieść, ale gdy kaftan znów zatrzeszczał, usiadł czemprądzej napowrót.
— Czyście widzieli? Czyście słyszeli? — pytał głosem płaczliwym. — Idą w okruchy zarysy mojej postaci i linie budowy ciała. Czuję, że wnętrzności także się rozpadają. Zniknęła zgrabność proporcyi, a miękkie zaokrąglenie w pasie poukładało się w fałdy okropne. Zrobiliście ze mnie postać niepokaźną i mężczyznę bez wdziąku. Podziw tych, którzy na mnie patrzyli, zamieni się w śmiech, a zadowolenie ich spojrzeń w szyderstwo. Na ulicy pokazywać mnie będą palcami, a w komnacie mojej najdroższej zapłacze miłość nad utratą mych zalet. Jestem człowiekiem zabitym i mogą się zaraz dać zanieść na cmentarz, gdzie cyprys łzy wylewa. O Allah, Allah, Allah!
Gniew jego przechodził teraz w rzewność. Bolał nad utratą elegancyi. Już miano śmiechem odpowiedzieć mu na to, kiedy ruchem ręki nakazałem milczenie i odpowiedziałem:
— Nie rozpaczaj, hekimie! Smutek twój w radość się zamieni, gdyż znalazłeś sposobność zrobić ważne dla siebie doświadczenie.
— Tak, zrobiłem to doświadczenie, ale ono dla mnie nie ma znaczenia. Dowiedziałem się, że nie należy wdawać się z ludźmi bez wykształcenia.
— Czy sądzisz, hekimie, że jest ono u ciebie?
— Tak, ponieważ jestem człowiekiem, który leczy chore ciała i orzeźwia znużone dusze. To jest prawdziwe wykształcenie.
— Jesteś człowiekiem, który mówi pacyentowi, że jego język nie wzbudza takiego podziwu, jak woli. Jeśli to nazywasz wykształceniem, to oczywiście jesteś wysoce wykształcony. Jak byłbyś poznał po moim języku, czy zwichnięcie nogi jest niebezpieczne, czy nie, tego nie pojmuję zupełnie.
— Ty, zdaje się, wogóle bardzo mało jeszcze w życiu pojąłeś. Widzę to po tobie. Pewnie zaś nie pojmujesz także, że wstawiliście mnie w położenie, szkodliwe dla mojej czci i podkopujące moją powagę w kraju.
— Nie, tego nie wyobrażam sobie istotnie.
— W takim razie mądrość twoja jest krótka, jak kan sudżuki[11], ale głupota tak długa jak metewazilar[12], który opasuje całą ziemię. A jednak kręcisz nosem i siedzisz tu dumnie i gadasz jak profesor wszelakich mądrości.
— Wobec ciebie byłem też profesorem, gdyż dałem ci praktyczną lekcyę o opatrunkach.
— Z tego nie słyszałem ani słowa.
— Mówiłem o lekcyi praktycznej, nie było więc mowy o wykładach. To, czego się tu nauczyłeś, może cię wyprowadzić na największego hekima wszystkich krajów, nad którymi panuje padyszach.
— Czy chcesz jeszcze szydzić ze mnie na dobitek? Jeśli istotnie jesteś tak mądry, jak twierdzisz, to daj mi dobrą radę, jak mógłbym wyjść z tej warstwy gipsowej.
— O tem potem. Wyśmiałeś mnie, kiedy ci powiedziałem, że można zrobić opatrunek z gipsu, a jednak jest taki opatrunek najlepszym ze wszystkich. Nie dałeś mi przyjść do słowa i dlatego musiały cię dopiero fakta pouczyć. Dotknij swego kaftana! Przedtem był miękki, a teraz jest twardy i mocny jak kamień. Taki musi być opatrunek, jeśli ma uzdrowić chory członek ciała. Czy jasne ci to?
Podniósł brwi i spojrzał na ranie z namysłem, ja zaś mówiłem dalej:
— Gdy chcesz dać sztywny opatrunek na złamaną nogę, to szynyby jej dolegały, bo nie mogłyby się przystosować do jej formy. Taki opatrunek nic nie wart.
— Niestety niema innych opatrunków. Najwięksi lekarze w państwie łamali sobie daremnie głowy, aby wynaleźć opatrunek, któryby był sztywny, a zarazem przystosowany do formy członka. Ja sam posiadam książkę pod tytułem: „Szifa kemik kyryklarin“[13]. Z niej można się dowiedzieć, że takie złamania opatruje się skutecznie tylko zapomocą szyn.
— Kto jest autorem książki?
— Sławny lekarz Kari Asfan Culafar.
— No, on żył prawie przed dwustu laty. Wtenczas miał może słuszność, ale teraz napewnoby go wyśmiano.
— O, ja się z niego nie śmieję.
— W takim razie wiadomości i zapatrywania twoje są dobre dla owych czasów, a nie dla dzisiejszych. Teraz znamy jeszcze inne bandaże. Czy przypatrzyłeś się przedtem fezowi, który masz teraz na głowie?
— Czemu nie miałbym mu się przypatrzyć? Ta mała jadowita ropucha trzymała mi go dość blizko przed nosem.
— Powiedz zatem, jaką on przyjął formę?
— Formę mojej głowy.
— I to całkiem dokładną. Tak samo dzieje się z każdym innym członkiem ciała. Jeśli mam złamaną rękę naprawić, to owijam ją najpierw cienką materyą, którą następnie powlekam gipsem, rozpuszczonym w wodzie i obwiązuję jeszcze kilkakrotnie bandażem i znowu zwierzchu nakładam warstwę gipsu. Gdy gips wyschnie i stwardnieje, mam bandaż, przystający dokładnie do formy ręki.
— Ah, oh, — wybuchnął, patrząc przez chwilą na mnie, a następnie zwracając się do hadżego: — Zdejm mi jeszcze raz czapkę i podaj!
Hadżi zrobił mu tą przysługą i przytrzymał czapkę przed oczyma, kręcąc nią na wszystkie boki.
— Jeszcze lepiej — mówiłem w dalszym ciągu jeżeli się materyę najpierw w gipsowej wodzie namoczy i dopiero potem owinie naokoło chorego członka. Aby zaś materya nie uciskała po stwardnieniu gipsu, daje się pod to warstwę waty. Potem spoczywa chora część ciała miękko w mocnym i całkiem dokładnie przystającym opatrunku.
Spojrzał na mnie raz jeszcze i zawołał w końcu:
— Allah, Allah! Nazik idżad bulma, azametli keszif — Allah, Allah! Cenne odkrycie, wspaniały wynalazek! Biegnę, śpieszą; muszę sobie to napisać!
Zerwał się i nie zważając na sztywność kaftana, podskoczył ku drzwiom.
— Zaczekaj, zaczekaj! Zabierz kosz i narzędzia. — zawołał Halef. — A włóż najpierw czapkę na głowę!
Lekarz się zatrzymał. Widok jego był nieoceniony. Gips pękał na wszystkie strony i odpadał z niego w okruchach. Kaftan nie chciał wyjść z formy, jakiej nabrał podczas siedzenia. Tylna jego część sterczała naprzód i przeszkadzała w chodzeniu. Wobec tego odwrócił się grubas plecyma do Halefa, podał mu w tył obie ręce i rzekł.
— Ciągnij rękawy! Muszę z nich wyleźć!
Halef przysądził się i przytrzymał go. Eskulap ciągnął i ciągnął, aż w końcu wypadł z taką siłą z zagipsowanej szaty, że poleciał aż do drzwi, które już był odemknął, i wybiegł przez nie na podwórze.
— Tekrar gerilim, tekrar gerilim, szimdi tekrar gerilim. — Ja wrócę, wrócę, wrócę zaraz! — wołał padając na ziemię, zrywając się i umykając co prędzej
Opanował go zachwyt dla opatrunku. Musiał pobiec do domu, aby sobie zanotować moje wskazówki. Nic go to nie obchodziło, że zostawił pantofle, kaftan, fez i kosz z narzędziami i biegł teraz boso przez ulicę.
Był widocznie duszą i ciałem przejęty swoim zawodem, ale nie mógł się niestety niczego więcej nauczyć prócz tego, co już umieli inni, którzy nic nie wiedzieli!
Należało teraz w izbie zrobić porządek. Sztywny kaftan zawieszono na poręczy od krzesła i pozbierano instrumenta. Potem urządzono dla mnie izbę. Osko przyniósł wody już dawno. Zauważyłem ku mej radości że się spuchlizna zmniejszyła. Bolu już wcale nie czułem. Potem kazałem się zanieść do izdebki i ułożyć na łóżku. Robiłem sobie okłady i chciałem potem wieczorem założyć opatrunek. Do tego potrzeba było waty, gazy i gipsu.
Przeleżawszy ze trzy godziny, usłyszałem przez drzwi głos lekarza:
— Gdzie jest effendi?
— W małej izbie — doszedł mnie głos Halefa.
— Oznajmij mnie!
Halef otworzył drzwi i wszedł lekarz.
Ubrany był jak pan młody do ślubu. Ciało jego okrywał aż do stóp niebieski, jedwabny kaftan, nogi tkwiły w eleganckich safianowych pantoflach, na głowie zaś miał turban w biało-niebieskie paski. Minę miał uroczystą, a chód pełen wysokiej godności. Stanął w drzwiach, skrzyżował ręce, skłonił się głęboko i rzekł:
— Effendim, japarim ziaret szukirin ittibarin — mój effendi, składam ci wizytę wdzięczności i uszanowania. Girisz bana ruchzat wer — pozwól mi wejść!
Pochyliłem uroczyście głową i odrzekłem:
— Jaklaszdyr, chosz zen — zbliż się, jesteś mile Widziany!
Postawił trzy małe kroki, odkrząknął i rozpoczął:
— Effendim, twoja głowa jest kołyską rozumu ludzkiego, a mózg twój przechowuje wiedzę wszystkich ludów. Duch twój jest ostry jako ostrze brzytwy, a myśl spiczasta jako igła, którą otwiera się czyrak niedobry. Dlatego przypadł ci w udziale kismet rozwiązać pytanie, jak się ma opatrywać złamania, uszkodzenia, spowodowane szturchnięciem i wywichnięcia. Twoje ingenium zgłębiło wszelkie dziedziny nauk i zbadało wszystkie stery dopóki nie doszło do siarkanu wapnia, który nieświadomi barbarzyńcy nazywają gipsem. Nalałeś do tego wody, zamieszałeś, żeby go pozbawić kryształów, rozsmarować na płótnie i owinąć niem stawy i kości w celu nadania im odpowiedniego kształtu, jeśli im tego potrzeba. Tem z biegiem czasu uchronisz miliony rąk i nóg od skrzywień i zniekształceń, a profesorowie przyszłości będą zbierali piastry na pomnik dla ciebie; będzie to albo głowa z kamienia wykuta, albo ciało odlane z bronzu. Na płycie pomnika wypisane złotemi literami błyszczeć będzie imię twoje. Aż do tego czasu zaś znajdować się będzie w moich notatkach i dlatego proszę cię, powiedz mi je, ażebym je mógł zapisać.
Wygłosił to tonem uroczystym deputacyi, składającej się, niestety, tylko z niego samego.
— Dziękuję ci! — odpowiedziałem. — Miłość prawdy nakazuje mi oświadczyć, że to nie mnie się udał ten wielki wynalazek. W ojczyźnie mojej jest on tak rozpowszechniony, że znają go wszyscy lekarze i laicy. Jeśli chcesz sobie imię wynalazcy zapisać, to mogę ci je podać. Ten uczony człowiek, któremu tyle ludzi zawdzięcza swoje kształty, nazywał się Mathysen i był słynnym lekarzem w Holandyi. Nie zasłużyłem na twe podziękowanie, ale cieszy mnie to, że ci się ten wynalazek spodobał i spodziewam się, że go będziesz często używał.
— Dowiodę ci, że postanowiłem stosować go stale, ale podziękowania nie odrzucaj. Chociaż sam nie jesteś wynalazcą, jednak ty zaprowadziłeś tu to nieporównane dobrodziejstwo. Nie zapomnę nigdy dnia dzisiejszego. Ku mej radości kaftan mój jeszcze się trzyma. Powieszę go obok drzwi mego domu; niech będzie szyldem, aby wszyscy, mający połamane członki, widzieli ku swemu uspokojeniu, że ich gipsem okładam. Spróbowałem już, jak się to robi i proszę cię, przypatrz się temu i oceń moje dzieło. Zgadzasz się?
— Bardzo chętnie! — odrzekłem.
Przystąpił do otworu okiennego i klasnął w ręce. Otwarły się drzwi od wielkiej izby i dał się słyszeć odgłos ciężkich kroków.
— Tu wejść! — rozkazał.
Najpierw ukazało się dwu ludzi, niosących wielki kubeł, napełniony po brzegi rozpuszczonym gipsem. Jeden z nich miał zapas waty, który wystarczyłby na okłady dla dziesięciu osób, drugi zaś trzymał paczkę bandaży w ręku. Złożyli te ciężary i oddalili się.
Gdy przez to zrobiło się przestronniej, weszło znowu dwu ludzi, dźwigając nosze, a na nich brodatego człowieka z ciałem, okrytem aż po szyję.
— Tu zobaczysz pierwsze bandaże, jakie pozakładałem zaczął lekarz. — Zakupiłem materyał, zamówiłem tego robotnika, by służył mi jako model. Otrzymuje wikt i dziesięć piastrów dziennie. Pozwól, że zdejmę to okrycie i przypatrz się temu pacyentowi!
Gdy wzrok mój padł na model, zdołałem się tylko z trudem od śmiechu powstrzymać. O Allah, jak ten człowiek wyglądał! Grubas wyobraził sobie wszelkie możliwe złamania i zwichnięcia i zagipsował odpowiednio biedaka. Ale jak!
Ramiona i przedramiona, uda i przedudzia, a nawet biodra tkwiły w gipsowych bandażach, grubych jak ręka. Klatka piersiowa opatrzona była pancerzem, który niełatwo przebiłaby kula z pistoletu.
Leżał jak pacyent rzeczywisty i blizki śmierci. Nie mógł się ruszyć, a z trudem tylko oddychał. I za to wszystko dostawał dziesięć piastrów dziennie! To było najzabawniejsze przy tem. Miał całymi dniami nosić opatrunki i na co?
— Jak długo będzie trwał ten eksperyment? — zapytałem.
— Dopóki model zdoła wytrzymać. Chciałbym wiedzieć, jaki skutek wywiera na członki ciała opatrunek gipsowy.
— Na zdrowe? Jedynym skutkiem będzie to, że długo nie wytrzyma. Co się stało z jego piersiami?
— Złamał pięć żeber, dwa z prawej, a trzy z lewej strony.
— A ramiona?
— Pogruchotane obojczyki.
— A co ze stawami w biodrach?
— Wyskoczyły mu obie kule. Ale brakuje jeszcze jednego, a mianowicie: dolna szczęka wykoleiła się z zawiasów i nastąpił skurcz mięśni szczękowych. Nie wiem, jak to gipsem opatrzyć i zrobię to wedle twoich wskazówek.
— O hekimie, tego nie bandażuje się nigdy.
— Nie? A to czemu?
— Gdy się szczękę sprowadzi do dawnego położenia, skurcz ustępuje zupełnie i nie potrzeba już gipsu.
— Dobrze! Skoro ci się tak podoba, przyjmiemy, że mu się usta znowu zamknęły.
— Bądź tak dobry i uwolnij mu żebra z bandaży! Nie może tchu złapać.
— Jak sobie życzysz. Postaram się u gospodarza o narzędzie.
Zdjęła mię ciekawość, co on przyniesie. Po jego powrocie byłem właśnie zajęty okładem na nogę i spojrzałem ku nim dopiero, usłyszawszy uderzenia młotka.
— Na miłość Boga, co czynisz? Co masz w ręku?
Nie widziałem tego, bo odwrócił się tyłem do mnie.
— Czekidż ile kalemkiarlyk — młot i dłuto — odpowiedział swobodnie.
— Toż mu dopiero żebra pogruchocesz, albo wbijesz mu dłuto w piersi.
— A czegóż się używa do tego?
— Nożyc, noża, albo odpowiedniej piłki, stosownie do miejsca i grubości opatrunku.
— W koszu mam piłkę do kości i zaraz ją przyniosę.
— Sprowadź tu zarazem mego małego towarzysza. On ci pomoże, gdyż ja nie mogę.
Gdy nadszedł Halef, zaraz po kilku wskazówkach zabrał się do skorup gipsowych mimo sprzeciwiania się lekarza. Była to praca ciężka i trwała dotąd, dopóki „model“ nie został uwolniony od wszystkich opatrunków. Tymczasem trzeba było zapalić światło, bo noc zapadła. Biedak, którego lekarz oprócz wszystkich innych opatrunków chciał jeszcze zmusić do skurczu mięśni szczękowych, nie powiedział ani słowa. Dopiero gdy usunięto ostatni bandaż, rzekł do mnie:
— Dzięki ci, panie!
Jednym skokiem znalazł się za drzwiami.
— Stój! — krzyknął za nim grubas. — Ja potrzebuję ciebie jeszcze! Zaraz znowu się zacznie!
Ale wołanie pozostało bez skutku.
— O, tam biegnie! Co ja zrobię teraz z tym pięknym gipsem, z watą i bawełnianą materyą?
— Zostaw go! — odpowiedziałem. — Cóż ty sobie myślałeś? Zawartością tego kubła mógłbyś ogipsować dwa domy. Część tego zużyję ja, bo sądzę, że czas już mnie opatrzyć.
— Pięknie, pięknie, effendim! Zaraz się do tego zabiorę.
— Powoli, powoli! Postępuj dokładnie wedle moich wskazówek!
Zapalił się do tego niesłychanie. Podczas opatrywania opowiadał mi o nieprawdopodobnych leczeniach, jakich się już dopuścił. Gdyśmy skończyli, zauważył:
— Tak, to zaiste całkiem co innego! Sprowadzę znowu próbnego pacyenta i przyślę go jutro do ciebie.
— A kiedy go chcesz opatrzyć?
— Jeszcze dziś wieczorem.
— O Allah! Więc ma leżeć do jutra? Ty go zabijesz. Jeśli chcesz ćwiczyć się na nim, to pamiętaj, że nie wolno tego czynić na wszystkich członkach, tylko na jednym, a następnie musisz zaraz zdjąć opatrunek, skoro stwardnieje. Wiedz zresztą i to, że w opatrunkach można wycinać okna.
— Naco?
— Dla oglądania i opatrywania poszczególnych miejsc. Nie masz nauczyciela, któryby ci to pokazał, ani książki do nauki. Musisz się więc sam zastanawiać i robić próby
— Effendim, zostań tu i ucz mnie! Wszyscy lekarzetych okolic będą twoimi uczniami.
— Tak, a my wszyscy podamy się na modele — zaśmiał się Halef. — Tego jeszcze brakowało! Zdobyłeś dość wiedzy tego popołudnia, a teraz staraj się radzić sobie nadal sam.
— Skoro powołujecie się na brak czasu, to z przykrością wyrzekam się nauki. A to prawda, że dzisiaj sporo się nauczyłem i nie wiem, jak się odwdzięczyć. Pieniędzy nie weźmiesz. Dam ci zatem pamiątkę, effendim; ucieszysz się tem nadzwyczajnie.
— Cóż to takiego?
— Kilka szklanek spirytusu ze wszystkimi rodzajami tasiemców i robaków brzusznych, które ci zrobią wielką przyjemność. Ja jednak ofiaruję ci je z całego serca.
— Dziękuję ci! Szklanki zawadzałyby mi tylko w podróży.
— Żałuję bardzo, ale mimo to chcę ci dać dowód, jak cię miłuję. Daruję ci najulubieńszą rzecz, jaką posiadam, tj. szkielet. Sam kości skrobałem, gotowałem i bieliłem.
— I za to muszę podziękować niestety.
— Czy chcesz mnie obrazić?
— Wierz mi, że nie. Widzisz przecież, że nie mogę zabrać ze sobą szkieletu na konia.
— To prawda. Pozwól zatem, że uścisnę ci rękę serdecznie.
Hekim odznaczał się, jak wszyscy tłuści ludzie, dobrodusznością. Był żądny nauki i skłonny do wdzięczności i zmienił się w ciągu południa. Czuł się bardzo szczęśliwym, otrzymawszy zaproszenie do mnie na kolacyę i pożegnał się po niej z taką serdecznością, jak gdybyśmy byli oddawna przyjaciółmi.
Jego tragarze musieli czekać tak długo i zabrali potem swoje ciężary. Zamiast modelu leżał na noszach kosz z instrumentami i sztywny kaftan, którego miał użyć jako szyldu.
Reszta wieczoru upłynęła nam na rozmowie o tem, co nazajutrz poczniemy. Postanowiłem wyjechać mimo bolu nogi, nie wolno nam bowiem było pozwolić tym czterem, których ścigaliśmy, tak się od nas oddalić, żebyśmy ich ślad stracili.
Na kartce, pisanej przez Hamd el Amazata, a znajdującej się w mym ręku, czytałem wyraźnie:
„In pripeh beste la karanorman chan ali sa panajir menelikde — bardzo prędko wiadomość do Karanorman-chan, ale po jarmarku w Menelik“.
Menelik zostawiliśmy dawno za sobą i ścigaliśmy aż do dzisiaj brata Hamda e! Amazata, nie mając wyobrażenia, gdzie właściwie leży to Karanorman. Napewno zdążał do tej miejscowości i tam mieli się obaj spotkać prawdopodobnie. Nie wątpiliśmy o ich niebezpiecznych zamiarach, które udaremnić uważaliśmy za swój obowiązek. W tym celu podjęliśmy się tej podróży. Gdybyśmy dopuścili do tego, żeby nas zbytnio wyprzedzili, moglibyśmy łatwo nie doprowadzić naszych usiłowań do pożądanego kresu. Dlatego musieliśmy bezwarunkowo nazajutrz ruszyć w dalszą drogę.
Halef uważał mnie za pacyenta i żądał, żebym się szanował, natomiast Osko i Omar godzili się całkiem na moje zdanie. Ten drugi przypomniał przytem swój obowiązek wywarcia zemsty, podjęty jeszcze na pustyni.
— Ed dem b’ ed dem — krew za krew! Poprzysiągłem pomścić śmierć mego ojca i muszę słowa dotrzymać. Jeśli jutro razem nie pojedziecie, to ja sam wyruszę. Nie zaznam spokoju, dopóki nóż mój nie utkwi w sercu mordercy.
Brzmiało to dziko i nie po ludzku. Jako chrześcijanin byłem bez zastrzeżeń zwolennikiem nauki: „Miłujcie swoich nieprzyjaciół“. Ilekroć jednak odżyła mi w pamięci owa straszna chwila, w której ojciec Omara, nasz przewodnik, zniknął pod okropną powłoką solną szotu, opanowywało mię uczucie, że przecież ten zbrodniczy czyn musi się spotkać z zasłużoną karą. Czy z karą w rozumieniu Omara, to zależało od danej chwili. W każdym razie byłem daleki od tego, by puszczać płazem jakiekolwiek brudne, barbarzyńskie morderstwo.
Byłbym spał pewnie do późna rano, gdyby mnie nie zbudzono. Na dworze stał koszykarz i prosił o chwilę rozmowy ze mną. Przyjąłem go niemal gniewnie z powodu przeszkodzenia mi we śnie, ale ujrzawszy jego szwagra, gospodarza z przydrożnej wioski, wchodzącego za nim, domyśliłem się, że był powód do przerwania mi snu i okazałem oblicze przyjazne.
— Panie — rzekł gospodarz wioskowy — nie przypuszczałem, że cię tak rychło zobaczę. Przebacz, że ci przerywamy spoczynek, ale muszę ci donieść coś bardzo ważnego; idzie o wasze życie.
— Znowu? Jest nadzieja, że nie będzie tak źle, jak się tobie zdaje.
— Byłoby tak źle, gdybym ciebie nie ostrzegł. Obaj Aladży byli tu u mego brata.
— Ach! Kiedy?
— O zmierzchu — odpowiedział koszykarz, do którego zwróciłem się z tem pytaniem. — Obudziliśmy się bardzo rychło; radość z powodu twoich podarków nie pozwoliła nam spać zbyt długo. Nawet dzieci już były powstawały. Ja zszedłem do rzeki popatrzeć, co się dzieje z nastawionemi na noc wędkami. Wróciwszy, zastałem na srokatych koniach przed drzwiami dwu obcych, rozmawiających z dziećmi. Ojciec leżał jeszcze na łóżku. Ujrzawszy mnie, spytali, czy nie przejeżdżało tędy wczoraj czterech jeźdźców, z których jeden nosił turban szirfa[14] i kolorowe okulary n a nosie. Między końmi miał się znajdować kary Arab.
— A co ty odpowiedziałeś? — zapytałem z zaciekawieniem.
— Pomyślałem sobie zaraz, że to Aladży, o których mówiliśmy ze sobą i zataiłem przed nimi prawdę.
— Hm! To ci chyba nie wyszło na dobre.
— Domyślasz się?
— Dzieci pewnie już były zdradziły.
— Tak jest w istocie. Aladży zaczęli mnie bić harapami i zagrozili śmiercią, jeśli im prawdy nie wyjawię.
— To bardzo słuszne, że wyznałeś im prawdę.
— Czy wiesz, że to uczyniłem?
— Poznaję to po twoim wzroku niepewnym. Obawiasz się, czy błędu nie popełniłeś i dlatego nie masz spokojnego sumienia.
— Effendi, wzrok twój mówi ci prawdę zaiste. Mogłem wprawdzie wymknąć się ich razom, ale wtedy postąpiliby prawdopodobnie okrutnie z ojcem i dziećmi, ponieważ zaś one już wszystko wypaplały, przeto przyznałem się, że u mnie byłeś.
— Ale chyba nic więcej.
— Chciałem im dać tylko tę wiadomość, ale oni wypytali już dzieci dokładnie i dowiedzieli się, że wysypaliście z butów żywność, że darowaliście pieniądze dziadkowi i że mam was dziś poprowadzić do Taszkoj, gdzie byłem poprzednio z owymi złymi ludźmi.
— Musiałeś to natura lnie potwierdzić.
— Nie było innej rady. Ty mi to wybaczysz.
— Nie mogę się gniewać za to na ciebie; nie powinienem był wspominać o tem przy dzieciach. Czy rabusie mieli strzelby ze sobą?
— Oczywiście, a sami wyglądali tak, jak gdyby ich co złego spotkało. U jednego zauważyłem plaster na górnej wardze, a nos jego miał barwrę śliwki.
— To był Bybar, któremu rozdarłem górną wargę. Ale on nosił wąsy?
— W takim razie obciął je, aby ranę plastrem zalepić. Nie on też mówił, lecz drugi, który znowu tak źle siedział na siodle, jak gdyby miał krzyże złamane.
— Rzuciłem nim o drzewo i czuje to pewnie jeszcze. Co potem zrobili?
— Uderzyli mnie jeszcze kilka razy i udali się ku Radowicz.
— Temu nie wierzę. Przypuszczam, że pojechali do lasu, przez który masz nas poprowadzić. Tam zamierzają na nas napaść. Bezwątpienia znają te okolice.
— Całkiem dobrze odgadłeś, effendi. Ja taksamo myślałem i śledziłem ich skrycie. Istotnie zwrócili się niebawem na prawo ku górom.
— Siedzą tam teraz i na nas czekają. Przedewszystkiem muszą wiedzieć, jak daleko posunąłeś się w swoich zeznaniach. Powiedziałeś więc, że jestem w Radowicz; czy mówiłeś także, że jestem chory na nogę i że będę może musiał zostać w Radowicz?
— Nie, ani słowa.
— Będą nas zatem dzisiaj oczekiwać. Czy nie pytali, kiedy wyruszymy?
— Tak, a ja udałem, że się o tem muszą dopiero dowiedzieć. Potem przysięgli, że mnie zamordują i spalą moją chałupę, jeślibym ich zdradził. Oświadczyli przytem, że są Aladży, o których, zdaniem ich, niezawodnie słyszałem i dodali zapewnienie, że stanowczo wykonają swą groźbę.
— A ty mimoto nie dochowujesz tajemnicy.
— To mój obowiązek i moja wdzięczność, effendi. Może zdołasz tak zarządzić, żeby im się zdawało, iż milczałem.
— To się da łatwo uskutecznić. Jestem ci oczywiście wdzięczny za ostrzeżenie, bez którego mogłoby rzeczywiście źle być z nami.
— Tak panie, byłbyś zgubiony — wtrącił brat. — Słyszałem to na własne uszy.
— Więc powrócili znowu do ciebie?
— Naturalnie, ale nie ucieszyło mnie to wcale, bo dokuczyły mi ich pierwsze odwiedziny.
— To zaszło wczoraj popołudniu? Czy widziałeś ich kiedy już przedtem?
— Znałem ich z opowiadania tylko. Przybyli do mnie jeszcze rano, zażądali raki i usiedli przed domem, zaprowadziwszy konie poza dom.
— Czy domyślałeś się, co oni za jedni?
— Tak. Mieli konie srokate, a ich olbrzymie postacie zgadzały się z opisanemi. Byłem zły na nich, bo uważałem ich za złodziei mojego konia i siodła pakunkowego.
— Więc wiedziałeś już, że zginęło jedno i drugie?
— Rozumie się! Spostrzegłem to zaraz, skoro tylko wstałem rano.
— A nie przypuszczałeś, żeby koń uciekł?
— O, tego nigdy nie robił; zresztą siodło byłoby zostało.
— Bardzo słusznie; siodło nie ucieka razem z koniem.
— Poskarżyłem się przed nimi na kradzież. Zauważyli widocznie, że przeciw nim zwraca się moje podejrzenie, gdyż zaczęli obchodzić się ze mną złośliwie i zmusili w końcu do zostania w izbie.
— A ty na to pozwoliłeś?
— Cóż miałem począć?
— Zawołać sąsiadów na pomoc.
— Nie mogłem przecież wyjść, a gdybym był nawet mógł, nie byłbym uczynił tego. Do kogo przyjdą Aladży, ten robi najlepiej, słuchając ich po prostu, ponieważ nawet w razie chwilowego zwycięstwa nad nimi, uległby potem ich zemście. Siedziałem więc w izbie. Nie wolno mi nawet było dzieci sprowadzić, co potem ty uczyniłeś, effendi.
— Czy pod ten czas nikt nie zajechał do ciebie? Sądzę, że przybycie gościa byłoby ich wygnało.
— A czy dali się wygnać twojem przybyciem?
— Prawda, że nie.
— Nikt nie przechodził koło mego domu, był tylko jeden człowiek, który się u mnie zatrzymał, mianowicie...
— Bokadżi Toma z Ostromdży — wpadłem mu w słowo.
— Wiedział on, że Aladży na niego czekają. Zresztą znajdowali się już poprzedniej nocy w pobliżu i doszło do ich wiadomości, że posiadasz dwa konie. Oni to są właściwymi sprawcami kradzieży.
— Dowiedziałem się teraz o tem od brata.
— Czy Toma tylko na krótko się z nimi zatrzymał?
— O nie! Zlazł z muła, przysiadł się do nich i spędzili razem z godzinę.
— Nie mogłeś słyszeć treści ich rozmowy?
— Z izby nie; ale uważałem ich za złodziei mojego konia i obawiałem się krzywdy z ich strony, ponieważ zabronili mi wydalać się z domu. Dlatego postanowiłem ich podsłuchać. Przypominasz sobie zapewne w mojej izbie drabinę, przytykającą do strychu, gdzie przechowuję słomę? Wylazłem na górę, a stamtąd dostałem się pocichu na poddasze. Nie straciłem ani jednego słowa i dowiedziałem się o wypadkach w Ostromdży. Posłaniec opowiedział to obszernie i oznajmił, że wyruszacie około południa i że we dwie godziny niespełna musicie obok mego domu przejeżdżać. Następnie usłyszałem, że mówili z nim już poprzedniego wieczoru.
— Ach! Teraz pojmuję — odrzekłem — w jaki sposób potrafił Mibarek tak prędko znaleźć Aladżych i przeciwko mnie ich podjudzić.
— Zdaje się, że wynajął ich już przed waszem przybyciem, aby wam coś wypłatać. Przeszkodziłeś mu w tem i dlatego postanowił obecność waszą wyzyskać do zemsty na was.
— A co jeszcze słyszałeś?
— Że Mibarek umknął ze swymi trzema i że wy umrzeć musicie. Wskazał nawet miejsce, na którem miano dokonać napadu na was, a mianowicie nieopodal ostrego zakrętu, który tworzy droga w samym lesie.
— Tam istotnie odbyła się walka między nimi a mną.
— I ty ich zwyciężyłeś, jak mi mój brat opowiedział. Effendi, Allah był przy tobie, inaczej byłbyś im uległ!
— Zapewne! Cóż dalej?
— Posłaniec ostrzegł ich, żeby nie ufali swoim pistoletom i strzelbom, bo was się kula nie ima. Na to roześmiali się oni na całe gardło. Gdy im jednak przedstawił jak najdokładniej to, co widział w Ostromdży, zamyślili się i uwierzyli.
— A co ty o tem sądzisz?
— Effendi, czary są dwojakie, przy jednych wzywa się pomocy Allaha, przy drugich dyabła. Wy znacie magię, ale tę dobrą, przy której Allah pomaga.
Odpowiedziałem mu na to:
— Czy przypuszczasz istotnie, że Wszechmogący pozwoli się słowami, znakami i ceremoniami zmusić przez słabe stworzenia do tego, żeby spełniać ich wolę?
— Hm! Nie, gdyż w takim razie byłby człowiek możniejszy od Allaha. Ale, panie, ogarnia mię przerażenie, bo czarujecie z pomocą dyabła!
— O nie! Nie czarujemy wcale, nie umiemy więcej od innych ludzi.
— Ale przecież odporni jesteście na działanie kul!
— Zaiste bardzobyśmy się cieszyli, gdyby to było prawdą. Niestety jednak kula zrobiłaby w mojej skórze taką samą dziurę, jak w skórze każdego innego człowieka.
— Trudno mi w to uwierzyć. Chwytałeś przecież kule rękoma.
— I to był tylko pozór. Robiłem sobie już z tego wyrzuty, że utwierdziłem owych ludzi w zabobonie. Może się to da naprawić. Gdy wrócisz do Ostromdży, usłyszysz zapewne o nas. Powiedz tam, w jaki sposób wprawiłem ich w błąd. Słyszałem, że nas mają napaść, czy też z zasadzki zastrzelić i wpadłem na myśl rozpowszechnienia mniemania, jakoby nam kule nie szkodziły. Chciałem, żeby do nas nie strzelano. Zaraz się dowiesz, jak tego dokonałem.
Opowiedziałem mu wszystko. Podczas tego twarz jego przedłużała się coraz to więcej i więcej. Następnie przyszedł do siebie z osłupienia, wysłuchał mnie aż do końca i rzekł z uśmiechem:
— Nadzwyczajnie mnie to cieszy, panie, że opowiedziałeś mi tę historyę. Odegram w Ostromdży wielką rolę, śmiejąc się z ludzi i mogąc im wytłómaczyć prawdziwy stan rzeczy. O gdybym im to mógł pokazać!
— Możesz. Mam jeszcze kilka kul. Jeśli mi przyrzekniesz ostrożność i nie zamieniasz ich za inne, to ci je podaruję!
— Daj mi je; wprawisz mnie w zachwyt z radości. Ale czy wiesz, że żywię teraz dla was jeszcze większy szacunek, niż poprzednio?
— Dlaczego?
— Bo to całkiem co innego ochronić się rozumem, niż czarami. I ja teraz sądzę, że magia składa się tylko z takich sztuczek. Osiągnąłeś swój cel, bo Aladży postanowili do was nie strzelać, lecz uderzyć na was toporami i nożami. Posłaniec opisał was tak dokładnie, że pomyłka była wykluczona. Następnie oddalił się, a w kwadrans potem przybyłeś ty.
— Za kogo mnie uważałeś?
— Za szeryfa. Nie mogłem przeczuć, że jesteś tym obcym effendim, na którego planowano morderczy napad.
— Czy podsłuchałeś także i naszą rozmowę?
— Nie, ponieważ mi się twoja osoba nie wydawała dość ważną. Przyszedłeś i byłeś dobry dla mnie i dla dzieci. Wyleczyłeś mi nawet córeczkę z bolu zębów. Nie wiedziałem wprawdzie, co z tobą mieli zrobić, ale byłeś względem nas przyjacielski, więc cię ostrzegłem.
— Z niebezpieczeństwem dla siebie samego!
— Nie było ono tak wielkie. Narażałem się tylko na kilka harapów. Gdy odjechali razem z tobą, zląkłem się przecież o ciebie; rzucali na siebie dziwne spojrzenia. Dlatego skinąłem jeszcze na ciebie, kiedy się odwróciłeś na moście.
— Zrozumiałem, że nakłonić mnie chciałeś do ostrożności. Co potem uczyniłeś?
— Poszedłem do sąsiadów, opowiedziałem im, co zaszło i zażądałem, żeby poszli ze mną do lasu uwolnić ciebie z rąk zbójów i ratować owych czterech obcych, na których mieli napaść.
— Ale oni nie chcieli — uzupełniłem jego opowiadanie. — Bali się zemsty Aladżych i zostali trwożliwie poza swoimi czterema słupami. Łatwo to sobie wyobrażam. Strach jest właśnie najgorszym wrogiem tego, który się boi. Gdzieindziej nie daleko zaszliby tacy Aladży; przymkniętoby ich czemprędzej.
— Masz na myśli swoją ojczyznę?
— Tak.
— Więc tam jest każdy bohaterem?
— Nie, ale tam nieścierpieliby, żeby jeden Skipetar napędzał wciąż ludziom strachu. Nasze prawa nie są surowe, przeciwnie, łagodniejsze, ale się je wykonywa, jak być powinno. Dlatego nikt nie boi się zemsty ludzkiej, bo policya jest dość silną, aby obronić każdego dobrego i uczciwego człowieka. A kto was broni?
— Nikt, panie. Strach to nasza jedyna obrona. Ktoby się, naprzykład, poważył sprzeciwić Aladżym, kiedy przyjdą doń i wydadzą rozkazy, ten ściągnąłby na siebie gniew i żadna władza nie potrafiłaby go obronić. Dlatego nie dziwiłem się, że sąsiedzi odmówili pomocy.
— Jest ich pewnie niewielu.
— Tak, a przytem panuje przekonanie, że każdy z Aladżych bierze na siebie dziesięciu ludzi.
— Hm! Ja w takim razie biorę z łatwością dwudziestu, bo ich zwyciężyłem.
— Tylko z pomocą Allaha, effendi! Ci zbóje są straszliwi. Mimo to postanowiłem ostrzec tych obcych i w tym celu usiadłem przed domem na ławce i wyglądałem ich.
— Czy ich widziałeś?
— Nie. Między dziećmi wybuchła kłótnia; zaczęły płakać, wtedy ja wszedłem, aby spory uciszyć. Przez ten czas niezawodnie obcy przejechali. Potem ujrzałem ku mojej trwodze wracających Aladżych.
— Z końmi?
— Oczywiście, effendi.
— Więc je niebawem znaleźli. Czy byli w dobrym humorze?
— Jak możesz pytać w ten sposób? Musiałem wejść z nimi do izby, gdzie tak zachowywali się, jak gdyby tysiąc szatanów w nich wlazło. I mnie się przy tem dostało, ale przynajmniej to sprawiło mi radość, co z ich rozmowy zrozumiałem. Wynikało z tego, że głupi szeryf ich zwyciężył.
— Nie przeczuwali więc, że szeryf był dowódcą tych obcych, na których urządzili zasadzkę?
— To im na myśl nie przyszło. Dopiero później, gdy się uspokoili i znów zasiedli do raki, wydobył jeden z nich kartkę i odczytał. Słyszałem, że była przytwierdzona do drzewa. Nie mogli jednak z tego nic więcej wywnioskować prócz tego, że przejechało tamtędy trzech jeźdźców, którzy trzymali się ściśle tej kartki.
— Czy uważali ich za tych, na których czekali?
— Nie; brakowało głównej osoby. Przypuszczali, że będziecie jeszcze przejeżdżali. Chociaż posłaniec uwiadomił, że was ostrzeżono, nie chcieli mimo to wyrzec się schwytania was. Znajdowali się w takim stanie wściekłości, że nie panowali nad sobą. Połamano im strzelby, których odłamki mieli przy sobie. Odczułem je wszystkie na własnym grzbiecie. Dzieci się rozpłakały na ten widok i dostały szturchańce i baty. Jeden z nich nie mógł się wyprostować, bo rzuciłeś nim o drzewo. Rozebrał się i musiałem mu przez kilka godzin smarować grzbiet masłem i raki na przemian. Z drugiego ciągle krew ciekła; uderzyłeś go z dołu i przeciąłeś mu górną wargę, jak mówił, kciukiem. Nos mu wystawał i opuchł, że wyglądał gruszkowato jak osie gniazdo. Nacierał go raki. Gdy potem przybyli jacyś dwaj podróżni, obciął mu jeden z nich wąsy, poszedł do poblizkiego lasu po żywicę i zrobił z niej i z masła plaster, który przyłożył do rany.
— Dwaj podróżni przybyli? Coza jedni?
— To były dopiero prawdziwe twarze wisielców. Warto było ich zobaczyć! Spali poprzedniej nocy u pewnego gospodarza w Dabili i...
— Ach, znam ich. To byli bracia. Nie spostrzegłeś tego?
— Tak, usłyszałem niebawem, że są braćmi tak samo jak Aladży. Znali ich i was.
— A czy wiedzieli, że spotkają Aladżych?
— Nie. Obie pary braciszków zdziwiły się z powodu tego przypadku, ale radość ich była większa od zdumienia, gdy się dowiedzieli, że ich ten sam cel sprowadził: chęć zemsty nad wami.
— Wierzę. Pewnie zaczęli potem sobie opowiadać!
— Dużo, bardzo dużo: o Edreneh, o Menlik, skąd umknęliście tak szybko, chociaż miano was tam uczynić nieszkodliwymi. Staliście się dla nich przez to podwójnie niebezpieczni, że z gołębnika podsłuchaliście ich narady i dowiedzieliście się, że ci, których ścigaliście, znajdowali się w ruinach Ostromdży. Jeszcze niebezpieczniejsze było to, że brat gospodarza z Ismilan uważał was za prawowitych posiadaczy kopczy i poradził wam, żebyście się udali do Zbigancy.
— Tak, pewnie, że popełnił przez to największe głupstwo, ale nam przyjdzie z trudem, albo wcale nie uda się z tego skorzystać.
— To prawda. Skoro Aladży usłyszeli, że wiecie o derekulibe koło Zbigancy, ogarnęła ich wściekłość. Utrzymywali, że należy temu przeszkodzić w każdym razie i że powinni rzucić się na was zaraz tu na otwartej drodze.
— Więc aż dotąd mniemali, że nie przejechaliśmy jeszcze.
— Tak. Usiedli w ten sposób, że nikt nie mógł przejść, nie będąc przez nich dostrzeżonym. Tamci dwaj chcieli im dopomagać. Było ich teraz czterech na czterech, Aladży zaś chełpili się, że czują w sobie teraz odwagę zaatakować całe wojsko. Oczywiście, pomyłka trwała tylko dopóty, dopóki nie wrócił z Radowicz posłaniec Toma.
— Ach, to ten im zdjął bielmo!
— Zawołali go do środka. Tam krzyknął on na widok jednego z nich. Powiedzieli mu, że jeszcze tych czterech dotąd nie widzieli, on zaś odpowiedział, że był u was w Radowicz, a nawet dostał od was porcyę batów. Zdumienie było olbrzymie. Ani on ich nie rozumiał, ani oni jego. Wreszcie zapytał, czy nie spotkali szeryfa, jadącego na karym. Mówił, że ty to nim byłeś, bo się przebrałeś.
— Szkoda, że nie byłem przy tem! Opłaciłoby się było widzieć ich miny.
— Tak, effendi, było to zabawne, ale i straszne. Takich przekleństw i bluźnierstw nie słyszałem nigdy w życiu. Co nie było w izbie przybite, to połamano. Wściekali się i pustoszyli wszystko jak dyabły. Coś takiego nie zdarzyło im się dotychczas. Cieszyli się, że głupiemu szeryfowi figla spłatają, ale on wystrychnął ich na dudków. Nie mogli się uspokoić i byli podobni do rozbestwionych byków, przed którymi niema innej ochrony, jak ucieczka.
— Wierzę bardzo. Cóż ro bił posłaniec?
— Był bardzo przerażony. Sam ci powiedział, że zostałeś zamordowany i tem się zdradził. Wiedziałeś zresztą już sam, że on jest w porozumieniu z Aladżymi, dlatego bał się teraz, że powrócicie do Ostromdży, aby go oddać sądowi.
— W takim razie może być spokojnym. Pozostawimy go jego własnemu sumieniu.
— Ono go zbytnio dręczyć nie będzie. Sprawi mu pewnie mniejsze cierpienia, niż cięgi, które otrzymał.
— Czy mówił o tem?
— Tak i był wściekły na małego hadżego. Złościło go szczególnie to, że sam musiał wybrać trzydzieści batów. Powiedział, że warte były co najmniej tyle co sto innych. Odzież przylepia mu do skrwawionych pleców. Zaklinał Aladżych, żeby was zabili, najpierw z zemsty, a następnie w tym celu, żebyście nie zrobili doniesienia na niego.
— Czy mu to obiecali?
Przysięgli nawet i zbierali się zaraz wyruszyć do Radowicz, ale posłaniec powiedział im, że wy przenocujecie, że więc jest czas do rana. Mieli się zatem wyspać, ażeby przyjść do siebie i nabrać sił, potrzebnych do walki nazajutrz. Przytem zwrócił ich uwagę na to, że mogliby się u mego brata czegoś nowego dowiedzieć, gdyż słyszał przypadkiem w Radowicz, że ten zaprowadził czterech obcych do lokandy babi humajuni.
— Te radę oczywiście przyjęto?
— Tak. Było to naturalnie dla mnie przykre, bo postanowili u mnie przenocować i byłem więźniem we własnym domu. Niedowierzali mi i zakazali wychodzić przed drzwi domu. Aladży nie spali ostatniej nocy i pragnęli spocząć, pozostawiając tamtym obowiązek czuwania.
— A posłaniec Toma?
— Pojechał do domu, ale zamierza już jutro przybyć do Radowicz, by się dowiedzieć, czy Srokacze was doścignęli i zamordowali.
— U kogo chce się o to zapytać?
— Tego nie wiem. Wymówili imię, zbliżywszy głowy do siebie, tak cicho, że go nie zdołałem usłyszeć. Gdy posłaniec odszedł, kupili Aladży od tamtych strzelby i amunicyę, bo połamałeś ich własne i zabrałeś im worki z prochem. Mimo niesłychanej złości ku tobie śmiali się z tego, że im zostawiłeś pieniądze.
— Byłem zbyt uczciwy. Gdyby mi powtórnie wpadli w ręce, nie pozwoliłbym już wyśmiać siebie. Ale poco tamci dwaj porozumiewali się z Aladżymi? Przecież nie pojechali dziś razem z nimi.
Oni powrócili do Menlik, oddawszy swoją sprawę Aladżym. Mieli oni niejakiego Baruda el-el-el... jakżeż on się nazywał?
— Barud el Amazat.
— Tak jest, tak brzmiało jego imię. Temu więc mieli oznajmić, że syn jego już nie żyje, następnie, że wy przywłaszczyliście sobie kopczę, a w końcu, że zachodzi obawa, iż u rzeźnika w Zbigancy wypytacie się o derekulibe.
— No, może się nam uda wyprzedzić posłańców.
— Strzeż się, effendi! Oni także jadą do Zbigancy i znają dobrze najkrótszą drogę przez Taszkoj. Jeśli chcesz ich ubiec, musisz obrać tę drogę i objechać ich w lesie. Ale nie wiesz, gdzie oni. Co więcej, oni się na was zaczają i napadną z nienacka.
— Jesteśmy na to przygotowani. Gdy się zna niebezpieczeństwo, zmniejsza się je do połowy. Gdyby mnie noga nie bolała, pojechałbym tą drogą. Znalazłbym ich ślady i wiedziałbym, jakie są widoki osiągnięcia celu. Do tego jednak trzeba często zsiadać, a tego dziś nie potrafię. Z tego samego powodu muszę dziś do walki nie dopuścić. W lesie nie można bić się na koniu, a pieszo wyglądałbym smutno. Obierzemy zatem inną drogę.
— Która jednak jest dłuższa.
— To nie szkodzi.
— Więc pozostaniesz w tyle za nimi, effendi.
— Przypuszczam jednak, że nie. Pojedziemy stąd do Karbincy, a stamtąd prosto przez Warcy do Zbigancy, stosownie do okoliczności.
— Ale to zła droga, panie.
— Właściwie nie. Jadąc stąd do Istib, a potem przez Karanorman do Warcy, będziemy ciągle mieli gościniec; w ten sposób jednak zrobilibyśmy kąt, któryby nam zabrał dużo czasu. Lepiej udać się wprost do Karbincy, chociaż będzie to jazda niedobra, gdyż nie spodziewam się tam drogi utorowanej.
— Jest istotnie tylko miejscami — potwierdził koszykarz. — Jeśli jednak ja cię będę prowadził, to obiecuję ci drogę znośną.
— Czy znasz te strony?
— Bardzo dokładnie. Mam cię prowadzić i wszystko mi jedno, czy pojedziemy na Taszkoj, czy przez Karbincy. Odległość także prawie tasama. Można tak się urządzić, żeby unikać drogi nieutorowanej i jechać przeważnie przez otwarte przestrzenie. Często jednak trzeba będzie jechać na przemian to pod górę, to na dół.
— To można wytrzymać.
— Kiedy jedziesz, effendi? Czy mogę jeszcze raz wrócić przedtem do domu?
— Tak, ale bądź tutaj za pół godziny. Czy nie mógłbyś sobie konia wynająć?
— O, gospodarz da mi go zaraz.
— To pomów z nim; ja zapłacę.
— Możesz użyć także mojego, który stoi na dworze — oświadczył brat.
— Nie, ty go sam potrzebujesz; tobie daleko do domu.
— Masz słuszność. Nie wiem też, czyby kroku dotrzymał, bo już bardzo stary. Te łotry zabrały mi dobrego konia. Już nigdy go nie zobaczę, a nie mam pieniędzy na kupienie sobie innego, chociaż bardzoby mi się zdał.
— Ile był wart?
— Między krewnymi stopięćdziesiąt piastrów.
— Ja go odkupię od ciebie.
— Odkupisz? — spytał zdziwiony. — Effendi, czy to na seryo?
— Czemużby nie?
— Bo nie mam tego konia.
— To nic. Już ja go sobie zabiorę.
— Skąd?
— Od złodziei. Gdy ich doścignę, odbiorę im przy sposobności także twojego konia.
— A jeśli ci się nie uda?
— To moja rzecz. Dość na tem, że go kupuję, jeśli się wogóle godzisz na ten targ.
— Z radością, bo i tak nie dostałbym już nigdy tego konia. Ale nie bierz mi za złe, effendi! Chcesz zapewne zapłacić za konia dopiero wtenczas, kiedy go rzeczywiście będziesz posiadał.
— O nie! Kto wie, jak długo będę musiał jechać za tymi zbójami i kiedy się spotkam z nimi! Jakże mógłbym ci zapłacić dopiero wówczas? Dam ci zaraz dwieście piastrów.
— Ja powiedziałem sto pięćdziesiąt.
— Nie, dwieście!
— W takim razie zrozumiałeś mnie fałszywie.
— To moja wina. Miałem na myśli dwieście piastrów i oświadczyłem ci, że go za tyle kupuję. Czy chcesz tyle?
— Ależ to za wiele.
— A oprócz tego dodam ci pięćdziesiąt piastrów dla dzieci. Masz tu więc dwieście pięćdziesiąt! Wynosiło to ogółem sześćdziesiąt koron za najlepszego konia tego człowieka. Ale w owych stronach ceny za konie zwykłe są całkiem inne od naszych. Na wsi nawet biedak nie obchodzi się bez konia, bo wszędzie istnieją tanie, czasem daremnie używane pastwiska. To, że koszykarz nie miał konia, dowodziło niezbicie jego wielkiego ubóstwa.
Nawet tą tak drobną kwotą wywołałem wielką uciechę. W ten sposób wracała mu się z okładem poniesiona strata. Ja nie ponosiłem przy tem żadnej szkody, gdyż płaciłem pieniędzmi tych, którzy konia ukradli. Żałowałem teraz, że nie schowałem sobie także sakiewek obu Aladżych. Mogłem ich zawartością dużo dobrego wyświadczyć ludziom ubogim, ale uczciwym.
Zjedliśmy śniadanie i gotowaliśmy się do drogi. Noga przysporzyła mi przytem dużo kłopotu. Co miałem na nią wdziać? Zastanawiałem się właśnie nad tem pytaniem, kiedy wszedł lekarz.
— Effendim — rzekł — przychodzę złożyć ci wizytę poranną i zapytać, jak spoczywałeś.
Był tak samo ubrany jak poprzedniego wieczora, a w ręku trzymał jakąś paczkę.
— Dziękuję ci! — odpowiedziałem. — Sen miałem całkiem spokojny i pragnę usłyszeć, że twój był taki sam.
— Allah nie spełnił twego życzenia, bo nie spałem przez całą noc. Miałem głowę tak pełną gipsu, że bezwarunkowo zasnąć nie mogłem. Gdy zasnąłem na chwilę, śniło mi się, że morze świata jest z samego gipsu i wody, niebo zaś z materyi na bandaże, że moczą ją w morzu gipsowem i owijają mnie tem bezustannie. Ten okropny opatrunek otoczył mnie w końcu tak zupełnie, że mi brakło tchu. Krzyknąłem głośno ze strachu i zbudziłem się ze snu. Tak się przytem broniłem przed tym opatrunkiem, że z tapczanu stoczyłem się aż na środek izby.
— Masz więc wyobrażenie, co się wczoraj działo z twoim „modelem“.
— Nie podobało mu się to zapewne, ale mimoto leży u mnie w izbie już od godziny. Złamał udo i dwa palce u prawej ręki. Jest bardzo ładnie opatrzony, pali fajkę i popija limoniadę z brzoskwiń.
— Czy przyszedł dobrowolnie?
— Nie, ja sam go musiałem sprowadzić.
— A co z twoim kaftanem gipsowym?
— Wisi już obok drzwi wchodowych na sztabie żelaznej, a tłumy ludzi stoją przed domem. Postawiłem tam chłopca, który ludziom tłómaczy ważne znaczenie kaftana. Każdemu wolno potem bez opłaty wejść i obejrzeć opatrunki na nodze i na palcach modelu. W niewielu dniach stanę się sławnym, a tobie mam to do zawdzięczenia. Jak tam z twoją nogą?
— Bardzo dobrze!
— W takim razie zalecam ci jako twój lekarz przyboczny największy spokój. Na dziedzińcu siodłają konie. Ale ty chyba nie odjeżdżasz?
— Właśnie, że chcę.
— Hm! To jest niebezpieczne.
— Wiem, że mogę się na to odważyć.
— Tak, już wczoraj wieczorem wspominałeś, że zamierzasz dziś wyjechać, ale co wdziejesz na nogę podczas podróży.
— Właśnie nad tem się zastanawiałem.
— A ja w nocy o tem myślałem i przyszła mi do głowy dobra myśl. Mam na wsi bogatego pacyenta, cierpiącego na gościec. Nogi mu popuchły, rwie i szczypie go we wszystkich palcach u nogi. Kazałem zrobić dla niego w mieście miękkie buty, które miałem mu posłać. Zamówię dla niego inną parę. Nie przyjąłeś ani tasiemców, ani szkieletu, więc spodziewam się, że nie każesz mi się zarumienić ze wstydu i pozwolisz, że te buty ofiaruję ci w dowód uszanowania i wdzięczności.
Odwinął paczkę i wyjął z niej buty. Zrobione były z grubego sukna, wysoko podszyte, obłożone dokoła skórą,
— Uraduj mnie, effendi i spróbuj lewy — prosił.
Uczyniłem zadość jego życzeniu. But przystawał dobrze, oświadczyłem więc, że dar przyjmuję. Ucieszył się niezmiernie i podziękował mi za to. Gdy mu chciałem wyjaśnić, że to ja winien mu jestem wdzięczność, nie zaś on mnie, podbiegł ku drzwiom i rzucił mi, zanim zdołał je zamknąć, życzenie szczęśliwej podróży. Gdy powrócił koszykarz, zapytałem gospodarza, ile wynosi nasz rachunek, mieliśmy bowiem zaraz wyruszyć.
— Nic, effendi — odrzekł krótko.
— Przecież musimy zapłacić!
— Już zapłacone.
— Kto zapłacił?
— Hekim. Ty nauczyłeś go czegoś, co mu wiele przysporzy pieniędzy. Kazał ci się jeszcze kłaniać najuniżeniej i życzyć ci szczęśliwego przybycia do ojczyzny.
— Zihdi — szepnął Halef — nie sprzeciwiaj się, lecz się zgódź. Ten hekim to człowiek mądrzejszy i porządniejszy, niż sobie wyobrażałem z początku. Umie on ocenić rozkosze gościnności, w nagrodę za to zapiszą mu w księdze żywota śmierć łagodną i cichą.
Z trudem dostałem się na podwórze, gdzie wsadzono mnie na konia. W siodle czułem się dość wygodnie. Wyjechaliśmy kłusem z dziedzińca, znowu nic nie zapłaciwszy.
W jednej z wązkich uliczek, przez które przejeżdżaliśmy, ujrzałem wielką gromadę ludzi. Na domie, przed którym stała, wisiał biały przedmiot. Zbliżywszy się, poznałem kaftan, a nad jego kołnierzem fez z kutasem ze wstążeczek od cygar. Hekim nie żartował widocznie. Rzeczywiście wisiał tam kaftan, dziwny przykład tureckiej reklamy.
Rzecz ta nie wydała mi się bynajmniej śmieszną, a ludzie, cisnący się do domu, mieli także poważne oblicza. Zatrzymałem się i posłałem do środka koszykarza, aby się dowiedział, czy pan jest w domu. Wrócił z odpowiedzią przeczącą; pani doktorowej nie mogliśmy złożyć wizyty pożegnalnej.
Minąwszy wązkie uliczki z niepokaźnymi bazarami, zwróciliśmy się na drogę, wiodącą do Skopii. Odległość do tej miejscowości jest prawie tasama, co z Ostromdży do Radowicz. My jednak przebyliśmy tylko część tej drogi. Dopóki znajdowaliśmy się na gościńcu, jechało się cwałem. Potem skręcił posłaniec na prawo pomiędzy dwa lasem porosłe wzgórza, które przedzielała dolina, przecięta przepływającym przez nią strumieniem.
Dolina ta wznosiła się szybko i dość stromo do góry i niebawem ujrzeliśmy przed sobą gładki, bezdrzewny, grzebień górski, ciągnący się wprost na północ. Podążyliśmy wzdłuż niego.
Co powiedzieć o tej okolicy? Utwierdzają się w pamięci tylko te miejsca, w których się coś przeżyło, a tutaj się to nie stało. Koszykarz wiódł nas przez niezalesione tereny, nie przedstawiające jako krajobrazy nic zajmującego.
W Karbincy, wiosce, położonej nieopodal lewego brzegu Bregalnicy, zatrzymaliśmy się i pożegnali z koszykarzem. Daliśmy mu jeszcze osobne wynagrodzenie, którem się nadzwyczajnie ucieszył. Następnie przeprawiliśmy się przez rzekę w kierunku wsi Warcy, leżącej na prawym brzegu. Przez tę wieś przechodzi znana i już w dawnych czasach używana droga dla jeźdźców, łącząca dalej na południe od Istib wysunięte miejscowości z Karatową, Kostendil, Dubnicą, Radomir, w końcu Sofią. Przeszliśmy przez małą Sletowską i znaleźliśmy się w Zbigancy, czyli u celu dzisiejszej podróży.
Opuściliśmy Radowicz mniej więcej o dziesiątej godzinie rano wedle naszego czasu, a o trzeciej popołudniu przybyliśmy na miejsce. Zwykłym krokiem nie bylibyśmy się dostali do wsi przed wieczorem.


ROZDZIAŁ IV.
W leśnej chacie.

Wieś Zbigancy nie jest miejscowością niepokaźną; ponieważ znajduje się tam bazar, nazwałbym ją raczej miasteczkiem targowem. Kraj między Bregalnicą a Sletowską jest dobrze nawodniony i bardzo urodzajny. W przeciwieństwie do miejscowości, któreśmy już przebyli, dowodziła tu taj budowa domów, że mieszkańcy cieszyli się pewną zamożnością.
Oczywiście, kazaliśmy zaprowadzić siebie zaraz do chanu. Składał się on z rozmaitych budynków, otaczających wielki dziedziniec i czynił wrażenie małego dworka szlacheckiego. Po gospodarstwie poznać było odrazu, że właściciel jest niezawodnie Bułgarem, co też się sprawdziło.
Przyjął nas bardzo uprzejmie i obdarzył mnie najdostojniejszymi tytułami, prawdopodobnie dlatego, że jako znawca podziwiał mojego Riha i zaprosił nas do izby.
Miał on nawet dwie izby, jedną dla ruchu zwyczajnego, a drugą dla tych gości, których chciał odszczególnić.
Dwaj parobcy musieli zsadzić mnie z konia i zanieść do izby dostojniejszej, gdzie z niemałem zdziwieniem spostrzegłem przedmiot drewniany z oparciem, na którem leżała poduszka. Mebel ten można było niemal nazwać kanapą.
Zauważywszy, że zdumiałem się na widok tego mebla, na którym mnie też posadzono, rzekł gospodarz z uśmiechem zadowolenia:
— Dziwi cię, panie, ta sofa? Zrobiono ją w Sofii i przysłano tutaj na wozie. Zapewne jesteś przyzwyczajony do rahat otturmak[15], bo widzę, że jesteś muzułmanin i hadżi; ja jednak jestem chrześcijanin, stąd wolno mi siedzieć z wyprostowanemi nogami. Ponieważ masz nogi spuchnięte, będzie to wygodne dla ciebie.
— Od dziecka przywykłem do tego rodzaju siedzenia — brzmiała moja odpowiedź. — Nie jestem muzułmanin.
— I nosisz hamail pielgrzyma z Mekki!
— Czy to zabronione?
— Nawet bardzo surowo.
— Przez kogo?
— Przez prawa kalifów.
— Nie obchodzą mnie one wcale, jako chrześcijanina. Ja także nie sprzeciwiam się temu, żeby Mahometanin nosił naszą biblię ze sobą.
— Jeśli jesteś chrześcijanin i przywykłeś od młodości do sofy, to z pewnością zdaleka pochodzisz.
— Jestem z Alemanii.
— O, znam ją dobrze!
— Rzeczywiście? To mnie cieszy.
— Tak, leży koło Bawerii[16], kędy Wołga przepływa i koło Iswiczery[17], gdzie Tuna[18] uchodzi do Ak denic adalary[19].
— Z radością się dowiaduję, że znasz granice mojego kraju. Tu mało ludzi, tak zasobnych w wiedzę.
— Bo nie chcą się uczyć i niczego zapamiętać nie mogą — odpowiedział, odczuwając pochlebstwo. — Ja natomiast mam otwarte oczy i uszy i nie dopuszczam, żeby mi coś z pamięci zniknęło. O, ja wiem jeszcze więcej, o wiele więcej o twojej ojczyźnie.
— Już to zauważyłem.
— Stolicą waszego kraju jest Minik, gdzie warzą najlepsze arpa suju[20], którego możesz tu wypić, ile tylko zechcesz, a w...
— Masz arpa suju? — przerwałem mu. — Ty sam je wyrabiasz?
Myślałem nad tem, czy też i tu nie zajechał poczciwy Bawar, aby za przepis na piwo dostać jeść i pić.
— Tak — odrzekł — sam je robię i używają go tu chętnie, a osobliwie w lecie.
— A jakie składniki dajesz do tego?
— Panie, tego zdradzić nie mogę.
— Czemu nie?
— To wielka tajemnica.
— O, w Bawerii zna ją każde dziecko. Ja posiadam nawet kilka tajemnic wyrobu piwa i wiem, jak się sporządza ciemne, jasne, ciężkie, lekkie i całkiem jasne zwane ak arpa suju.
— W takim razie jesteś jeszcze zręczniejszym piwowarem od tego, który był u mnie i od którego ja się nauczyłem.
— Skąd przybywał ten człowiek?
— Ze Stambułu.
Aha! Więc to on był napewno.
— A dokąd jechał?
— Do ojczyzny.
— Ale stąd którą drogą?
— Ku Tunie.
Ku Dunajowi, a zatem na północ, a ja na zachód. Wobec tego nie mogłem doścignąć gorliwego wysłańca Gambrinusa.
— Słyszałem już o nim — zauważyłem — i piłem nawet piwo jego wyrobu.
— Jakie było?
— Bardzo... ciepłe!
— W tym wypadku należy do tego nalać bardzo zimnej wody studziennej. Czy każesz sobie podać dzbanek?
— I owszem.
— Czy wielki?
— Daj najpierw mały na próbę.
Oddalił się na chwilę, a tymczasem nadeszli moi towarzysze. Wyprowadzili konie poza łąkę i powierzyli je opiece dozorcy. Gdy im oświadczyłem, że napiją się piwa, okazali wielką uciechę z tego powodu. Wydało mi się jednak, że czynią to więcej dla mnie niż z wewnętrznego popędu. Musieli oczywiście udawać, że cieszą się możnością skosztowania tego napoju.
Gospodarz przyniósł dzbanek pojemności może półtora litra. Otworzyłem odważnie usta i przyłożyłem do dzbanka. Zaiste uderzyło mnie w nos coś w rodzaju kwasu węglowego.
— Gdzie przechowujesz to arpa suju? — spytałem.
— W wielkich dzbanach z zamkniętym otworem.
— Dlaczego je zamykasz?
— Bo w arpa suju powstaje w ten sposób burzenie, dzięki czemu ono lepiej smakuje. Tworzą się bańki i unoszą się w górę.
— Kto ci to pokazał?
— Bawerialy, który nauczył mnie gotować arpa suju. Skosztuj go tylko!
Nie kosztowałem, lecz napiłem się, bo piwo było wcale niezłe. Towarzysze poszli za moim przykładem. To też kazałem przynieść dzban znacznie większy, czem widocznie w lot zdobyłem sobie serce Bułgara.
Przyniósł dzban, który mógł nam do wieczora wystarczyć i zapytał, czy życzymy sobie także przekąski.
— Później — odrzekłem. — Mamy się przedtem jeszcze rozmówić z jednym z tutejszych mieszkańców. Czy znasz tu wszystkich?
— Wszystkich, jak są.
— I rzeźnika Czuraka?
— I jego. Był dawniej rzeźnikiem, a teraz handluje bydłem i podróżuje po okolicy.
Byłbym najchętniej odwiedził Czuraka w jego domu. W ten sposób najlepiej poznaje się i ocenia ludzi, ale chodzić niestety nie mogłem. Jechać zaś tam konno i dawać się wnosić do izby, byłoby zarówno niewygodnem, jak śmiesznem.
— W jakich ten człowiek znajduje się stosunkach? — zapytałem.
— W bardzo dobrych. Był dawniej biedny, ale handel przynosi mu widocznie wiele pieniędzy, bo on należy te raz do najbogatszych ludzi w tych stronach.
— Zażywa więc teraz dobrej sławy?
— Niewątpliwie! To bardzo zacny, pobożny, dobroczynny i poważany człowiek. Jeśli masz z nim jaki interes załatwić, to poznasz w nim rzetelnego człowieka.
— To mnie napełnia otuchą, bo mam do niego istotnie coś w rodzaju interesu.
— Czy znaczny?
— Tak.
— To pewnie tylko na razie do mnie zajechałeś, a zamieszkasz u niego.
— Nie, zostanę u ciebie. Cieszyłem się na Zbigancy, gdyż okolicę tutejszą przedstawiono mi jako bardzo uroczą...
— To prawda, panie. Już samo położenie między dwiema rzekami jest nadzwyczaj korzystne. Następnie te wspaniałe góry, ciągnące się ku Sletowu i dalej. Wszystko zaprasza do przechadzek.
— Mówiono mi to. Szczególnie piękną ma być droga do derekuliby.
Umyślnie zwróciłem rozmowę na leśną chatę. Chciałem z ust człowieka bezstronnego dowiedzieć się, co to za miejscowość.
— Do derekuliby? — zapytał. — Nie znam jej.
— Więc miejsce to nie jest znane ogólnie?
— Nie słyszałem jeszcze o niem.
— Ale w tych okolicach podobno gdzieś znajduje się budynek tej nazwy.
— Wątpię. Tutaj się urodziłem i mieszkałem zawsze w Zbigancy. Musiałbym wiedzieć o tej chacie.
— Hm! Wobec tego nazwał ją tak tylko ten, który ze mną mówił.
— Prawdopodobnie.
— Ale nawet w takim razie istnieć gdzieś musi. Nazwa wskazuje, że stoi ta chata w jakimś parowie. Czy znasz coś takiego?
— Czy ma być zamieszkałą?
— Tego nie wiem.
— Jeśli niema mieszkańców, to znam ją. W lesie jest istotnie chata, położona w najciemniejszym kącie parowu. Zbudował ją z drzewa mój ojciec, bo las do niego należał. Przed kilku laty kupił ją rzeźnik od niego.
Ten fakt dowodził, że idzie o tę właśnie chatę. To też pytałem dalej:
— Na co ją twój ojciec zbudował?
— Aby tam przechowywać narzędzia, jak siekiery, szufle, łopaty i inne.
— A na co jej rzeźnikowi?
— Tego ja nie wiem. Nie przypuszczam, żeby miał jej używać, chociaż wmurował siedzenia, których tam przedtem nie było.
— Czy jest zamknięta?
— Tak. Składa się z dwu części. Całkiem z tyłu biegnie wązka rozpadlina przez skały i w nią wmurowano tę chatę. Dlaczego tak zależy ci na niej?
— Bo powiedziano mi, że obok niej prowadzi droga bardzo romantyczna.
— W takim razie wprowadzono cię w błąd. Idzie się najpierw przez otwarte pola, a następnie przez ciemny las. Ściany doliny zbliżają się do siebie coraz to bardziej, a tam gdzie się łączą, las jest najdzikszy. Tam też stoi ta chata obok źródła, wytryskającego ze skały. Pięknych widoków się nie spodziewaj.
Na to rzekł Halef:
— Zihdi, szukamy miejscowości, której nie możemy znaleźć, a dziś rano wymówiłeś podobną nazwę. Czy nie mówiłeś o miejscowości, która się nazywa tak jak ta z kartki Hamda el Amazat? Powiedziałeś, że droga może nam dzisiaj wypaść przez tę miejscowość.
— Czy masz Karaorman na myśli?
— Tak.
— Brakuje jednej litery. My szukamy Karanorman.
— Może to tylko omyłka piszącego.
— Stanowczo rozstrzygnąć to się nie da. Czy znasz Karanorman? — zapytałem teraz gospodarza.
— Tak — odpowiedział. — Bywałem często w tej wsi, gdyż prowadzi przez nią droga do Istib.
— Czy jest tam duży chan?
— Nie; miejscowość ta nie posiada wcale chanu. Leży tak blizko Istib, że ludzie zajeżdżają chętniej do miasta niż do wsi.
— Idzie o miejscowość lub o dom, zwany Karanorman chan.
— Pierwszy raz o tem słyszę. Tu w okolicy nie może być nic takiego.
— Tego spodziewałem się także.
— Kto w takim razie jest naczelnikiem Zbigancy?
— Ja, a był nim także mój ojciec.
— Więc ty wykonywasz władzę sądową?
— Tak, effendi, ale ten urząd nie wiele sprawia mi kłopotu. Tu mieszkają sami poczciwi ludzie. Ilekroć zdarzy się coś przeciwnego prawom, to zawsze z powodu obcych. Władza kiaji nie jest niestety wielką. Trafia się, że opryszki się śmieją z człowieka, bo wiedzą, że prędzej znajdą poparcie niż ja.
— To źle. W takich wypadkach musisz być surowym, aby zachować powagę.
— I to też czynię, ale przytem mniej się zdaję na swoich przełożonych, niż na siebie samego. Ci zbóje, nie uznający zresztą niczego, czują więcej uszanowania dla silnych pięści, a takie ja posiadam. Zdarza się, że oćwiczę obie strony, ale to nie zawsze bezpieczne. Przed kilku tygodniami byłbym to życiem przypłacił.
— Jakto?
— Czy słyszałeś już może o Aladżych?
— Słyszałem.
— To najzuchwalsi i najniebezpieczniejsi zbóje ze wszystkich, prawdziwi Skipetarzy, odważni aż do szaleństwa, chytrzy jak dzikie koty, okrutni i brutalni. Pomyśl sobie! Jeden z nich, imieniem Bybar, którego brat zwie się Sandar, wstępuje tu jednego wieczora, przechadza się po izbie pomimo obecności innych ludzi i żąda odemnie prochu i ołowiu.
— Od kiaji? To niezłe!
— Rzeczywiście. Gdybym był mu dał choć trochę materyału strzelniczego, przepadłaby moja reputacya. Odmówiłem więc. Na to rzucił się on na mnie i przyszło do ciężkiej walki.
— Zwyciężyłeś zapewne, bo pomogli ci drudzy ludzie.
— O, nikt palcem nie ruszył, bo obawiali się zemsty Aladżych. Ja także słaby nie jestem, ale nie mogłem dorównać temu chłopu jak dąb. Zmógł mnie i tak we mnie walił, że dobrzeby mnie był urządził, gdyby mi dwaj moi parobcy nie skoczyli na pomoc. Chwyciliśmy go za kołnierz wspólnemi siłami i wyrzuciliśmy go za drzwi.
— To także dobre! Zarządca policyi wyrzuca rozbójnika za drzwi zamiast go uwięzić.
— Śmiej się! Szczęśliwym się czułem, że się go pozbyłem. Co miałem z nim począć?
— Zamknąć i zaprowadzić do Uskub, stolicy wilajetu.
— Tak, to byłoby mym obowiązkiem, ale jak to zrobić? Gdzie go zamknąć?
— W miejscowem więzieniu.
— Niema żadnego.
— Masz chyba w domu jakieś pewne miejsce.
— Mam i rozmaici już tam siedzieli, ale z Aladżym była inna sprawa. Trzebaby z dziesięciu ludzi, aby go zawlec do piwnicy. Użyłby broni z pewnością, mogłoby kilku z nas życie przy tem utracić. A gdyby mi się nawet było udało rozbroić go i zamknąć, jak byłbym go sprowadził do Uskub?
— Związać i na wóz wsadzić.
— I dać się w drodze zamordować przez jego towarzyszy!
— W takim razie posłałbym był do Uskub po wojsko.
— To uszłoby jeszcze, ale w takim razie nie żyłbym już dzisiaj. Odjeżdżając, miotał Aladży najstraszniejsze groźby. Nazajutrz wyszedłem na pole. Z poblizkich zarośli padł strzał, ale niedobrze wymierzony, bo kula przeszła pomiędzy ciałem a ręką. O dwa cale dalej na prawo, a utkwiłaby mi w sercu.
— Jak potem się zachowałeś?
— Skoczyłem poza drzewo w pobliżu stojące i dobyłem pistoletu. Wtedy wyjechał Bybar z zarośli, na srokaczu, zaśmiał się do mnie szyderczo i zawołał, że dziś pokazał mi tylko, co mnie czeka. Obiecywał, że drugim razem lepiej wymierzy. Po tych groźbach znikł.
— Czy spotkałeś go jeszcze kiedy?
— Nie. Ale nie wychodzę z domu bez strzelby, bo za najbliższem spotkaniem zginie jeden z nas: ja albo on.
— Więc strzeż się. To spotkanie może dzisiaj jeszcze nastąpić.
— Jak? Dziś jeszcze?
— Wiem, że Aladży przybędą do Zbigancy dziś, albo jutro najpóźniej.
— Święta Matko Boża! Trzeba się więc przygotować! Skąd wiesz o tem?
Opowiedziałem mu o mojem spotkaniu i o walce z Aladżymi.
— I żyjesz jeszcze — zapytał skamieniały ze zdumienia. — To cud, to wielki cud!
— No, mnie się nie poszczęściło wyjść bez szkody, jak tobie. Zwichnąłem sobie nogę podczas walki i dlatego widzisz mnie w tych butach przed sobą.
— Zwichnąłeś nogę? I umknąłeś im mimoto?
— W istocie. Dowiedzieli się potem, że udaję się do Zbigancy i jadą, żeby się zemścić.
— O biada! Pakujesz nam więc na kark tych zbójów.
— Czy chcesz mnie za to pociągnąć do odpowiedzialności?
— O nie! Co więcej muszę cię bronić, ale jak się mam zabrać do tego? Pomyśl, że sam narażam się na śmierć.
— Nie potrzebuję twojej obrony, jednak wyrządzę ci przykrość, bo będziesz musiał uwięzić jednego z tutejszych mieszkańców.
— Kogo?
— Rzeźnika Czuraka.
— Panie, to niemożliwe!
— A jednak kto wie. Najpierw przypatrz się tym paszportom. Poznasz z nich, że mam prawo żądać twojej pomocy, skoro mi się wyda potrzebną.
Przeglądnąwszy legitymacye, oddał je z głębokim ukłonem i rzekł:
— Effendim, słusznie przypuszczałem. Jesteś niewątpliwie mężem dostojnym, skoro stoisz pod opieką padyszacha, ale dla mnie to niedobre, bo muszę ci być we wszystkiem posłuszny, a z góry nie spodziewam się pomocy. Gdy jej tobie odmówię, zaskarżysz mnie i źle będzie ze mną, a jeśli ci jej użyczę i spowoduję tem kłopoty mym przełożonym, to także czekają mnie nieprzyjemności. Mogę więc zrobić lub nie zrobić czegoś z całą swobodą, ale szkodę zawsze poniosę.
— Nie troskaj się! Będę się starał tak działać, żebyś na żadną szkodę się nie naraził. Czy słyszałeś co o Szucie?
— Rozumie się. To dowódca rozgałęzionej w całej okolicy bandy zbrodniarzy. Nikt go nie zna, nikt nie wie, gdzie on przebywa, ale on i jego ludzie są wszędzie.
— Ja go szukam.
— Ty? To jesteś chyba wyższym członkiem policyi i jeździsz tu jako tajny urzędnik.
— Nie, nie jestem urzędnikiem. Mam z Szutem pomówić we własnej sprawie.
— Nie odnajdziesz go nigdy.
— Ja już jestem na tropie. Tu w Zbigancy mieszka jeden z jego zaufanych.
— To nie może być, panie!
— Jest całkiem pewne.
— Mamy tu samych uczciwych ludzi.
— Mylisz się prawdopodobnie.
— Kogo podejrzewasz?
— Znowu tego Czuraka.
— Panie, uwierzę we wszystko, tylko nie w to!
— Rzeźnik jest widocznie zręcznym obłudnikiem.
— Nie, to człowiek poczciwy, a nawet mój przyjaciel.
— W takim razie nie byłeś dość ostrożny w wyborze przyjaciół.
— Daj dowody, effendi!
— Dobrze. Przedtem jednak muszę od ciebie zażądać zupełnego milczenia. Czurak nie śmie naw et przeczuwać, że o nim z tobą mówiłem.
— Zachowam milczenie.
— Więc powiem ci coś na razie. Czy słyszałeś kiedy o Mibareku z Ostromdży?
— Tak. Uchodzi za wielkiego świętego i ma nawet działać cuda.
— A ty w to wierzysz?
— Nie, bo nie jestem muzułmanin.
— To bardzo niebezpieczny złoczyńca. Zdaje się, że jest poddowódcą Szuta.
— Panie, przerażasz mnie temi wiadomościami.
— Ja zdemaskowałem tego Mibareka i kaza w Ostromdży uwięziła go na podstawie moich dowodów. Uciekł jednak z trzema innymi zbrodniarzami i obydwoma Aladżymi, którzy są jego wspólnikami. Znajdują się właśnie w drodze.
— Niechaj nas zatem Bóg broni!
— Szukają rzeźnika Czuraka.
— Więc trwasz przy tem, że to zbrodniarz?
— Tak. Ale nie żądam teraz od ciebie niczego, spodziewam się tylko, że mi nie będziesz stawiał żadnych przeszkód.
— Ani mi się śni. Rozkazuj!
— Nie może być, żeby wymienione osoby były już tutaj. Chciałbym to wiedzieć napewno.
— Niema ich jeszcze. W przeciwnym razie musiałbym je był zobaczyć. Rzeźnik mieszka naprzeciwko, w tym domu, który widzisz przez okno. Nie było go także w domu, bo zaledwie przed godziną powrócił.
— Czy mógłbyś go poprosić, żeby się do mnie potrudził, bo chcę z nim pogadać?
— Jak każesz. Czy mam być obecnym przy rozmowie?
— Nie. Żądam tylko, żebyś się ani słówkiem nie zdradził; bądź z nim taki grzeczny jak zawsze.
Wyszedł, aby wyprawić posłańca, którego zobaczyłem potem, znikającego w domu rzeźnika. Byłem bardzo ciekaw pojawienia się jego. Przygotowałem się na to, że stanie przedemną człowiek służalczy, uprzejmy aż do przesady, opływający w pochlebstwa. Przypuszczałem, że to ukrywacz, a nie czynny członek bandytów.
Dobyłem kopczy, którą odebrałem był gospodarzowi z Ismilan, Dezelimowi, i przypiąłem ją z przodu do fezu, odwinąwszy przedtem zieloną chustę turbanową. To samo zrobił Halef ze swoją kopczą.
Ta kopcza, jako dowód należenia do bandy, miała nas uwierzytelnić wobec rzeźnika. Jeżeli Mibarek ze swymi wspólnikami jeszcze nie przybył, to uśmiechała mi się nadzieja wdarcia się w tak długo ukrywaną tajemnicę. Oczywiście nakazałem surowo towarzyszom moim, żeby uprzejmie postępowali z Czurakiem i zaniechali wszystkiego, co mogłoby wzbudzić jego nieufność. Potem ujrzałem go wychodzącego z domu. Pomyliłem się. Był całkiem inny, niż go sobie wyobrażałem.
Postać jego była wysmukła i żylasta, jak u prawdziwego górala. Miał na sobie fez, czerwone szarawary do butów, niebieską kamizelkę, ozdobioną srebrnymi sznurami i tkaną złotem bluzę z szerokimi rękawami. Żółty jedwabny pas biegł naokoło bioder, a za nim tkwił handżar i dwa pistolety. Na nogach miał błyszczące, dochodzące do kolan buty, w których znikały szarawary.
Na dziedzińcu zamienił kilk a słów z gospodarzem, następnie wszedł do środka. Z ciemnych jego oczu przesunęło się po nas ostre spojrzenie, które zatrzymało się na nas przez pewien czas. Oczy te zrobiły na mnie szczególne wrażenie. Spojrzenie ich było zimne, bezlitośne, okrutne. Ściągnęły się na chwilę tak dalece, że w kącikach nie postał nawet drobny fałd. Potem wyjrzały obojętnie z pod powiek.
Powitał mnie i pokłonił się, jak człowiek chcący być uprzejmym, nie poświęcając przy tem nic z szacunku dla samego siebie.
— Czy ty jesteś effendim, który chce ze mną mówić? — zapytał.
— Tak. Wybacz, że cię trudzę i usiądź!
— Pozwól, że będę stał. Szkoda mi czasu.
— Przypuszczam, że dłużej będę ciebie potrzebował, niż sądzisz. Może dlatego jest twój czas tak krótko odmierzony, że bawią u ciebie goście?
— Nie mam gości.
— I nie oczekujesz nikogo?
— Nie — odrzekł krótko.
— W takim razie proszę cię, żebyś usiadł. Noga mnie boli i stać nie mogę, a krępowałoby mnie to, gdybym ja siedział, podczas gdy ty jesteś uprzejmy.
Teraz zajął miejsce. Mimo że mu się bystro przypatrywałem, nie zdołałem odkryć niczego, co mogłoby wywołać u mnie podejrzenie. Był to pewien siebie Skipetar, zaproszony przez obcego i czekający na powód tego kroku. Nie wyglądał bynajmniej na obłudnika, człowieka podstępnego i skrytego.
— Czy znasz to? — spytałem, wskazując na kopczę.
— Nie. — odpowiedział.
Tego się spodziewałem. Bał się przedemną, jako obcym, wydać z tem zaraz po pierwszem pytaniu.
— Przypatrz się dobrze tej spince!
Spojrzał na nią wzrokiem obojętnym i odpowiedział po namyśle:
— Ba! Spinka! Czy dla niej kazałeś mnie wezwać?
— Tak — odrzekłem bez ogródek.
— Kupczę końmi i bydłem, a nie spinkami — brzmiała jego odpowiedź.
— Wiedziałem dobrze o tem. Temi spinkami nie handluje się zresztą. Przybyłem, by ci przynieść pozdrowienie.
— Od kogo? — zapytał chłodno.
— Od Dezelima gospodarza z Ismilan i od jego brata.
Na to oczy jego nabrały wyrazu przyjaznego, z oblicza zaś znikła dawna surowa powaga.
— Czy znasz ich? — spytał.
— Bardzo dobrze. Oczywiście muszę ich znać.
— Oczywiście? Jakto?
— Bo jesteśmy braćmi.
— Skąd przybywasz?
— Ze Stambułu. Jestem wysłannikiem Usty, o którym chyba słyszałeś.
— Tak. Do kogo cię posłał?
— Do Szuta.
— Czy go wynajdziesz?
— Spróbuję.
— Hm! To trudno.
— Ale dla mnie będzie łatwo, bo ty udzielisz mi odpowiednich wskazówek.
— Ja? Co ja wiem o Szucie! Czy uważasz mnie za rozbójnika?
— Nie, lecz za dzielnego Skipetara, który rozumie znaczenie tej kopczy i postąpi według tego.
— Panie, wiem dobrze, co mi czynić należy. Kopcza, którą nosisz, jest kopczą dowódcy, ale myśmy już znieśli tę odznakę. Obecnie nic już nie znaczy, bo nadużywano jej zanadto. Teraz są całkiem inne odznaki.
— Jakie? — zapytałem spokojnie.
— Pojmujesz chyba, że ich nie wyjawię, bo ty sam masz się ich znajomością wykazać.
— To są słowa?
— Tak. Pierwsze oznacza miejscowość. Gdzie szukasz Szuta?
— W derekulibe.
— Panie, to się zgadza. Widzę, że jesteś rzeczywiście naszym członkiem. Ale znak rozpoznawczy? Czy wiadomy ci? Nie miałem o tem niestety pojęcia, jakieby to mogło być słowo. W tem przypomniałem sobie przewoźnika z Ostromdży i sposób w jaki legitymował się u Mibareka. Wołał pod drzwiami „bir syrdasz — zaufany“. Czy i tu jest to znakiem? Postanowiłem je wygłosić i odpowiedziałem:
— Naturalnie, znam je, gdyż jestem bir syrdasz — zaufanym.
Na to skinął Czurak głową przyjaźnie, podał mi rękę i rzekł tonem serdecznym:
— I to także się zgadza. Jesteś jednym z naszych. Nabrałem zaufania do ciebie i witam cię. Czy nie opuściłbyś tego domu, aby zostać moim gościem?
— Dziękuję ci. Przyznasz, że lepiej będzie, gdy się stąd nie ruszę.
— Jesteś człowiekiem rozumnym i ostrożnym; to zwiększa moją ufność. O czem masz nam donieść?
— To wolno mi powiedzieć tylko przed Szutem.
— Umiesz więc także milczeć. Hm! Co ja zrobię?
Wstał i przeszedł się w zamyśleniu tam i nazad po izbie, a potem spytał:
— Czy to rzecz osobista, czy interes?
— Interes, który może przynieść bardzo dużo.
Oczy jego zabłysły pożądliwie.
— A czego odemnie oczekujesz?
— Że zaprowadzisz mnie do derekulibe.
— Czy spodziewasz się zastać tam Szuta?
— Mam nadzieję.
— Mogę ci powiedzieć w zaufaniu, że będzie tam czekał, skoro cię oznajmię. Potrwa to tylko małą godzinkę. Czy masz na tyle cierpliwości?
— Jeśli tak być musi, to zaczekam.
Zależało mi oczywiście na tem, żeby wyprzedzić Mibareka. Gdyby zjawił się przedtem, byłoby po mnie.
— Ja się pośpieszę — zapewniał, a rzuciwszy badawcze spojrzenie na mych towarzyszy, dodał:
— Kto są ci ludzie?
— To moi przyjaciele i towarzysze.
— Czy w tej samej sprawie tu przybyli?
Potwierdziłem to, on zaś pytał w dalszym ciągu:
— Czy i oni chcą Szuta zobaczyć?
— To nie jest konieczne. Wystarczy, gdy ja sam z nim pomówię.
Lekki, nieokreślony uśmiech przemknął mu się po twarzy. Podkręcił długiego wąsa, przebiegł po nich jeszcze raz badawczym wzrokiem i odrzekł:
— Muszą pójść razem. Szut zechce ich pewnie także przyjąć, skoro z tobą przyjechali.
— To mi także na rękę.
— Ale, panie, widzę, że masz na nogach buty chorego. Co ci w nogi?
— Zraniłem sobie nogę podczas jazdy i nie mogę chodzić.
— A jakże udasz się ze mną do derekulibe?
— Konno.
— O, widać, że nie znasz drogi. Konno nie przedarłbyś się przez gęstwinę.
— Czy Szut nie potrudziłby się do mnie?
— Co mówisz? Nie uczyniłby tego nawet na prośbę padyszacha.
— Wierzę bardzo.
— Zresztą on nie pokazuje nigdy swego oblicza. Czerni je zawsze, a czy mógłby tak przyjść tutaj?
— Nie. Sam to uznaję. Ale jak ja zajdę do chaty?
— Jest tylko jeden środek. Muszą cię zanieść.
— To niewygodne. Tragarze się pomęczą.
— O nie. Nie poniosą cię na rękach. Weźmie się poprostu lektykę, której ja ci pożyczę. Matka moja jest tak podeszła wiekiem i słaba, że już ją męczy chodzenie. Kazałem więc zrobić dla niej lektykę, by mogła odwiedzać znajomych, nie natężając nóg.
— Będę ci za to wdzięczny. Czy zamówisz także tragarzy?
— Cóż znowu? Tragarze! Czy to bezpiecznie posługiwać się obcymi? Nasza tajemnica wyszłaby na jaw. Twoi ludzie będą cię musieli zanieść.
— Dobrze. Niechaj więc przyniosą lektykę!
— Ale nie zaraz. Trzeba wpierw Szuta zawiadomić. Następnie musisz powiedzieć gospodarzowi, że jesteś moim przyjacielem i że on ma wszystko zrobić, co ja mu każę.
— Czemu?
— Bo nie wiem, jaką niesiesz wieść Szutowi i jaki będzie skutek rozmowy. Może zajść ten wypadek, że będę musiał wrócić do wsi jako posłaniec. Nie jest też wykluczone, że Szut zaprosi cię jako gościa. Kto wie zresztą, co się postanowi. Będę się musiał wykazać przed gospodarzem jako twój zaufany.
— I do tego jestem gotów.
— Więc zgoda. Od teraz za godzinę poniesiecie lektykę przed wieś, tam na prawo od bramy. Ja tam zaczekam, gdyż nie powinni nas razem widzieć.
Przystąpił do okna, wiodącego na dziedziniec, zawołał gospodarza i powiedział mu:
— Mam sprawę z tym effendim. On oddali się za godzinę, a potem może ci coś doniesie przezemnie. Dlatego polecił mi teraz oświadczyć ci, że masz uczynić wszystko, czego ja zażądam na jego rozkaz.
Gospodarz spojrzał na mnie pytająco, ja zaś potwierdziłem to, poczem rzeźnik opuścił izbę. Widziałem, jak wstąpił do swego domu i wyszedł z niego zaraz potem.
— Panie, ja ciebie nie pojmuję — zaczął gospodarz. — Sądziłem, że uważasz rzeźnika za zbrodniarza, a mimo to dajesz mu takie pełnomocnictwo. Skoro przyjdzie, będę musiał mu być posłusznym.
— Bynajmniej. Postąpiłem tak tylko na pozór i cofam teraz to pełnomocnictwo. Być może, że go do ciebie przyślę, ale w takim razie dam mu kartkę z napisem Allah. Jeżeli pokaże ci taką kartkę, to nie odmówisz mu tego, czego zechce; w przeciwnym razie nie uczynisz zadość jego życzeniu.
— Rozgniewa się n a mnie.
— To ci nie zaszkodzi tyle, ileby zaszkodziło, gdybym ja się rozgniewał. Szło mu może o naszą broń i konie. Czy stajnia tu się zamyka?
— Tak, panie.
— To każ umieścić tam nasze konie i niech ich dwaj parobcy pilnują. Zapłacę za to. Tylko nam wydasz konie. Zrozumiałeś?
— Bardzo dobrze. Ale ty wstawiasz mnie w położenie bardzo niemiłe.
— Nie widzę w tem nic niemiłego. Masz nam konie przechować i starać się, żeby ich nie ukradziono. Oto i wszystko. Musiałbyś nam stratę wynagrodzić.
— O nieba! Gdybym ci za karego musiał zapłacić, sprzedałbym chyba cały dom zaraz! Ja sam stanę na straży.
— Zrób to, a teraz przynieś nam coś do jedzenia.
Zjedliśmy, a po upływie godziny przynieśli Osko i Omar lektykę z domu rzeźnika. Wsiadłem do niej, przypomniałem gospodarzowi raz jeszcze, jak się ma zachować i ruszyliśmy w drogę.
Osko i Omar nieśli lektykę, zawiesiwszy sobie strzelby na ramionach. Halef kroczył przodem z trzema strzelbami: swoją i dwiema mojemi, dla których nie było miejsca w lektyce. Minąwszy wieś, ujrzeliśmy rzeźnika. On zauważył również, że się zbliżamy i wyprzedził nas jeszcze o dobry kawałek. Dopiero w lesie, gdzieśmy już zdała byli niewidoczni, stanął i zaczekał.
Przypatrzył nam się zdziwionym, gniewnym niemal, wzrokiem i rzekł:
— Jesteście uzbrojeni, jak gdybyśmy szli do bitwy.
— Broń jest oznaką człowieka wolnego — odpowiedziałem.
— Ale tu wam jej nie potrzeba!
— Przywykliśmy nie rozłączać się z nią nigdy.
— Teraz jednak będziecie musieli odstąpić od tej zasady, bo nie moglibyście z Szutem rozmawiać. On nie znosi, żeby się doń zbliżać w uzbrojeniu. Jeśli złożycie broń przed chatą, to będzie dobrze przechowana, gdyż ja przy niej zostanę.
— Ja swojej broni nie oddam — odpowiedziałem — i jeżeli Szut przyjąć nas nie zechce, to nie będę ci się dłużej naprzykrzał.
Dałem rozkaz do odwrotu, a pochód zwrócił się ku wsi. Na to wybuchnął rzeźnik przekleństwem i powiedział:
— Stać! Tak być nie może! Zamówiłem Szuta i wziąłby mi to za złe, gdybym was do niego nie przywiódł.
— Więc postaraj się o to, żeby nie stawiał takich bezmyślnych żądań!
— Szut nigdy nic bezmyślnego nie czyni. Spróbuję jednak uzyskać dla was pozwolenie zatrzymania broni przy sobie. Dziwiłoby mnie, gdyby zrobił tym razem wyjątek.
Szedł dalej rozgniewany, a my za nim.
Nie podobało mi się to, że tak bardzo nastawał na rozbrojenie nas. Czyżby Mibarek już nadszedł? Czy prowadzono nas w pułapkę bez wyjścia? O ile byliśmy uzbrojeni, nie było powodu do obawy. Ale jeśliby napadnięto na nas po drodze? Ja byłem bezbronny. Lektykę tworzyły nosze z domkiem z kraty drewnianej. Musiałem siedzieć z podgiętemi nogami, co mi dolegało z powodu bolącej nogi. Z a nim zdołałbym drzwi otworzyć i wyskoczyć, mogłem już mieć kulę w ciele. A wyskoczyć wogóle z powodu nogi nie potrafiłbym. Strzał z tyłu z zarośli ubezwładniłby Halefa mimo jego trzech strzelb. Osko i Omar dźwigali lektykę. Obrona w samej chwili napadu nie była dla nich z tego powodu możliwa. Znajdowaliśmy się zatem w okropnem położeniu.
Las nie był wcale taki gęsty, jak to rzeźnik przedstawił. Można było doskonale przejechać konno pomiędzy drzewami. To kłamstwo nie podziałało także bynajmniej łagodząco na naszą nieufność. Odsunąłem nieco drzwi lektyki i trzymałem rewolwer, gotowy do strzału.
Znaleźliśmy się teraz w dolince, której brzegi, jak zauważyłem, zbliżały się do siebie coraz to więcej. Zatrzymaliśmy się tam, gdzie się schodziły. Na drodze do tego celu upłynęło nam z pół godziny.
— Oto i chata — rzekł Czurak, gdy niosący postawili lektykę na ziemi. — Wysiadaj, panie!
Odsunąłem drzwi całkiem i wyjrzałem. Ściany skalne wznosiły się prostopadle i miały tam, gdzie się stykały, niezbyt głębokie wcięcie, rozpadlinę zupełnie nagą, bo nie było na niej ani jednego wyskoku lub szpary w syenicie, gdzieby roślina jaka mogła zapuścić korzenie. Tuż do tej rozpadliny przytykała chata, zbudowana z drzewa. Dach był z tego samego materyału, tylko obłożony korą. Drzwi, zdaje się, były tylko przymknięte.
— Oznajmij mnie, zanim wysiądę! — odrzekłem.
Wszedł do chaty, zostawiając drzwi otworem. Ujrzałem przyparte do ściany ławy, najpierwotniejszego pokroju.
Na przeciwko wejścia znajdowały się drugie drzwi, także teraz otwarte. Były bardzo wązkie i nizkie i zaopatrzone żelaznem okuciem z żelaznym ryglem, opartym teraz o ścianę w chacie.
To był zapewne drugi ciemny przedział, o którym wspominał gospodarz. Wydało mi się, że tam teraz paliło się światło.
Wpadło mi w oko, że na dachu chaty znajdowało się coś w rodzaju sztachet, przez które nie podobna był j zobaczyć dolnej części rozpadliny. Mogło się tam pomieścić kilka osób.
Rzeźnik powrócił.
— Panie! — rzekł — Szut żąda, żebyście broń odłożyli.
— Tego nie uczynimy.
— Ależ, czemu nie? Szut jest sam!
— My się też nie boimy bynajmniej, zatrzymujemy broń tylko z przyzwyczajenia.
— Ale Szut nie ścierpi, żeby przed nim stał ktoś z bronią w ręku.
— Ach! Rzeczywiście?
— Nie. Nigdy!
— A przecież ty tam byłeś przed chwilą, pomimo że masz nóż i dwa pistolety przy sobie.
Zmieszał się, ale mimo to odpowiedział:
— To co innego. Ja jestem najbliższym z jego zaufanych.
— W takim razie skończyliśmy ze sobą — odrzekłem stanowczo. — Halefie, wracamy!
Osko i Omar ujęli już za nosze, gdy rzeźnik znowu rozpoczął układy:
— Panie, jesteś strasznie uparty! Spytam jeszcze raz.
Wstąpił do środka i powrócił z wiadomością, że wolno nam wejść. Nie wysiadłem z lektyki, lecz kazałem się wnieść do chaty. Halef musiał zaglądnąć przez drugie drzwi i doniósł mi szeptem:
— Tam jest tylko jeden nieuzbrojony człowiek, z całkiem czarną twarzą.
— Czy są tam drzwi?
— Nie.
Pomimo że drugie drzwi były wązkie i nizkie, wniesiono lektykę do środka. Przy świetle latarni zobaczyłem, że ten jaskiniowaty otwór ma kształt trójkąta, w którego podstawie naprzeciwko ostrego kąta znajdowały się drzwi. W kącie tym stała lampa, a obok niej siedział Szut. Miał na sobie czarne, powłóczyste ubranie, a twarz oczernioną sadzą. Wskutek tego i skąpego światła trudno było rozpoznać rysy jego twarzy. Nie mogłem także zobaczyć, z czego była powała tej skalistej komnaty. Byliśmy w szczelinie, a nad nami musiała być powała, bo w przeciwnym razie wpadałoby światło dzienne.
Osko i Omar tak ustawili lektykę, że drzwi jej zwrócili do Szuta, on zaś tak umieścił latarnię, że blask jej padał wprost na mnie. Wszystko to miało awanturniczy i niezbyt bezpieczny wygląd.
Wtem zaczął Szut:
— Kazałeś mnie zawołać. Czego chcesz odemnie?
Głos jego brzmiał głucho, nienaturalnie. Byłożby to skutkiem złej akustyki, czy udawania, aby potem nie dać się poznać po głosie?
Wypowiedział tylko tych kilka słów, a jednak wydało mi się, że je już gdzieś słyszałem. Wywołały we mnie tę myśl nie ton, ani barwa głosu, lecz sposób wymawiania słów poszczególnych.
— Czy jesteś Szut? — zapytałem?
— Tak — odpowiedział powoli.
— Mam pozdrowienie dla ciebie.
— Od kogo?
— Najpierw od Usty w Stambule.
— On przecież nie żyje!
— Co mówisz?
— Nie żyje. Strącono go z wieży w Galacie.
— Szejtan! — wyrwało się Omarowi, który właśnie go strącił.
Jak Szut dowiedział się już o tem? Żaden posłaniec nie mógł tu przybyć tak prędko, jak my.
— Czy nie wiesz jeszcze o tem? — zapytał.
— Wiem — odpowiedziałem.
Mimo to przynosisz mi pozdrowienie od nieżyjącego.
— Czy sądzisz, że nie mógł mi go zlecić przed śmiercią?
— Nie przeczę. Ale kara dosięgnie jego mordercę, zginie on pomału i nędznie z głodu. Czy masz jeszcze inne pozdrowienia?
— Tak od Dezelima z Ismilan.
— I on umarł. Skręcił kark i zabrano mu kopczę. Z jego mordercą będzie to samo, co z mordercą Usty! Dalej!
— Następnie przynoszę ci pozdrowienie od Mibareka i od Aladżych.
— Ci trzej mnie już przywitali. Twoje więc pozdrowienie zbyteczne.
— Ach! Więc są już tutaj?
— Tak są. A czy wiesz, kto ja jestem?
— Szut.
— Nie. Szutem nie jestem; jego nigdy nie zobaczysz. Ty wogóle nic już nie zobaczysz. Ja jestem...
Za mną uderzyło coś z ogromną siłą. Rzeźnik zniknął i drzwi za sobą zatrzasnął. Słychać było, jak zewnątrz zasunął ogromny rygiel.
Latarnia zgasła.
— Ja jestem... stary Mibarek we własnej osobie — zabrzmiało nad nami. — Zostaniecie tu i zginiecie z głodu, albo pożrecie się żywcem nawzajem.
Szyderczy śmiech towarzyszył tym słowom, poczem ukazał się nad nami jasny otwór. Ujrzeliśmy dwa sznury, na których wisiała postać starego, wyciąganego z czeluści. Potem zapadła klapa na górze i znaleźliśmy się wśród nieprzebitych ciemności.
Wszystko to stało się tak szybko, że niepodobna było temu przeszkodzić. Gdyby nie to, że siedziałem z chorą nogą w lektyce, nie byłoby się może temu łotrowi udało zamknąć nas w tej pułapce.
— Allah! — zawołał Halef. — Czarny wyjechał przez otwór, a myśmy pozwolili na to spokojnie, nie dawszy mu nawet kuli na drogę. Ale czasu na to nie było.
— To prawda. Panie, byliśmy głupi! — rzekł Osko.
— Tak — zaśmiał się Halef. — Aż dotychczas byliśmy głupi pojedynczo, ale teraz wszyscy razem, a zihdi z nami.
— Zaiste masz słuszność, Halefie — potwierdziłem. — Ale słuchajno!
Za drzwiami podniosło się dzikie wycie. Walono pięściami w drzwi, a potem wygłosił każdy swoje imię, dołączając do tego najokropniejsze przekleństwa! Odmalowywano nam los nasz wszelkiemi barwami. Nie ulegało wątpliwości, że mieliśmy tu pozostać w zamknięciu i zginąć z głodu.
— Zihdi, nikogo nie brak, są wszyscy — rzekł Halef. — Allah! Gdybym mógł wyjść, pokazałbym im harap...
— Nie mów o tem! Nic nam to nie pomoże.
— Więc mamy zginąć z głodu! Czy sądzisz, że do tego przyjdzie?
— Spodziewam się, że nie. Musimy przedewszystkiem zbadać to miejsce. Z obu stron niema wyjścia, tylko przez drzwi z przodu i górą przez otwór.
— Panie, czy nie wziąłeś latarenki ze sobą, tej flaszeczki z oliwą i z fosforem? — spytał mnie Halef.
— Tak. Mam ją zawsze przy sobie.
Gdy się włoży kawałek fosforu do flaszeczki z oliwą, to świeci on po wyjęciu korka i dopuszczeniu tlenu z powietrza. Stosownie do wielkości flaszeczki i czystości szkła powstaje większe lub mniejsze światło.
Noszę przy sobie zawsze taką flaszeczkę, nawet wówczas, gdy nie jestem w podróży. Służy ona doskonale przy wchodzeniu na obce schody, przechodzeniu przez nieznane miejsca. Szkło szlifowane więcej się oczywiście do tego nadaje.
Halef wziął tę latarkę, wpuścił do niej powietrza i zaczął oglądać przy jej świetle drzwi wchodowe. Obite były silną żelazną blachą i spoczywały na żelaznych zawiasach, których haki wpuszczono w kamień, zalewając dziury ołowiem. Mogliśmy rozluźnić te haki i zdjąć drzwi z zawiasów. Pierwej jednak należało przekonać się, czy niema innego środka.
Przeszukaliśmy izdebkę dokładnie. Podłoga była z kamienia tak samo jak ściany trójkąta i mur tak dobrze zaprawą spojony, że niepodobna było wbić gwoździa. Blacha żelazna wzmocniona była prócz tego gwoździami o wielkich główkach. Nożem nie można tu było niczego dokazać. A w górę przez powałę? Omar wylazł na barki Oski i dosięgnął jej ręką. Trzeba było na razie wyrzec się i tej drogi.
Myśleliśmy, że najprędzej dadzą się wyważyć zawiasy i wszyscy trzej towarzysze zabrali się raźno do roboty. Zgrzytnęły noże w kamieniu, a z zewnątrz doleciał nas śmiech głośny.
Myśl ratunku nie była oczywiście zbyt ponętną. Gdyby się nam nawet udało wywalić drzwi, przyjętoby nas kulami, nim zdołalibyśmy sami wystrzelić.
Tak minęło prawie kilka godzin. Praca nie postępowała naprzód. Ponieważ nóż Oski połamał się, dałem mu mój doskonały sztylet amerykański.
Ja miałem siedzieć spokojnie bez zajęcia. Czas zaczął mi się dłużyć, polazłem ku drzwiom na kolanach i zbadałem, co wywiercono. Niestety ani pół cala! Chwyciłem i zacząłem sam wiercić, ale z tak lichym skutkiem, że już po kwadransie ustałem. Szkoda było sił marnować tak na nic. Na dobitek złamał się nóż Omara.
— Zostawmy to — rzekłem. — Musimy sił oszczędzać, bo ich nam jeszcze będzie potrzeba. Może nadejść gospodarz, jeżeli go to zastanowi, że nie wracamy zbyt długo. Powiedziałem mu, że rzeźnik jest członkiem bandy. Zaniepokoi się o nas i każe nas szukać. Wie, że wyszliśmy z rzeźnikiem.
— Ale nie wie, dokąd! — wtrącił Halef.
— Zapomniałem niestety objaśnić mu to dokładnie, ale mówiliśmy o tej chacie i będzie nas szukał z pewnością tu.
— Nie przypuszczam, bo zanadto się boi Aladżych. Skoro ich tu zobaczy, ucieknie.
— Kto wie, czy oni są tutaj!
— Napewno, bo nie zostawią chaty bez straży.
— Spocznijmy teraz i zaczekajmy. Rozumie się, że na dworze są strażnicy. Gdy przez jakiś czas nie będziemy nic robić, pomyślą, że poddaliśmy się losowi Potem złagodnieje ich czujność.
Zachowywaliśmy się spokojnie i byliśmy dobrej myśli. Ale czekanie zaczęło ciężyć zacnym towarzyszom i nie mogłem się dłużej opierać ich woli..
— Zbadajmy powałę — rzekłem. — Jest tam nakrywa i pytanie tylko, jak ją otworzyć.
— Omar jej nie mógł dosięgnąć, stojąc na moich barkach — zauważył Osko.
— W takim razie podwyższymy piramidę. Niech Halef usiądzie na barkach Omara. Może to już wystarczy — Ty jesteś dość silnym, aby unieść obudwu.
Halef wziął latarenkę do kieszeni i usiadł na barkach Omara, Omar zaś stanął na plecach Oski, który rozstawił się jak czworonóg na rękach i nogach. Osko podniósł się powoli, a Omar wstąpił mu na barki. Aby me upaść, trzymali się wszyscy trzej ścian rozpadliny Halef wyciągnął ręce i powiedział:
— Zihdi, czuję powałę.
— Mów ciszej. Może być ktoś na dworze. Weź teraz latarenkę!
Spojrzałem w górę, gdzie zauważyliśmy otwór poprzednio. Migotało tam światełko. Halef trzymał je w lewej ręce, dotykając prawą powały.
— Zbudowana z pni silnych — szepnął — ale zapad jest z desek.
— To dobrze, bo w takim razie jest cienki. Zapukajno jeszcze raz, aby po odgłosie poznać ich grubość.
— Usłyszą mnie!
— Oczywiście byłoby lepiej, gdyby nic nie zauwaono, ale i to dobrze będzie, że się dowiemy, czy są jacy stróże nad nami.
Zapukał zcicha, poczem zaraz usłyszeliśmy śmiech i wołanie:
— Słuchajcie! Są pod nami u drzwi zapadowych.
Nastąpiło pytanie:
— Czy rygiel zasunięty?
— Naturalnie!
— Zatem nie przejdą. Wyleźli pewnie jeden na drugiego.
— Tak, robią sztuki. Jak przyjdzie głód, to się dopiero zaczną gimnastykować. Otworzyłbym drzwi chętnie.
— Stanowczo nie zgadzamy się na to!
— Przecież uderzyłbym ich kolbą po głowie!
— Na to zawsze jeszcze czas. Niech pukają.
— Czy słyszałeś, effendi? — zapytał Halef. — Czy mamy się dać pozabijać kolbami?
— Nie. Poprosimy tych panów, żeby tam od zapadu odeszli.
— Nie uczynią chyba tego.
— Prośba moja będzie nieodpartą. Zejdź, Halefie! Ja zajmę twoje miejsce.
Osko schylił się znowu powoli. Omar zlazł mu z pleców, a potem Halef zeskoczył z ramion Omara.
— No spocznijcie te ra z cokolwiek — powiedziałem — Jestem cięższy od Halefa i dłużej tam będę od niego.
Posiedzieliśmy kilka minut, poczem Omar wziął mnie na barki.
— Ale teraz podwójnie baczność, żeby nie upaść — ostrzegłem. — Wobec stanu mej nogi upadek byłby podwójnie niebezpieczny.
— Bez obawy, panie! — odparł Osko. — Będę stał jak pień. Szczelina jest na tyle wązka, że można się oprzeć łokciami po obu stronach. To pozwoli mi zachować należytą postawę.
Omar wylazł teraz we wskazany sposób na barki Oski. Ja byłem dłuższy od małego hadżego i nie potrzebowałem zbyt wyciągać rąk, aby wieka dosięgnąć. Dotknąłem go niemal głową, Mając przy sobie flaszeczkę, oświetliłem sobie deski. Na jednej z krawędzi tego wieka, wbity był skobel, przez który przechodził z pewnością po zewnętrznej stronie rygiel. Oba końce skobla przeszły przez deskę i były zagięte tak, że zaczepiały o drzewo.
Opukałem to palcem. Odgłos uderzeń świadczył o tem, że deski miały najwyżej dwa cale grubości. Na pukanie odezwała się teraz także odpowiedź:
— Słyszysz? Są tutaj znowu. Gdyby nawet wieko podważyli, musieliby mnie podnieść.
Znajdując się teraz bliżej mówiącego, rozpoznałem dokładnie głos rzeźnika. Ze słów jego i z brzmienia głosu wywnioskowałem, że siedział na wieku. Była to nieostrożność, której nie powinien był dopuścić się zbój.
Zaśmiał się szyderczo. Zawtórował mu śmiech drugi, poczem padły słowa następujące:
— Tym myszom nie uda się chyba tak umknąć, bo koty siedzą przed dziurą.
Nie poznałem tego głosu, ale słyszałem, że ten, który go wydał, siedział obok wieka, mniej więcej tam, gdzie znajdowała się moja głowa.
— Czy słyszysz? — zapytał Halef — są jeszcze. Poproś ich teraz, żeby odeszli. Ciekaw jestem, jak się do tego zabierzesz.
— Zaraz usłyszysz. Podaj mi strzelbę; niech mi ją oni obaj podadzą.
— Ach, teraz rozumiem. A którą?
— Starą rusznicę.
Powiedziałem to oczywiście pocichu, aby nie zwrócić uwagi dozorców, czuwających nademną. Halef dał strzelbę Osce, który znowu podał ją Omarowi.
— A teraz uważaj, Omarze! — szepnąłem. — Brak mi tu na górze miejsca do złożenia się strzelbą; mogę tylko trzymać lufy w kierunku, w którym kule pójść mają. Powiem „raz, dwa“. Ty weźmiesz kolbę w obie ręce. Na komendę „raz“, wypalisz z prawej lufy, a potem skoro wymierzę, na komendę „dwa“ z lewej. Rozumiesz?
— Tak, panie!
Trzymając w ręku dwururkę, wycelowałem na środek wieka tam, gdzie siedział rzeźnik.
— Teraz: „raz!“
Huknął strzał. Nad nami krzyknął ktoś z przerażenia i bolu.
— Allah! Oni strzelają!
To nie był głos rzeźnika, lecz tego drugiego, który siedział na części powały, złożonej z okrąglaków. Zwróciłem wylot lufy tam, gdzie się okrąglaki stykały. Tu kula nie musiała przebijać się przez grube drzewo, lecz przez stykające się brzegi.
— „Dwa!“
Zabrzmiał drugi wystrzał z rusznicy, tak silny w tem zamkniętem miejscu jak strzał armatni.
— O Allah, Allah! — krzyknął trafiony. — Jestem raniony! Zginąłem!
Rzeźnik nic nie powiedział. Usłyszałem tylko jego okrzyk boleści, a zresztą ani słowa. Dał się słyszeć cichy jęk.
— Osko, czy ci za ciężko? — spytałem.
— Tak, coraz ciężej.
— To wypocznijmy! Mamy czas.
Gdy usiadłem znowu na ziemi, a obok mnie towarzysze, rzekł Halef:
— Tak, zihdi, to istotnie prośba, której się oprzeć nie można. Czy trafiłeś?
— Dwukrotnie. Rzeźnik, jak się zdaje, nie żyje. Kula przeszyła mu prawdopodobnie mięśnie „sławetnego siedzenia“. Drugi tylko zraniony.
— Kto to mógł być?
— Prawdopodobnie dozorca więzień. Gdyby to był kto inny, poznałbym go po głosie. On jednak mówił wogóle tak mało, że nie mogę sobie głosu jego przypomnieć.
— Sądzisz więc, że tam się już nikt nie ustawi.
— Trzeci nie popełni już tego głupstwa, bo przypłaciłby to życiem.
— Ale jak wieko otworzymy? To główna sprawa.
— Odstrzelę żelazne okucie. Wystarczy kilka dobrych strzałów w końce, którymi trzyma się drzewa. Nabiję dwoma kulami, to nie wytrzyma z pewnością.
— Ach, gdyby się to udało!
— Uda się pewnie.
— A potem szybko do góry i na dół! — rzekł Halef.
— Oho, tak prędko to nie pójdzie. Jak się chcesz wydostać? — zapytałem.
— Z ramion Omara, a ty także.
— A jak wyjdą Osko i Omar?
— Hm! Wyciągniemy ich w górę.
— Jednego może, Omara, ale do Oski nie dostaniemy.
— Nie szkodzi. Zejdziemy zewnątrz i drzwi mu otworzymy.
— Jeśli nam pozwolą zejść tak wygodnie. O tem jednak wątpię, byłoby to też trudne ze względu na moja nogę.
— No, musi to stać się w jakiś sposób możliwem.
— To się rozumie! Spodziewać się należy, że jest tam gdzieś sznur, którym wyciągnięto Mibareka. Na nim moglibyśmy się spuścić. Trzeba się jednak nad niejednem jeszcze zastanowić. Skoro tylko wychylimy głowy z otworu, przyjmą nas oczywiście kulami.
— Myślę, że na górze nie będzie nikogo.
— Nie bezpośrednio nad nami, ale na dachu chaty będzie ich pewnie kilku. Mogą do nas strzelić przez odstępy w parkanie.
— Biada! W takim razie ocalić się nie zdołamy?
— Spróbujmy mimoto. Ja wychodzę pierwszy.
— Nie ty, zihdi, lecz ja! Mamy dopuścić, żeby nam ciebie zastrzelili?
— Albo nam ciebie?
— Mniejsza o mnie! — odrzekł hadżi prostodusznie.
— O bardzo! Pomnij na swoją Hanneh, najmilszą z kobiet i dziewcząt. Na mnie zaś żadna Hanneh nie czeka.
— Ale ty jesteś więcej wart i bez Hanneh, niż ja razem z dziesięciu kwiatami cór piękności.
— Nie sprzeczajmy się! Główna rzecz, mówiąc prawdę, polega na tem, że więcej ufam sobie, niż tobie. Ja będę pierwszy, a ty drugi. Ale nie śmiesz wyjść pierwej, zanim ja ci nie pozwolę.
Dobyłem mej zielonej, jedwabnej chustki turbanowej i owinąłem nią fez. Halef widział to przy świetle flaszeczki i zapytał:
— Na co to robisz? Czy może zdobisz się na śmierć?
— Nie, powieszę ten turban na lufie strzelby i wystawię go przez otwór. Wyda im się pewnie, że ktoś wyłazi i strzelą do turbanu. Potem zabraknie im kul w lufach, bo nie mają dwururek, wtedy ja na nich wyjdę ze sztućcem.
— To dobre, to dobre! Mierz tylko celnie i nie daj uciec nikomu!
— Czy można pewnie mierzyć pociemku?
— Pociemku?
— Tak jest. Pomyśl, jak długo już tu jesteśmy. Noc już na dworze. Teraz już wypoczęliście zapewne i możemy zacząć. Zapamiętajcie to sobie: Skoro ja wyjdę, wyjdzie Halef przez otwór, ale dopiero wtedy, kiedy ja dam znak.
Zawiesiłem sztuciec na ramieniu i wziąłem strzelbę, nabitą w obu lufach dwiema kulami. Potem wziął mnie znowu Omar na ramię. Musiałem się spieszyć, aby nie męczyć obu towarzyszy.
— Strzelimy znowu tak, jak poprzednio Omarze — szepnąłem do niego. — Najpierw wypalisz z prawej, a potem z lewej lufy. Ja mierzę na końce okucia. A więc „raz — dwa!“
Huknęły strzały, a kule przebiły deskę, gdyż utworzyły się dwie dziury, przez które padło słabe światło. Był to dowód, że na dworze widno.
— Mają ogień przed chatą. To dobrze i źle dla nas, gdyż tak jak my ich, mogą oni nas zauważyć.
— Jak tam z okuciem? — zapytał Halef.
— Spróbuję.
Trąciłem wieko i poddało się. Ciężka rusznica spełniła swoją powinność.
— Odbierz strzelbę, Omarze! Wieko się odmyka. Teraz trzymajcie się silnie na nogach. Muszę klęknąć na barkach Omara.
Zająłem tę postawę z pewnym trudem, ale musiałem się przytem pochylić, bo uderzyłem głową o wieko. Otworzyłem je — przewróciło się na zewnątrz. Ze sztućcem w ręku czekałem przez kilka chwil, ale nic nie usłyszałem. Z zewnątrz biło światło, a cienie migotliwego ognia przebiegały po skałach. Teraz włożyłem turban na lufę, stękając, jak gdybym się z trudem wydobywał. To poskutkowało. Padły dwa strzały. Jedna kula trąciła o lufę tak, że omal sztućca nie wyrwała mi z ręki. W jednej chwili znalazłem się górną połową ciała ponad otworem. Ujrzałem ogień. Na powale jaskini leżał jakiś człowiek, jak poznałem na pierwszy rzut oka, trup rzeźnika. Na dachu chaty stali dwaj ludzie, którzy strzelali do turbanu. Oddzieleni byli odemnie powałą jaskini i wspomnianym już parkanem, przez którego odstępy strzelili.
Ci nieostrożni ludzie zapomnieli o rzeczy najważniejszej, mianowicie o tem, że mogłem ich przy ogniu daleko lepiej zauważyć niż oni mnie. Jeden z nich zajęty był nabijaniem, drugi zaś podniósł strzelbę, celując do mnie.
Złożyłem się na niego czemprędzej. Nie chciałem go zabijać i zmierzyłem do jego lewego łokcia, który mi bardzo wygodnie nadstawił. Wypaliłem. Opuścił strzelbę, krzyknął głośno i spadł z chałupy. Drugi odwrócił się coprędzej, skoczył na dół i popędził do ogniska. Był to Skipetar Bybar. Przy ogniu siedział brat jego, Manach el Barsza i Barud el Amazat.
— Nadchodzą, nadchodzą! Precz od ogniska! — ryczał. — Widzą was i mogą do was wystrzelić.
Wezwani zerwali się z miejsc i wszyscy czterej puścili się biegiem do lasu. Tym więc, do którego strzeliłem, był prawdopodobnie Mibarek. Przypomniałem sobie teraz, że miał rękę niezwykle grubą. Przewiązał ją sobie pod rękawem z powodu strzału, który go dosięgną! w Ostromdży.
Polazłem aż do krawędzi dachu. Rzeczywiście! Na ziemi, o sześć lub więcej łokci podemną, leżała długa, chuda, postać bez ruchu. Na górze nie poznałem obydwu, bo przez sztachety widać było tylko ich kontury.
Blask ognia nie mógł się dostać aż tutaj nadół, gdzie patrzyłem w tej chwili. Było tu dość ciemno. Gdyby mi się tu zejść udało, nie dostrzegliby mnie poukrywani za drzewami zbóje.
W tem usłyszałem za sobą:
— Zihdi, ja tutaj. Czy mogę wyjść?
— Tak, Halefie, ale nie stawaj prosto, bo cię mogą zobaczyć i wystrzelą do ciebie.
— O, nas się kule nie imają!
— Nie żartuj! Chodź!
Wylazł.
— Ach! Kto tu leży?
— Rzeźnik. Zginął od kuli, jak się domyśliłem.
— To kara dosięgła go rychło. Niech nań Allah będzie łaskawy!
Rozejrzawszy się dokładniej, znalazłem żelazne kółko przymocowane do skały. Z tego kółka zwisały dwa sznury, które widzieliśmy już przedtem, gdy wyciągano Mibareka na górę.
— Potem spuścił się na dół dozorca więzienny — rzekł Halef.
— Prawdopodobnie. Ten przyrząd umieszczono tutaj z rozmysłem. Czyżby dzisiejszej zabawy spróbowali już na kim innym?
— Ach, effendi, może tu ludzie już z głodu poginęli!
— U tych łotrów można to przypuszczać; z nami przynajmniej chcieli zrobić to naprawdę. Spuśćmy ten sznur do środka, to będą mogli wyjść Osko i Omar.
Stało się tak, a niebawem siedzieli obaj koło nas. Wytężaliśmy wzrok, ale daremnie staraliśmy się ujrzeć któregoś ze zbiegłych do lasu.
Wyciągnąłem sznur znowu i zamknąłem wieko.
— Czy sądzisz, że spuścimy tu znowu ten sznur i zdołamy zleźć po nim niepostrzeżenie? — zapytał Halef.
— Tak — odparłem — bo tu jest ciemno. Zresztą spróbujmy. Spuśćmy najpierw tego trupa. Niech do niego strzelają. Ja mam sztuciec w pogotowiu. Gdy zabłysną ich strzały, będę miał cel.
Przeciągnęliśmy trupowi sznury pod pachą i spuściliśmy zwłoki na dół, aby przeciwników znęcić do strzału, ale nic się nie poruszyło.
— W takim razie ja pierwszy się spuszczę — rzekłem. — Wlezę natychmiast w zarośla, a potem dalej przez las. Chcę ich zobaczyć, jeśli są tutaj. Tu jest źródełko, muszą się więc także znajdować żaby. Takie nawoływanie nie zwróci uwagi. Zostaniecie tu na górze, dopóki nie dostaniecie znaku odemnie. Usłyszawszy kum kum ropuchy, zostaniecie, aż zgaśnie ognisko. Gdy zaś zwykła żaba zaskrzeczy raz bardzo grubo, zejdziecie. Na dole zostaniecie do mego powrotu.
— To zbyt niebezpieczne dla ciebie, zihdi!
— O nie! Jeżeli tylko Mibarek, który tam leży na dole, nie zamierza czegoś złego i nie udaje. Dozorca siedzi tu także gdzieś niezawodnie. Miejcie się w każdym razie na baczności. Ja idę.
Rusznica leżała w chacie na ziemi. Przewiesiłem sobie sztuciec przez ramię, uchwyciłem się sznura i spuściłem szybko na dół. Spoczywał tu trup, a obok niego Mibarek, nieruchomy, jak martwy.
Sznur był aż nadto długi. Odciąłem kawałek i związałem nim starego łotra. Krew płynęła mu z ręki, poczem poznałem, że łokieć ma zgruchotany. Być może, że padł na głowę i omdlał.
Poczołgałem się dalej pod skałę, ukryty dobrze wśród paproci i innych zarośli. Wzrok miałem przytem zwrócony ciągle w kierunku ognia. Musiałem więc widzieć wszystko, co się między mną a nim znajdowało.
Czułem się całkiem pewnym. Co oni wiedzieli o indyańskich sposobach skradania się do nieprzyjaciół! Przypuszczali, że jesteśmy jeszcze ciągle na dachu chaty i patrzyli tam, a nie poza siebie. Gdyby mnie nawet byli spostrzegli, nie czułem powodu do obawy. Z moim wielostrzałowym sztućcem w ręku miałem nad nimi przewagę. Mogłem, wygodnie siedząc na ziemi, wystrzelać ich do jednego.
Tak uszedłem z pięćdziesiąt kroków, kiedy zaleciał do mnie zapach koni. Posunąłem się dalej i usłyszałem głosy ludzkie. Niebawem też ujrzałem ludzi i konie. Zwierzęta poprzywiązywane do pni, a ludzi stojących obok siebie i rozmawiających ze sobą półgłosem.
Konie nie zachowywały się spokojnie. Musiały się opędzać od nocnych owadów, tupały kopytami i biły się ogonami po bokach. Tem powodowały szmer taki, że najbardziej niewyćwiczony człowiek mógł się zbliżyć niepostrzeżenie.
W końcu dostałem się do nich. Wlazłem między dwa konie i ułożyłem się w wysokiej trawie, podobnej do sitowia. Ludzie znajdowali się nie dalej jak o trzy kroki odemnie.
— Mibarek już zdmuchnięty — powiedział właśnie Manach el Barsza. — Stary był osioł, że się tam ustawił.
— Więc i ja byłem osioł — rzekł Aladży.
— Ty byłeś ostrożniejszy i nie dałeś się zastrzelić.
— Byłby mnie także zabił, gdybym był nie uciekł.
— Który to był z nich?
— Który? Ty jeszcze pytasz? Naturalnie ten, którego nazywają effendim.
— I ten wylazłby z nogą bolącą?
— Napewno. O, żeby był kark skręcił zamiast nogi! Podziękowałbym za to Allahowi. Ale widać, że przecież można go zranić.
— Ba! Nie wierzyłem w to nigdy, żeby się go kule nie chwytały. To oszustwo!
— Oszustwo? Teraz wierzę w to mocniej niż poprzednio. Mibarek wziął go na cel, a ja także, gdy głowa jego wysunęła się z dziury. Przysięgnę uroczyście tysiąckrotnie, że nie chybiłem. Wylot lufy, którą przesunąłem przez parkan, był nie dalej jak o trzy łokcie od jego głowy. Widzieliśmy ją całkiem dokładnie. Trafiliśmy obydwaj. Głowa mu się zachwiała, bo tak a kula ma straszną siłę w uderzeniu, ale w tej samej chwili usłyszałem trzask kul o skałę. Odbiły się od głowy i byłyby w nas ugodziły z pewnością, gdyby nas był nie zasłonił parkan. W tej samej chwili złożył się już ten drab i zastrzelił Mibareka. Trafił go pewnie w głowę, bo stary wydał ostatni okrzyk i runął na dół. Ze mną byłoby to samo, gdybym był co prędzej nie umknął.
— Dziwne, dziwne w najwyższym stopniu!
— Tak. Wiecie przecież, że nie boję się nawet szatana, ale strach mię zbiera wobec tego człowieka. Jego dosięgniesz tylko nożem, albo hajduczym toporem i to mu się dzisiaj dostanie.
— Czy jesteś pewny, że nabiłeś? — spytał Manach el Barsza.
— Tak. Przystemplowałem kulę dwa razy. Pomyślcie sobie, że wypaliłem na cztery stopy od głowy!
— Hm! Gdybym mu mógł choć jedną kulę wsadzić! Spróbowałbym bardzo chętnie.
— Nie waż się! Kula odskoczy na ciebie. Gdybyście posłuchali byli mej rady i napadli na tych drabów, kiedy ich niesiono do chaty! Wówczas mieliśmy ich na pewno.
— Mibarek nam zakazał.
— To było głupie z jego strony!
— Tak, ale kto wtedy przypuszczał, że to nastąpi! To byłaby pyszna rzecz słyszeć, jakby te psy wyły z głodu. Ale dyabeł wziął ich w swoją szczególną opieką. Jest nadzieja, że nam ich już teraz zostawi.
— To wściekła rzecz, zabić rzeźnika przez powałą, a tamtemu nogę zgruchotać! Biedak miał śmierć bardzo nędzną.
— Nie szkoda go — rzekł Barud el Amazat. — Stał mi już w drodze oddawna i był nam tylko przeszkodą. Trudno było słowo powiedzieć w zaufaniu. Dla tego, skoro tylko przynieśliście go do chaty, dałem mu porządnie kolbą w głową.
To straszne! Dozorcę więziennego zamordował ten, któremu on życie ocalił! Tak zemścił się na nim własny jego uczynek. Ci czterej łotrzy byli jednak prawdziwymi piekielnikami.
— Postanówmy więc, póki czas — zauważył Sandar. — Czy uderzymy na nich koło chaty?
— Nie — odrzekł Manach el Barsza. — Tam zbyt jasno. Zobaczą nas i będziemy zgubieni, bo będą strzelali, podczas gdy nasze kule im nie zaszkodzą. Musimy napaść na nich w ciemności, kiedy się nie będą spodziewali. Cztery cięcia lub pchnięcia i będą gotowi.
— Zgadzam się, ale gdzie to się ma odbyć?
— Naturalnie, że w lesie.
— Nie, tam napad niepewny. Lepiej na skraju lasu w zaroślach. Chociaż jasno dziś nie jest, dają gwiazdy światła na tyle, że możemy widzieć, gdzie uderzamy. Oni wybiorą tą samą drogą, którą przyszli, bo innej nie znają. Nie ominiemy ich więc z pewnością. Najlepiej będzie oczekiwać ich na skraju zarośli, gdzie zaczyna się pole otwarte.
— Dobrze! — potwierdził Bybar, po którego głosie poznać było, że miał nos i usta zranione. — Jest nas czterech, a ich także czterech. Każdy bierze na siebie jednego. Wy się zaopiekujecie tragarzami i tym małym, ale effendi do mnie należy. On mi twarz rozbił, więc też ja go mieć muszę.
— Będzie siedział w lektyce, ponieważ chodzić nie może. Jak się więc zbliżysz do niego? Zanim drzwiczki otworzysz, utkwi już w brzuchu twoim kula pistoletowa.
— Czy sądzisz, że się przy lektyce tak długo zatrzymam? Domek ten zbudowany z cienkich patyczków. Zwinę się prędko. Rozwalę lektykę czakanem, a cios trafi draba z pewnością tak, że nie będzie mu już więcej potrzeba.
— A jeśli się nie uda?
— Musi się udać, musi!
— Pamiętaj o tem, co dziś zaszło! Wszędzie i zawsze myśleliśmy, że się powiedzie, a mimoto ci pupile szejtana wybrnęli ze wszystkiego szczęśliwie. Należy myśleć zawsze o wszystkiem. Może nam co przeszkodzić i co potem?
— Hm! Gdyby się wiedziało, kiedy ruszą ze Zbigancy!
— Zapewne jutro. Będą sądzili, że nam pilno i puszczą się w pogoń za nami.
— W takim razie wykonamy plan, o którym już popołudniu mówiłem. Poślemy mu naszego Suefa, a on wyda ich już naszym nożom. To chłop najchytrzejszy ze wszystkich, o jakich wiem, i zna te strony aż do Prisrendi, jak ja swoją kieszeń. Możemy mu tę sprawę powierzyć.
— Więc wnoszę, żebyśmy wyruszyli. Nie wiemy, kiedy te draby wyjdą z chaty. Byłoby smutno, gdyby oddalili się przed nami.
Dłużej już czekać nie mogłem i poczołgałem się nazad ku skale, a stamtąd ku chacie. Zatrzymałem się jednak w odpowiedniem oddaleniu, aby się przekonać, czy rzeczywiście odjadą.
Lazłem jeszcze parę kroków, poczem wstałem i poszedłem, kulejąc, wsparty o skałę. Zginanie lewej nogi było męczące, w ten zaś sposób mogłem iść na prawej nodze. Nie naśladowałem już głosu żaby, gdyż znalazłem się niebawem znowu w świetle ogniska, a ponieważ się wyprostowałem, ujrzeli mnie towarzysze.
— Zejdźcie! — powiedziałem.
— Spuścili się, ja zaś byłem tak znużony, że musiałem usiąść.
— Trzeba zrewidować tych obu — rzekł hadżi. — Może znajdziemy co pożytecznego w kieszeniach.
— Rzeźnikowi wszystko zostawcie! — rozkazałem. — On nie do nas należy. Niech kiaja zrobi z nim, co mu się spodoba. Co jednak Mibarek ma przy sobie, to zabierzemy.
Miał nóż i dwa pistolety, a strzelba leżała na dachu. Tegośmy nie potrzebowali, ale dwie sakiewki, dwie pełne, wielkie, sakiewki wyciągnął mu Halef z kaftana.
— Hamdullillah! — zawołał. — Tu siedzą kalifowie i uczeni w Koranie. Zihdi tu jest także złoto, złoto, złoto!
— Tak. Kto kodży baszy dał tak wielką sumę za uwolnienie, ten musiał mieć pieniądze. Możemy mu je zabrać bez obawy popełnienia czegoś złego.
— Oczywiście, że zabierzemy.
— Ale dla kogo? Podzielmy się, Halefie!
— Effendi, czy chcesz mnie ubliżyć? Czy uważasz Halefa za złodzieja? Biorę je dla biednych. Przypomnij sobie, jak szczęśliwą była Nebatja i gospodarz z przysiółka i koszykarz! Tymi pieniędzmi możemy wiele trosk usunąć i otworzyć sobie niebo Allaha.
— Tego się spodziewałem po tobie.
— To schowaj złoto!
— Nie, ty je zatrzymasz. Ty będziesz naszym skarbnikiem do rozdzielania jałmużny, kochany Halefie.
— Dziękuję ci. Będę spełniał ten urząd wiernie i uczciwie. Przeliczmy!
— Niema na to czasu; musimy odejść. Zanieście teraz obu do chaty. Zabity dozorca więzień leży tam także.
— Więc zastrzeliłeś i jego?
— Nie. Ja go tylko zraniłem, a Barud el Amazat zabił go kolbą, bo stał im się niewygodny.
— Coza łajdak! Ach, gdy go w ręce dostanę! Zabierzcie się wy dwaj do niego, ale wpierw zanieśmy effendiego.
Gdy posadzili mnie w chacie i oddalili się, aby przynieść zwłoki rzeźnika i Mibareka, usłyszałem okropne rzężenie. Dozorca nie był więc martwy. Wróciwszy, musiał Halef przynieść płonącą głownię, a przy jej świetle spostrzegliśmy latarnię Mibareka, którą też zapaliliśmy.
Teraz mogliśmy się rzężącemu przypatrzyć dokładniej. Wyglądał strasznie. Moja kula strzaskała mu udo, a czaszka rozbita była uderzeniem kolby. Ginął bez ratunku i spoglądał na nas dziko.
— Masz mój fez, Halefie, i przynieś wody! Te okrycia głowy są tak gęsto tkane, że mogą wodę utrzymać. Daliśmy umierającemu do ust trochę wody i zlaliśmy mu głowę kilkakrotnie. Oczy rozjaśniły mu się cokolwiek. Spojrzał na nas wzrokiem, który świadczył o tem, że zaczynał już myśleć.
— Czy znasz nas? — zapytałem.
Skinął powiekami.
— Za kilka chwil staniesz przed sędzią odwiecznym. Czy wiesz, kto ci czaszkę rozwalił?
— Barud el Amazat — wyszeptał.
— Któremu, jak ci się zdawało, wyświadczyłeś dobrodziejstwo. Jesteś uwiedziony i Allah ci to przebaczy, jeśli ze skruchą zejdziesz ze świata. Powiedz, czy stary Mirabek jest Szutem?
— Nie.
— A kto jest Szut?
— Ja tego nie wiem.
— A nie wiesz także, gdzie on się znajduje?
— Mają go spotkać w Karanorman-chan.
— Gdzie to leży?
— W Szar Dag, nieopodal wsi Wejczy.
— Za Kakandelen?
Skinął znowu, bo nie zdołał już dłużej mówić. Odpowiadał tak urywkowo i cicho, że musiałem ucho do ust jego przyłożyć, by go rozumieć.
— Zihdi, on umiera! — rzekł Halef z współczuciem.
— Przynieś wody!
Wyszedł, ale pomoc jego była już zbyteczna. Biedak skonał nam pod rękami i nie powiedział już ani słowa więcej.
— Wniesiemy trupy i Mibareka do jaskini — powiedziałem. — Kiaja je stąd zabierze.
— Panie, stary ma oczy otwarte. Przyszedł do siebie — oświadczył Osko, świecąc Mibarekowi latarnią w oczy.
W tej chwili schylił się Halef, by się przekonać, czy to prawda. Stary grzesznik odzyskał rzeczywiście przytomność. Nie chciał wprawdzie nic mówić, ale spojrzenia jego dowodziły przytomności umysłu. Połyskiwała w nich wściekłość, jakiej nigdy jeszcze w oczach nie widziałem.
— Żyjesz jeszcze, ty stary kościotrupie? — zapytał Halef. — Byłaby też szkoda niepowetowana, gdyby cię kula na śmierć trafiła, bo nie zasłużyłeś na taki koniec. Umrzesz w mękach, abyś miał przedsmak rozkoszy, jakie cię w piekle czekają.
— Psie! — syknął stary złoczyńca.
— Poczwaro! Mieliśmy zginąć z głodu? Czy sądzisz, głupcze, że zdołałbyś uwięzić takich znanych i sławnych bohaterów? Przenikamy głazy i przeskakujemy przez żelazo. Ale ty będziesz daremnie błagał w swej własnej pułapce o pomoc i orzeźwienie.
Oczywiście, była to tylko groźba. Zaniesiono go do jaskini i położono między trupami. Trochę śmiertelnego strachu nie zaszkodziło temu potworowi.
Przyjrzawszy się lektyce, spostrzegłem, że domek da się z niej zdjąć. Kazałem go usunąć i uzyskałem w ten sposób wolność ruchów dla rąk. Wziąłem więc rusznicę i sztuciec i ruszyliśmy z powrotem, zgasiwszy ogień poprzednio. Wierni towarzysze nieśli mnie ostrożnie.
Przed odejściem rozpuściliśmy więzy Mibarekowi tak, że mógł się przechadzać. Drzwi obite żelazem zaryglowaliśmy jednak. Zostawiliśmy go w strachu, że będzie musiał tam siedzieć bez pomocy.
Nocą przykro chodzić po lesie, o ile niema w nim dróg utorowanych, zwłaszcza z lektyką. Mimoto zachowaliśmy porządek w drodze. Towarzysze stąpali, jak mogli, najciszej. Halef trzymał w pogotowiu pistolety, ja zaś rewolwer — na wszelki wypadek.
Kiedyśmy wyszli z lasu, skręciliśmy w prawo, ku łąkom Sletowskiej, gdzie pole było otwarte. Robiliśmy w ten sposób koło, aby przez to uniknąć walki, która mogła nas przyprawić, jeżeli nie o śmierć, to o rany.
Przybyliśmy szczęśliwie do oberży, gdzie przez izbę, w której siedziało kilku gości, wniesiono mnie do „lepszej izby“.
Tam zastaliśmy gospodarza. Ujrzawszy nas, zerwał się z miejsca.
— Ty, panie! — zawołał. — Wszak odjechałeś!
— Dokąd?
— Do Karatowy.
— Kto to powiedział?
— Rzeźnik.
— A więc był tutaj?
— Tak i domagał się wydania koni. Był bardzo zły, gdy mu oświadczyłem, że mu ich wydać nie mogę, bo cofnąłeś pełnomocnictwo. Groził mi twoim gniewem. Miano cię zanieść do Karatowy, gdzie chciałeś zastać już konie.
— A więc przeczuwałem to dobrze! Postanowił pozbawić mnie karego, a nie tylko karego, lecz także życia.
— Życia?
— Tak; mamy ci dużo do powiedzenia. Rzeźnik już nie żyje.
— Czy spotkało go nieszczęście?
— Tak, jeśli to nazywasz nieszczęściem, że ja go zastrzeliłem.
— Zastrzeliłeś? — zawołał przerażony. — Ty? Pewnie, że to nieszczęście dla niego, dla jego rodziny, ale i dla ciebie.
— O ile dla mnie?
— Czy uczyniłeś to z rozmysłem?
— Zastrzelić go nie chciałem, ale kula miała go trafić.
— Strzeliłeś zatem rozmyślnie, moim obowiązkiem jest uwięzić cię jako mordercę.
— Przeciwko temu protestuję z naciskiem.
— Nie wiele ci to pomoże!
— O przeciwnie. Muszę ci opowiedzieć, jak się to wszystko odbyło. A gdybym go był nawet z własnej woli i bez słusznego powodu zabił, to mimoto nie dałbym się tak łatwo uwięzić. Czy nie przyznałeś sam popołudniu, że Aladży to powszechnie znani zbrodniarze i rozbójnicy?
— Tak, bo każdy wie przecież o tem.
— A jednak nie ująłeś Bybara, gdy znalazł się w twoich rękach. Tymczasem mnie chcesz zatrzymać, chociaż nie wiadomo ci o żadnym karygodnym uczynku z mojej przeszłości. Jak to pogodzisz?
— Panie, to moja powinność — rzekł z zakłopotaniem.
— Nie wątpię o tem. Aladżego puściłeś, bo obawiałeś się zemsty brata i bandy, oraz jego własnej gwałtowności. O mnie zaś myślisz, że pozwolę się wziąć bez oporu i że jako obcy nie mam nikogo, ktoby stanął w mojej obronie ze strzelbą w ręku.
— Oho! — zawołał Halef. — Kto naruszy mego zihdi, temu w tej chwili w łeb kulę wpakuję! Jestem hadżi Halef Omar, Ben hadżi Abul Abbas Ibn hadżi Dawud al Gossarah i dotrzymuję słowa. Niechaj kto teraz spróbuje go dotknąć!
Mimo nizkiego wzrostu przybrał postawę stanowczą i groźną. Robił wrażenie, że gotów jest słowa swe w czyn zamienić.
— Dziękuję ci, Halefie — powiedziałem. — Spodziewam się, że nie będzie potrzeba twego pośrednictwa. Ten zacny kiaja uzna, że musiałem sprzątnąć rzeźnika.
Zwrócony do gospodarza dodałem:
— Czy nie powiedziałeś mi, że rzeźnik jest Skipetarem.
— Tak, to nawet Miridit.
— A zatem stąd nie pochodzi?
— Nie. Ojciec jego przybył do Zbigancy z Oroszi, stolicy Miriditów.
— Dlaczego w takim razie kłopoczesz się jego śmiercią? Czy Miridici pozostają pod władzą padyszacha?
— Nie, to są wolni Arnauci.
— Czy wiadomo ci także o tem, że sądzą się sami między sobą i to wedle starych praw Lek Dukadżinits?
— Naturalnie.
— Odpędź więc od siebie troskę o śmierć rzeźnika! Czy mu zadałem śmierć prawnie, czy nieprawnie, to oczywiście obojętne tym ludziom; podpadam prawu o zemście krwi i krewni jego będą się starali wykonać ją na mnie. Ty z tem nic nie masz do czynienia.
— Ach! — odetchnął głęboko. — Jestem z tego bardzo zadowolony.
— W takim razie zgoda między nami. Ale jest tam jeszcze jeden martwy.
— Kto taki? — Dozorca więzień z Edreneh, który wypuścił więźnia i umknął razem z nim. I ten go teraz zabił. Przy tych trupach znajdziesz także starego Mibareka, któremu kulą łokieć strzaskałem.
— Jego także? Panie, tyś człowiek straszny!
— Przeciwnie, jestem bardzo dobry, ale w obecnem położeniu nie mogłem postąpić inaczej.
— Jakże przyszło do tego?
— Przysiądź się do nas; opowiem ci o tem.
Usiadł, a ja zacząłem sprawozdanie, które składałem ile możności wyczerpująco, gdyż było na to dość czasu. Wyjaśniłem mu także, dlaczego ścigamy Baruda el Amazat. Zrozumiał więc nasze zamiary i to ułatwiło mu poznanie, z jakimi to łotrami mamy sprawę. Gdy zamilkłem, strapił się bardzo.
— Czy można coś takiego uważać za prawdopodobne? Jesteście jako pancerni kalifa Haruna al Raszyda, którzy objeżdżali cały kraj, aby karać złych, a dobrych nagradzać.
— O, nie jesteśmy bynajmniej tak wysoko położeni i wspaniałomyślni. Ci, których ci opisałem, wyrządzili krzywdę nam i naszym przyjaciołom. Oni teraz także chcą pewnych zbrodni się dopuścić, więc spieszymy za nimi aby temu zapobiec. Cóż więc teraz zarządzisz?
Poskrobał się obydwoma rękami po głowie i odpowiedział po chwili:
— Daj mi dobrą radę!
— Jesteś sam urzędnikiem i musisz wiedzieć, co ci przepisuje powinność. Naco ci rady?
— Wiedziałbym, co czynić, gdybyś me popełnił był jednego głupstwa. Czemu postrzeliłeś tylko w ramią Mibareka? Czyż nie mogłeś mierzyć w głową lub w piersi? Jużby go nie było na świecie.
— I to mówisz ty, kiaja!
— Nie teraz nie mówi do ciebie kiaja. Gdyby stary nie żył, kazałbym wszystkich trzech naraz pochować i nie podniósłby nikt najmniejszego zarzutu. Tak zaś muszę go pojmać i pod sąd oddać. To niedobra sprawa.
— Nie widzę w tem nic niedobrego. Zdobędziesz sobie nawet zasługę. On umknął z więzienia w Ostromdży. Pochwycisz go, odstawisz do Uskub i obowiązek zostanie spełniony.
— Ale sam się muszą tam udać, aby zdać sprawę, a wy ze mną jako świadkowie, albo oskarżyciele.
— Uczynimy to chętnie.
— Tak, potem opuścicie te strony, a mnie uśmiercą przyjaciele statarego.
— Będzie ci przytem cipło, a to także coś warte.
— Drwij sobie! Ty nie masz pojęcia, co mnie czeka. Gdybyś był, jak rzekłem, tego łotra zastrzelił, bylibyśmy wolni od wszelkich kłopotów i odpowiedzialności. Bo, jeśli będziesz musiał jako świadek pozostać w Uskubie, to cię krwawa zemsta dosięgnie.
— Czy rzeźnik ma tutaj krewnych.
— Tak, ma brata.
— Czy on dziś w domu?
— Jest, bo mój parobek chodził dziś z poleceniem do niego, nie do Czuraka.
— Hm! To istotnie groźne. Jeśli jest taki jak brat, to słusznie powinienem się jego obawiać.
— Jest co najmniej taki sam. Nie uważałem go za tak zacnego jak samego Czuraka. Ponieważ zaś tamten był łotr, to brat będzie jeszcze większy. Dopóki tutaj przebywasz, nie jesteś pewny żywota. To też posłuchaj mej rady: siadajcie bezwłocznie na konie i jedźcie do Karatowy. Dam wam dobrego przewodnika.
— My wcale tam jechać nie zamierzamy.
— Przecież tak doniósł mi rzeźnik.
— To było kłamstwo. Udamy się stąd do Uskub, co bardzo dobrze się składa, bo będziemy dla ciebie zbrojną eskortą przy prowadzeniu Mibareka.
— Niech mnie Bóg broni! Zastrzelą nas w drodze!
— Chyba gdybyśmy zabrali się do rzeczy bardzo głupio.
— Widzę, że nie znasz wcale tutejszych stosunków. Znajdujesz się tu razem z towarzyszami ustawicznie w niebezpieczeństwie i ani jeden włos twój nie jest pewny. Odjedźcie! To dla was rzeczywiście najlepsze.
— Najlepsze także dla ciebie! Nieprawdaż?
Pytanie to wprawiło go w ogromny kłopot. Nalegał na mnie tak natarczywie, jak tylko troska o własne dobro do tego skłonić może. Był to człowiek całkiem porządny, ale jako dziecko tego kraju liczył się z niepewnością miejscowych stosunków.
— O ile dla mnie? — zapytał.
— Gdybyśmy odjechali, wypuściłbyś poprostu Mibareka. Wobec tego odpadłaby obawa przed zemstą, a wstąpiłaby w ciebie nawet nadzieja wdzięczności z jego strony.
Poczerwieniał. Trafiłem więc w sedno. Mimoto rzekł:
— Nie myśl tak o mnie! Postąpię surowo według przepisu, ale zależy mi na tem, żebym widział was w bezpieczeństwie.
— O to się nie troszcz. Dowiedliśmy ci już, że umiemy sobie sami dawać radę. Powinienbym się właściwie zwrócić dzisiaj do ciebie o pomoc przeciwko naszym nieprzyjaciołom. Nie uczyniłem tego, by ci się nie naprzykrzać, oraz dlatego że wiedziałem, iż sami oddalimy od siebie grożące niebezpieczeństwo. Tak samo i w dalszym ciągu obędziemy się bez cudzej rady i poparcia. Wszak to przez ciebie znaleźliśmy się w tak krytycznem położeniu.
— Jakto? — zapytał.
— Bo zapewniłeś nas, że nikt obcy nie przyjechał do rzeźnika, a tymczasem oni byli tu już przed nami.
— Nie wiedziałem o tem, bo do wsi nie przybyli. Czurak spotkał się z nimi zapewne na polu. Powiedziałem ci przecież, że wrócił do domu na koniu. Widział się tam z nimi i umówił.
— To prawdopodobne. Nie opuszczam więc dzisiaj Zbigancy i przenocuję u ciebie. Co poczniesz z owymi trzema, których zamknęliśmy w leśnej chacie?
Poskrobał się znów za uchem.
— Panie daj mi z tem wszystkiem pokój!
— Niestety, trudno. Nie mogą przecież tam zostać. Żądam, żebyś wieczorem jeszcze pojmał Mibareka. Trupa można ostatecznie stamtąd nie ruszać.
— Ale co ja z nim zrobię?
— Zamkniesz go tu, dopóki nie odstawimy go jutro do Uskub.
— Wszystkie dobre duchy, polecam się wam! Aladży przypuszczą szturm do mego domu!
— My pomożemy ci w obronie.
— A potem wywrą na mnie zemstę!
— Coza tchórzostwo!
— Tak, zapewne! Wam nic nie grozi. Pojedziecie i nie wrócicie już więcej. A na mnie spadnie potem cała burza.
— Aladży nic ci nie zaszkodzą, gdyż zaprowadzimy ich jutro także do Uskub, razem z Manachem el Barsza i z Hamdem el Amazat w dodatku.
— Czy masz ich już w ręku?
— Nie, ale zaraz ich schwytamy.
— Jak?
— Przy pomocy mieszkańców Zbigancy, których zwołamy, aby przeciwko nim wyruszyć.
— Oni się od tego wyproszą!
— Bynajmniej. Czy nie widziałeś, że jestem pod opieką wielkorządcy?
— Jesteś niestety.
— Masz więc słuchać mojego nakazu. Jeśli się będziesz wzbraniał, oskarżę cię w Uskub.
— Panie, czy chcesz mnie unieszczęśliwić?
— Nie, pragnę tylko nakłonić cię do spełnienia powinności. Ci czterej rozbójnicy czekają tam na skraju zarośli. Nic łatwiejszego jak pojmać ich i uwięzić.
— O, mylisz się. Będą się bronić.
— Cóż to szkodzi?
Tak szeroko otworzył osłupiałe oczy, że Halef zaśmiał się głośno.
— Pytasz, co szkodzi? Może nic? — zawołał kiaja. — Nic nie szkodzi, że nas zabiją? Przeciwnie, ja nie znam większej szkody nad utratę życia.
— Ja także prawie tak sądzę. Należy jednak tak się wziąć do rzeczy, żeby wcale do tego nie doszło.
— Co począć?
— Pouczę o tem ludzi, skoro się zejdą.
— Nikt nie przyjdzie, gdy podam przyczynę wezwania.
— Tego ci właśnie nie wolno. Przyznasz, że według ustawy masz prawo i obowiązek powołać w takim wypadku do pomocy całą zdolną do walki ludność.
— Tak, przysługuje mi to prawo.
— A oni muszą ci być posłuszni.
— Bezwarunkowo.
— A zatem zapowiesz im, żeby się tu w twej pierwszej izbie stawili — z bronią w ręku. Gdy się wszyscy zgromadzą, przedstawię im sam cel wyprawy. Przemówię do nich w ten sposób, że będą dumni z wyruszenia przeciwko tym złoczyńcom.
— W to nie wierzę.
— Napewno.
Objawił jeszcze mnóstwo wątpliwości, ale ja zostałem przy swem żądaniu. W końcu powiedział:
— No, ponieważ rozkazujesz tak surowo, zawołam mego policjanta i dam mu wyjaśnienia w twej obecności.
Gdy się oddalił, rzekł Halef:
— Nie pojmuję ciebie, zihdi. Czy sądzisz istotnie, że ci mili poddani sułtana złowią chociażby muchę?
— Nie chcą tylko zażartować. Podróżuję, aby poznać kraje i ludzi. Mam ochotą zobaczyć razem tutejszych mieszkańców, aby się przekonać, jak się bawią. Byliśmy dzisiaj w niebezpieczeństwie i należy nam się godzinka zabawy.
Towarzysze zgodzili się na to. Zdjęła ich ciekawość na to, jak będzie wyglądało zbrojne pospolite ruszenie, które się miało zebrać.
Po jakimś czasie wrócił gospodarz i sprowadził policyanta Nie robił on zbyt imponującego wrażenia. Miał wprawdzie okrutną brodę, ale reszta nie pozostawała z tem bynajmniej w harmonii. Wyglądał dość głodno, a ubranie jego składało się tylko ze spodni, sięgających do kolan i starej, podartej, bluzy. Obuwia nie miał żadnego, a na głowie chustkę bawełnianą taką, jakie u nas na jarmarku kupuje się, po dwie korony za tuzin. W ręku trzymał kij oliwny, grubości nogi dziecięcej opatrzony zamiast rękojeści sierpem. Naco? Jako broń? W takim razie był rzeczą bardzo niebezpieczną.
— Panie, oto mój policyant — rzekł kiaja. — Czy mu udzielisz instrukcyi?
— Nie, ty to uczyń! Jesteś przełożonym i masz wydawać rozkazy.
Dał mu rozkazy takie, jakie miałem na myśli. Następnie zapytałem gospodarza o zapas piwa.
— Wczoraj dopiero świeżego nagotowałem — odpowiedział. — Mógłbyś z towarzyszami pić przez cały tydzień.
— Czy mi je sprzedasz?
— Tak, ale naco ci tyle?
— Niechaj policyant powie ludziom, że dostaną arpa suju i raki do tego, jeśli uczynią rzeczywiście to, czego się od nich żąda.
— Na to podniósł policyant kij jak do przysięgi i zawołał:
— Panie, dobroć twoja jest wielka, a my będziemy bić się i walczyć jak na wyprawie przeciwko niewiernym.
— Więc wiesz już, o co chodzi?
— Tak, kiaja, mój pan i władca uznał mnie godnym zaufania i wyjawił mi.
— Ale ty nic o tem nie wspomnisz?
— Ani słowa! Usta moje będą jako księga o siedmiu pieczęciach, w której kartek przewracać nie można i jako żelazna skrzynia, od której klucz się zagubił.
— Radzę ci, żeby tak było. A teraz śpiesz się!
— Polecę, jako myśl, która ziemię obiega w sekundzie!
Obrócił się i wyszedł za drzwi krokiem miarowym i pełnym godności.
— Tu jeszcze się to nie zdarzyło — rzekł gospodarz. — Nikt nie ugaszcza wszystkich ze wsi, a już najmniej ktoś obcy. Panie, długo was będą sławić, a imię wasze zapamiętają na całe życie.
— Ile piwo będzie kosztować?
— Pięćdziesiąt piastrów.
— A ilu ludzi się zbierze?
— Około dwudziestu.
— A ile się tu płaci za tłuste koźlę?
— U nas są tańsze o wiele niż w Stambule, albo Edreneh, skąd właśnie przybywasz. Zapłacisz piętnaście piastrów.
— Możesz zatem ludziom oświadczyć, że, jeśli będą waleczni, upieką sobie na mój koszt na twym dziedzińcu dwa koźlęta na rożnie.
— Panie, ściągasz błogosławieństwo wsi na swą głowę! Ludzie będą...
— No, dobrze! — przerwałem mu. — Ty sam masz tłuste koźlęta. Wyszukaj dwa i postaraj się, żebyśmy także dostali porządną wieczerzę.
— Będziesz ze mnie zadowolony. Zajmę się wami, jak gdybym kalifa przyjmował.
Wybiegł.
— Teraz ma dobry humor! — zaśmiał się Osko.
— Tak, ale mnie nie podoba się ta wesołość. Nie obawia się już widocznie o życie i dobro swych mężnych ludzi. To mi jest podejrzane. Zarządził coś — co bezpieczeństwo zapewni jemu i tamtym się nic nie stenie.
— Ale nam przecież szkody nie wyrządzi!
— To niemożliwe. Odpędzi tylko naszych nieprzyjaciół. To jedynie mógł zrobić.
Minęło dużo czasu, zanim nadciągnął pierwszy bohater zbrojny. Gospodarz zamknął drzwi do przedniej izby i oznajmił:
— Effendi, zaczynają się już schodzić. Czy każesz im już podać arpa suju?
— Nie. Najpierw muszą złożyć dowody męstwa.
Powoli nadeszli i inni. Każdy wchodzący stawał w drzwiach, kłaniał się i spozierał na nas z zaciekawieniem.
Ale w tych spojrzeniach odbijało się coś więcej prócz prostej ciekawości i zadowolenia z uczty, która ich czekała. Były to oczy tak chytre! Ci ludzie posiadali jakąś tajemnicę, która im radość sprawiała. Wszyscy byli uzbrojeni w strzelby, pistolety, szable, noże, sierpy i inne narzędzia.
Niebawem usłyszeliśmy głośny gromadny okrzyk wojowników. Ujrzeliśmy policyanta na czele kilku ludzi także uzbrojonych. Każdy z nich miał przy sobie oprócz tego jakiś muzyczny instrument.
Wszedł ostro, po wojskowemu i z postawą, pełną godności, a reszta za nim.
— Panie — oznajmił — wojownicy już zebrani i czekają na rozkazy.
— Dobrze! Jakichże ludzi ty przyprowadzasz?
— To są czalgydżylar[21], którzy najpierw zrobią czenk makami[22], a potem makam er raks en nagmeh[23]. To zapali wojsko do nieustraszonego męstwa.
— Więc chcecie przeciw nieprzyjaciołom wyruszyć z muzyką?
— Naturalnie! To zwyczaj w każdem wojsku. Do szturmu się zawsze trąbi.
To było niesłychanie zabawne. Czterech rozbójników należało w ciszy otoczyć i pochwytać, a ten policyant przygotował wyprawę przeciwko nim z muzyką. Ponieważ zaś wspomniał o szturmach i o muzyce, to niewątpliwie już im powiedział, o co chodzi. Przekroczył zatem moje polecenie, ale nie robiłem mu za to wyrzutów. Nie dał mi też wcale przyjść do słowa. Pochwycił za pierś jednego z muzykantów, dźwigającego przed sobą coś w rodzaju bębna i dwa patyki w ręku, pchnął go przedemnie i oświadczył:
Ten bije w dawni[24]. To mistrz tego instrumentu.
Odsunąwszy go, przyciągnął drugiego, trzymającego obręcz z rozpiętą na niej skórą.
— Ten kłapie po dawuldżuku[25], a ten dmie w duduk[26].
Przy tych słowach pchnął innego, mającego w ręku drewnianą piszczałkę, ale niebawem odtrącił i jego, a ściągnął dwu innych, którzy znowu zajmowali się instrumentami smyczkowymi.
— Ten brzdąka na kytarze[27], a ten rznie na kemanie[28] — objaśniał. — Ale teraz rzecz główna, effendi! Oto bohater tonów, bo daje takt i dmuchając, przewraca nieprzyjaciół, jeżeli chce. On gra na curnie[29], której nikt się nie oprze. Będziesz z naszej muzyki nadzwyczaj zadowolony.
Wątpiłem o tem bardzo. Tak zwana gitara, na której jeden z nich grał, składała się z kawałka deski, do której przymocowano szyjkę. Dwie struny na niej poruszałby z łatwością wiatr, gdyby wiał w izbie.
Skrzypce stanowiła szyjka z przymocowanem do niej nabrzmieniem podobnem do wola. Przez mostek biegły trzy struny, któremi ucieszyłby się wiolonczelista. Smyczek był z pręta krzywego, którego końce łączył gruby sznurek. Dużego kawałka smoły używał skrzypek zamiast kalafonii do nadania sznurkowi szorstkości.
Wreszcie puzon! Był to rzeczywisty puzon! Skąd go mógł wziąć ten człowiek? A jak wyglądał! Miał tyle obrzmień, wklęsłości i zagięć, jak gdyby Samson użył go był do rozpędzenia kilku tysięcy Filistynów. Kształt jego zmienił się z biegiem czasu. Uważał za stosowne upodabniać się coraz więcej do nieregularnej linii spiralnej. Gdy wziąłem go z rąk puzonisty, aby spróbować, czy się nie da wyprostować, przekonałem się, że byłby to daremny trud. Instrument był zupełnie zardzewiały.
Szczęśliwy jego właściciel wyczytał widocznie z wyrazu mojej twarzy, że nie całkiem mu ufam, gdyż pośpieszył z zapewnieniem:
— Panie, nie bój się! Puzon spełni swoją powinność.
— Mam nadzieję.
— Ponieważ do arpa suju dodajesz raki, więc zabiję obu Aladżych tym puzonem.
— Ośle! — szepnął doń policyant. — Tego wam jeszcze wiedzieć nie wolno!
— Ach, tak! — rzekł bohater z puzonem. — W takim razie cofam me słowa!
— Ale już padły! — zaśmiałem się. — Więc wy już znacie swoje zadanie?
— Panie, nie dali mi spokoju, dopóki im nie powiedziałem — usprawiedliwiał się stróż bezpieczeństwa — Męstwo ich zapłonęło tak prędko, że życie moje byłoby w niebezpieczeństwie, gdybym był dłużej milczał.
— To słuszne, że życie swoje chroniłeś. Nie potrzebuję teraz objaśniać tym ludziom, jakie ich obowiązki.
— O powinienbyś wygłosić mowę, aby ich jeszcze bardziej zapalić, bo wówczas będę niezwyciężeni.
— Ja przemówię, zihdi! — rzekł Halef.
Znając jego zdolność krasomówczą, skinąłem mu głową na znak zgody i zapytałem:
— Kto poprowadzi wojowników?
Policyant wystąpił z oświadczeniem:
— Naturalnie, że jako policyant jestem muszirem[30] tej armii. Zachowam się bardzo strategicznie. Podzielę wojsko na dwie części, któremi dowodzić będą generałowie dywizyi. Z nimi osaczymy potajemnie nieprzyjaciela i weźmiemy go do niewoli. Nie zdoła się nam wymknąć, bo z dwu stron nadciągniemy.
— Bardzo dobrze! I to z muzyką?
— Tak, gdyż w te n sposób napędzimy wrogom strachu już podczas zbliżania się. Położymy ci u stóp skrępowanych złoczyńców. Ponieważ jednak będziesz musiał uznać nasze męstwo, więc nie czekaj z koźlętami aż do naszego zwycięskiego powrotu, lecz każ je piec natychmiast. Sprowadziłem kilka kobiet, które doskonale rozumieją się na tem; znajdują się już na dziedzińcu i przygotowują się do tego. Dla was odłoży się kawałki z nad ogona, które są najlepsze i najdelikatniejsze, bo wiemy dobrze, co nakazuje uprzejmość.
— A więc będą tutaj także kobiety?
— O i jeszcze inni! Wyjrzyj na dziedziniec, a zobaczysz także synów i córki kobiet.
— W takim razie niech kiaja poleci parobkowi zabić nie dwa, lecz cztery koźlęta i oddać je kobietom.
— Panie, ty przekraczasz miarę w dobrodziejstwach! Ale, żeby o najważniejszem nie zapomnieć: kto dostanie futerka?
— Podzieli się je między czterech najwaleczniejszych.
— W takim razie jestem pewien przynajmniej jednego. Ale niech twój towarzysz rozpocznie już przemowę, gdyż żądza walki u mych wojowników nie da się już dłużej powstrzymać.
Cofnął się z muzykantami do przedniej izby. Halef stanął w drzwiach, łączących obie izby i przemówił. Było to krasomówcze arcydzieło. Okazał się niezmiernie hojnym w nazywaniu obecnych bohaterami niezwyciężonymi i wielkodusznymi i wtrącił w to mnóstwo sarkastycznych docinków, zrozumiałych dla nas jedynie.
Gdy skończył, zabrzmiał ton, który mię tak przeraził, że zerwałem się z krzesła. Zdało się, że wsadzono na rożen pół tuzina amerykańskich bawołów i że one wydały razem jeden ryk boleści. Na moje zapytanie odpowiedział gospodarz:
— To był puzon. Zatrąbił do wymarszu.
Izba się wypróżniła. Za bramą dał się słyszeć głos marszałka. Ten podzielił wojsko na dwie gromady i bohaterowie ruszyli.
Kilka grzmotów puzonu rozpoczęło marsza do szturmu. Flet udawał, że chce trylować, ale utknął i skończył wściekłem gwizdnięciem. Bęben zaczął warczeć, potem wpadł w to tamburyn, tylko skrzypiec i gitary słychać nie było. Ich łagodne, delikatne dźwięki zamarły w potędze tonu innych, bardziej wojennych instrumentów. Zwolna słabły harmonie w miarę, jak wojsko się oddalało. Kwiliło już tylko jak jęk wichru za węgłem i skończyło się zamierającym piskiem jak gdyby z katarynki, której zabrakło powietrza.
Zostawiliśmy walecznych ich bohaterstwu i wydobyliśmy cybuchy. Na dziedzińcu płonęło kilka ognisk, przy których pieczono koźlęta: każde po niespełna cztery korony. Można sobie było pozwolić raz na taką hojność.
Gospodarz nie miał co robić. Przysiadł się do nas, zapalił fajkę i zaczął się gubić w domysłach, czy złapią jednego z tych, na których była urządzona obława, czy wszystkich czterech, czy też żadnego.
W wyrazie jego twarzy był rys, który zniewalał mnie do wniosku, że jest w grze małe oszustwo. Był to prawdopodobnie człowiek uczciwy, ale teraz ukrywał przed nami coś, co było w ścisłym związku z rozpoczętą tak pięknie wyprawą.
— A jeśli nie będą mieli szczęścia — rzekł — to co potem?
— To nie schwytamy łajdaków.
— Ja mam piwo na myśli.
— To się i tak wypije.
— A koźlęta?
— Zje się je także.
— Mówisz jak mędrzec, panie, bo jeśli Aladżych niema, to nie pomoże i największa odwaga.
— Już marszałek się o to postara, żeby odeszli. Jego muzyka wezwie ich do tego. A może ostrzegł ich już przedtem?
— Ostrzegł? Jak to rozumiesz?
— No, mógł pobiec do nich, aby im z całą prostotą donieść, że daremnie czekają na nas, bo znajdujemy się już u ciebie.
Spojrzał na mnie badawczo, czy nie żartuję.
— Effendi, co też ty przypuszczasz!
— Coś możliwego i nawet bardzo prawdopodobnego. Przy tej sposobności mógł im także powiedzieć, żeby zeszli z drogi cokolwiek, bo musi teraz zwołać walecznych na wyprawę przeciwko nim.
— Tego chyba nie uczynił. To byłoby wbrew jego powinności.
— Gdybyś mu to jednak nakazał?
Poczerwieniał, popatrzył na bok i poskarżył się głosem niepewnym:
— Posądzasz mnie o coś takiego?
— Wyglądasz mi tak niezmiernie chytrze. Zniknęła obawa o twych bohaterów, a pierwszy z nich nadszedł tak późno, że istotnie podejrzewam, iż twój cabtie zrobił sobie małą przechadzkę do zarośli. Nie chcę jednak robić ci zarzutu z powodu troskliwości o mieszkańców, twej opiece powierzonych. Spodziewam się, że niewielu z nich zginie.
Powiedziałem to w tonie żartobliwym. Odpowiadając, wpadł weń gospodarz odrazu:
— Będą walczyć jak lwy. Nie mają wprawdzie takiej broni, jak my, ale swojej umieją dobrze używać. Tutejszą strzelbą nie możnaby odbić żelaznego okucia. Nie widziałem jeszcze nigdy tak ciężkiej strzelby.
Zdjął ze ściany rusznicę i ważył ją w ręce.
— Czy cię jej noszenie nie męczy?
— Nie; przywykłem do tego.
— Dlaczego jednak robią u was tak ciężkie strzelby? ręka boli pewnie podczas mierzenia.
— Teraz już takich nie wyrabiają. To bardzo stara strzelba. Należy do gatunku, który nazywano zabijaczami niedźwiedzi, ponieważ używano ich do polowań na te zwierzęta. W Ameryce jest gatunek szarych niedźwiedzi, które są tak silne, że wołu uniosą. Żadna kula nie sprowadzała u nich pewnej śmierci, tylko z takiej ciężkiej strzelby.
— Czy kładłeś trupem także takie niedźwiedzie?
— Tak. Na cóż miałbym taką strzelbę?
— Ale w jakim celu wleczesz ją ze sobą tam, gdzie niema niedźwiedzi?
— Bo podczas swojej podróży przejeżdżałem przez okolice, w których brak wprawdzie niedźwiedzi, ale za to żyje inna mocna zwierzyna. Mierzyłem z niej do lwa i do czarnej pantery. Zresztą mimo ciężaru dobrze z niej celować wolną ręką. Widziałeś zaś dzisiaj, że mi wyświadcza inne jeszcze dobre przysługi.
— Czy jest nabita?
— Tak. Ilekroć tylko wystrzelę, wkładam nabój natychmiast. To już zwyczaj myśliwski.
— W takim razie wolę ją położyć. A co to za szczególna broń, ta druga strzelba?
Muszę zauważyć, że siedzieliśmy przy stole, umieszczonym pod otwartem oknem; ja zwrócony twarzą do okna, a Halef plecyma. Po prawej ręce był gospodarz, po lewej Omar, a poza mną stał Osko, który właśnie fajkę sobie nakładał i podniósł się był ze swego miejsca, aby ją zapalić od lampy. Został w tej postawie, by się przypatrywać gospodarzowi, który położywszy rusznicę na stole w ten sposób, że przypadkowo i szczęśliwie zarazem znalazła się u mnie pod ręką, wziął sztuciec.
Gospodarz wypytywał mnie o jego budowę, urządzenie, ja zaś objaśniałem, że mogę wystrzelić bez nabijania dwadzieścia pięć razy. Z tej swobodnej rozmowy wyrwał mnie okrzyk Oski.
— Effendi! Na miłość Allaha! Pomocy! — wrzasnął głośno.
Oglądnąłem się na niego. Wskazał na okno. Oczy miał szeroko otwarte, a twarz okryła mu bladość śmiertelna. Przedstawiał obraz zastygłego przerażenia.
Podążywszy wzrokiem w kierunku jego ręki, ujrzałem naprzeciw siebie wylot strzelby. Lufa spoczywała na dolnej ramie okna. Strzelec stał na ulicy i oparł strzelbę, ażeby strzał nie zawiódł. Poznałem od razu, że to do mnie było wymierzone.
Zdarzają się wypadki, podczas których duch ludzki w mgnieniu oka wytwarza takie myśli i wnioski, do jakich w innych warunkach potrzebuje całych minut. Czyn wydaje się wówczas czemś bezwiednem. Ale w rzeczywistości duch przeprowadza całkiem regularnie swoje wnioski, tylko kojarzenie wyobrażeń odbywa się błyskawicznie.
Strzelbą wycelowano w moje czoło tak dokładnie, że nie widziałem lufy, tylko jej wylot w kształcie pierścienia. Chwila strachu i byłoby po mnie. Należało działać piorunem. Ale jak? Jeślibym schylił szybko głowę, uniknąłbym niebezpieczeństwa, ale wtedy zginąłby stojący za mną Osko. Aby jego ocalić, postanowiłem nie usuwać mordercy celu t. j. mojej głowy. Zacząłem nią więc prędko ruszać w prawo i w lewo, że cel stał się całkiem niepewny, a równocześnie chwyciłem rusznicę.
Oczywiście nie da się to tak prędko opowiedzieć, ani przeczytać, jak się stało. Przygotowując się do strzału, morderca nie mógł zauważyć, że porwałem rusznicę ze stołu. Nie przyłożyłem jej wcale do twarzy, gdyż to byłby zobaczył, lecz wyciągnąłem przed siebie, przytknąłem wyloty obu jej luf do zagrażającego mnie wylotu i wypaliłem dwa razy prawie równocześnie. Od okrzyku Oski aż do tych strzałów upłynął czas tak krótki, że się nie da odmierzyć. Zaledwie krzyk przebrzmiał, huknęły dwa, a raczej trzy strzały, bo ów ze dworu wypalił także, ale szczęściem nie pierwej, lecz może o jedną dziesiątą sekundy później.
Po strzałach nastąpił na dworze przeraźliwy wrzask.
Halef usłyszał ostrzegawczy krzyk Oski, odwrócił się ku oknu, ale rusznica moja okazała się równie szybką jak jego wzrok. Nie widział wcale wylotu cudzej strzelby. Dlatego zerwał się teraz i zawołał:
— Co się dzieje, zihdi? To ty strzeliłeś?
— Morderca, morderca! — zawołał Osko, stojąc wciąż jeszcze osłupiały z wyciągniętemi przed siebie rękoma. Ja tymczasem prędko się podniosłem, rzuciłem rusznicę na stół i wyrwałem sztuciec z rąk gospodarza.
Nie mogłem dostrzec, kto był za oknem. Jeśli ten łotr się tam jeszcze znajdował, to chyba martwy, bo stanąwszy teraz z boku tak, że celu nie przedstawiałem, wypaliłem sześć do ośmiu razy, tak szybko po sobie, że wydało się, jak gdyby to był strzał jeden.
Halef pojął odrazu, o co chodziło.
— Nie strzelaj dalej! — zawołał na mnie.
W następnej chwili był już w otworze okiennym i chciał wyskoczyć.
— Czy się wściekłeś, Halefie! — zawołałem, chwytając go za nogi, aby go ściągnąć.
— Ja muszę! — krzyknął, wyrwał się i wyskoczył na ulicę.
Zdrową nogą zrobiłem wielki krok naprzód i dostałem się do okna. Szybko wysunąłem przez okno sztuciec, a potem głowę z lewą ręką. Więcej ciała przecisnąć nie mogłem, bo okno było dla mnie za wązkie. Ujrzałem Halefa biegnącego w prawo ku szeroko otwartej bramie dziedzińca, gdzie blask płonącego ogniska padał na drogę.
Równocześnie oderwała się od ciemnych drzwi przeciwległego domu rzeźnika jakaś postać i popędziła za Halefem.
Czyby to był nieprzyjaciel? Złożyłem się sztućcem, gdy w tem zobaczyłem człowieka, przelatującego przez bramę. Przy świetle ognia poznać go było można dokładnie.
— Manach el Barsza! — ryknął za nim Halef.
Ja się także nie pomyliłem co do niego i w tej samej chwili ujrzałem hadżego znikającego za bramą. Wy mierzyłem w wązki pas oświetlony, przez który przebiec musiał trzeci z nich, ścigający Halefa.
Za chwilę ukazała się postać jego w świetle. Był tak samo odziany jak rzeźnik. Gdy nadbiegł mi przed muszkę, wypaliłem, jednak chybiłem. Mając zewnątrz tylko lewą rękę, musiałem mierzyć i strzelać lewą. Niech mi kto w nocy, a do tego w tak niewygodnej postawie, bałamucony migotliwym blaskiem ognia, ze strzelbą przy lewym policzku i zamkniętem prawem okiem, celnie wystrzeli! Było to prawie niemożliwe.
Oczywiście natychmiast się cofnąłem do izby i rozkazałem Osce i Omarowi:
— Prędko za nimi! Przez izbę i dziedziniec w prawo ulicą! Halef pomiędzy dwoma! W tej chwili padło kilka strzałów pistoletowych. Obaj porwali za flinty.
— Nie strzelby! Tam tylko nożami i pistoletami trzeba walczyć! Precz, precz, co prędzej! Na to wybiegli obaj z izby. Nie mogłem niestety podążyć za nimi. W stanie mej bezsilności zmuszony byłem pozostać.
Gospodarz siedział jeszcze na krześle, jak skamieniały. Jak mu z rąk sztuciec wyrwałem, tak je wciąż jeszcze trzymał. Od okrzyku Oski nie poruszył się dotąd i nie wyrzekł ani słowa.
— Ef-ef-effen-ndi! — wyjąkał teraz. — Cóż to znów było?
— Wszak to widziałeś i słyszałeś!
— Strze—strzelono!
Pochwyciłem go za ramię i potrząsłem nim.
— Człowiecze, przyjdźże do siebie! Zesztywniałeś całkiem ze strachu!
— To na mnie było?
— Nie, na mnie.
— Myślałem, bo — bo wam dopomagałem, że mnie chcieli zamordować.
— Nie, twoje drogie życie nie było w niebezpieczeństwie, lecz moje. Ale zamknij okiennicę; nie dawajmy nikomu sposobności do ponownego mierzenia do nas.
Chwiał się, wykonując to polecenie. Tchórzem nie był z pewnością, ale szybkość, z jaką się działo to wszystko, pozbawiła go przytomności umysłu. Zamknąwszy okiennice, opadł z powrotem na krzesło, ja zaś zapaliłem znów fajkę.
— Ty palisz, effendi? — spytał zdumiony — A ci tam walczą na dworze!
— Czyż zdolny jestem pomóc im? Gdybyś był zuch, pośpieszyłbyś za nimi.
— Dziękuję. To mnie nic nie obchodzi.
— A więc pal także!
— Cały się jeszcze trzęsę. Ta stara rusznica grzmiała jak armata.
— Tak, ma rzeczywiście bas trochę mocny, ta poczciwa matrona. Nabijmy zaraz. Widziałeś, jak to jest dobrze. Gdyby nie była nabita, nie wyglądałbym obecnie zbyt ponętnie.
— Miałbyś był przecież ten sztuciec!
— Ty trzymałeś go w ręku, podczas gdy ona leżała mi wygodnie do strzału. Nie wiem zresztą, czy kula ze sztućca wywołałaby tak samo silny skutek.
— Strzelałeś przecież do mordercy!
— Nie. Nie widziałem go ani odrobiny, tylko wylot jego strzelby. Mierzył do mnie wprost w czoło. Nie było nic innego do zrobienia, jak podrzucić strzałem jego lufę i to mi się udało.
Na dziedzińcu powstało między kobietami i dziećmi wielkie zaniepokojenie. Słyszano strzały i widziano ludzi, goniących za sobą. Wszystkich opanowało rozdrażnienie, gdyż wiedzieli, że Aladży byli w pobliżu.
W tem nastała cisza i otworzyły się drzwi do przedniej izby. Weszli Osko, Omar i Halef. Ubranie ostatniego było powalane i podarte częściowo, a z czoła spływała mu krew po twarzy.
— Jesteś ranny? — spytałem przestraszony. — Czy coś niebezpiecznego?
— Nie wiem. Zbadaj, zihdi!
— Wody!
Ponieważ wody pod ręką nie było, zmaczałem chustkę do nosa w piwie i otarłem poczciwcowi twarz.
— Chwała Bogu! Zupełnie lekki postrzał — pocieszyłem go. — Za dwa tygodnie blizny nie będzie.
— To wcale przyjemne! — zaśmiał się Halef. — Ale tak tylko zranić mnie nie myślano: chodziło o moje życie.
— Kto strzelił do ciebie? Manach el Barsza?
— Nie, ten drugi.
— Czy go znałeś?
— Nie. Z powodu ciemności nie zdołałem rozpoznać oblicza, pomimo że brody nasze były tak blizko siebie, iż mogliśmy się całować.
— Przypuszczam, że to był brat rzeźnika.
— Bardzo być może, gdyż brał się do rzeczy jak rzeźnik.
— Opowiedz to! Omar przyniesie tymczasem z torby przy siodle przybory do opatrunku.
— Cała spraw a odbyła się bardzo prędko. Gdy wychyliłem głowę przez okno, ujrzałem człowieka, leżącego pod niem na ziemi. Chciałem skoczyć na niego, ale ty mnie powstrzymałeś. Wyszamotałem się, ale gdy przełożyłem nogi, on zerwał się i uciekł.
— To był Manach el Barsza. Powiedział do towarzyszy dzisiaj, gdy ich podsłuchiwałem, że chętnie wystrzeliłby raz do mnie. I groźbę wykonał. Niebezpiecznie to widać udawać takiego, którego się kula nie ima.
— To było rzeczywiście przeciwko nam planowane. Siedziałeś doskonale pod strzał. Te łotry to spostrzegły i postanowiły cię zdmuchnąć. Ponieważ zaś Manach pragnął przekonać się, co trwardsze: twoja głowa, czy kula, otrzymał polecenie ciebie zastrzelić. Przedsięwzięli z pewnością próbę zamordowania ciebie; nie wątp o tem.
— Prawdopodobne to w każdym razie.
— A więc dalej! Zeskoczyłem czemprędzej i spadłem na coś wązkiego, a długiego tak, że upadłem. Była to niewątpliwie strzelba, która jeszcze tam leży.
— Wytrącił mu ją pewnie z ręki mój wystrzał. Uderzenie strzelby powaliło go.
— W każdym razie stracił zmysły na chwilę, bo nie byłby został na ziemi do mego przyjścia. Zerwałem się natychmiast i popędziłem za nim. Gdy przebiegał koło bramy, poznałem go i zawołałem na was.
— Ja go także poznałem.
— Gnał jak piorun, lecz ja następowałem mu na pięty. Wtem potknął się i upadł. Byłem tak blizko niego, że nie mogłem się dość rychło zatrzymać i runąłem przez niego. Skorzystał z tego, wstał i dalej uciekał.
— To było głupie. Mógł się rzucić na ciebie.
— Pewnie. Łotry niezręczne!
— A kto wystrzelił?
— Ja. Podnosząc się z ziemi, dobyłem pistoletu i strzeliłem do niego. Ale byłem także głupi, bo strzelałem potem w biegu. Gdybym był stanął i zmierzył spokojnie, byłbym go trafił z pewnością, bo moje pistolety niosą daleko. Już mi się to nigdy nie zdarzy.
Nadszedł Omar z przyborami do opatrunku.
— Tam pod oknem leży strzelba Manacha — rzekł doń Halef. — Przynieś ją tutaj!
— Ale ja także chcę słyszeć twoje opowiadanie.
— Zaczekam.
Gdy Omar wrócił ze strzelbą, pokazało się, że Manach dostał potężny policzek, bo kolba była pęknięta. Na wylocie zostały wyraźne znaki, gdzie uderzyły moje kule.
— Ależ, ona nienabita — zauważył Halef, obcierając sobie krew z twarzy. — Z pewnością więc wystrzelił.
— Oczywiście! Prawie równocześnie ze mną, — Więc kule twoje podrzuciły lufę jego strzelby do góry i jego kula gdzieś wbiła się zapewne w ścianę blizko powały.
Osko wziął lampę i znalazł wnet dziurę, w której tkwiła kula.
— O tutaj jest — rzekł. — Byłbyś ją miał teraz w swojej głowie, gdybym nie był na czas zauważył tej strzelby.
— Tak, tobie życie zawdzięczam.
— Dumny jestem z tego. My doznaliśmy od ciebie tyle dobrego, a zwłaszcza ja, bo wyrwałeś moją córkę z rąk tego Abrahima Mamura. Nareszcie nadarzyła mi się sposobność wyświadczenia ci drobnej przysługi.
— Nie jest ona wcale drobną. Przyjmij serdeczne podziękowanie.
— Nie powinieneś mi dziękować. Innego zabiłoby mimo mojego ostrzeżenia. Jak przyszło ci na myśl podstrzelić mu lufę? Mogłeś się tylko schylić.
— Wtedy byłby wystrzelił i ugodził ciebie. Już się był złożył.
— A zatem, by także mnie ocalić?
— Taki miałem zamiar. A teraz, gdy znaleźliśmy już jego kule, możemy także moich poszukać. Zboczyły zapewne przez jego lufę i poszły dołem. Zobaczcieno krawędź okna.
Istotnie. Tkwiły w miękkiej cegle całkiem blizko obok siebie. Osko je wygrzebał.
— Wygrzeb mi i te z góry — rzekł. — Muszę je sobie zachować na pamiątkę tej godziny. A teraz dalej, Halefie!
— Resztę znasz tak dobrze, jak ja — rzekł wezwany. — Dopędziłem Manacha i złapałem go z tyłu. On skoczył daleko w bok, wyrwał się, a ja przytem upadłem. Tym razem był już on mądrzejszy. Rzucił się na mnie i chwycił mnie za gardło. Dobywałem właśnie noża, by mu go pchnąć między żebra, kiedy przypadł do nas trzeci. Nie wiem, kto to był, ale jutro poznałbym go, bo przejechałem mu tak przez twarz nożem, że musiał mnie puścić. Za to przyłożył mi do głowy lufę pistoletu. Niewątpliwie oślepiła go krew, bo powiedział: „Przytrzymaj go, Manachu!“ Manach wykonał to sumiennie. Leżałem twarzą zwrócony na bok, a wylot lufy dotykał mojej skroni. Szarpnąłem głową, a on wypalił. Wydało mi się, jak gdyby ktoś przeciągnął mi drutem rozpalonym przez czoło, ale następnie zebrałem wszystkie siły, żeby się uwolnić z ich uścisków. Nóż wypadł mi z ręki. Obaj trzymali mnie jednak mocno za gardło i za ramię. Wtem zrobiło mi się wolno. Jeden z nich zaklął, gdyż ktoś pochwycił go z tyłu.
— To ja — rzekł Osko. — Chwyciłem go za gardło, ale się zanadto pośpieszyłem. To nie był chwyt właściwy. Przeciwnik wyrwał się i uciekł.
— Tak, a tymczasem umknął i Manach — dodał Halef. — Straciłem już prawie oddech, a za nim go odzyskałem, rozstał się z nami Manach bez pożegnania.
Dziwne to uczucie i nieopisane znaleźć się w obliczu śmierci i równie szybko ujrzeć się ocalonym. Na szczęście miliony ludzi nie mają o tem pojęcia.
Ranę Halefa z łatwością opatrzyłem. Mogła po niej zostać tylko blizna niewielka.
— Znowu jeden dowód twego męstwa, mój zacny Halefie — rzekłem doń. — Co powie Hanneh, perła swej płci, ujrzawszy te pomniki twojej odwagi?
— Pomyśli, że uczyniłem to dla mego zihdi, którego ona również miłuje. O, co ja będę mógł o nas opowiedzieć! Niewielu będzie chyba wśród Beni Arabów, którzy odbyliby takie podróże, jak my. A potem, gdy... słuchaj! Usłyszeliśmy jakiś daleki dźwięk, jak gdyby śpiew komara. Stawał się on coraz to mocniejszy, a niebawem przemienił się w głośnego marsza wojennego wracającej armii.
— Nadchodzą! — rzekł gospodarz, wstając teraz dopiero z krzesła. — Przyprowadzą jeńców.
— Którzy byli już we wsi, aby mnie sprzątnąć, gdy tymczasem dzielni mieszkańcy wyszli na przechadzkę — odparłem.
— Panie, tu był tylko jeden. Tamtych pochwycono z pewnością.
— Zapłacę za każdego po tysiąc piastrów.
— Nie wiemy jeszcze, czy im się wcale nie powiodło. Ta muszę ich przyjąć jako naczelnik policyi.
Wyszedł, aby policyanta ostrzec przed przyznaniem się wobec mnie. Zostawił drzwi za sobą otwarte, przez które widzieliśmy dokładnie wejście armii zwycięskiej.
Pierwszy wszedł muszir. potrząsając sierpem jak tamburmajor buławą. Za nim postępowali muzykanci; każdy grał z całej siły, jednakże ani z nut, ani wedle zasad harmonii lub taktu, lecz stosownie do upodobania.
Za nimi kroczyli bohaterowie, każdy w takiej postawie, jakgdyby miał na sumieniu czyny Bolanda albo Bayarda. Czterech dźwigało nosze, sporządzone naprędce z młodych drzewek, na których spoczywały zwłoki rzeźnika i byłego dozorcy więzień.
Z zewnątrz dolatywał zapach pieczonych koźląt. Marszałek polny rozwarł szeroko nozdrza, wciągnął z rozkoszą woń i zbliżył się do nas pełen godności.
— Effendi — rzekł. — Wyprawa skończona. Ja sam położyłem trupem obudwu Aladżych. Mnie należą się zatem dwie skórki.
— Gdzie masz ich zwłoki?
— Wrzuciłem je do wody.
— A gdzie reszta złoczyńców?
— Także w Sletowskiej. Utonęli nędznie.
— A kto ich zabił?
— Tego nikt nie wie dokładnie. Będziemy musieli losować o dwie pozostałe skórki.
— To szczególne, że utopiliście ich tak, że niepodobna się dostać do ich zwłok.
— To najkrótsze postępowanie z takimi.
— Tak i nie można dowieść, że marszałek polny kłamie.
— Panie, nie obrażaj mnie!
— Od kiedyż to przychodzą do wsi umarli, aby tu przez okno strzelać mi w głowę?
Tem się zmieszał.
— Panie, co chcesz przez to powiedzieć?
— Że ci trzej ludzie, przeciwko którym wyruszyliście, postanowili tymczasem tutaj nas wymordować.
— W takim razie były to ich duchy!
— Ty sam jesteś duchem. Czy wierzysz w duchy?
— Tak, są duchy.
— W takim razie możesz wraz ze swojem walecznem wojskiem pożreć duchy czterech koźląt, bo ciał ich nie dostaniecie.
— Effendi, ty je nam obiecałeś! Polegamy na twojem słowie!
— Przyrzekłem je wam pod pewnymi warunkami, których wy nie dotrzymaliście. Jeśli uważasz mnie za człowieka, którego można tak okłamywać, jak ty to czynisz, to każę ci dać baty. Mam władzę po temu; spytaj kiaję, a on to potwierdzi.
Mówiłem głosem podniesionym tak, że słyszeli to wszyscy, stojący na dworze. Spoważnieli bardzo i zbliżyli ku sobie głowy. Policyant stał jak winowajca; kiaja, który znajdował się w mem bezpośredniem pobliżu, uważał za stosowne ująć się za swym podwładnym. Powiedział zatem:
— Effendi, sądzisz z gruntu fałszywie. Nie powiedziano ci nieprawdy. Jak moglibyśmy odważyć się na coś podobnego?
— Tak, jak śmiecie w ten sposób mnie okłamywać, oszukiwać i robić ze mnie błazna? Wiesz, że chlubię się opieką wielkorządcy i poleceniami władz jego najwyższych. Czem jest wobec mnie kiaja, czem policyant! Ja pochodzę z kraju, gdzie mały chłopiec jest mędrszy i wykształceńszy od ludzi, których wy uważacie za roztropnych i mądrych. Mimoto spodziewaliście się, że mnie oszukacie. Tylko z głupoty mogło wam to przyjść na myśl. Nawet dzieci tam na dziedzińcu wiedzą, że zostaliśmy oszukani i my, świeczniki wiedzy, mielibyśmy nie być od nich mądrzejsi? Tego nie mogę i nie powinienem ścierpieć. Chcę ludzi ugościć arpa suju, raki i czterema pieczonemi koźlętami, a wy z wdzięczności za to pakujecie mi na kark takie kłamstwa! Zachowaj zatem swój napój, koźlęta zaś ja zabiorę jutro ze sobą, aby je darować godniejszym!
O ile żadne z moich słów nie wywarło zamierzonego wrażenia, o tyle uzyskała je ta groźba ostatnia. Wódz wciągał chciwie zapach pieczeni, zacisnął wargi i poskrobał się z zakłopotaniem po spodniach. Ale wirtuoz na puzonie zrozumiał położenie, zbliżył się do nas w długich krokach, stanął przedemną i rzekł:
— Effendi, nie chcemy stracić przeznaczonych dla nas koźląt. Zaciężyłoby to twemu sumieniu, gdybyś nam ich odmówił. Dlatego chcę uwolnić cię od cichych wyrzutów przeciwko samemu sobie przez to, że powiem ci prawdę.
— Widzę, że jest tu przynajmniej ten jeden uczciwy człowiek — odrzekłem.
— O wszyscy jesteśmy uczciwi, ale mówić może tylko jeden. Ja trąbię do taktu, a w mojej curnie jest ton najsilniejszy. To też zabieram głos. Nie walczyliśmy, lecz udaliśmy się do chaty, aby zabrać nieżywych. Wody Sletowskiej nie pokryły zwłok żadnych. Jeśli rozkażesz, powiem ci otwarcie, jak się to stało.
— Mów!
— Siedziałem w domu i prostowałem właśnie głęboką wklęsłość, jaka utworzyła się w mojej curnie, gdy powaliłem nią wczoraj na ziemię człowieka, który mnie obraził. W tem przyszedł do mnie policyant, który jest moim szwagrem, ponieważ ożenił się z siostrą mojej żony. Opowiedział mi o tobie, o Aladżych i o tem, czego domagałeś się od kiaji. Wydał on mu tajne zlecenie, żeby poszedł do zarośli i doniósł Aladżym, iż zdołaliście im umknąć i żeby się zabrali, bo wkrótce wyruszy przeciwko nim armia naszych wojowników w celu pojmania ich.
— Myślałem to sobie!
— Policyjny dozorca chciał dla przyjaźni i powinowactwa, żebym wziął udział w rozmowie z Aladżymi i dlatego zażądał, żebym mu towarzyszył.
— Albo raczej bał się i dlatego wziął cię ze sobą.
— Mylisz się. Ani w jego, ani w mem sercu nie postała obawa. Nie lękam się najsilniejszego nieprzyjaciela, bo mam w mej curnie broń potężną, którą już niejednej głowie nabiłem guzów. Wybraliśmy się zatem i poszliśmy do lasu.
— Ale bardzo powoli?
— Tak, bo mieliśmy się naradzić, jakby najlepiej spełnić nasze drażliwe polecenie. Szliśmy więc powoli i wołaliśmy na Aladżych od czasu do czasu, że nie przychodzimy, aby ich zabić.
— Była to istotnie rozumna ostrożność z waszej strony, bo mogli na was uderzyć.
— O nie! Uczyniliśmy to, by ich nie przerazić zanadto, ale odpłacili nam niewdzięcznością za naszą delikatność.
— To znaczy — wtrąciłem — że was porządnie wyśmiali!
— Nie, tego nie zrobili, ale to, że się okazali tak niewdzięcznymi, jest także powodem do tego, żeby ci prawdę wyjawić.
— Na czem polegała ta niewdzięczność?
— Na cięgach, które dali memu kochanemu szwagrowi, na co naturalnie nie odważyli się u mnie.
— Oho! — wpadł mu w słowo policyant. — Czy jeden z Aladżych nie wyrżnął cię w twarz, że aż usiadłeś na ziemi?
— Przywidziało ci się. Było ciemno, a razy spadały na ciebie gradem tak gęstym, że wogóle nie mogłeś się oglądać i na mnie zważać. Słowa twoje nie posiadają zatem mocy poważnego świadectwa.
— Nie sprzeczajcie się! — rozkazałem. — Co zrobili Aladży?
— Zapytali, jakie zadanie ma spełnić nasza gromada, a my oświadczyliśmy, że mamy ich najpierw pojmać, a następnie zabrać z chaty zwłoki i starego Mibareka. Myśleli, że Mibarek nie żyje. Gdy się dowiedzieli, że nie zginął, ucieszyli się i postanowili czemprędzej go uwolnić, aby nie wpadł znowu w wasze ręce. Mój szwagier dostał jeszcze kopnięcie od...
— Nie, to ty je otrzymałeś! — zawołał policyant.
— Milcz! To wszystko jedno, czy ja, czy ty, bo jesteśmy blizcy krewni. Nie poskąpili więc nam kilku kopnięć i skryli się trwożliwie w fałdach szat nocnych ziemi.
— Potem wy wróciliście, by zwołać bohaterów.
— Tak. Potrzeba było czasu na to; abyś zaś nie zaczął czego podejrzewać, spieszyliśmy się bardzo.
— Powiedzieliście przytem każdemu, że nie ma się czego obawiać, bo wrogowie cofnęli się dumnie?
— Tak, panie.
— Że jedynem niebezpieczeństwem, jakie ich czeka, jest wypicie arpa suju i zjedzenie koźlęcej pieczeni?
— Powiedzieliśmy im to w zaufaniu na cześć i chwałę twojej dobroci.
— Czy znaleźliście potem podczas wyprawy jakie ślady z Aladżych?
— Nie ślady, lecz ich samych.
— Ach! A gdzież to?
— Na końcu wsi, na koniach, dwu z prawej, a dwu z lewej strony drogi, a Mibarek był z nimi. Przeszliśmy obok nich z muzyką janczarską. To nie żart zabrać dwa trupy nocą z ciemnego lasu. Leżą w pierwszym pokoju.
Wskazał ręką przez drzwi, ja zaś odrzekłem:
— Wszystko, co mi barwnie przedstawiłeś, wiedziałem już przedtem. Ponieważ jednak wyznałeś prawdę nareszcie, nie pozbawię was uczty.
— A kto skórki otrzyma?
— Kto we wsi najuboższy?
— Rębacz Chasna, który stoi tam w tyle z siekierą.
— On je dostanie. Zabierzcie tylko trupy i każcie przynieść arpa suju!
Rozkaz ten powitano z radością. Przyniesiono wielkie, grubobrzuszne dzbany, napełnione piwem. Ponieważ Turek nie znał przedtem piwa, nie umie przeto odpowiednio go określić. Używa albo czeskiego słowa „piwo“, albo wspomnianego już kilkakrotnie opisania. Arpa znaczy jęczmień, su woda, a dodatek ju oznacza drugi przypadek. Arpa suju znaczy zatem dosłownie woda jęczmienia — określenie nie bardzo zapraszające.
Gdy każdy z wojowników starał się o jakieś naczynie do picia, ja wziąłem na bok policyanta i spytałem:
— Gdzie zaniesiecie zwłoki rzeźnika?
— Do jego mieszkania.
— A ty będziesz towarzyszył?
— Nietylko będę towarzyszył, lecz poprowadzę pochód, bo jestem prawą ręką ustawy.
— Dam ci więc polecenie. Przekonałem się, że jesteś mądrym i sumiennym dyplomatą i że potrafisz dobrze się zabrać do rzeczy. Słuchaj więc! Chciałbym, żebyś zobaczył brata rzeźnika.
— Wszak to bardzo łatwo.
— Kto wie. Może mieć powody do tego, żeby się nie pokazywać.
— O, ja jestem policyą! Do mnie przyjść musi.
— Tak nie! Życzę sobie, żebyś nie występował szorstko, lecz żebyś działał podstępnie.
— W sam raz jestem do tego.
— Staraj się go więc zobaczyć. Dostaniesz pięć piastrów, jeśli ci się to uda.
— Uda mi się to tak pewnie, że proszę o nagrodę zaraz.
— Nie, mój kochany. Tak mnie już okłamałeś, że muszę być te raz ostrożnym. Nie sądź więc, że będziesz mógł niezgodnie z prawdą powiedzieć mi, że go widziałeś. Ja przeczuję całkiem dobrze, czy mnie oszukujesz.
— Ani jedno nieczyste słowo nie przejdzie przez moje usta. Co chcesz wiedzieć właściwie?
— O tem potem! Masz go zobaczyć, a gdy tego dokonasz, to wystarczy.
— Zważ jednak, że żądasz odemnie wielkiej ofiary. W czasie mej nieobecności wypiją mi drudzy cenne arpa suju.
— Twoja część nie przepadnie ci.
Wyszedł. Widziałem, jak polecił dwu ludziom nieść zwłoki rzeźnika. Trupa klucznika schowano tymczasem w jakimś kącie ukrytym.
Teraz już wszystko było w porządku. Częścią z podgiętemi nogami na ziemi, częścią na nasz sposób przy stołach siedzieli bohaterowie i trzymali w rękach wszelkiego rodzaju naczynia, aby się niemi posługiwać przy piciu. Na dziedzińcu włóczyły się dokoła ognisk kobiety i dzieci. Im także dostarczono kilka dzbanów piwa. Chłopcy i dziewczęta chwytali skrzętnie tłuszcz, spadający kroplami z piekących się koźląt. Jedno miało do tego kamień, drugie kawałek drzewa, na który zbierali krople, aby je potem zlizać czemprędzej.
Szczególnie jeden mały, ośmioletni może, chłopak poczynał sobie wcale ładnie przy używaniu tej rozkoszy. Podstawiał mianowicie maleńki fez, a gdy wpadło weń kilka kropli, przewracał go tak, że wnętrze wychodziło na zewnątrz i dopóty suwał odpowiedniem miejscem po języku, dopóki mu się nie wydało, że użył już dostatecznie. Gdy tłuszcz wsiąknął za głęboko, lub trzymał się sukna zbyt mocno, posługiwał się dzielnie zębami. Kazałem go sobie potem przyprowadzić i przypatrzyłem się fezowi. Malec wygryzł w nim dziurki i cieszył się nadzwyczajnie, gdy go wynagrodziłem jednym piastrem za wytrwałą pilność.
Jedno ognisko oblegała poprostu sprzysiężona gromadka. Siedziały przy niem dwie kobiety i obracały rożen na przemian. Ilekroć która z nich odwróciła na chwilę uwagę, przyskakiwał któryś z członków gromadki, aby oblizać jedną z apetytniejszych części koźlęcia i uciec potem czemprędzej.
Przedsięwzięcie to nie było łatwe, bo od ognia mogło się zająć ubranie. Ilekroć się któremu udało bez niebezpieczeństwa dla siebie zakosztować koźlęcego tłuszczu, odznaczali go towarzysze honorowem wyciem, gdy zaś od której z kobiet dostał porządnego klapsa, lub nawet policzek, śmiano się z niego do rozpuku. Za każdym razem jednak, czy się sztuka powiodła, czy nie, następowała po niej zawsze energiczna gra mimiczna, albo z powodu policzka, albo dlatego, że szczęśliwy oblizywacz koźląt upiekł się w język.
Było tam mnóstwo rodzajowych obrazków, łączących się w zajmującą całość. Ani starzy, ani młodzi nie krępowali się już niczem. Zewnętrzną ceremonialną powłokę, w której człowiek ze Wschodu ukazuje się stale, zwłaszcza wobec obcych, spłukało arpa suju. Zbliżano się do nas coraz odważniej, a wkońcu otoczyło nas grono ożywionych gości, na których mogłem robić najrozkoszniejsze studya.
Gdy policyant powrócił ze swej wyprawy, oznajmił mi, co następuje:
— Panie, udało się! Widziałem go, ale kosztowało to trudu dużo. Będziesz musiał dać dziesięć piastrów zamiast pięciu.
— Czemu?
— Bo to wymagało dziesięćkroć większego wysiłku mojej bystrości. Zapytawszy o niego, otrzymałem odpowiedź, że nieobecny. Byłem jednak rozsądny i powiedziałem, że muszą się z nim zobaczyć, bo chcę mu donieść ważne rzeczy o ostatnich chwilach zmarłego. Na to kazał mnie wpuścić, bo siedział w komnacie sam jeden. Przeraziłem się jego widokiem, gdyż miał długą, głęboką ranę od czoła przez nasadę nosa i przez policzek. Obok niego stało naczynie z wodą do ochładzania rany.
— Czy pytałeś go, jak odniósł tę ranę?
— Oczywiście. Siekiera spadła mu ze ściany na twarz.
— A czy chciał usłyszeć to, o czem go przyszedłeś zawiadomić?
— Oświadczyłem mu ze współczuciem, że brat jego nie zupełnie był martwy i westchnął jeszcze raz, gdy go podnosiłem.
— To wszystko?
— Czyż to nie dosyć? Czy miałem swoje delikatne sumienie obarczyć jeszcze większem kłamstwem? Za małe westchnienie mogłem przed aniołem sądu przyjąć odpowiedzialność. Gdybym był jednak powiedział, że zmarły wygłosił długą mowę przed śmiercią, obciążyłbym tem swoją duszę nadmiernie.
— No, co do tego, to nie kazałem ci mówić nieprawdy, a za jedno westchnienie zadużo mi dziesięć piastrów.
— Tobie? Mężowi o tak świetnych wpływach i naturalnych zdolnościach? Gdybym posiadał zalety twego charakteru, serdeczność twoich uczuć, bogactwo twojego serca i piękność twego sposobu myślenia, poświęciłbym sobie pięćdziesiąt piastrów!
— Ja też poświęcę je sobie.
— Ja myślę o sobie, nie o tobie, zwłaszcza że rzecz nie poszła tak gładko, jak tego sobie życzyłem.
— A jakże?
— Brat rzeźnika rozgniewał się, zerwał się z miejsca i cisnął straszne przekleństwo. Zagroził mi, iż postara się o to, żebym ja także westchnął i to porządnie. Reszty się możesz domyśleć.
— Nie potrafię sobie tak dokładnie odmalować tej sytuacyi.
— No, dostałem to, co się zwykle batami nazywa, co jednak ja określam jako skutki mego serdecznego oddania się tobie.
— Czy cięgi były bolesne?
— Niezwykle!
— To mnie cieszy!
— A mnie nie, bo będę musiał teraz krzepić się obficie lekarstwami, by się wyleczyć. Nie obejdzie się także bez użycia raki zewnętrznie do nacierania, wewnętrznie zaś arpa suju do ochłody i pieczeni koźlej do wzmocnienia nadwątlonej zręczności cielesnej.
— Sądzę, że zastosujesz także raki wewnętrznie; co się tyczy zręczności, to dowiedź jej teraz, zabierając się czemprędzej. Masz tu dziesięć piastrów!
— Panie, słowa twoje są obelgami, ale czyny twoje je łagodzą. Zdobyłeś sobie całą mą duszę i serce, a nerki moje dyszą wonią przywiązania i oddania się dla twej drogiej, bezprzykładnej istoty.
— Ruszaj precz, bo cię skakać nauczę!
Sięgnąłem do rękojeści harapa i w tej chwili policyant zrobił się niewidzialnym.
Wkrótce wykazały kilkakrotne próby, że koźla pieczeń gotowa i rozpoczęło się dzielenie. Aby zapobiec sprzeczkom, objął Halef tranżerowanie, co umiał doskonale. O poszczególne części rzucano losy. Nam dostały się czombry od ogona, ale ja wyrzekłem się tego przysmaku, gdyż te właśnie miejsca dzięki swemu położeniu na rożnie najczęściej stykały się z językami małych smakoszów.
Zresztą zastawił gospodarz przed nami obfitą i jak na tamtejsze stosunki wcale dobrą wieczerzę. Pod tym względem byliśmy zeń zadowoleni.
Po doszczętnem spożyciu czterech tłustych koźląt, ustawiła się kapela w kącie dziedzińca. Zamieniła się teraz w orkiestrę „do tańca i do śpiewu“.
To, co usłyszeliśmy teraz, urąga wszelkim opisom. Wystarczy powiedzieć, że odbyły się ochocze tańce. Z początku tańczyli tylko mężczyźni, później pokazało się także kilka kobiet. Taniec polegał bądź to na dzikich nieregularnych podskokach, bądź też na mniej lub więcej pięknem wykręcaniu członków ciała. Jedna tylko para popisała się znośną grą mimiczną z towarzyszeniem gitary i skrzypiec.
Między poszczególnymi tańcami dali się słyszeć śpiewacy, częścią pojedyńczo, częścią zaś w chórze. Pieśni solowe miały piętno rzewności, była w tem przynajmniej melodya i ślady harmonii w akompaniamencie. Chórowe pieśni natomiast, wyłącznie prawie pieśni wojenne, śpiewano, albo raczej ryczano unisono i przerywano takimi wrzaskami, iż zachodziła obawa, że nam bębenki popękają. Odpowiadał temu godnie akompaniament. Puzon, bęben i piszczałka grały w nim rolę główną.
Późno już, na krótko przed północą, zajechał na podwórze jeździec, który chciał tu przenocować. Był to człowiek mały i zsiadł ze starego kościstego człapaka, bardzo wycieńczonego i źle utrzymanego.
Pomówił kilka słów z gospodarzem, a ten oznajmił mi, że jutro mogę dostać bardzo przydatnego towarzysza podróży.
Przyszedł mi zaraz na myśl człowiek, wspomniany przez Aladżych w rozmowie, który miał mnie oddać w ich ręce. Nazywali go Suef. Imię czysto arabskie.
On to miał podjąć się pośrednictwa w razie nieudania się dzisiejszego napadu. Do zamierzonego napadu wcale nie przyszło; należało się więc spodziewać napewno, że Suef rozpocznie swoją działalność.
Mogło być, że ten Suef już tego wieczora starał się do nas zbliżyć, a w takim razie mógł nim być właśnie przybyły. Trzeba było postępować ostrożnie i dowiedzieć się o wszystkiem.
— Dlaczego mówisz o towarzyszu? — spytałem gospodarza. — Jest zbyteczny.
— A może przecież! Czy znacie drogi?
— Nieznane nam były wszystkie drogi, które przebyliśmy w tym kraju, a jednak zawsze jechaliśmy dobrze.
— Więc nie życzysz sobie przewodnika?
— Nie.
— No to przepraszam. Sądziłem, że ci wyświadczę przysługę.
Chciał się odwrócić. To nie wyglądało tak, jak gdyby obcy dał mu jakieś pilne zlecenie. Dlatego badałem dalej:
— Kto jest ten, o którym mówisz?
— To oczywiście towarzystwo nie dla was. To ubogi krawiec, nawet bez stałego miejsca zamieszkania.
— Jak się nazywa?
— Afrit.
— To nie zgadza się z jego postacią. Na imię mu: „Olbrzym“, a powinienby się Karłem nazywać.
— On nie odpowiada za swoje imię, bo zawdzięcza je swojemu ojcu. Może to był także taki mały i pragnął, żeby syn był większy.
— Czy stąd pochodzi?
— Nikt nie wie, gdzie się urodził. Znają go wszędzie tylko jako krawca wędrownego. Gdzie dostanie zajęcie, tam zajeżdża i pozostaje, dopóki nie skończy roboty. Zadowala się wiktem i drobną zapłatą.
— Czy jest uczciwy?
— W wysokim stopniu. Stał się nawet przysłowiem dla swej bezinteresowności. „Uczciwy jak wędrowny krawiec“, mówi się zwykle.
— Skąd dziś przybywa?
— Ze Sletowa, położonego na północ od nas.
— A dokąd zdąża?
— Do Uskub i dalej. Ponieważ ty także tam się udajesz, myślałem, że dobrze zrobię, jeśli ci go polecę. Gościńcem musisz daleko kołować, a drogę prostą dość trudno znaleźć.
— Czy mówiłeś z nim już o nas?
— Nie, panie. On nie wie wcale, że tu są obcy. Pytał tylko, czy może zatrzymać się tutaj do jutra. Chciałem mu dać robotę, ale nie przyjął, gdyż odbywa obecnie podróż z powodu choroby.
— Gdzie on teraz?
— Za domem. Prowadzi sam konia na pastwisko. Po tym człapaku możesz poznać, jak ubogi jest krawiec.
— Więc pozwól mu potem przyjść do nas. Niechaj będzie naszym gościem.
Niebawem też nadszedł podróżny, bardzo małego wzrostu, słabo zbudowany, a zarazem nędznie odziany. Był jakby czemś przygnębiony i usiadł skromnie przy rogu stołu. Prócz noża nie zauważyłem u niego żadnej innej broni. Dobył z kieszeni kawałek twardego placka kukurudzianego, aby go spożyć. Ten biedak nie był z pewnością sprzymierzeńcem rozbójników. Zaprosiłem go, żeby usiadł obok nas i zjadł pozostałe na stole resztki naszej uczty.
— Panie, jesteś uprzejmy — rzekł grzecznie — ja istotnie czuję głód, pragnienie. Ale ja jestem biedny krawiec i nie powinienem przysiadać się do takich panów. Jeśli chcesz mi co dać, to przyjmę chętnie, lecz proszę cię o pozwolenie zjedzenia tego tutaj.
— Nie sprzeciwiam się. Halefle, podaj mu.
Halef przysunął mu tyle, że mogłoby wystarczyć dla kilku osób i postawił przed nim także piwo i raki.
Posiliwszy się, zbliżył się obcy do nas i podziękował w słowach najuniżeńszych. Miał twarz tak zapadłą i rzetelną zarazem, a spojrzenie tak otwarte, że mnie ujęło.
— Czy masz krewnych? — zapytałem.
— Nikogo. Żona i dzieci pomarły mi przed dwoma laty na ospę. Teraz sam jestem.
— Jak ci na imię?
— Przezywają mnie powszechnie krawcem wędrownym, ale nazywam się właściwie Afrit.
— Czy możesz mi powiedzieć, gdzie twoja ojczyzna?
— Czemu nie? Muszę przecież wiedzieć, gdzie się urodziłem! Pochodzę z małej wsi w Szar Dagh, która zowie się Wejcza.
Ach! To była przecież miejscowość, o której wspomniał mi umierający dozorca więzień, że tam znajduje się szukany przezemnie Karanorman-chan. Spotkanie z tym biedakiem mogło mi przynieść wielką korzyść.
— Czy cię tam znają? — spytałem.
— Bardzo dobrze; bywam tam często.
— A kiedy znów tam wracasz?
— Teraz właśnie. Jadę do domu przez Uskub i Kakandelen.
— Aby tam kogoś odwiedzić?
— Nie, tam mieszka cudowny lekarz, którego pomocy potrzebuję, bo jestem chory.
— Czy nie wolałbyś poradzić się prawdziwego lekarza?
— Zrobiłem to, ale daremnie. Cudotwórca sprawił mi już wielką ulgę.
— Na co cierpisz?
— Mówią, że mam kamienie w wątrobie.
Wyglądał całkiem tak, jak gdyby mu dolegały wielkie cierpienia wewnętrzne. Żałowałem go bardzo rzeczywiście.
— Kiedy stąd wyruszasz?
— Jutro rano.
— Do Uskub?
— Nie całkiem. Za daleko, by tam w jednym dniu dojechać.
— Czy jest po drodze jaka dobra oberża?
— O, nawet kilka.
— Czy weźmiesz nas ze sobą?
— Jakże mógłbym jechać razem z wami! Ja nie umiem wcale mówić z takimi panami.
— No, mówisz teraz tak ze mną, że mi się bardzo podobasz. Jeśli ci to na rękę, to pojedziemy razem, a ja wynagrodzę ci twe przewodnictwo.
— Nie mów tak! To zaszczyt dla mnie być z wami, a w kilku lepiej się jedzie, niż samemu. Jeśli więc każesz, przyłączę się do was.
Na tem załatwiliśmy sprawę i obcy usiadł znowu na swojem miejscu. Następnie życzył nam dobrej nocy i oddalił się na spoczynek. Towarzysze oświadczyli się także za tem, że to człowiek uczciwy, a gospodarz potwierdził ponownie.
Zwolna opróżniał się dziedziniec i izba frontowa i nadszedł czas do spania. Gospodarz urządził mi miękkie łoże na „sofie“, reszta zaś musiała nocować przy koniach, których tu nie chciałem zostawić bez nadzoru.
Zostawszy sam, zamknąłem drzwi od środka. Ponieważ okiennice były także mocno zamknięte, zasnąłem bez żadnych obaw.


ROZDZIAŁ V.
Miridit.

Przebudziłem się dopiero rano, kiedy Halef zapukał do drzwi. Przesunąłem się wzdłuż ściany, by się do nich dostać. Do izby wpadło jasne światło dzienne. Zaspałem, w domu zaś unikano wszelkiego hałasu, by mnie snu nie przerywać.
Krawiec musiał zjeść z nami śniadanie. Po zapłaceniu za rzeczy zjedzone i wypite, gotowaliśmy się do wyruszenia.
Gospodarza nie było przez małą chwilę. Wróciwszy, wygłosił do mnie natch nio ną mowę pożegnalną. Dołączył do niej uwagę:
— Panie, żegnamy się w przyjaźni, chociaż przysporzyłeś mi wielu obaw. Wszystko skończyło się dobrze, chcę ci zatem dać dobrą przestrogę. Byłem właśnie u rzeźnika, gdyż musiałem jako sąsiad wyrazić moje współczucie. Brata zmarłego nie zastałem. Podobno wyjechał. Ale na dziedzińcu widziałem najlepszego z jego koni, osiodłanego i okiełznanego. Tu chodzi o ciebie.
— Może ma jaki interes.
— Nie wierz tylko temu. Skoro jest tak raniony, jak mi to opisał dozorca, to tylko chęć krwawej zemsty mogła go z domu wypędzić. Miej się więc na baczności!
— Jaki to koń?
— Gniady z długą białą łysinką. To najlepszy koń w całej okolicy. Jeśli postanowił cię ścigać, to nie wróci, dopóki nie zginiesz. Wedle prawa byłby bez czci, gdyby ci umknąć pozwolił.
— Przyjm więc moje podziękowanie za przestrogę. Bądź zdrów!
— Bądź zdrów, a nie przestrasz się, wyjeżdżając przez bramę!
— Cóżby mnie miało przestraszyć?
— Zobaczysz i usłyszysz.
Wyruszyliśmy. Teraz dopiero otwarto bramę. Ja jechałem pierwszy. Kiedy znajdowałem się pod łukiem, a głowa ogiera ukazała się po tamtej stronie, rozległ się huk jakby piorunu, poczem nastąpił hałas przerażający.
Kary stanął dęba i zaczął wszystkiemi czterema kopytami walić dokoła siebie. Z niemałym trudem sprowadziłem kopyta jego na ziemię.
Hałas był zaiste piekielny. Chciano nam zagrać fanfarę, piękną, honorową fanfarę. Przed bramą stała wczorajsza muzyka wojskowa. Puzon dokonał pierwszego wstrząsającego grzmotu i grzmiał teraz dalej z towarzyszeniem reszty instrumentów. Wreszcie dał puzonista energiczny znak curną i nastała cisza.
— Effendi — zawołał do mnie jej właściciel — Ponieważ pozwoliłeś nam dostąpić tak wysokich zaszczytów, pragniemy dzisiaj odpłacić równem za równe, stanąć na czele waszego pochodu i towarzyszyć wam aż poza wieś. Spodziewam się, że nie odmówisz tej prośbie.
Bez dalszych ceregieli ruszył korowód w drogą wśród muzycznego hałasu. Za wsią wygłosił Halef mową do tych panów, poczem oni cofnęli się do domu. My zwróciliśmy się ku Warcy, skąd przybyliśmy wczoraj. Tam schodziła dzisiejsza nasza droga z wczorajszej, gdyż udawaliśmy się stąd do Jersely.
Znalazłszy się na moście nad Sletowską, rzekłem do Halefa:
— Jedźcie dalej stępa, ja coś zapomniałem.
Odjechali. Ani mi przez myśl nie przeszło wracać aż do wsi. Miałem zamiar zupełnie inny, o czem nie powinien był wiedzieć krawiec. Był dla mnie jeszcze zbyt obcym, żebym go darzył zaufaniem.
Brat rzeźnika knuł zemstę; to nie ulegało wątpliwości. Jeśli koń jego stał gotów do drogi, to z pewnością wkrótce po nas wyjechał. Należało mi więc zaczekać tylko krótki czas, aby zobaczyć, czy grozi nam co z jego strony. Przez ten most musiał przejeżdżać.
Wpędziłem konia w nadbrzeżne zarośla, które mnie skryły, gdy się tylko schyliłem. Tutaj czekałem.
I nie przeliczyłem się bynajmniej. W pięć minut zaledwie nadjechał kłusem na most, na gniadym z łysinką; u siodła miał strzelbę, a przy boku czekan hajduczy. Twarz była oszpecona plastrem, biegnącym z pod fezu przez czoło nos i policzek.
Nie zachował kierunku do Warcy, lecz ruszył za biegiem rzeki aż do złączenia się jej z Bregalnicą, następnie jeszcze kawałek dalej i zwrócił się potem ku stromym zboczom, na których spoczywa płaskowyż Jersely.
Posuwałem się za nim ostrożnie z dalekowidzem w ręku. Kary niósł mnie tak miękko, że mogłem przez szkła widzieć ciągle ów mały punkt, który tworzył jeździec.
Jechaliśmy drogą, wiodącą przez Karanorman do Warcy, po czem podążyłem za nim przez otwartą łąkę, pokrytą kępami zarośli. Tu niepodobna było już mieć go ciągle na oku, bo wsuwały się pomiędzy nas kępy. Musiałem trzymać się jego śladu, dość wyraźnego.
Po lewej ręce opadały nieco strome zbocza, ku którym ślady prowadziły. Trawnik się skończył i ukazały się jasne osypiska. Zarośla jednak ciągnęły się dalej. Szukanie śladów szło tutaj trudniej, ale mimo to ich nie zgubiłem. Znajdowałem się tuż pod zboczem, wzdłuż którego jechałem.
W tem szarpnąłem karego wstecz, gdyż tuż przed sobą usłyszałem parsknięcie konia, gdy miałem właśnie objechać zarośle. Wyjrzałem ostrożnie i spostrzegłem gniadego, przywiązanego do krzaku. W siodle nie było nikogo.
Ruszywszy koniem jeszcze o kilka kroków, ujrzałem Miridita, szukającego i przyglądającego się ziemi dokładnie. Potem poszedł on dalej i zniknął za krzakiem.
Kogo i czego on szukał? Chętnie byłbym się dowiedział o tem, ale nie mogłem go podsłuchać, gdyż na koniu bałem się za nim podejść, boby mnie bezwarunkowo zauważył, a pieszo teżby się było nie udało, bo kulałem i chodzić nie mogłem.
Ale jedno było wykonalne, jeśli mi na to czasu starczyło: unieszkodliwić jego strzelbę. Wisiała u siodła. Brakło wprawdzie czasu na to, by wyjąć kulę, ale były jeszcze inne sposoby. Gdyby mnie zaś przy tem zaskoczył, to miałem nad nim więcej niż przewagę, jeśli tylko nie było tu jego towarzyszy, których może chciał spotkać.
Zeskoczyłem z siodła, wziąłem do ręki sztuciec, częścią do pomagania sobie w chodzeniu, częścią zaś jak o broń, jedynie zaufania godną. Mogłem się odważyć na tych kilka kroków, dzielących mnie od gniadego. Stanąwszy przy nim, zdjąłem strzelbę z siodła, podniosłem kurek i usunąłem kapslę. Następnie wyjąłem z bluzy szpilkę, których noszę zawsze przy sobie po kilka i wepchnąłem ją głęboko w dziurkę zapału. Krzywiąc ją w prawo i w lewo, złamałem ją i zatkałem otwór tak pewnie, że strzelba była jak zagwożdżona armata. Nałożyłem kapslę na nowo i spuściłem kurek. Powiesiwszy strzelbę napowrót na dawnem miejscu, pokulałem nazad do karego i wsiadłem nań.
Byłem przecież za blizko. Wróciłem o jeden krzak dalej i zatrzymałem się za nim. W kilka chwil usłyszałem tętent koni i głosy ludzkie.
— Było nam już za długo — zawołał ktoś, jeśli się nie myliłem, to był to Barud el Amazat. — Nie chcemy jeszcze przez cały dzień za nimi daremnie się skradać, lecz pojedziemy naprzód i zaczekamy tam na nich. Tymczasem możemy spocząć, dopóki nie nadejdą.
— Te psy wyruszyły za późno — odparł drugi głosem nieznanym, a więc prawdopodobnie Miridit. — Ja także się zniecierpliwiłem. Ale teraz pośpieszę.
— Ale uważaj, żeby się znowu tak nie udało, jak wczoraj.
— To było całkiem co innego; dziś mi się nie wymknie. Nabiłem nawet strzelbę siekańcami.
— Miej się na baczności. Jego się kula nie ima!
— Siekańce, to nie kula!
— Zaiste, może masz słuszność. Powinniśmy byli dawno wpaść na tę myśl!
— Nie wierzę zresztą w tę bajkę.
— Oho! — zabrzmiała odpowiedź Manacha. — Nabiłem wczoraj bardzo starannie, zbliżyłem się do okiennicy i oparłem nawet lufę na murze okiennym. Wymierzyłem mu dokładnie w głowę, a gdy wypaliłem, nastąpił straszliwy huk, a moja strzelba mnie przewróciła. Sam przekonałeś się, że go nie trafiłem.
— Tak, stałem w drzwiach mojego domu. To naprawdę cudowne. Widziałem cię pod światło świecącej się w izbie lampy. Widziałem także tego piekielnego potępieńca, a mianowicie pół głowy jego. Widziałem, jak się złożyłeś i wycelowałeś dobrze w głowę. Wystrzał twój huknął, jak gdybyś nabił funt prochu. Runąłeś na ziemię, a ten człowiek stał w górze wyprostowany i nienaruszony. Dziś jeszcze pojąć tego nie mogę.
— Kula go się właśnie nie chwyta!
— Więc spróbuję siekanym ołowiem, a gdy i to nie pomoże, wezmę się do topora. We władaniu nim jestem mistrzem, a ten Frank nie miał pewnie w ręku takiej broni. Nie zabiję go z tyłu, lecz napadnę nań otwarcie, wolno.
— Nie odważaj się na zbyt wiele!
— Ba! Zginie, zanim znajdzie czas do obrony!
— Ale jego ludzie!
— Ich się nie boję.
— Rzucą się natychmiast na ciebie.
— Nie starczy im na to czasu. Zważcie, że jadę na gniadym! Zresztą wybiorę porosłe zaroślami miejsce, gdzie za krzakami rychło zniknę im z oczu.
— Zapominasz, że jego kary ma nad twym gniadym nadzwyczajną przewagę?
— Co mi kary szkodzi, skoro jeźdźca zgładzę?
— Dosiędzie go drugi i doścignie cię; może ten mały szatan, zręczny i szybki jak małpa.
— Chciałbym tego. A dałbym mu za wczoraj.
— No, życzymy ci szczęścia! Masz pomścić brata, a więc sprawę słuszną, której Allah użyczy zwycięstwa. Jeśli ci się nie uda, ruszysz za nami. Wiesz, gdzie nas szukać i dziś wieczorem postanowi się, jak się zabierzemy do tych zuchów. Teraz rozstańmy się, skoro nam wiadomo, że mają jechać do Uskub.
— Więc wy rzeczywiście nie obierzecie tej drogi, co oni?
— Nie, gdyż pojedziemy przez Engely, a oni jadą przez Jersely. My ich wyprzedzimy.
— No, w takim razie mogę z wami chwilę jeszcze zabawić. Jeśli dzisiaj nie wrócę, to znaczy, że się powiodło i nie ujrzycie już tego effendi, bo będzie gdzieś zakopany. Naprzód!
Usłyszałem znowu tętent, który się odemnie oddalał.
Puściłem karego ostrożnie naprzód i zobaczyłem obydwu Aladżych na srokaczach, Miridita na gniadym, Manacha el Barsza, Baruda el Amazat i starego Mibareka, siedzącego bardzo słabo na koniu i z ręką na temblaku.
Gdyby byli wiedzieli, że znajdowałem się od nich najwyżej o dziesięć łokci! Coby to była za scena! Gdyby mój kary parsknął tylko, byłbym zdradzony. Ale rozumne zwierzę czuło, co to znaczy, gdy mu na chwilę rękę położyłem na nozdrzach. Nie wydało najsłabszego głosu ze siebie.
Teraz mogłem wrócić do towarzyszy, którzy już dawno minęli Warcy. Skręciłem w prawo tak, że nie wstępowałem wcale do tej miejscowości.
Strony te były mi zupełnie obce, a z W arcy do Jersely nie prowadziła droga utorowana. Słyszałem o tem od krawca. Znalazłem jednak ślady towarzyszy mniej więcej o trzy kilometry na zachód od wsi i pojechałem za nimi. Wiodły mnie przez dziką, głazami usianą, dolinę w górę do lasu, gdzie na miękkim, trawiastym, gruncie stały się takie wyraźne, że nie natężając oczu, ruszyłem już prędzej. Niebawem doścignąłem towarzyszy.
— Miałem właśnie zamiar zażądać, żeby zaczekali na ciebie — rzekł Halef. — Co zapomniałeś?
Zanim na to odpowiedziałem, rzuciłem badawcze spojrzenie na krawca. Zdawało się, że bynajmniej nie jest ciekawy mej odpowiedzi.
— Chciałem zobaczyć, co dzieje się z Miriditem, bratem rzeźnika — odrzekłem. — Słyszałeś przecież od gospodarza, że ci bracia to Miridici.
— Co nas ten Miridit obchodzi?
— Bardzo dużo. Postanowił zastrzelić mnie po drodze siekanym ołowiem, albo uśmiercić hajdnczym Czekanem.
— Ty wiesz o tem?
— On sam zapewnił o tem naszych dobrych przyjaciół, którzy tak gorąco pragnęli głodem nas zamorzyć.
Opowiedziałem wszystko, jak się stało, ale nie wspominałem nic o tem, że zagwoździłem strzelbę Miridita. Przytem wzrok zwróciłem na krawca. Zrobił minę rzetelnego zdumienia i rzekł w końcu:
— Effendi, cóż to za ludzie? Czy mogą rzeczywiście istnieć tacy bezbożni?
— Jak słyszysz.
— O Allah, nie miałem o tem pojęcia. Cóżeście im winni?
— Dowiesz się przy sposobności, gdy dalej z nami pojedziesz, gdyż nie zatrzymamy się w Uskub. Przejedziemy tylko przez to miasto, a potem prędko przez Kakandelen do Prisrendi.
— A więc do moich stron ojczystych? Bardzo mnie to cieszy. Dowiedziałem się dzisiaj od parobków o tem, co się wam wczoraj zdarzyło. A dziś znowu śmierć wam grozi. To może człowieka przestraszyć i zatrwożyć!
— Możesz rozstać się z nami!
— Ani mi się śni. Kto wie, czy tylko odemnie nie zależy, żebyście uszli szczęśliwie. Poprowadzę was tak przez górskie łąki i pola otwarte, że was ten Miridit nie znajdzie. Potem spuścimy się na słynną urodzajną równinę Mustafa, ciągnącą się od Uskub na południowy wschód aż przez Kyprili, gdzie budują kolej żelazną. Tam kraj otwarty. A jeśli wam to na rękę, to i za Uskub będę waszym przewodnikiem.
— To nas niezmiernie cieszy. Widocznie jeździłeś bardzo daleko.
— Tylko w tych stronach, które jednak znam wyśmienicie.
— Jesteśmy tutaj obcy, a słyszeliśmy czasem o człowieku, który się Szut nazywa. Kto to jest? — spytałem od niechcenia.
Karzeł podniósł brwi i odpowiedział:
— To osławiony rozbójnik. — Oglądnął się trwożliwie i dodał: — Niebezpiecznie o nim mówić. Ma wszędzie swoich ludzi. Za najbliższem drzewem może któryś z nich siedzieć.
— Czy ma bandę tak liczną?
— Utrzymuje wszędzie stosunki, w każdej wsi i w każdem mieście. Najwyższy sędzia i najpobożniejszy iman bywa członkiem tej bandy.
— Czyż nie można sobie z nim dać rady?
— Nie. Ustawy nic nie wskórają. Nie jestem znawcą Koranu, Sunny i ich objaśnień, ale słyszałem, że ustawy nasze są tak ciemne i wieloznaczne, iż nawet tam, gdzie je można wykonać, więcej szkody niż pożytku przynoszą. Sędzia potrafi takie prawo tłómaczyć najrozmaiciej.
— Niestety, zbyt to prawdziwe.
— Co dopiero ma być, gdzie prawo wogóle pozbawione jest egzekutywy, gdzie, jak u nas, nikt się o prawa nie troszczy? Weź tylko na uwagę tych Albańczyków, Arnautów, Skipetarów, Miriditów i wszystkie te ludy i plemiona, z których każde rządzi się swojemi własnemi ustawami i zwyczajowemi prawami. Oto pole dla takiego człowieka, jak Szut. On się śmieje z wielkorządcy i urzędników, wyszydza sędziów i władze, policyę i żołnierzy. Wszyscy oni nie mogą jemu nic zrobić. Tu każda wieś żyje w niezgodzie z sąsiednią. Każda miejscowość ma z drugą do wyrównania jakąś kradzież, jakiś rabunek, lub krwawą zemstę. To wieczna wojna, a najgwałtowniejszy i największy złoczyńca odnosi zwycięstwo. Ale effendi, ja nic nie powiedziałem. Jestem biedny i nie chcę bardziej się unieszczęśliwić, niż jestem.
— Czy obawiasz się, że zdradzę twoje słowa?
— Nie, jesteś na to zbyt szlachetny, ale drzewa mają uszy, a powietrze wszystko słyszy.
— Gdzieindziej niemożliwe byłyby takie stosunki.
— Czy w innych krajach niema rozbójników?
— Bywają, lecz tylko przez krótki czas, ponieważ prawo wyposażone jest tam w dostateczną moc, aby ich prędko unieszkodliwić.
— O chytrość czasem siłę przewyższa!
— W takim razie zwalcza się chytrość chytrością. U nas nie zdarza się zbrodniarz tak chytry, żeby jaki policyjny urzędnik nie był od niego chytrzejszy. Gdyby taki tu przybył, wynalazłby Szuta w krótkim czasie!
— Ba! Szut poznałby go prędzej, niż on Szuta. I co potem?
Wydawało się, że krawiec chciał słowom swym nadać jakieś szczególne znaczenie. Brzmiało to niemal jak szyderstwo. Może się pomyliłem?
— W takim razie tajny ajent byłby zgubiony — odparłem — ale inni zajęliby jego miejsce.
— Zniknęliby tak samo jak on. Wedle tutejszego stanu rzeczy nie można nic zrobić Szutowi. Najlepiej wcale o nim nie mówić. Przerwijmy więc naszą rozmowę. Mimo moje ubóstwo strach mnie zbiera, gdy o nim pomyślę. Zarabiam pieniądze na para i dużo nigdy nie składam. Musiałem jednak zebrać kilka piastrów dla cudotwórcy, który będzie mnie leczył. Gdyby na mnie ci zbóje napadli i zabrali owoce mej pracy, nie miałbym nawet za co lekarstwa kupić.
— Czy ten cudotwórca jest sławny?
— Szeroko i daleko.
— Więc i wieś twoja niezawodnie jest znana?
— Pewnie. Zapytaj o nią tylko.
— No, słyszałem już o Wejczy i słynnym chanie, który się znajduje w pobliżu.
— Jak się nazywa?
— Nie pamiętam dobrze. Zdaje mi się, że było w tem słówko kara.
Popatrzył bystro na mnie. Z oczu jego wypadło szybkie nieopatrzne spojrzenie, jak gorąca błyskawica. Wnet jednak przybrało ono poprzednią łagodność.
— Kara, kara, hm! — rzekł po chwili. — Pamięć mi nie dopisuje. Gdybyś znał całe słowo, przyszedłbym może na to.
— Może sobie przypomnę. Kara... kara... Halefie, ty słyszałeś także to słowo. Czy nie przychodzi ci na myśl?
— Karanorman? — odrzekł hadżi, gdyż rozumiał mnie dobrze.
— Tak, tak. Karanorman — chan! Czy znasz go, Africie?
Zdawało się, że się namyśla przed odpowiedzią.
— Tak, teraz wiem, o co ci chodzi, ale to nie jest wielki chan, lecz ruina. Nikt tam nie mieszka. Niegdyś, przed wiekami był to wielki karawanseraj. Potem zrobiono z tego karauł, strażniczą wieżę dla żołnierzy pogranicznych, a teraz leży już w gruzach. Co mówiono o tej miejscowości?
— Że tam podobno Szut grasuje.
Po jego łagodnej twarzy przemknęło drżenie; zdawało się, że walczy z nagłem wewnętrznem wzruszeniem. Potem spojrzał mi w twarz tak samo spokojnie i łagodnie, jak przedtem i odpowiedział:
— Kto wie, czy cię w tym wypadku nie wzięto na fundusz.
— Takie twoje zdanie?
— Tak. Ja znam doskonale to miejsce. Bywałem tam o wszystkich porach dnia i nocy i nie zauważyłem nic, coby świadczyło o tem, że to podanie oparte na prawdzie. W całej okolicy także nic o tem nie wiedzą. Twierdzą nawet, że właśnie tam mniej o Szucie wspominają niż gdzieindziej.
— Niewątpliwie wystrzega się drażnić ludność właśnie tam, gdzie sam przebywa.
— To możliwe. Widzę, panie, że jesteś przebiegły i łatwo docierasz do dna rzeczy. Ale to może się stać zgubą dla ciebie. Wiesz, ja podejrzewam cię, iż szukasz Szuta?
— Ach! Skądże ci to przyszło na myśl?
— Naprowadza na to całe twe zachowanie.
— Słuchaj! Przekonywam się, że i twoja bystrość nie jest bez wprawy. To może tak samo łatwo ciebie zgubić.
— Żartujesz. Jestem ubogim krawcem, a ty, jak słyszałem, już od szeregu dni ścigasz sprzymierzeńców Szuta i czynisz to w dalszym ciągu. Muszę cię uważać za policyanta, tak chytrego, o jakim przedtem wspomniałeś.
— Tem nie jestem!
— Jednak tak wygląda. Może szukasz Szuta w Karanorman-chan. Ale nie dojdziesz tam.
— Czemu?
— Bo przedtem zostaniesz zamordowany. Szut zna już całkiem twoje zamiary. Śmierć nie minie ciebie.
— Zobaczymy!
— Gdy to zobaczysz, ratunek już będzie niemożliwy.
— Powtarzam, że nie jestem ani urzędnikiem, ani policyantem. Szut i jego ludzie niech mnie zostawią w spokoju.
— A ty ich także!
Te cztery słowa wypowiedział w tonie rozkazującym. Głos jego drżał i brzmiał jak w chrypce. Widocznie był podniecony. Ten karzeł, który nazywał siebie Afritem, olbrzymem, nie był tem, za co uchodzić się starał; mogłem na to przysiąc teraz; posiadał tylko w wysokim stopniu dar maskowania się. Ten mały wróbel umiał stroić się w pióra synogarlicy. Może był to przecież ów Suef, który miał mnie oddać w ręce moich wrogów.
To jednak wydawało mi się dlatego nieprawdopodobnem, że kiaja znał tego krawca i jego imię. A może to tylko członkowie stowarzyszenia nazywali go Suef? Czyżby podróżował jako ubogi, rzetelny krawiec, aby zbójom ułatwiać wykonywanie ich rzemiosła. Musiałem się zachowywać wobec niego bardzo ostrożnie. Odpowiedziałem mu:
— Ja ich zostawiam w spokoju. Nie troszczyłem się o Aladżych, ani o innych, dopóki nie dali mi do tego powodu.
— Więc zrób tak, jak gdybyś nie miał powodu!
— Nie, mój kochany, tego nie zrobią. Kto mi w drodze staje, tego ja tratują, choćby to nawet Szut był. Jeśli ma odwagę zetrzeć się ze mną, niechaj spróbuje. Pokaże się dopiero, kto gorzej na tem wyjdzie.
Krawiec podniósł głową i wyciągnął szyję, jak gdyby chciał śmiechem wybuchnąć. Widziałem, że ten śmiech miał być szyderczy, bardzo szyderczy. Ale Afrit opanował się i rzekł tonem przestrogi:
— Żadna władza sułtanska nie poradzi nic przeciwko niemu; nawet wojsko za słabe. A ty sam jeden i obcy mu grozisz?
— On jest tak samo jeden, jak ja, i obcy dla mnie, jak ja dla niego. Jeśli się z nim kiedy zderzę, rozstrzygnie między nami jego i moja siła, zręczność i chytrość.
— Widzę, że postanowiłeś istotnie Szuta wyśledzić.
— Jestem zbyt dumny, by się tego wypierać.
— Ach! I chcesz z nim nawet walczyć?
— Stosownie do okoliczności. Jestem cudzoziemcem i nie zależy mi nic na tutejszych osobach i stosunkach. Czy tu jaki Szut istnieje, czy nie, czy jest o jednego rozbójnika więcej, czy mniej, to mi obojętne. Ja chcę przedstawić mu osobiste żądanie. Jeśli usłucha mojego nakazu, to...
— Jeśli spełni twą prośbę, chciałeś powiedzieć panie?
— Nie. Uczciwy stoi wyżej od łotra i może mu rozkazywać. A więc, jeśli posłucha mojego nakazu, to rozstanę się z nim i ani włos mu z głowy nie spadnie. W przeciwnym razie, będzie po Szucie!
Widziałem, że jego mała, wązka pierś pasowała się z brakiem oddechu. Zbladł jak trup. Był wysoce rozdrażniony, ale się opanował i rzekł spokojnie:
— Zachowujesz się, jak gdyby ciebie nie można było zranić i jak gdybyś nie bał się tysiąca Szutów.
— Tak też jest rzeczywiście — odrzekłem, uderzając się dłonią w kolano, że aż klasnęło. — Jest nas tylko czterech mężów. Mamy z Szutem rachunki. On i jego towarzysze drżeć przed nami muszą, a nie my przed nimi. Wszystkich tych drabów jednem tchnieniem zdmuchnę z mej dłoni na ziemię!
Dmuchnąłem przytem w swoją dłoń otwartą. Daleki byłem od bufonady i bohaterstwa na gębę. Udając, że jestem tak silny, miałem określony psychologiczny zamiar. Chciałem karła doprowadzić do wściekłości, żeby stracił panowanie nad sobą i pozwolił się przejrzeć. Ale okazało się, że on miał w tym względzie nademną przewagę. Łypnął ku mnie okiem wesoło i rzekł:
— Dmuchaj sobie, dopóki ciebie nie zdmuchną. Jestem twoim przyjacielem. Przyjąłeś grzecznie ubogiego krawca i ugościłeś. Jestem ci za to wdzięczny i pragnę uchronić cię od złego; dlatego cię przestrzegłem. Ty jednak nie zważasz na moje słowa i dlatego niema ocalenia dla ciebie. Obiecałem zaprowadzić cię do Kakandelen, ale teraz jestem pewien, że nie ujrzysz tego miasta nigdy w życiu, bo życie twoje na tę podróż za krótkie.
— Będę tam za dwa, albo najpóźniej za trzy dni.
— Będziesz już wtedy w mieście umarłych.
— Wiesz to tak pewnie? Brzmi to tak, jak gdybyś był nadzwyczajnym zaufanym Szuta.
— Ty sam nie myślisz tego naprawdę. Mówię to bo widziałem w podobnych wypadkach, że Szut nie pozwala ze sobą żartować.
— O, ja ze szwagrem Dezelima nie będę robił żadnych zachodów.
— Panie, kto ci to zdradził? — zawołał spiesznie.
Teraz go złapałem wbrew jego przebiegłości i zdolności udawania. Znał Dezelima i wiedział, że to był szwagier Szuta; teraz wyszło na jaw. Ja jednakże nie dałem nic poznać po sobie, gdyż skoroby tylko poczuł, że go przejrzałem, nie mógłbym z niego nic więcej wyciągnąć.
— On sam nie krył się z tem przedemną — odparłem.
Padło na mnie iskrzące spojrzenie, które jednak spłynęło po mnie natychmiast. Odbiła się w niem wyraźnie nienawiść. Wiedział, że Dezelim kark skręcił przezemnie. Wywnioskowałem to z tego wzroku. Ten mały, uprzejmy i uniżony człowiek był moim wrogiem śmiertelnym.
— To było bardzo nieostrożne z jego strony — zauważył grzecznie. — Ale czy Dezelim wie, co robi jego szwagier i że to Szut?
Ach, pojął błąd swój i starał się go teraz naprawić, udając dziecięcą prostotę.
— Naturalnie, że wie, bo nie powiedziałby mi o tem — odparłem.
— Jak to od niego wydobyłeś?
— Podstępem.
— Na Allaha, ty jesteś niebezpieczny człowiek! Gdybym był Szutem, musiałbyś umrzeć natychmiast, ponieważ jednak jestem tylko ubogim krawcem i uczciwym człowiekiem, cieszę się, że są ludzie rozumni, zdolni do wyprowadzenia złych w pole. Gdy to jednak wiesz, to znasz tajemnicę wysoce niebezpieczną dla ciebie. Szut musi ciebie zamordować, aby siebie ocalić.
— Ba! W ostatnim tygodniu groziła mi kilkakrotnie śmierć. Wczoraj tylko dwa razy i onegdaj i przed dwoma dniami. Dzisiaj postanowił mnie Miridit zastrzelić siekanym ołowiem, albo zabić toporem.
— Jakże mogłeś odważyć się na to, by jechać za nim?
— Ja jeździłem już za innymi zuchami!
— Gdyby się był odwrócił, byłbyś zgubiony!
— Przeciwnie, on byłby stracił życie!
— Nie myśl tak! To Miridit, czyli waleczny!
— A co ja jestem, o tem się dzisiaj przekonasz. Jadąc za nim, miałem go ciągle przed sobą. Czy nie mogłem w dowolnej chwili wpakować weń kuli? Czy on był w mojej mocy, czy też ja w jego?
— Dziś życie jego zależało od twojej woli, jeśli jesteś dobrym strzelcem, ale jeśli się dzisiaj spotkacie, będziesz ty w jego mocy.
— Wątpię.
— O, z pewnością! Zaczai się na ciebie i pośle ci kulę kiedy i gdzie mu się spodoba; ani się tego spodziejesz. Nie dojrzysz go i będziesz trupem.
— A ja ci powiadam, że jeśli się ośmieli podnieść przeciwko mnie swą strzelbę, będzie po nim!
— Panie, Allah mi świadkiem, że to zuchwalstwo! — zawołał gniewnie.
— To nie zuchwalstwo. Ja wiem, co mówię!
— A ja cię zapewniam, że gdyby cię nawet nie dosięgła jego kula, to zginiesz od czekana. To mistrz w władaniu tą bronią. Czy ty kiedy rzucałeś toporem hajduczym?
— Nie.
— W takim razie zginiesz. A jeżelibyś nawet uniknął śmierci, to znajdą się inni, którym wczoraj umknąłeś. Mogą za każdym krzakiem czatować na ciebie.
— To niemożliwe!
— Czemu?
— Bo pojechali do Engely; gdyby zaś byli tutaj, to byłyby także ich ślady. Mój koń poczułby ich i parskaniemby mi to oznajmił, a ja poznałbym ich zdaleka, bo oczy moje przywykły już oddawna do lasu.
Był przekonany, że za godzinę już umrę, więc go to gniewało, że tak lekceważąco wyrażałem się o swoich wrogach.
— Powtarzam ci — rzekł — że już niema rady dla ciebie. Nie wierzysz nawet prawdzie, że jest prawdziwą!
— Jeśli prawda domaga się dopiero, żeby w nią wierzyć, to właśnie nie jest prawdziwą! Przestańmy teraz mówić o tem. Poznasz nas jeszcze lepiej, niż dotychczas. Jeśli zechcę, strzelba Miridita zupełnie nie wypali, choćby się najbardziej wysilał.
— Czyżbyś umiał rzeczywiście czarować?
— Nie potrafię więcej od drugich ludzi, ale zaglądałem w oczy już innym, niż ten brat rzeźnika i wiem, jak się bronić przed nim. Halefie, gdy mnie napadnie, zostawcie go mnie samemu.
— Jak chcesz, zihdi — rzekł hadżi spokojnie.
Strome zbocza płaskowzgórza Jersely pokryte są lasem, sam zaś płaskowyż ma wspaniałe pastwiska i pola orne. Przebyliśmy pas drzew i wjechaliśmy na równinę, pokrytą krótką trawą, o cienkich źdźbłach. Czasem zarośla przerywały widok w dal.
Zobaczyliśmy ślady konia, przechodzące tu z lewej strony i skręcające w tym samym, co my, kierunku. Zatrzymałem się i przypatrzyłem, pochyliwszy się z siodła.
— Czego tu szukasz? — spytał krawiec.
— Chcę odgadnąć, kto tędy jechał — odrzekłem.
— Jak to poznasz?
— Swoim sposobem, którego ty oczywiście nie znasz. Widzę, że to był Miridit. Był tu przed kwadransem.
— Tego bezwarunkowo twierdzić nie możesz!
— O przeciwnie! Zdeptana trawa oznacza mi czas całkiem dokładnie. Jedźmy dalej!
Miałem teraz pilnować i śladów i krawca. Poznałem, że owładnął nim jakiś niepokój, a wzrok jego stał się niepewny i bystrzejszy zarazem. Patrzył to w prawo, to w lewo i wydało mi się, że szczególnie rzucał okiem na zarośla, które mijaliśmy właśnie.
Czyżby to miało powód ściśle określony? Badałem teraz pilniej zarośla i zauważyłem, że Miridit wydał krawcowi tajne polecenia.
Raz z prawej, to znów z lewej strony leżała jakaś złamana gałązka, oznaczając kierunek naszego marszu.
Umówili się o to i sądzili z pewnością, że powzięli plan ogromnie rozumny. Mogłem skorzystać z tego spostrzeżenia, nie wspominając o tem ani słowem; ale chciałem, żeby ten krawiec nie śmiał się z nas w duszy. Jak on przewidział napad, tak ja postanowiłem go przepowiedzieć.
Toteż kiedy dojechaliśmy do nowego znaku, powiedziałem do Halefa, wskazując na gałązkę:
— Hadżi, czy widzisz tę gałązkę złamaną?
— Tak, panie.
— Kto ją mógł złamać?
— Jakieś zwierzą.
— Musiałoby to być duże zwierzą i ślad jego byłby widoczny.
— Trawa znów się podniosła tak, że ślad już znikł.
— W takim razie byłyby gałązki zostały złamane przed wielu godzinami, a płaszczyzna w złamaniu byłaby już zaschnęła. Tymczasem jest tak wilgotna i świeża, że od jej powstania może zaledwie kwadrans upłynął.
— Co nas to obchodzi, kto spowodował złamanie? Czemu zajmujesz się tem tak bardzo?
— Bo to mi opowiada całą historyę.
— Historyę? Zihdi, ja wiem, że umiesz czytać w śladach, jak nikt na świecie. Wpadliśmy tylko na trop Miridita, ale czy mamy zaprzątać sobie głową temi gałązkami?
Krawiec przystanął z boku i przypatrywał mi się pozornie spokojnym wzrokiem. Tylko jeden kącik ust był z lekka otwarty, co twarzy nadawało ledwie dostrzegalnego wyrazu tajonego szyderstwa.
— Jeśli ty tego nie wiesz — rzekłem — to może nasz przewodnik Afrit będzie bystrzejszy od ciebie i powie nam, o czem świadczy ta gałązka.
Krawiec przybrał zaraz miną zdumienia i odpowiedział:
— Panie, ja nic nie wiem, nic nie przeczuwam, a i ty z pewnością nie rozumiesz znaczenia tej gałązki, jeśli ona wogóle posiada jakie znaczenie.
— Owszem.
— Tak. Głosi znikomość wszystkiego, co ziemskie. Wczoraj jeszcze zieleniła się, a dzisiaj musi więdnąć i usychać.
— A zarazem przestrzega, że i ja ofiarowany już jestem na śmierć.
— Jakto? Nie pojmują tego.
— No, jestem przekonany, że to Miridit ją nadłamał.
— Czemu?
— W pewnym celu. Czy nie zauważyłeś więcej tak złamanych gałązek?
— Nie, panie.
— Ta będzie już jedynasta.
— To przypadek.
— Można, idąc lub jadąc w zamyśleniu, złamać tu i ówdzie jedną gałązkę, ale jedynaście to z prawej to z lewej strony, to może się stać tylko w ściśle zamierzonym celu.
— W takim razie ciekaw jestem, jaki to zamiar.
— Uważaj tylko. Zobaczymy prawdopodobnie więcej jeszcze takich znaków, a przekonasz się, że wszystkie wskazują jeden kierunek.
— Naturalnie, bo zwierzę tak biegło.
— O zwierzynie mowy niema. Złamania są właśnie tak wysoko, jak sięga ręka dorosłego człowieka na koniu. Tak wysoko nie sięgnie sarna, ani nawet rogi jelenia. Ponadto zaś prowadzą ślady Miridita wprost do zarośli na prawo lub lewo, tam gdzie znak przytwierdzono.
— Ależ, panie, skoro jesteś już tak bystry, to powiedz, jaki on w tem cel miał!
— Czy nie znasz przypadkiem człowieka, zwanego Suef?
Ten karzeł, nazywający siebie uparcie biednym krawczykiem, musiał przecież posiadać olbrzymią zdolność panowania nad sobą, gdyż ani drgnął na twarzy. Gdyby nie coś jak cień, co przemknęło mu przez oczy, pomyślałbym, że się mylę.
— Suef? — powtórzył. — Już słyszałem to imię, ale nie znam nikogo, ktoby się tak nazywał.
— Sądziłem, że tobie, jako znającemu te strony, nie obcy będzie ten człowiek.
— Nie znam go. Kto to jest?
— Stronnik Szuta. Polecono mu podprowadzić nas dziś Miriditowi pod strzelbę.
— Panie, co sobie uroiłeś?
Teraz wystąpiło na jego twarzy jeśli nie trwoga, to zaniepokojenie, którego jednak mógł doznać zarówno ze swego, jak z mojego powodu.
— Ja wiem o tem — ciągnąłem dalej. — Postanowiono wczoraj, żeby ten Suef spróbował wkraść się w nasze zaufanie i zawieść nas w pułapkę.
— Panie, ty wyglądasz na wszechwiedzącego!
— Jestem tylko uważny i nic poza tem.
— Skąd ty wiesz o tem?
— O tem zamilczę. Przywykłem wszystko obserwować i wyciągać wnioski z tego. O tym zwyczaju moim pouczą cię te gałązki.
— A czy ten Suef przybył istotnie?
— Nie. Miał się do nas wprosić na przewodnika. Szczęściem spotkaliśmy pierwej ciebie, a ten Suef zobaczył, że już zbliżyć się do nas nie może.
— Ale jaki to ma związek z gałązkami?
— Miridit chce wskazać Suefowi, jak ma jechać.
— W takim razie Miridit nie wie chyba, że ten Suef nie towarzyszy nam.
— Oczywiście, że nie. Szpieg i zdrajca chciał się pewnie po drodze do nas przyłączyć. Ale ze swej kryjówki zobaczył ciebie i poznał, że nam przewodnika nie potrzeba. Pewnie jednak skrada się gdzieś za nami.
Na to rozjaśniło się oblicze krawca, Obawiał się już istotnie, że poznano jego rolę, ale uspokoił się, ponieważ ja sądziłem, że Suef jest za nami. Musiałem go zostawić w tem mniemaniu.
— Ja jednak myślę, że jesteś w błędzie — zaczął na nowo. — Podejrzenie twoje fałszywe.
— Jak to?
— Na co miałby Miridit łamać gałązki? Ten zdrajca Suef poznałby przecież ślady. Skoro ślad jest tak dokładny, to zbyteczne są znaki osobne!
— O przeciwnie! Nie zna się jeszcze dobrze okolicy, przez którą się przechodzi. Grunt może być twardy i nie przyjmować śladów; na to są inne znaki.
— Ale tu przecież miękki. Jeśli łamanie ma istotnie ten cel, który przedstawiasz, to należałoby go tu zaniechać.
— Także nie, bo ślady mogliby zatrzeć inni ludzie, którzy by tędy przed nami przechodzili, a wówczas nie dałoby się rozróżnić śladów Miridita. Uważał więc te znaki za konieczne. Ale to dla mnie zawsze nie jest rzeczą główną.
— Masz więc jeszcze coś więcej?
— Tak, a ty mnie zrozumiałeś fałszywie. On nie chce tymi znakami wskazać, jak sam jechał, lecz jak Suef powinien nas prowadzić.
— Czy to nie wszystko jedno?
— Wcale nie. Jestem pewien, że znaki te odłączą się wkrótce od jego tropu.
— Allah! Coza głowa z ciebie, panie? — zawołał.
Było to zdumienie nieobłudne. Trafiłem więc widocznie w sedno i odrzekłem:
— Moja głowa nie jest lepsza od twojej. Ja tylko rozważam to sobie dokładnie. Widzę w duchu Miridita, czekającego tu na nas i nas nadjeżdżających pod przewodnictwem zdrajcy Suefa. Jeśli pierwszy z nich postanowił mnie zabić, to musi się na mnie zaczaić. Będzie więc siedział gdzieś z boku w zaroślach, a w tym celu musi zboczyć z poprzedniej drogi. Czy to uznajesz?
— O tak!
— Musi więc wpierw dać znak, żeby Suef nie szedł od tej chwili za jego tropem. Ten znak znajdziemy niebawem. Teraz jedźmy dalej!
Gdy przynagliliśmy konie do ruchu, rzekł krawiec:
— Jestem ogromnie ciekawy, czy masz słuszność.
— A ja jestem pewny, że się nie mylę. Wiem bardzo dobrze, że na razie zbyteczna wszelka obawa. Dopiero, gdy się oba kierunki rozejdą, nastąpi napad. I tak jak ci udowodniłem, że z gałązek wyczytałem wszystkie myśli i zamiary Miridita i Suefa, tak samo wiem już więcej rzeczy oddawna, niż ty przypuszczasz i możesz się domyślić. Szut nie jest dla mnie bynajmniej niebezpieczny.
Przejechaliśmy jeszcze obok kilku złamanych gałązek. Zwróciłem na nie uwagą krawca i wykazałem mu, że koń Miridita trzymał się zawsze linii krzaków.
Dostaliśmy się następnie do miejsca, które mu przepowiedziałem. Trop konia skręcał na lewo, a znaki na dwu przeciwległych krzakach wskazywały naprzód.
— Patrz, oto miejsce, które miałem na myśli — powiedziałem. — Miridit zjechał na lewo, aby wyszukać miejsce do zasadzki, Suef natomiast ma nas dalej prowadzić między tymi krzakami. Czy nie jesteś tego samego zdania?
— Panie, ja ci odpowiedzieć nie mogę. Myśli twe są zbyt wysokie.
— Wyjaśniłem ci przecież wszystko dokładnie.
— Tak, ale mimoto nie mogę iść za tobą we wnioskach. Sądzę, że się mylisz.
— Ja się nie mylę.
— Cóż uczynisz? — Najpierw kazałbym tego Suefa na tom miejscu tak wybatożyć, żeby wstać nie zdołał.
— Słusznieby go to spotkało! Niestety niema go.
— Jest za nami z pewnością. Mam wielką ochotę zaczekać na niego.
— To słuszne, panie!
— Czy sądzisz, że sto batów wystarczy?
— Nie. Skoro ci w ręce wpadnie, każesz go na śmierć zaćwiczyć, bo zdrajca zawsze gorszy od sprawcy.
— Całkiem słusznie, ale pięćdziesiąt dość.
— To byłaby nadzwyczajna łagodność i łaska z twej strony, panie.
— Zapamiętaj sobie swoje słowa i nie proś mnie potem o łaskę dla niego. Ale o tem później. Obecnie mamy teraźniejszość przed sobą.
— Tak, zihdi, nie możemy tu przecież pozostać! — napominał Halef. — Może ten Miridit siedzi tu gdzieś niedaleko.
— Tego się nie obawiam. Pojedziemy dalej, ale nie w tym samym zupełnie kierunku, jaki podają gałązki, lecz cokolwiek na prawo. W ten sposób zdobędziemy miejsce pomiędzy nim a sobą... Ja zostanę tu na kilka chwil, ale rychło będę już z wami. A jeszcze jedno, Halefie! Weź do rąk strzelbę. Nie wiadomo, co się stać może. Miridita biorę sam wyłącznie na siebie. Gdybyś jednak spostrzegł w jakiś sposób tego Suefa, to pakuj mu natychmiast kulę w głowę.
— Zgoda! — rzekł Halef.
— Ponieważ zaś nasz zacny Afrit jest nieuzbrojony, obowiązkiem naszym jest pilnować go. Osko i Omar wezmą go między siebie, a ty pojedziesz z tyłu, abyś był pod ręką na wypadek czegoś podejrzanego.
— Nie bój się, effendi! Będę zaraz przy Suefie!
Hadżi mnie zrozumiał zupełnie. Nie wątpiłem, że zastrzeliłby krawca natychmiast, gdyby mu przyszło na myśl uciekać. Ten zaś patrzył na mnie badawczym, pełnym obawy wzrokiem i powiedział:
— Effendi, nie obawiajcie się o mnie!
— To nasza powinność. Jesteś z nami, a więc jesteś wrogiem naszych wrogów. Za takiego cię będą uważać. Trzeba cię zatem wziąć, w opiekę. Nie oddalaj się jednak od moich towarzyszy, bo mogłoby ci się zdarzyć coś, za co nie bylibyśmy odpowiedzialni. Z nimi jesteś bezpieczny.
— A ty z nami nie jedziesz?
— Zostanę w tyle na chwilę.
— Naco?
— Z tchórzostwa. Niech Miridit was wystrzela, zanim mnie trafi. Naprzód!
Halef zaśmiał się z tej odpowiedzi i skinął okiem w stronę śladów Miridita. Odgadł, że chcę za nim się udać.
Zaczekałem, dopóki nie przeszli pomiędzy krzakami i pojechałem wolno za śladem.
Oczywiście należało mieć teraz wszystko na oku. Miridit mógł mnie spostrzec o wiele prędzej niźli ja jego. Dlatego usunąłem się z tropu jeszcze nieco dalej na lewo i jechałem z nim równolegle.
Zarośla stały w dość regularnych odstępach, mniej więcej o piętnaście do dwudziestu łokci. Ilekroć dojechałem do krzaka, zatrzymywałem się, aby się z poza niego ostrożnie rozglądnąć.
Wtem usłyszałem przeraźliwy gwizd. Pochodził stamtąd, gdzie teraz najprawdopodobniej byli moi towarzysze. Kto go wydał? Czy Halef, aby mnie ostrzec i dać znak? Nie, on inaczej by się odezwał. A może krawiec? Czyżby się umówił z Miriditem, że w ten sposób oznajmi mu o naszem zbliżaniu się? W takim razie byłoby to z jego strony najwyższe zuchwalstwo, zwłaszcza że wiedział, iż cały plan już zdradzony przedemną.
Ledwie gwizd przebrzmiał, usłyszałem za krzakiem odgłos, jak gdyby ktoś wymówił słowo „el hassil — nareszcie“. Usłyszałem tętent nie jasny, lecz głuchy z powodu właściwości gruntu i podniosłem się w siodle, aby rzucić okiem poza krzak, za którym się zatrzymałem.
Istotnie ujrzałem Miridita, który siedział na trawie przy koniu, a teraz wskoczył na siodło. On także stanął w strzemionach i patrzył za nami.
Przyznać muszę, że miejsce wybrał bardzo dobre, nadające się doskonale do zamierzonego celu. Miridit mógł wypaść na nas błyskawicznie z krzaków i zniknąć równie szybko za nimi. Jego nagłe, niespodziane zjawienie się przed nami musiałoby nas było stropić. Zanimbyśmy się opamiętali, zastrzeliłby mnie lub zabił, a potem ukryłby się bezpiecznie, zanim przerażeni towarzysze zdołaliby o pogoni pomyśleć.
Wszystko to było wcale ładnie obmyślane, ale rachunek zrobiony był bezemnie i aby go przekreślić, odwinąłem w ostatnich dwu minutach lasso.
Broń ta, straszna w ręku wprawnego przeciwnika, nie jest, jak sądzi wielu, wyłącznie amerykańską. Wszystkie ludy koczownicze, wypasające trzody bydła, posługują się nią w rozmaitej formie i na rozmaite, im właściwe, sposoby. Czikosz używa do chwytania sznura lub rzemienia tak samo, jak rosyjski tabunczik. Turkomani mają także swoje długie, giętkie kaji jak Mongoli, Ostiacy, Tungnzi i Kirgizi, którzy pętlą do rzucania wybierają z trzód poszczególne zwierzęta.
To też bynajmniej nie była śmieszną myśl zabrania lassa w podróż ze sobą. Stykałem się przeważnie z koczownikami, a mój pleciony, trzydzieści stóp długi, rzemień wyświadczył mi kilkakrotnie doskonałe przysługi. Wiadomo, że go niedawno pociąłem i zużyłem, należy więc wspomnieć, że uplotłem sobie z rzemieni nie takie dobre wprawdzie, ale nowe lasso.
Przymocowałem teraz jeden koniec do przedniej kuli u siodła. Chciałem Miridita pochwycić. Lassa pewnie nigdy jeszcze nie widział i nie miał chyba pojęcia, jak się przed niem bronić. Aby go nie uprzedzić przedwcześnie co do mego zamiaru, nie wziąłem pętli do ręki, lecz powiesiłem ją na guziku u siodła. Natomiast wziąłem do rąk rusznicę. Była to jedyna broń, którą mogłem spróbować odbić topór. Na tę sztukę może sobie tylko ten pozwolić, kto wyćwiczył się w odbijaniu tomahawka strzelbą tak, że spada na bok, nie zadając silnej i niebezpiecznej rany, jakie są zawsze skutkiem niepewnego parowania. Idzie nie tylko o to, żeby zobaczyć, gdzie ma topór uderzyć, lecz należy mimo wielkiej szybkości kolistego wiru, w jakim broń nadlatuje, rozróżniać dokładnie między żelazem a trzonkiem, bo w przeciwnym razie siekiera okręci się o lufę i w cel ugodzi Przedewszystkiem trzyma się strzelbę oburącz, bo uderzenie jest nadzwyczaj silne i można dostać w twarz strzelbą i toporem razem. Następnie trzeba jej nadać położenie ukośne, żeby topór pod ostrym kątem uderzył, a pod rozwartym się odbił. Konieczne są do tego: siła fizyczna, ćwiczenie i bardzo bystre oko.
Sytuacya była teraz następująca: Ja stałem z koniem tak, że miałem przed sobą kierunek, w którym znajdować się musieli moi towarzysze. Na lewo był Miridit. Spojrzałem ku niemu i dostrzegłem, że się starał zobaczyć jeźdźców.
Nagły ruch zdradził jego gniew z tego powodu, że Suef nie jechał we wskazanym sobie przez gałęzie kierunku. Gdybym nie był polecił Halefowi skierować się więcej na prawo, byliby minęli Miridita w oddaleniu o wiele bliższem. Tak jednak jechali brzegiem równiny, co czatującemu niewątpliwie szczególnie było nie na rękę.
W tem ujrzałem ich nadjeżdżających. On także niezawodnie ich spostrzegł. Stojące tu i ówdzie zarośla uniemożliwiały mu dokładne rozróżnienie osób. Nie mógł się zatem przekonać o tem, czy ja jestem między nimi. Ale że się tego spodziewał na pewno, ruszył z miejsca najpierw powoli, a następnie prędzej, aż koń jego przeszedł w kłus szybki.
Ruszyłem za nim z rusznicą w prawej ręce i starałem się, by nas zawsze rozdzielały zarośla. To było zbyteczne, bo uwaga jego była tak bardzo naprzód zwrócona, że mu ani przez myśl nie przeszło oglądnąć się poza siebie.
Miękki grunt tłumił odgłos kopyt mojego konia, przyczem widocznie szmer, spowodowany przez jego własnego konia, nie pozwolił mu na to, by mnie słyszał za sobą.
Rozstrzygnięcie musiało nastąpić za kilka sekund. Nie bałem się ani trochę. Groźną wydała mi się chyba tylko jego siekiera. Miał przejechać jeszcze obok dwu krzaków. Od ostatniego popędził na równinę, wydając przeraźliwy okrzyk, by nas przestraszyć. Wstrzymując konia, podniósł strzelbę, ale nie wypalił, nie wymierzył nawet, tylko wzniósł drugi okrzyk, spowodowany niespodzianką i gniewem. Zobaczył, że mnie nie było.
Towarzysze stanęli także, a Halef wybuchnął głośnym śmiechem.
— Czego chcesz od nas, człecze? — zapytał. — Dlaczego robisz miny, jak gdybyś połknął własną głowę razem z plastrem.
— Psy! — zgrzytnął Miridit.
— Złościsz się? Zapewne z tej przyczyny, że nie znajdujesz tego, którego szukasz. Popatrzno poza siebie!
Miridit odwrócił się w siodle i dostrzegł mnie w oddaleniu piętnastu kroków od siebie.
— Mnie szukasz? — zapytałem.
Zdarł ku mnie konia, podniósł znów strzelbę i odpowiedział:
— Tak, ciebie szejtanie! Czy znasz mnie?
Skinąłem tylko głową na potwierdzenie.
— Zamordowałeś mi brata! Podpadłeś zemście krwi. Niechcę cię zastrzelić skrytobójczo i z tyłu, lecz jak mąż, z przodu!
— Nie strzelaj, bo nas wszystkich się kula nie ima!
— Zobaczę! Ruszaj do dżehenny!
Pociągnął za cyngiel, kapsla trzasnęła, ale strzał nie padł.
— A widzisz! — zaśmiałem się. — Ostrzegałem cię, a teraz jesteś moim!
Podniosłem rusznicę jakby do strzału. Wtem wyrwał on z za pasa topór hajduczy i wrzasnął wściekle:
— Jeszcze nie! Jeśli kula nie chwyta, to cię topór dosięgnie!
Okręcił siekierą do koła głowy i rzucił nią w moją głowę. Z tak małego oddalenia musiałaby mi czaszkę rozłupać, gdybym tylko o włos fałszywie cios odparł.
Przez chwilę, przez małą tylko chwileczkę, słyszałem świst toporu. Był przeraźliwy. Szeroko otwartemi oczyma uchwyciłem ruch ręki Miridita. Wyprężyłem się w siodle, trzymając rusznicę oboma rękoma. Potem pchnąłem ją błyskawicznie szybko ku górze, topór ugodził w lufę i odleciał. Byłby mnie trafił w samo czoło.
Miridit wypuścił z lewej ręki cugle ze zdumienia. Nie miał przy sobie innej broni prócz pistoletów, a tych ja się nie obawiałem.
— Widzisz, że gardzę także twoim toporem! — zawołałem doń. — Teraz dosięgnie ciebie moja zemsta. Uważaj!
Złożyłem się do niego ze strzelby, a to przywróciło mu ruchy. Pochwycił cugle, szarpnął konia wstecz i pognał równiną zupełnie tak, jak się spodziewałem.
Podjechałem ku Halefowi i oddałem mu rusznicę, bo mi teraz zawadzała. Wziął ją, ale szybko zawołał:
— Prędko, prędko, bo umknie!
— Tylko cierpliwości! Mamy czas. Niech ten zacny, biedny, krawiec Afrit zobaczy raz jeźdźca, z którym Szut się pewnie nie zmierzy. Jedźcie za mną cwałem!
Na krótki gwizd Rih się zerwał.
Położyłem mu cugle na szyi i podniosłem się w strzemionach, pomimo że mi przeszkadzała chora noga.
W biegu obwinąłem lasso o lewy łokieć, rozciągnąłem ostatnią pętlę i zdjąłem potem wszystkie z łokcia na lewe przedramię tak, że się swobodnie mogły odwijać. Całe ująłem potem w prawą rękę.
Nie kierowałem karego ani cuglami, ani nogami. Rozumne zwierzę wiedziało, o co idzie.
Miridit uciekał najpierw prosto, co było z jego strony głupotą, bo mogłem go kulą dosięgnąć, gdyż cel miałem łatwy w razie, gdybym chciał strzelać.
Ponieważ jednak w tym kierunku równina coraz bardziej się rozszerzała, skręcił zaraz na lewo, gdzie się znajdowały zarośla, mogące mu dać ochronę, a może nawet ocalenie.
Rih, jak dobry pies myśliwski, pognał zaraz za nim na lewo, gdzie były także zarośla, aby przeciąć drogę gniademu. Teraz poznałem, że jednak zbyt długo zatrzymałem się z Halefem. Gniady był doskonałym biegunem, ale nawet za pięćdziesiąt takich łysych nie sprzedałbym mego karego. Mimoto byłem pewien, że dopadnę Miridita, chociażby nawet przedemną dostał się do zarośli. Ale na to musiałem nie pozwolić. Mogłem przecież użyć sekretu Riha.
On tymczasem robił już swoje. W trzech zgrabnych susach tyle przebiegł przestrzeni, na ile potrzeba było czterech natężonych skoków gniadego. Ale odległość była już zbyt wielka. Mogłem go dopaść tylko przy pomocy sekretu.
Tym, którzy nie wiedzą, co jest na tym sekrecie, powiem, że każdy Arab, właściciel konia pełnej krwi, uczy go pewnego znaku, którego jeździec używa tylko wówczas, gdy idzie o wytężenie ostatnich sił konia.
Prawdziwy arabski biegun nawet w najszybszym cwale bawi się tylko swojemi siłami. Umie on przewyższyć samego siebie, gdy się tego znaku użyje. Dzieje się to oczywiście tylko w wyjątkowych wypadkach, w największem niebezpieczeństwie, kiedy już tylko szybkość konia może ocalić.
Są to jazdy zaiste śmiertelne. Koń nie biegnie już wówczas, lecz leci. Szybkość jest tak wielka, że nóg końskich nie widać. Gdy jeździec ten znak wymówi, znikają w kilka sekund koń i człowiek, jak czarny puukcik.
Znak ten nazywa się sekretem, bo go właściciel nie powierza nikomu. Nie zdradzi go nawet przed żoną, synem, jedynym spadkobiercą, przed najlepszym przyjacielem. Wyjawia go tylko kupującemu, a na łożu śmierci temu, w czyje posiadanie koń przechodzi. Poza tem żadna męka, śmierć nawet, nie wydrze mu tajemnicy. Ona ginie z nim razem.
Otrzymawszy Riha, dowiedziałem się oczywiście także o znaku. Polegał na tem, że kładło mu się dłoń między uszy i wołało go po imieniu „Rih“. Kilkakroć musiałem się uciec do tego i skutek był zawsze nie do uwierzenia.
Nie groziło mi teraz tak wielkie niebezpieczeństwo, żeby skorzystanie z sekretu było uzasadnione, ale Halef miał odemnie konia dostać. Miał tylko jeszcze przez niewiele dni być moim, można więc to usprawiedliwić, że życzyłem sobie jeszcze raz się na nim „przelecieć“.
Położyłem mu dłoń między małe uszy i powiedziałem „Rih“.
Zatrzymał się w skoku, wydał ze siebie głos, jakby zakaszlał i ruszyliśmy naprzód. Co tu słowa poradzą! To się właśnie nie da opisać. Nie siedziałem na koniu, lecz leciałem powietrzem na strzale. Dostałem się do punktu w zaroślach, do którego zmierzał Miridit, o wiele wcześniej od niego. Między nami było może czterdzieści końskich długości. Miridit zawrócił więc konia i pognał znów na równinę.
Popędziłem za nim, ale już bez tego nadużycia sił konia. Dałem mu łagodnem głaskaniem po szyi do zrozumienia, że jestem z niego zadowolony i że może zaprzestać pędu tak szybkiego. Zwolnił też, ale w kilka sekund byłem od Miridita o dwie długości.
— Zatrzymaj się! Rozkazuję! — krzyknąłem.
Odwrócił się do mnie. Miał już przygotowany pistolet i strzelił. Po mierzeniu poznałem, że mnie nie trafi i okręciłem lassem dokoła głowy.
Miridit już pierwej obrabiał konia harapem, aby go wysilić do ostatka. Teraz odrzucił z przekleństwem pistolety, dobył noża i wbił go koniowi w mięso. Zwierzę stęknęło głośno i spróbowało biegnąć prędzej, ale daremnie.
Teraz rzuciłem pętlę. W chwili, gdy zawisła jak pierścień nad głową jeźdźca, wstrzymałem mego konia i szarpnąłem go wstecz. Za jednem szarpnięciem okrzyk i Miridit znalazł się na ziemi z pętlą, ściągniętą silnie dokoła ramion i reszty ciała. Wyrwało go z siodła i wielkim łukiem rzuciło nim o ziemię. Rih stał na miejscu, gniady pędził dalej.
Widziałem, że się przeciwnik nie rusza i nie zsiadłem z konia. Umknąćby nie mógł.
Zbliżywszy się doń, spostrzegłem, że ma oczy zamknięte. Zemdlał. Zostałem na siodle i pieściłem konia z wdzięcznością za wysiłek. Kary był bardzo czuły na takie pieszczoty. Zgiął ku mnie szyję i chciał mię polizać, lecz nie dosięgnął językiem. Widząc, że się to nie udaje, próbował mnie przynajmniej dotknąć ogonem. Aby mu zrobić tą uciechę, przegiąłem się w tył i wyciągnąłem rękę, w którą uderzył mnie z dziesięć razy swym wspaniałym ogonem i zarżał głośno z zadowolenia.
Niebawem nadjechali towarzysze. Zdziwiłem się przytem, widząc, jak lekko biegł stary, wychudły człapak Afrita. Wydawało się, że stara szkapa ma w tem przyjemność, że może się raz porządnie wygalopować.
A jak ten chudzina siedział na siodle! Zdaje, się że człapak był takisam obłudnik, jak jego pan.
— Czy nie żyje? — zapytał Halef, przybywszy.
— Nie wiem. Popatrz się!
Zeskoczył i zbadał leżącego.
— Panie, on śpi tylko troszeczkę. Masz tutaj jego czakan.
Halef podał mi przepyszną broń, którą był podniósł poprzednio. Uwity trzonek pokrywała gęsto perłowa skóra rybia; topór sam był starej, wspaniale cyzelowanej roboty. Na jednej stronie był napis: „Li ma ak kelimet — mam słowo dla ciebie“, na drugiej zaś: „Awasi chatrak — na zdrowie, żegnaj“. Artysta, który to wykonał, miał cokolwiek kolczasty charakter.
— No, Halefie i cóż Rih?
Hadżi zaczerpnął głęboko powietrza i odrzekł z błyszczącemi oczyma głosem, pełnym zachwytu:
— Cóż mam rzec, zihdi! Powiedziałeś mu tajemnicę?
— Tak.
— Wyobrażałem sobie. Leciał najpierw jak strzała, a potem jak myśl. Z daleka wyglądało, jak gdyby się składał tylko z tułowia, nogi zniknęły. Zaledwie pomyślałem, był już tam koło zarośli. A popatrz na niego, jak stoi! Czy jest na nim choć kropla potu?
— Nie.
— Albo płatek piany na pysku?
— Także nie.
— Albo czy ciężko oddycha? Czy widzisz ruch jego płuc, albo jak robi bokami?
— Ani śladu.
— Tak, stoi tu spokojnie i rzeźko, jak gdyby wstał ze snu przed chwilą. To był niezrównany widok. Nawet prorok nie miał takiego konia. Szkoda, że to nie klacz, lecz ogier. To jego jedyny błąd, ale całkiem jedyny. Dam mu dzisiaj wieczór w nagrodę placek kukurudziany, oblany raki, bo to jego przysmak największy; to smakosz.
A zwróciwszy się do krawca dodał:
— No, Africie, ty olbrzymie, czy czujesz respekt dla tego konia?
— On niepospolity. Nie widziałem jeszcze takiego — odparł zapytany.
Przypatrywał się ogierowi oczyma znawcy. Czy mógł ubogi krawiec zdobyć się na takie spojrzenia? Nie! Biła z nich żądza nie do ukrycia. Chciał posiadać ogiera. Widać to było po nim mimo wysiłku, by to zataić.
— Pięknie! — odparł Halef, zadowolony tą pochwałą. — Ale co powiesz o jego panu?
— Godzien posiadać takiego konia. Dobrze jeździ.
— Dobrze? Człowiecze, co sobie myślisz! Ty także dobrze jeździsz, ale w porównaniu z nim wyglądasz, jak żaba na grzbiecie wołu. Kto cię o to pytał, jak jeździ? Miałem całkiem co innego na myśli. Czyż nie dotrzymał słowa świetnie?
— Oczywiście przyznaję to.
— Oczywiście? Musisz to przyznać, musisz. Czy nie dowiódł, że Miridit to dziecko w porównaniu z nim, chłopak, który jeszcze bluzy sobie zapiąć nie umie. Jak go wspaniale wywiódł w pole! Czy przypuszczałeś, że go znowu podejdzie?
— Nie.
— Ja wiedziałem o tem zaraz. Twój mózg podobny do placka; zeschnięty i poczerniały z gorąca tak, że go spożyć nie można. Jak zdumiał się Miridit, nie widząc go razem z nami, jak się przeraził, ujrzawszy go poza sobą! Jak pewnie weń potem mierzył! A czy wiesz, dlaczego mu strzelba nie wypaliła?
— Odmówiła.
— Nie, bo nas się kula nie ima. Rozumiesz, ty najbiedniejszy ze wszystkich biednych krawców! A potem ten rzut czakanem! Czy potrafiłbyś odbić taki topór?
— Nie, na moją biedną duszę, nie!
— Swoją biedną duszą wogóle nigdy nic nie osiągniesz, bo dusza twoja to coś długiego i nieporadnego jak glista, wijąca się w tobie daremnie, aby jakąś myśl mądrą ująć. A potem ta gonitwa! Czy widziałeś już kiedy, jak się rzemieniem zrzuca jeźdźca z konia?
— Nigdy.
— Przypuszczam. Ty wogóle jeszcze wielu, bardzo wielu rzeczy nie widziałeś, co my umiemy i możemy. Co wskóra twój Szut wobec naszego effendi? Nasz podstęp i męstwo wgryzą mu się w ciało jak śruba.
— Mojego Szuta? Nie mów tego!
— Przecież go bronisz!
— Ani mi się śni!
— Czyż nie zapewniłeś, że on ma nad nami przewagę i że nas zgubi?
— Powiedziałem to, aby was ostrzec serdecznie.
— Więc powiadam ci tak samo serdecznie, że na przyszłość masz stulić gębę. Nie potrzeba nam żadnych przestróg. Sami wiemy, co robić, a czego zaniechać, bo znamy siebie, ale i naszych wrogów. Są wobec nas jako źdźbła zeschłej trawy wobec palm, kąpiących w chmurach swe głowy. Szut legnie u naszych stóp, jak ten Miridit na ziemi. Wszystkich zaś, którzy mu służą, pochłoniemy jak tabakę, którą z tabakiery do nosa się wpycha.
— Hadżi, cóż uczyniłem, że mówisz do mnie tak gniewnie i surowo?
— Wyniosłeś ponad nas Szuta! Czy to nie dość? Nie widziałeś nigdy jeszcze sławnych bohaterów, ale tu stoją przed tobą mężowie i bohaterowie, zważający na Szuta, tyle co na muchę. Łowi się ją ręką i rozgniata!
Nie chcąc hadżemu, który już się rozpędził, pozwolić, żeby dalej udawał bohatera, przerwałem mu:
— Gdy byłem za Miriditem, słyszałem gwizd. Kto go wydał?
— Krawiec.
— Naco?
— Powiedział, że pies biegł przez zarośla.
— Tak, panie, widziałem go wyraźnie — tłómaczył się zdrajca gorliwie.
— Co ciebie obchodziło to zwierzę?
— Zgubił się zapewne. Mogliśmy go zabrać ze sobą do najbliższej wsi, dokąd niewątpliwie należy.
— Tak! Miridit znał jednak ten gwizd.
— O, z pewnością nie.
— Zerwał się natychmiast z ziemi i wskoczył na konia.
— To był przypadek.
— Naturalnie! Zdaje się jednak, że się z Suefem umówił, iż nasze zbliżanie się oznajmi takim gwizdem. To wielka głupota z ich strony, bo musieliby się zdradzić w ten sposób, że byli w porozumieniu. Mam nadzieję dostać go w ręce, a wówczas zwrócę jego uwagę na to głupstwo.
— Czy nie popatrzysz na Miridita? On się rusza.
Leżący ruszył nogami, aby zmienić położenie. Zobaczyłem, że ma oczy otwarte i patrzy na mnie groźnie.
— No — spytałem — jak ci się podoba koniec twojej przygody?
— Bądź przeklęty! — odpowiedział.
— Z ust twoich nie płyną błogosławieństwa, a jednak ja miałem dobre względem ciebie zamiary.
— Wiem, jakie to dobre zamiary!
— Co wiesz?
— Że mnie zabijesz.
— Mylisz się. Gdybym tego chciał, byłbym to mógł kilka razy z łatwością uczynić.
— Więc masz jeszcze gorsze zamiary.
— Czego się obawiasz?
— Można w rozmaity sposób uczynić nieszkodliwym wroga, nie zabijając go odrazu.
— Zostawia go się naprzykład na pastwę głodu tak, jak wy postanowiliście zrobić z nami.
— Szejtan was stamtąd wyzwolił!
— Nie, gdyby on miał nam pomagać, wolelibyśmy byli w piekle pozostać.
— A jednak wy macie dyabła, bo was się kula nie chwyta!
— Czy sądzisz, że do tego pomocy dyabła potrzeba? To można zrobić samemu. Trzeba tylko być mądrym i nauczyć się czegoś. Oczywiście nie boimy się ani twej kuli, ani siekańców, którymi tak starannie strzelbę dzisiaj nabiłeś.
— Ach ty masz moją strzelbę?
— Nie, wisiała u siodła, a koń z nią uciekł.
— Skąd możesz wiedzieć, że nabiłem siekańcami?
— Wiem zawsze wszystko, co wiedzieć muszę. Teraz nie możesz jechać do domu, lecz do sprzymierzeńców stosownie do umowy z nimi.
— Ja? Dokąd?
— Wiesz to dokładnie. Czy nie pojechali naprzód do Engely?
— Panie, kto ci o tem powiedział?
— Sen. Widziałem ich we śnie, czekających na ciebie na wzgórzu po drugiej stronie Warcy. Przybyłeś, zsiadłeś z konia, odszukałeś ich, by im donieść, że nareszcie opuściliśmy Zbigancy. Potem wyruszyliście razem. Ty odłączyłeś się od nich bardzo prędko, by tu przyjechać, gdzie Suef miał cię nas wydać w twe ręce.
— Suef? — zawołał ze strachem.
Spojrzenie jego pobiegło ku krawcowi. Udałem, że nie widzę ostrzegawczego znaku, danego mu przez karła. Uspokoił on widocznie Miridita, bo ten zapytał:
— Kto to jest Suef?
— Twój przyjaciel.
— Nie znam żadnego Suefa.
— No, może go poznasz, jeśli go, jak mam nadzieję, każę wytrzepać w twoich oczach. Umówiłeś się z towarzyszami, że ja nie będę już żył, gdy do nich nie wrócisz, że zaś przyjedziesz, gdyby ci się napad nie udał. To drugie się stało: czy powracasz?
Nie wiedział, co o mnie sądzić i rzekł głosem ponurym:
— Nie mam pojęcia, skąd wiesz o tem wszystkiem, ale nie potrzeba mi tego. Spraw się krótko i zabij!
— Dlaczegożbym cię miał zabijać?
— Bo godziłem na twoje życie.
— To dla mnie jeszcze nie powód, gdyż jestem chrześcijaninem i złego złem nie odpłacam.
— A więc nie znasz praw krwawego odwetu?
— Znam.
— Wiesz zatem, że przez całe życie muszę się starać zabić ciebie.
— Tak.
— I mimoto nie zamordujesz mnie teraz?
— Nie. Broniłem się tylko przed tobą i nic mi zrobić nie mogłeś. To wystarczy. My chrześcijanie nie znamy krwawej zemsty i dlatego mord jest u nas zbrodnią, godną kary śmierci. Ciebie natomiast prawo zmusza do zemsty krwawej, to też gniewać się na ciebie trudno, że chcesz być prawu posłusznym.
Spojrzał na mnie jak we śnie. Nie mógł pojąć słów moich.
— Ale — mówiłem dalej — zważ, czy zasłużyłem na zemstę z twojej strony. Byłem zamknięty i musiałem się uwolnić. W tym celu strzeliłem, nie wiedząc, że brat twój tam siedzi na górze. On sam temu winien, że go kula moja dosięgła. Wiedział, że mieliśmy broń przy sobie. Było to z jego strony głupotą, że tam usiadł na górze.
— Panie, słowa twoje zawierają sporo kropel prawdy!
— A dlaczego chciał mię głodem zamorzyć? Co ja mu złego wyrządziłem? Czy obraziłem go, czy okradłem, czy ograbiłem? Nie. Przybyłem, aby się o Szucie dowiedzieć. Mógł mi powiedzieć, albo nie i pojechałbym był dalej w spokoju. Czemuż stał się mym wrogiem?
— Ponieważ jego przyjaciele są twoimi wrogami i ponieważ chcesz zgubić Szuta.
— I tego nie chcę.
— Szukasz go i zabiłeś jego szwagra Dezelima. Podpadasz krwawej zemście i ulegniesz jej.
— Nie zabiłem Dezelima. Ukradł mi konia, spadł zeń i kark sobie skręcił. Czy ja jestem mordercą?
— Powinieneś mu był dać uciec, ty natomiast ścigałeś go, pędziłeś za nim.
— Ach, więc podpadam krwawej zemście za to, że nie pozwoliłem ukraść sobie konia? Słuchaj, czułem dla was szacunek, bo sądziłem, że jesteście waleczni i otwarci. Teraz jednak widzę w was tchórzliwych, podstępnych drabów. Wyście złodzieje, nędzni złodzieje, a gdy się wam łup wasz wydrze, powiadacie, że podpadamy prawu krwawego odwetu. Plunąć na was za to! Pfui szejtanim! Wasz Szut jest dla mnie teraz tylko nędznym nicponiem, a jego pomocnicy, to pożałowania godne łajdaki, z których kpić sobie będę. No, wstawaj i zmykaj! Ja się ciebie nie boję. Strzelaj do mnie, ilekroć ci się spodoba. Halefie, rozwiąż mu lasso!
— Zihdi — zawołał mały z przestrachem. — Czyś ty oszalał?
— Nie, rozpętaj go!
— Tego nie zrobię!
— Czy może ja mam to zrobić? Nie strzelił do mnie z tyłu, lecz wystąpił otwarcie. Zanim wypalił, wygłosił piękną przemowę, podczas której mogłem jemu kulę posłać ze śmiertelnym skutkiem, gdyby mi się było spodobało. To nie skrytobójca i dlatego nie chcę z nim postępować jak z takim. Rozwiąż mu lasso!
Halef posłuchał i uwolnił z więzów Miridita, który natychmiast podniósł się z ziemi. Przypuszczając, że czemprędzej ucieknie, pomyliliśmy się. Wyciągnął ręce, które przedtem ciasno były przywiązane do ciała i przystąpił do mnie:
— Effendi — rzekł — nie wiem, co twoje postępowanie oznacza.
— Wszak powiedziałem!
— Czy jestem wolny?
— Tak i możesz się udać, gdzie chcesz.
— I niczego odemnie nie żądasz?
— Nie.
— Nawet przyrzeczenia, żeby ciebie oszczędzać?
— Ani mi się śni!
— Ależ ja muszę ciebie zabić!
— Spróbuj tylko!
— Sam wiesz, że mam się dziś wieczorem udać do towarzyszy.
— Wiem i nic nie mam przeciwko temu.
— Czy wiesz także, gdzie oni na mnie czekają? W twarzy jego zaznaczyły się objawy walki wewnętrznej. Duma i łagodność, nienawiść i wzruszenie walczyły z sobą. Potem powiedział:
— Czy nazwiesz mnie tchórzem, jeśli przyjmę od ciebie wolność?
— Nie. Ja uczyniłbym to także, a uważam siebie mimoto za odważnego człowieka.
— Dobrze, więc przyjmę życie od ciebie. Niktby mnie już nie dotknął, gdybym je sobie pozwolił darować przez mordercę brata, aby zemsty zaniechać. Krwawa zemsta dzieli nas nadal, ale niech zamilknie na razie. O to tam mój czekan leży na ziemi. Podnoszę go i daję ci, chociaż jest właściwie twym łupem prawowitym. Czy wiesz, co to znaczy?
— Nie.
— To znak, że krwawy odwet pozostaje w zawieszeniu na razie. Skoro mi oddasz siekierę, rozpocznie się na nowo.
— A więc dopóki ją zatrzymam, nie będzie walki między nami?
— Tak. Czy przyjmujesz?
— Biorę.
— Gdzie mój koń pobiegł?
— Pasie się tam pod zaroślami.
— Więc idę. Effendi, podałbym ci chętnie rękę na pożegnanie, ale na niej krew mego brata. Mogę cię tylko dotknąć w celu zabicia. Bądź zdrów!
— Bądź zdrów!
Odszedł. Zdaleka jeszcze raz się odwrócił i skinął nam na pożegnanie, poczem dosiadł konia i odjechał.
Czakan mam jeszcze do dzisiaj. Zemsta krwi drzemie dotychczas i już się prawdopodobnie nigdy nie przebudzi.
Mały krawiec przypatrywał się wszystkiemu z największą uwagą. Widać było po nim, że mimo pierwszych słów moich sądził z całą pewnością, że każę zabić Miridita. Czy jednak był zadowolony z zakończenia sprawy czy nie, tego po minie jego poznać nie było można. Nie wyrażała nic prócz niezmiernego zdziwienia.
Halef był widocznie niezadowolony. Dla niego byłoby największą przyjemnością, gdybym mu był polecił wyliczyć Miriditowi pięćdziesiąt odlewanych i wypuścić go potem. Ale, pomijając ordynarność takiego postępowania, zyskałbym sobie przez to podwójnie zajadłego śmiertelnego wroga, gdy tymczasem teraz nie miałem się czego obawiać.
Ponieważ hadżi nie odważył się robić mi jakichkolwiek wyrzutów, wywarł swe niezadowolenie na krawcu.
— No i cóż ty, mistrzu igły i nici, stoisz tak i patrzysz w powietrze, jak gdyby wielbłądy z nieba spadały? Czemu się dziwisz tak bardzo?
— Effendiemn.
— Ja także.
— Mógł kazać go zabić.
— I ciebie do tego!
— Mnie! A to zaco?
— Powiem ci to kiedyś, gdy ci to będę mógł dać zarazem na piśmie.
— Wówczas utracilibyście przewodnika.
— Byłaby zaiste szkoda!
— I kto wie, coby was jeszcze w drodze spotkało!
— Gorszych rzeczy nie spodziewamy się tak z tobą, jak bez ciebie. Czy znasz panujące tu prawa krwawej zemsty?
— Znam.
— Czy to prawda istotnie, że ten spór ustał?
— To prawda napewne, dopóki czekan nie będzie zwrócony. Odnosi się to jednak jedynie do krwawego odwetu, do niczego więcej.
— Jak to pojmujesz?
— Może was naprzykład napaść, by was ograbić i zabić przytem. W takim razie zabiłby was dla rabunku, nie z zemsty.
— Allah jest wielki, ale rzetelność wasza tutaj jest mała — odparł Halef. — Jaką korzyść mieć będzie mój sąsiad, jeśli przyrzeknę nie kraść mu harbuzów, a następnej nocy pozabieram melony? Jesteście łajdaki wszyscy razem!
Przerwałem tę rozmowę pytaniem:
— Jak daleko jeszcze do Jersely?
— Mała godzinka.
— Więc możemy się tam zatrzymać, aby się posilić. Czy jest tam chan?
— Tak, znam gospodarza.
— A gdzie radzisz nam noc przepędzić?
— W Kilissely; znam tamtejszego gospodarza.
— Jak tam daleko?
— Z Jersely cztery dobre godziny.
— Czemu tę właśnie wieś wybierasz?
— To bardzo piękna miejscowość, położona w dolinie Mustafy, gdzie obficie i tanio można dostać wszystkiego, czego dusza zapragnie.
— A jak daleko stamtąd do Uskub?
— Ośm godzin.
— Dobrze, zostaniemy w Kilissely.
Krawiec jechał przodem jako przewodnik, nie troszcząc się o nas zupełnie. Ponieważ Osko i Omar byli tuż za nim, mogłem o nim pomówić z Halefem, nie podsłuchiwany przez niego.
— Zihdi — rzekł Halef z zaciekawieniem — ty sądzisz także, że to Suef?
Skinąłem tylko głową, on zaś pytał w dalszym ciągu, mrugając do mnie z boku:
— Ale dotrzymasz słowa co do owych pięćdziesięciu batów?
— Dostanie je, ale nie teraz.
— A zasłużył na nie uczciwie. Zdziwiłem się, że powiedziałeś mu tyle, chociaż wiesz, że jest po stronie naszych wrogów.
— Zrobiłem to umyślnie.
— Tak, ty masz zawsze swoje tajemnicze zamiary. Ty patrzysz dalej, niż my i dlatego udajesz, że darzysz zaufaniem krawca. Ja natomiast kazałbym go dobrze oćwiczyć i zostawić na los szczęścia.
— I zebrałbyś liche owoce. Dopóki będzie z nami, będziemy wiedzieli, co zamierzają jego sprzymierzeńcy. Dziś wieczorem wykonają napad, który uważają za ostatni, bo spodziewają się, że będzie skuteczny. Dziś mają wymordować nas wszystkich. W jaki sposób, tego nie wiem jeszcze.
— Ale dowiemy się o tem.
— Oczywiście! Za pośrednictwem krawca. Musimy go skrycie obserwować, żeby się nie połapał, bo miałby się na baczności. Z jego postępowania będziemy mogli wnosić, co się ma stać.
— Będę miał oczy bardzo otwarte.
— Proszę cię też o to, bo sam nie zdołam troszczyć się o wszystko. Nie będę mógł z powodu nogi wychodzić z pokoju. Co się będzie zewnątrz działo, na to wy trzej uważajcie. Musimy się przedewszystkiem dowiedzieć, gdzie są obaj Aladży, Barud i reszta i gdzie się chcą z krawcem rozmówić, oraz kiedy i gdzie mamy ponieść śmierć z ich ręki.
— Zihdi, tu trzeba wiele wywąchać. Czy Aladży także tam będą? Wszak jechali przez Engely!
— Z Engely do Kilissely mogą się udać gościńcem Istibsko-uskubskim. Będą tam już przed nami. Idzie o to, żeby wyśledzić ich kryjówkę. Teraz oczywiście nie możemy jeszcze wytworzyć sobie planu ściśle określonego, musimy dopiero zobaczyć, jakie tam zastaniemy miejscowości i stosunki. Najważniejsza rzecz to, żeby krawca ani na chwilę nie spuszczać z oka.
— Tego podstępnego szelmę! Wydawał się takim wiernym poczciwcem! Z jakiego powodu mógł się wybrać w te strony?
— Przypuszczam, że Szut darzy go największem zaufaniem i że dał mu ważne zlecenia.
— Dowiemy się o tem, zihdi. Na teraz możemy się cieszyć, żeśmy się pozbyli jednego wroga i to najgroźniejszego.
— Masz na myśli Miridita?
— Tak. On pewnie dziś wieczorem nie przyjdzie.
— A ja sądzę, że przybędzie z pewnością.
— By pomagać Aladżym?
— Przeciwnie, aby nas bronić przeciw nim.
— Ach, w to nie uwierzę!
— A ja wierzę. To Miridit i do tego rzetelny. Jest moim wrogiem dlatego tylko, że kula moja trafiła jego brata przypadkiem, a nie z powodu Szuta. Sądzę, że nas teraz szanuje, a pogardza podstępnem, złośliwem zachowaniem się tamtych. Wie, że darowałem mu życie. Który człowiek nie kocha swego życia? Dlatego poczuwa się do obowiązku wdzięczności.
— A tamtych nie oszczędzałeś, a jak ci podziękowali?
— Tak, ale też to tylko nędzne łajdaki. Gdyby mieli jego charakter, jego otwartość, bylibyśmy z nimi już dawno gotowi. Jestem całkiem pewien, że przyjdzie i że jego obecność nam się przyda.
Jak powiedział krawiec, dojechaliśmy do Jersely mniej więcej za godzinę. Była to górska wieś, o której nic się nie da powiedzieć. Zatrzymaliśmy się w chanie i kazaliśmy sobie podać przekąskę: kwaśne mleko i placki kukurudziane. Konie też napojono.
Uderzyło nas to, że krawiec, gdyśmy się do wsi zbliżali, ruszył naprzód, aby, jak twierdził, zamówić dla nas posiłek. Halef popatrzył na mnie, wzruszył ramionami i zapytał:
— Czy wiesz dlaczego?
— Aby gospodarz nie nazywał go Suef, lecz Afrit.
— Ja także tak myślę. Ale w takim razie musiałby był przedtem także uprzedzić oberżystę w Zbigancy!
— Może go tam znają jako Afrita.
Albo gospodarz nie był również wobec nas szczery.
— Także możliwe, ale wątpię.
Po spożyciu przekąski, pojechaliśmy dalej i przybyliśmy niebawem, zjeżdżając zachodnią stroną płaskowyżu, na wspomnianą już dolinę Mustafy, długą i szeroką na kilka godzin drogi. Przez urodzajne niwy, z których zbiory były już w domu, prowadził gościniec z Engely do Komanowy, a w cztery godziny potem ujrzeliśmy przed sobą Kilissely.
Była to okolica urocza. Gór tu nie było, ale tem żywiej przemawiały do nas leżące po obu stronach drogi liściaste lasy, w których znajdowały się drzewa wiecznie zielone. Mijaliśmy wspaniałe sady, gdzie południowe owoce dojrzewały na wolnem powietrzu. Po prawej i lewej stronie rozciągały się bogate, ogołocone już teraz ze zbóż pola. Przybywszy do wsi, ujrzeliśmy wielki staw rybny, w którego kryształowej wodzie odbijały się drzewa dużego ogrodu. Należał on do budynku, podobnego do zamku i imponującego w tym kraju nędznych budowli.
— Co to za budynek? — zapytałem krawca.
— To zamek.
— Do kogo należy? Do oberżysty, u którego przenocujemy.
— Ależ, jak mi się zdaje, ten zamek nie jest publiczną gospodą?
— O nie.
— A mówiłeś przecież o chanie!
— Myślałem, że to wszystko jedno, czy powiem chan, czy konak. Znam właściciela. Chętnie widzi gości u siebie i przyjmie was z rozkoszą.
— Kto on jest?
— Turek z Salonik, który tu wypoczywa po trudach swego zawodu. Nazywa się Murad Habulam.
— Jak wygląda?
— W wieku średnim, o długiej chudej postaci i niezarosłem obliczu.
Nie miałem nabożeństwa do długiego, chudego Turka bez zarostu. Nie mogę sobie dzielnego, uczciwie myślącego Turka wyobrazić jako cały, albo pół szkieletu i doświadczyłem już sam, że w państwie otomańskiem należy się mieć na baczności przed każdym, kto ma wzrost więcej niż średni, a ponadto, gdy nie ma zarostu. Zrobiłem widocznie minę niekorzystną, bo krawiec zapytał:
— Czy ci to nie na rękę, że was do niego prowadzę?
— Nie, bo uważam to za nieprzyzwoitość wpraszać się w pięciu na gości do człowieka nieznanego zupełnie.
— To nie wy się wprosicie, lecz on was zaprasza.
— O, to coś nowego.
— Tłómaczę ci to w ten sposób, że on bardzo chętnie widzi gości u siebie. Przyjeżdżam często do niego, a on nakazał mi raz na zawsze sprowadzać obcych, którychby nie potrzebował się wstydzić. Lubi cudzoziemców i jest człowiekiem uczonym, zwiedził sporo świata jak i ty. Spodobacie się sobie nawzajem bardzo. Prócz tego jest tak bogaty, że nie robi mu to żadnej różnicy przyjąć u siebie choćby dwudziestu gości.
Człowiek bardzo uczony i znający świat, to było ponętne. Aby mnie jeszcze więcej skłonić, dodał krawiec:
— Zobaczysz wspaniałe mieszkanie z haremem, parkiem i wszystkiem, co tylko może mieć człowiek bogaty.
— Czy ma także i książki?
— Cały wielki zbiór.
To usunęło już wszelkie wątpliwości; wysłałem więc krawca, żeby nas oznajmił.
Podczas gdy gwarzyłem z Halefem o uczonym tureckim bogaczu i wypowiedziałem przypuszczenie, że niepotrzebne było wcale oznajmianie nas, bo on dowiedział się już o nas od Aladżych niezawodnie, spłoszył się koń hadżego.
Jechaliśmy właśnie tuż nad brzegiem stawu, a po jego powierzchni płynęła wprost na nas łódka. Siedziała w niej młoda dziewczyna i wiosłowała silnemi rękoma.
Miała na sobie strój niezamężnej Bułgarki, a z pod czerwonej chusty na głowie zwisały dwa długie, ciężkie warkocze.
Niewątpliwie bardzo się spieszyła, gdyż nie przywiązawszy wcale czółna, wyskoczyła i chciała nas minąć czemprędzej. Czerwona odzież, pośpiech, czy coś takiego, przestraszyło konia Halefa. Skoczył naprzód, zaczepił o dziewczynę kopytem i przewrócił ją.
Mój kary zląkł się też trochę i stanął dęba. Bułgarka próbowała się podnieść, ale uczyniła to w stronę przeciwną, dostała się pod mego konia i krzyknęła głośno ze strachu.
— Cicho! Ty tylko konie nam płoszysz! — krzyknąłem.
Kary tańczył jeszcze trochę, ale jej nie przydeptał i wreszcie mogła się podnieść. Chciała już uciec, kiedy na nią zawołałem:
— Stój! Zaczekaj chwilę! Jak się nazywasz?
Zatrzymała się i spojrzała ku mnie. Była to typowo bułgarska, młodociana twarz, miękka, okrągła i pełna, z małym nosem. Była bosa, a koń Halefa uderzył ją zapewne, bo podnosiła jedną nogę.
— Nazywam się Anka — odrzekła.
— Czy masz rodziców?
— Tak.
— I rodzeństwo?
— O bardzo dużo!
— I narzeczonego?
Głęboki rumieniec okrył jej świeżą twarz, lecz odpowiedziała mimoto prędko:
— Tak, ślicznego!
— A jakże on się nazywa?
— Janik. Jest parobkiem.
— Więc oboje nie jesteście bogaci?
— Gdybyśmy mieli majątek, byłabym już dawno jego żoną. Ale my składamy pieniądze.
— Ile?
— On tysiąc piastrów i ja tysiąc.
— A co potem poczniecie?
— Osiedlimy się w pobliżu Uskub, gdzie mieszkają jego i moi rodzice i wynajmiemy sad. Jego ojciec jest ogrodnikiem, mój także.
— Jakżeż tam idzie to składanie? Czy suma rośnie?
— Bardzo powoli, panie. Wynagrodzenie moje takie małe, a chciałabym czasem dać coś i ojcu, który także tylko dzierżawi ogrody.
Ucieszyło mnie to. Bułgarka wyglądała tak poczciwie i prostodusznie. Dawała ojcu ze swego wynagrodzenia, chociaż przez to odwlekała tak upragnione szczęście.
— Czy zrobiłaś co sobie? — zapytałem.
— Koń mnie potrącił.
Niebyło to takie straszne, bo stała już zupełnie prosto, ja jednak sięgnąłem do kieszeni, wydobyłem jakich pięćdziesiąt do siedmdziesięciu piastrów i podałem jej, mówiąc:
— Więc musisz pójść do lekarza i aptekarza, żeby ci ranę zgoili. Masz tu coś na zapłacenie obydwu.
Chciała to wziąć czemprędzej, lecz cofnęła rękę natychmiast i rzekła:
— Ja tego przyjąć nie mogę.
— Czemu nie?
— Kto wie, czy wogóle będzie potrzeba lekarza i apteki; nie śmiem więc wziąć tych pieniędzy.
— Przyjm je zatem jako podarunek odemnie.
Zakłopotała się prześlicznie i spytała:
— A to zaco? Nie wyświadczyłam ci jeszcze żadnej przysługi.
— Przy podarunku wcale się też tego nie żąda. Dodaj je do swoich oszczędności, lub poślij ojcu, który potrzebuje ich pewnie.
— Panie, słowo, które mówisz, jest dobre. Poślę to ojcu, a on modlić się będzie za ciebie do Matki Boskiej, chociaż ty jesteś muzułmanin.
— Nie jestem muzułmanin, lecz chrześcijanin.
— W takim razie cieszy mnie to jeszcze bardziej. Jestem kycyl elma katolika[31], a mój narzeczony jest tego samego wyznania.
— No, a ja byłem w Rzymie i widziałem baba mukkades[32], otoczonego wysokimi kardnalalar[33].
— O gdybyś mi to mógł opowiedzieć!
Życzenie to płynęło trochę z ciekawości kobiecej, ale wychodziło z dobrego serca. Czytałem to z jej otwartych, błyszczących oczu.
— Uczyniłbym to chętnie, ale nie zobaczę cię już prawdopodobnie.
— Jesteś tu obcy, jak widzę. Jak długo i gdzie chcesz tu pozostać?
— U Murada Habulam.
— Tanry walideji aziza — Święta Matko Boża — zawołała z przestrachem.
Przystąpiła do mnie pośpiesznie, pochwyciła pas od strzemienia i odezwała się głosem stłumionym:
— Czy to ty może jesteś effendim, oczekiwanym tu z trzema towarzyszami?
— Jestem effendi i mam trzech towarzyszy, ale czy mnie tu oczekują, tego już nie wiem.
— Czy przybywasz dzisiaj ze Zbigancy?
— Tak.
— Więc to ty jesteś.
Podniósłszy się na palcach, szepnęła mi jeszcze ciszej niż przedtem:
— Miej się na baczności!
— Mów głośno, Anko. Ci trzej mogą wszystko słyszeć; to moi przyjaciele. Przed kim mam się strzec?
— Przed Muradem Habulam, moim panem.
— Więc ty służysz n niego?
— Tak, Janik także.
— Czy masz jaki powód do tej przestrogi?
— Godzą na wasze życie.
— Wiem już o tem. Czy potrafisz mi powiedzieć, jak to uczynią?
— Jeszcze nie. Podsłuchiwałam, a Janik także. Słyszeliśmy coś niecoś, z czego wnosimy, że ma was spotkać coś złego.
— Czy chcesz nas bronić?
— Chętnie, bardzo chętnie, bo jesteś moim współwiernym i widziałeś Ojca Świętego. Będę cię strzegła, choćby pan mój miał nas nawet napędzić.
— Jeśli to zrobi, to ja zajmę się wami.
— Naprawdę, effendi?
— Daję słowo.
— I dotrzymasz go, bo jesteś chrześcijanin. Nie mogę cię teraz już o niczem więcej pouczyć; nie mam czasu i muszę już iść do kuchni, bo pani wyjechała w odwiedziny do Uskub. Musiała jechać natychmiast, skoro tylko nadeszła wiadomość o waszem przybyciu. Strzeżcie się Humuna, naszego pana służącego i powiernika, który mnie nienawidzi, ponieważ Janik mi jest milszy od niego. Będziecie mieszkali w kulle jaszly anaja[34], a ja postaram się, żebyście dostawali wiadomości. Jeślibym sama nie mogła, przyślę do was Janika, któremu możecie ufać.
Powiedziała to z wielkim pośpiechem i popędziła do domu.
— Panie, co usłyszeliśmy tutaj! — rzekł Osko. — Coza niebezpieczeństwo nam grozi? Czy nielepiej byłoby pójść do oberży?
— Nie, tam groziłoby nam ta k samo i nie moglibyśmy się bronić. Tu zaś mamy pomocników i od nich się dowiemy, co czynić.
— Zihdi ma słuszność — potwierdził Halef. — Allah zesłał nam na obronę tę przyjaciółkę i jej narzeczonego. Chrześcijaństwo musi przecież być dobrem, skoro tak łączy serca odrazu. Ponieważ jestem muzułmanin, nie mogę być chrześcijaninem, ale gdybym nie był muzułmaninem, zostałbym wyznawcą Izy Ben Marryam[35]. Patrzcie, tam daje nam znaki ten zdrajca krawiec!
Doszliśmy do rogu muru ogrodowego i jechaliśmy wzdłuż jednej strony. W jednej z bram czekał na nas już krawiec.
— Chodźcie, chodźcie — wołał. — Przyjmą was chętnie, a pan czeka już na was!
— Czy nie może sam wyjść naprzeciw nas?
— Nie, on chory na nogi.
— A więc przeszkadzamy mu i nabawiamy kłopotu.
— Nie, on się cieszy, że ma ludzi w swej samotności, z którymi może pomówić. Najgorszą w jego chorobie jest nuda.
— No, na to można poradzić. Rozerwiemy go i damy mu zajęcie.


ROZDZIAŁ VI.
W wieży pramatki.

Wjechaliśmy przez bramę. Według opowiadania krawca i widoku z daleka spodziewaliśmy się budynku w stylu zamkowym. Ale jakże wyglądał z blizka!
Był istotnie wysoki i długi, ale napół rozpadły. Patrzyły na nas puste jamy okien, a dach był w wielu miejscach zniszczony. Tynk z muru dawno już opadł, a wzdłuż frontu leżał pył z cegieł, które się rozpadały pod wpływem działania powietrza.
Podjechaliśmy przed wysokie drzwi, gdzie nas przyjął człowiek, którego wydłużona, wisielcza, twarz nie budziła bynajmniej zaufania.
— To Humun, służący pana — objaśnił krawiec.
A więc poznaliśmy już człowieka, któregośmy się mieli wystrzegać. Skłonił mi się głęboko z uszanowaniem i wskazał na dwu tęgich chłopców, stojących za nim i rzekł:
— Effendim, pan mój dowiedział się ze smutkiem, że ty chodzić nie możesz, wydał więc rozkaz, żeby ci ludzie zanieśli cię do niego. Są tak silni, że im się możesz powierzyć.
Zsiadłem z konia. Parobcy podali sobie prawe ręce, a lewe oparli sobie na ramionach. Na prawych rękach usiadłem, o lewe oparłem się, przez co powstało coś w rodzaju fotelu do noszenia. Tak przeniesiono mnie przez sieć i dwa pokoje do komnaty przyjęć. Towarzysze udali się za mną.
Pokój ten był znośnie umeblowany. Dokoła ścian biegły nizkie sofy, a na podwyższeniu naprzeciw wejścia siedział pan zamku. Obok niego zobaczyłem takie same podwyższenie, przeznaczone dla mnie prawdopodobnie, a przed nim leżało kilka poduszek dla towarzyszy.
Ci, którzy mnie przynieśli, zatrzymali się w drzwiach. Pan ukłonił się, nie wstając z miejsca i powiedział:
— Bądź pozdrowion, dostojny effendi! Niech Allah błogosławi wejściu twemu w mój dom i użyczy ci u mnie dni długich! Wybacz, że nie powstaję, ale nikris[36] dręczy mnie w nogach i nie mogę się ruszać. Niechaj cię do mnie przyniosą i posadzą po mej prawicy. Towarzysze twoi niechaj spoczną tu przed nami.
Posadzono mnie obok niego, a trzej towarzysze usiedli naprzeciw nas. Wyraziłem kilka słów podziękowania i usprawiedliwienia, które jednak on przerwał mi z zapewnieniem, że nie ja, lecz on winien mi wdzięczność.
Ci, którzy mnie tu przynieśli, odeszli, a służący podał fajki i kawę. Na Wschodzie zwykle ocenia się bogactwo pana domu wedle fajek. Przykładając tę miarę, należało Murada uważać za bardzo bogatego człowieka.
Jego fajka i ta, którą ja otrzymałem, miały cybuchy z prawdziwego drzewa różanego, poowijanego nitkami złotemi i wysadzanego perłami i drogimi kamieniami. Bursztyn należał do gatunku owych pół przeźroczystych, dymnych, za jakie na Wschodzie płacą więcej niż za przeźroczyste. Małe fingany[37] stały na złotych spodkach wspaniałej ażurowej roboty, a gdy kawy pokosztowałem, musiałem przyznać, że tylko raz piłem lepszą w Kairze. Według wschodniego zwyczaju spożywano ją razem z miałko utartym osadem. Filiżaneczka zawierała może cztery naparstki.
Tytoń był także dobry. Szkoda, że głowy fajek były tak małe! Co piętnaście pociągnięć trzeba je było napełniać na nowo, czem zajmował się ulubieniec swego pana, Humun.
Ponieważ dobry obyczaj wymaga, żeby gościa nie pytać zaraz o jego stosunki, zamieniliśmy tylko zwykłe towarzyskie frazesy. Następnie przysunął się do mnie pan domu i zapytał:
— Czy miałeś dzisiaj dobrą podróż, effendim?
— Allah mię prowadził! — odrzekłem.
— Krawiec Afrit powiedział mi, że przybywasz ze Zbigancy.
— Byłem tam od wczoraj.
— A gdzie przed tem?
— W Radowicz i Ostromdży.
— Więc byłeś ciągle w drodze?
— Tak, gdyż jedziemy z Edreneh i ze Stambułu.
— Ze Stambułu? Allah był łaskaw na ciebie, że pozwolił ci się urodzić w mieście padyszacha!
— Ja się tam nie urodziłem. Przybyłem tam z Damaszku przez Falesthin[38].
— Więc jesteś Damasceńczykiem?
— Także nie. Jestem Frankiem, Germani i podróżowałem z mojej ojczyzny do wielkiej Sahar[39], aby stamtąd udać się do Gypt[40] i Belad el Arab[41].
— Allah jest wielki! Czy porobiłeś tam dobre interesa?
— Nie podróżuję dla interesów. Zwiedzam kraje i staram się poznać mieszkających w nich ludzi, ich języki i obyczaje. Dlatego na tak długi czas porzuciłem ojczyznę.
Spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
— Dlatego? Allah! Jaki ci to przyniesie pożytek, że zobaczysz doliny i góry, ludzi i zwierzęta, pustynie i bory? Co ci z tego, że zobaczysz, jak się ubierają i usłyszysz, jak mówią?
To było dawne zapatrywanie, z którem spotykałem się często. Ci ludzie nie mogą tego w żaden sposób zrozumieć, że można zwiedzać obce kraje i ludzi z czysto poznawczych względów. Podróż w interesach lub pielgrzymka do Mekki. Poza to ich zrozumienie nie sięga.
— Czy ty lubisz dżografię[42] — zapytałem.
— Bardzo. Chętnie takie książki czytuję.
— Kto je napisał?
— Uczeni, którzy byli w tych krajach.
— I jesteś wdzięczny im za to, że cię bawią i uczą swojemi książkami.
— Naturalnie!
— W mej ojczyźnie są także ludzie, którzy sobie życzą takich książek. Czyta je wiele, wiele tysięcy. Muszą więc być tacy, którzy piszą takie książki i podróżują w dalekie strony, aby je poznać. Do nich ja należę.
— Więc jesteś także ehli dżografia. Mimoto pytam cię, co masz z tego? Porzucasz dom swój i harem, wyrzekasz się życiowych rozkoszy, aby na obczyźnie niewygody, głód i pragnienie znosić, a nawet wystawiać się na niebezpieczeństwa.
— Tak się rzecz ma istotnie.
— Potem siadasz i piszesz, aż cię oczy bolą, ażeby ciekaw i dowiedzieli się, na co patrzyłeś. Ale tobie to się na nic nie przyda.
— Czy podróż nie jest rozkoszą?
— Nie, to bardzo uciążliwe.
— Więc nie wyszedłbyś, na przykład, na wysoką górę, aby zobaczyć wschód słońca?
— Nie, bo mózg mój jest zdrowy. Nacobym porzucał wygodny dywan, gdzie mogę pić kawę i palić? Naco się mam wspinać, aby potem znowu w dół schodzić? To do niczego. Słońce wschodzi i zachodzi, chociaż mnie tam niema na górze. Allah to mądrze urządził i ja nie potrafię wspinaniem się nic już dodać do tego.
Takie są poglądy tych ludzi! Allah il Allah i wszędzie Allah! Oto hasło i usprawiedliwienie ich duchowego i cielesnego lenistwa.
— Więc nie podjąłbyś się trudów i niebezpieczeństw wielkiej podróży dlatego jedynie, aby poznać obczyznę? — zapytałem.
— Nie.
— Ale ja mam z tego korzyść, bo żyję z tego.
— Jakto, czyż możesz zjeść góry i wypić rzeki, które widziałeś?
— Nie, ale gdy taką książkę napiszę, dostaję za to pieniądze i to mój dochód.
— Ach! — rzekł — teraz rozumiem. Ty nie jesteś geografem, lecz kitabdżi[43].
— Nie, kitabdżi płaci mi za to, co napiszę, drukuje to potem w książce i sprzedaje czytelnikom. W ten sposób obaj zarabiamy.
Przyłożył palec do nosa, zamyślił się na chwilę i powiedział:
— Teraz już wiem. Ty jesteś tym, który przywozi kawę z Arabii, a kitabdżi rozprzedaje ją między ludzi.
— Tak jest mniej więcej.
— Czy spisujesz wszystko, na co patrzyłeś?
— Nie, tylko rzeczy zajmujące.
— A cóż jest zajmującem?
— Co moje myśli i uczucia zaprząta w sposób niezwykły.
— Na przykład, kiedy poznasz naprawdę dobrego człowieka?
— Tak jest. Taki się znajdzie w książce.
— Albo bardzo złego?
— O takim także piszę, żeby czytelnicy nauczyli się nim gardzić.
Spoważniał i posunął cybuchem pod turbanem. Nie podobało mu się to; budziło w nim wątpliwości.
— Hm! — mruknął. — W kraju twoim poznają więc jednych i drugich, złych i dobrych?
— Tak jest.
— Piszesz także ich imiona?
— Oczywiście.
— Kim i czem są, w jakiej miejscowości i w jakim domu mieszkają?
— Nawet bardzo dokładnie.
— Co zrobili, o czem z nimi mówiłeś i czego dowiedziałeś się o nich?
— To wszystko!
— Allah, Allah! Jesteś wielkim zdrajcą! — Należy się ciebie bać!
— Dobrzy nie potrzebują się mnie obawiać, gdyż sławić ich będą we wszystkich krajach, ponieważ te książki tłómaczy się na inne języki. Złych jednak spotka słuszna kara, jeśli będą znani i obudzą powszechną odrazę i pogardę ku sobie.
— Czy napiszesz także o Zbigancy?
— Nawet bardzo dużo, bo tam wiele przeżyłem.
— A potem także o Kilissely?
— Niewątpliwie, bo Kilissely to tak piękna miejscowość, że jej pominąć nie mogę.
— Co o niem napiszesz?
— Nie wiem jeszcze. Muszę na to zaczekać, co tu zobaczę, usłyszę, dowiem się i przeżyję. Wspomnę jednak z pochwałą o tem, że masz wspaniałe fajki i doskonałą kawę.
Spojrzał cicho przed siebie i nastała chwila milczenia.
Nie robił bynajmniej na nas wrażenia, że jest bogaty. Jego chusta turbanowa była stara i brudna zarówno, jak kaftan. Na nogach jego nic nie widziałem, gdyż owinięte były z powodu podagry; tylko bose stopy tkwiły w starych, cienkich, wydeptanych pantoflach.
Był w istocie bardzo długi i chudy. Twarz poryły mu zmarszczki przedwczesne. Ostre rysy, małe, przenikliwie kłujące oczy, silnie rozwinięta dolna szczęka i szerokie usta z pochylonymi w dół kącikami nie nadawały bynajmniej jego obliczu pociągającego wyglądu. Tak, zupełnie tak należało sobie wyobrażać twarz skąpca, pamiętającego jedynie o zysku, gromadzącego tylko pieniądze bez pytania, w jaki sposób do nich przychodzi.
— Mam nadzieję — powiedział wkońcu — że ci się u mnie spodoba, że tylko dobrze o mnie napiszesz.
— Jestem o tem przekonany. Przyjąłeś mnie tak gościnnie, że mogę ci być tylko wdzięczny.
— Przyjąłbym cię jeszcze inaczej i zastawiłbym lepiej stół przed tobą, ale pani mego domu wyjechała, a ja się ruszać nie mogę. Nikris męczy mi nogi. Dostałem jej w wojsku.
— A więc byłeś żołnierzem? Może oficerem?
— Nawet czemś o wiele lepszem i wyższem. Byłem asker cachredżii[44] i dostarczałem bohaterom sułtana żywności i ubrań.
Ach, dostawca wojenny! Przyszli mi na myśl biedni, pół nadzy i wygłodzeni żołnierze i wory, które ci panowie dostawcy napełnili sobie podczas wojny.
— Więc piastowałeś istotnie urząd bardzo wysoki i cieszyłeś się największem zaufaniem padyszacha odrzekłem.
— Tak jest rzekł dumnie. — Dostawca wygrywa bitwy i prowadzi wojowników do zwycięstwa. Bez niego niema odwagi, ani waleczności, tylko głód, nędza i choroba. Ojczyzna zawdzięcza mi wiele, bardzo wiele.
— Czy powinienem wspomnieć o tem w mej książce?
— Tak, wspomnij; proszę cię o to. Czy masz dużo dobrego do napisania o kraju padyszacha i o jego poddanych?
— Bardzo dużo — odrzekłem krótko, gdyż zauważyłem, że rozmowa schodzi na najmilszy dla niego temat.
— Ale także i nieco złego?
— Są przecież wszędzie ludzie źli i dobrzy.
— Czy wielu z nich u nas spotkałeś? Szczególnie w ostatnich czasach i to w tej okolicy.
Poruszył znowu te sprawy. Chciał zejść na ten temat.
— W takim razie czytelnicy dowiedzą się o wszystkiem. O gdybym dostał taką książkę!
— Nie mógłbyś jej przeczytać, gdyż nie będzie napisana w twoim języku.
— Możebyś mi przynajmniej teraz coś z niej opowiedział.
— Chyba później, gdy wypocznę.
— Polecę więc wskazać ci mieszkanie. Przedtem jednak mógłbyś mi opowiedzieć cośkolwiek.
— Jestem naprawdę bardzo znużony, ale na dowód, iż cenię życzenia moich przyjaciół, da ci mój towarzysz Halef krótki przegląd tego, co przeżyliśmy w czasach ostatnich.
— Niech więc zaczyna! Słucham.
Halefowi było bardzo przyjemnie, że miał opowiadać, gniewało go jednak, że ten człowiek wzywał go do tego w sposób tak krótki, rozkazujący. Wiedziałem co zaraz nastąpi.
— Pozwól najpierw — zaczął Halef — że zaznajomię cię z tym, który będzie łaskaw poświęcić ci swoje słowa. Jestem hadżi Halef Omar Ben hadżi Abul Abbas Ibn hadżi Dawud al Gossarah. Mój sławny ród dosiada najlepszych klaczy hassi ferdżahn w pustyni, a wojownicy mojej ferkahh zabijają lwa włócznią. Przodek mego pradziada jeździł z prorokiem do bitwy, a praszczur tych bohaterów jadał melony z Abrahamem, ojcem Izaaka. Czy szereg twoich przodków jest tak zupełny?
— Szereg moich przodków sięga wysoko — odrzekł Murad, cokolwiek zakłopotany.
— To dobrze. Nie wolno bowiem nikogo sądzić wedle jego fajek i filiżanek, lecz wedle znanej liczby ojców. W raju czekają na mnie setki tych, których jestem umiłowanym potomkiem. Nie każdego uważam za godnego mej mowy, ale że mój pan i przyjaciel hadżi effendi Kara Ben Nemzi emir życzył sobie, żebym opowiadał, żądam, żebyś mi poświęcił swoją uwagę.
Odbyło się to wszystko z takim spokojem, jak gdyby Halef sam był przy tem, gdy jego praszczur jadał z Abrahamem melony. Zachowywał się tak, jak gdyby robił łaskę gospodarzowi, uznając go godnym swej mowy.
Teraz przedstawił mu w dobrze obmyślonych słowach zarys ostatnich wypadków. Żaden prawnik nie uczyniłby tego lepiej. Nie powiedział ani zgłoski, któraby zdradziła dawnemu dostawcy, iż wiemy, kim on jest dla nas.
Cieszyłem się w duchu Halefem i skinąłem mu głową na pochwałę, gdy skończył i rzucił mi spojrzenie z zapytaniem, jak rzecz swoją wykonał.
Murad Habulam udawał, że zapomniał się ze zdumienia. Odstawił fajkę, co u muzułmanina znaczy bardzo wiele, złożył ręce i zawołał:
— O Allah, Allah! Ześlijże Twego posłańca zemsty na ziemię, ażeby ogniem strawił tych złoczyńców, których zbrodnie wołają o pomstę do nieba! Czyż mam uwierzyć w to, co słyszałem? Nie mogę, nie, nie mogę!
Zapadł w milczenie, wyjął różaniec i zaczął perły jego przepuszczać pomiędzy chudymi palcami, jakby się modlił. Potem podniósł głowę, spojrzał na mnie badawczo i zapytał:
— Effendi, czy potwierdzasz prawdą słów tego hadżego?
— Słowo w słowo.
— A więc chciano was w ostatnich czasach codziennie zabić.
— Tak jest.
— I uszliście tak szczęśliwie mordercom? Jesteście w takim razie wielkimi ulubieńcami Allaha!
— A gdyby się było mordercom udało, to oni byliby ulubieńcami Allaha?
— Nie, ale śmierć wasza byłaby zapisana w księdze żywota, a co tam zapisane, tego nawet sam Allah zmienić nie może. To kismet.
— Wobec tego mam nadzieją, że kismet tych łotrów spełni się i że jeszcze na ziemi dosięgnie ich zasłużona kara.
— To zależało od ciebie, ponieważ ich oszczędzałeś.
— Nie chciałem być ich sędzią.
— Czy to wszystko przedstawisz w swojej książce? O Szucie, o Aladżych, o Manachu el Barsza, o Barudzie el Amazat i o starym Mibareku?
— Wspomną o wszystkich.
— To dla nich kara okropna! Czy myślisz, że spotkasz się z nimi raz jeszcze?
— Całkiem pewnie, bo mnie ścigają. Tu w twoim domu jest oczywiście bezpiecznie; zawdzięczam to tobie i zacnemu krawcowi Afritowi. Ale jutro, skoro tylko wyjadę, będą złoczyńcy znowu za mną.
— Nie zrobisz memu domowi tego wstydu, żebyś miał tylko jedną noc przespać pod moim dachem.
— Namyślę się nad tem. Zresztą, wedle twego własnego zdania, jest to już od wieków zapisane w księdze żywota, jak długo zostaną u ciebie. Ani ty, ani ja nie zdołamy tego zmienić. Nawet sam Allah tego nie potrafi.
— Tak jest, ale spodziewam się, że długo jeszcze będę nad sobą widział światło twych oczu. Mieszkam w swoim domu sam jeden, a ty upiększysz mój byt i skrócisz cierpienia nóg moich, jeśli tu na dłużej się zatrzymasz.
— Mnie byłoby także przyjemnie, gdybym długo mógł być w twem towarzystwie. Odbywałeś podobno dalekie podróże?
— Kto to powiedział?
— Krawiec.
Poznałem po jego twarzy, iż rzekomy Afrit skłamał. Mimoto odrzekł:
— Tak, nogi moje, kiedy były jeszcze zdrowe, stąpały po miastach i wsiach wielu krajów.
— A przedtem zastrzegłeś się, że nie wylazłbyś na górę, aby wschód słońca oglądać.
— Teraz, gdyż choruję na nogi — bronił się.
— Czemu owijasz nogi, a stopy same zostawiasz bose?
Spojrzałem przytem ostro na niego. Zakłopotał się. Czyżby w jakimś celu udawał podagrę?
— Bo nogi bolą mnie w kolanach, a nie w stopach — odpowiedział.
— Więc nie czujesz bolu w wielkim palcu?
— Nie.
— I nie jest spuchnięty?
— Nic mu nie brakuje.
— A jak w wieczór z gorączką?
— Nie miałem jeszcze nigdy.
Tem się zdradził, gdyż, jeśli tego nie było, to nie miał także podagry. Był zupełnie nieświadom objawów tej choroby. Wiedziałem już, co mam sądzić. Aby wspomnieć jeszcze o jego wrzekomej bibliotece, powiedziałem:
— W chorobie i samotności znajdujesz pewnie ulgę i rozrywkę w wielu książkach, znajdujących się w twem posiadaniu.
— Książki? — spytał zdumiony.
— Tak, jesteś wysoko uczony i posiadasz mnóstwo pism, których ci zazdrościć należy.
— Kto to powiedział?
— Także krawiec.
Karzeł zmyślił oczywiście to kłamstwo, aby zwabić mnie do pułapki. Habulam to zrozumiał, bo zauważył:
— Panie, moja biblioteka bynajmniej tyle nie warta, jak sądzisz. Dla mnie wystarcza, ale dla człowieka, jak ty, jest zbyt nieznaczna.
— Mimoto spodziewam się, że mi ją pozwolisz obejrzeć.
— Dobrze, ale nie teraz. Jesteś znużony i każę was zaprowadzić do waszego mieszkania.
— Gdzie ono?
— Nie w tym domu, gdyż tu zanadtoby wam przeszkadzano. Przygotowano dla was na mój rozkaz kulle jaszly anaja; tam będziecie jak u siebie.
— Zastosujemy się do twej woli. Dlaczego ten budynek nazywa się wieżą pramatki?
— Ja sam nie wiem. Powiadają, że stara niewiasta wracała często po śmierci i stawała wieczorem w śmiertelnej koszuli na ganku wieży i błogosławiła stamtąd swoje dzieci. Czy wierzysz w strachy?
— Nie.
— Więc staruszki także bać się nie będziesz?
— Ani myślę! Czy odwiedza ten budynek czasem i teraz?
— Ludzie tak twierdzą i dlatego nie wchodzą nocą do wieży.
Naco on mi te skrupuły wyliczał? Jeśli w wieży straszyło, to był to raczej powód do tego, żebym nie przyjął tam noclegu. Może ktoś w szatach widma miał nam co zrobić, aby potem zwalić odpowiedzialność na staruszkę? To myśl dziecinna, która mogła tylko zrodzić się w głowie takich ludzi.
— Ucieszylibyśmy się — odpowiedziałem — widokiem stracha i spytalibyśmy go, co się tam dzieje w krainie umarłych.
— Odważyłbyś się?
— Z pewnością.
— Ale mogłoby ci to wyjść na złe. Nie należy z duchem rozmawiać, gdyż łatwo życiem to przypłacić.
— Nie zdaje mi się. Allah nie pozwoli potępionemu porzucić piekielnych męczarni i przechadzać się po ziemi. Dobrych duchów natomiast bać się niema potrzeby, przebrane zaś strachy zaatakujemy bez pardonu. A teraz proszę cię, każ nas zaprowadzić do wieży.
— Będziecie musieli przejść częścią ogrodu, którym się zachwycisz. Kosztuje mnie dużo pieniędzy i jest tak piękny jak park szczęśliwych za bramą pierwszego nieba.
— W takim razie żałuję, że się tem nie będę rozkoszował, gdyż nie mogę przechadzać się po nim.
— Jeśli chcesz, to możesz w nim mimoto przyjemnie jakiś czas spędzić. Nie trzeba iść, możesz jechać. Moją żonę także chodzenie męczy. Dlatego kupiłem dla niej fotel na kółkach i na nim ją wożą. Teraz niema jej w domu i ty możesz go użyć.
— O to dla mnie wielkie dobrodziejstwo.
— Każę zaraz przynieść ten fotel. Humun cię powiezie i wogóle służyć wam będzie.
Ten gałgan miał nas pewnie obserwować tak, żebyśmy nic nie przedsięwzięli, czegoby on nie zobaczył. Odpowiedziałem zatem:
— Nie śmiem pozbawiać cię przybocznego sługi. Nauczyłem się zresztą korzystać z pomocy towarzyszy.
— Do tego ja nie dopuszczę — odparł. — Oni są tak samo jak ty moimi gośćmi i byłoby niegrzecznością z mej strony postępować z nimi jak z osobami podrzędnemi. Nie sprzeciwiaj się więc. Humun ma polecenie wykonywać wasze rozkazy i być zawsze przy was.
Być zawsze przy nas? To znaczy, że oddano nas pod jego dozór. Jak go się pozbyć?
Wsiadłem do fotelu i pożegnałem się z gospodarzem. Służący mnie wysunął, a reszta ruszyła za nim.
Przebyliśmy wielką sień domu głównego i wyszliśmy na dziedziniec, służący prawdopodobnie za ogólny skład gnoju. Po dwu stronach stały dwie chałupy, napełnione słomą. Czwartą stronę dziedzińca tworzyły stajnie, z przechodem w środku, przez który dostaliśmy się do ogrodu.
Była to murawa, na której wznosiło się kilka stert siana. Potem doszliśmy do kilku grządek warzywnych. Kwitnęło tam trochę kwiatów. I to miał być słynny ogród szczęśliwych? No, w takim razie prorok nie miał szczególnego wyobrażenia o smaku muzułmanów.
Minąwszy grządki, weszliśmy znowu na trawnik, większy od poprzedniego. Stało na nim także kilka kopie, ułożonych z siana i zboża rozmaitego rodzaju. Tu wynurzyła się „wieża pramatki“.
Był to okrągły, bardzo stary, budynek z czterema, umieszczonemi nad sobą, oknami, zatem dość wysoki. Szyb w oknach, jak zwykle, brakło. Wejście stało otworem.
Parter zajmowała jedna komnata, z której wiodły w górę dość niepewne schody. Ujrzałem pod ścianami rogóże, a na nich poduszki. W środku umieszczona była na nizkich nogach deska, która miała nam prawdopodobnie stół zastąpić. Więcej mebli nie znalazłem.
— Oto mieszkanie wasze, panie — objaśnił Humun, wsunąwszy mnie do środka.
— Czy często tu goście mieszkają?
— Nie. To najlepszy z naszych pokoi, a pan dając wam go, chce was właśnie odznaczyć.
— A jakie są pokoje nad nami?
— Jeszcze dwa takie same jak ten, a potem komnata z pięknym widokiem w dal. Niema w nich mebli, bo nikt tam nigdy nie mieszka.
Otaczająca nas ściana wyglądała tak niemal, jakby częste, choć małe, trzęsienia ziemi wyrywały kamienie z muru. Nie było tu ani tynku, ani komina.
Po drodze przyszło mi na myśl, jak się pozbyć służącego. Spotkaliśmy robotnika z kaprawemi oczyma i przypomniał mi się mimowoli przesąd ludzi wschodnich o istnieniu „złego wzroku“. Włosi nazywają to, jak wiadomo, jettatura.
Skoro człowiek ze „złym wzrokiem“ spojrzy tylko ostro na drugiego, może się ten drugi spodziewać rzeczy najgorszych. Ktoś obdarzony przypadkiem ostrem, przenikliwem, spojrzeniem popada łatwo w podejrzenie, że jest jettatore i wszyscy go unikają.
Aby dzieci ustrzec przed złym wzrokiem, obwiązuje im się szyję czerwonemi wstążkami, albo zawiesza się kawałek korala w kształcie ręki.
Dorośli mogą tylko jednym sposobem bronić się przed skutkami złego wzroku. Polega on na tem, że się przed dotyczącym człowiekiem podnosi rękę z rozczepierzonymi palcami. Kto to zrobi i oddali się potem prędko, ten jest zabezpieczony przed zgubnem działaniem jettatury.
— Jestem z tego mieszkania bardzo zadowolony — powiedziałem. — Zapewne przyniesiesz nam jeszcze na wieczór lampę?
— Rozumie się, a to w czasie podania kolacyi. Czy masz jeszcze jakie życzenie, panie?
— Wody, oto wszystko, czego nam na teraz potrzeba.
— Spieszę, by jej wam przynieść. Mam nadzieję, że nie będziecie narzekali na moją usługę. Takich panów, jak wy, należy obsługiwać jak najprędzej. Słyszałem, co mówliście do pana. Posiadacie mój szacunek i oddanie się. Serce mi drżało, kiedy słuchałem o niebezpieczeństwach, przez was przebytych. Allah was osłaniał swoją potęgą, bo inaczej bylibyście już dawno zginęli.
— Tak, Allah nas zawsze ocalał. Obdarzył mnie też czemś, co mnie chroni w każdem niebezpieczeństwie tak, że żaden wróg nic mi zaszkodzić nie zdoła.
Ciekawość obudziła się w nim natychmiast.
— Co to jest, panie? — zapytał wyczekująco.
— Moje oko.
— Twoje oko? Jakto?
— Popatrz mi raz otwarcie i prosto w oczy!
Uczynił to.
— No i nie zauważyłeś niczego?
— Nie, effendi.
— Czy nie uderza cię nic w moich oczach?
— Nie.
— To właśnie jest dla mnie dobre, że nic po mnie nie poznać. Ja natomiast rzucę tylko wzrokiem na mych nieprzyjaciół i są zgubieni.
— Jakże to, panie?
— Bo im się już nic w życiu nie powiedzie. Na kogo popatrzę, ten, o ile zechcę, straci odtąd szczęście. Spojrzenie moje pozostanie przy nim na zawsze. Dusza jego nadal do mnie należy i skoro tylko o nim pomyślę, aby mu życzyć czegoś złego, spotka go to rzeczywiście.
— Panie, to prawda? — spytał z pośpiechem i przerażeniem. — Masz może kem bakysz[45] w oczach?
— Tak mam „zły wzrok“, ale działam nim tylko przeciwko wrogo usposobionym dla mnie.
— W takim razie niech mnie Allah chroni! Nie chcę już z tobą nic mieć do czynienia. Allah w’ Allah!
Wyciągnął ku mnie wszystkich dziesięć palców, obrócił się i wybiegł z największym pośpiechem. Towarzysze wybuchnęli głośnym śmiechem.
— Dobrze to urządziłeś, zihdi — rzekł Halef. — On już nie wróci; ma nieczyste sumienie. Dostaniemy innego służącego.
— Tak i to prawdopodobnie tego, którego ja sobie życzę, Janika, narzeczonego młodej chrześcijanki.
— Dlaczego to przypuszczasz?
— Bo Humun jest jego nieprzyjacielem z powodu Anki. Nienawidzi go i tak sprawą pokieruje, że Habulam odda służbę przy nas jego nienawistnemu rywalowi. A teraz pomóżcie mi zejść na poduszkę i idźcie zaraz, by zbadać teren. Muszę poznać urządzenie w tej wieży.
Gdy usiadłem na mojem miejscu, weszli tamci trzej na wieżę, lecz powrócili niebawem. Halef oznajmił:
— Wątpię bardzo, czy grozi tu nam jakie niebezpieczeństwo. Obie izby pierwszego i drugiego piętra są całkiem takie same, jak ta.
— Czy w oknach są okiennice, jak tu?
— Tak i dadzą się zamknąć silnymi drewnianymi ryglami.
— Możemy się więc postarać, żeby nocą nikt nie wlazł bez wywołania szelestu. A jak tam całkiem na górze wygląda?
— Jest tam otwarte ze wszystkich stron miejsce z dachem, spoczywającym na kamiennych kolumnach. Dokoła biegnie kamienna balustrada.
— Widziałem ją od zewnątrz. Tam pewnie wychodziła staruszka, by błogosławić swe dzieci.
— Terazby nie wyszła, bo dawny otwór zamurowany — rzekł Halef.
— To ma niezawodnie swój powód. Jak jednak wchodzi się do owej komnaty z pięknym widokiem? Ponieważ jest otwarta, więc tam deszcz pada, a woda spływałaby po schodach do dolnych komnat. Temu chyba zapobiegli.
— Tak, otwór schodowy zamknięty jest przykrywą, która daje się podnieść. Zarówno przykrywa, jako też otwór opatrzone są po brzegach gumelastyką tak, że szczelnie przystają do siebie. Podłoga nachyla się cokolwiek ku środkowi, a w murze jest dziura, którą woda może odpłynąć.
— Hm! Ta otwarta komnata może się dla nas stać niebezpieczną. Tamtędy wleźć można tutaj do nas.
— Na to za wysoko.
— O nie. Ta izba sięga tylko tak wysoko, że stojąc, głową dotykam powały. Jeżeli obie komnaty nad nami mają tę samą wysokość, to podłoga otwartej znajduje się najwyżej jedynaście łokci nad nami. Dolicz dwa łokcie muru, kryjącego komnatę z góry, to wyniesie to około trzynastu łokci.
— Trzebaby mieć merdiwan[46] tej wysokości, a taki pewnie tutaj się znajdzie.
— Ja też tak myślę. Czy przykrywę w podłodze można zamknąć?
— Nie.
— Widzicie! A tamte komnaty nie mają żadnych przykryw do zamknięcia schodowych otworów?
— Nie.
— A więc mają nieprzyjaciele nasi, posiadający zapewne drabinę, do nas wolną drogę. Wyjdą tam i zakradną się do nas potem z góry, skąd ich się spodziewać nie będziemy. Ja muszę sam wyjść, aby się dobrze przypatrzyć. Osko, czy możesz mnie wziąć na barki?
— Tak, panie, wyliź!
Usiadłem mu w pozycyi jeźdźca na ramionach, a on mnie wyniósł.
Każde piętro wieży składało się tak jak parter z jednej izby, a podłogi miały otwory na schody. Były one otwarte z wyjątkiem piętra najwyższego, gdzie znajdowała się silna i ciężka klapa do zamykania. Gumowe jej brzegi przytykały szczelnie do podłogi. Mur, tworzący górną komnatę, miał tylko dwa łokcie wysokości, a między słupami, na których dach spoczywał, znajdowały się wolne miejsca. Przez nie odsłaniał się miły widok na dalekie pola i gaje owocowe.
W górze prowadził balkon dokoła wieży. Kamienie słabo się tam trzymały, a w niektórych miejscach nawet pospadały. Niebezpiecznie tu było wychylać się i to było pewnie przyczyną, że zamurowano tam drzwi, które stamtąd niegdyś prowadziły na zewnątrz.
To jedyne miejsce było dla nas groźne. Na górę można było wejść po drabinie, a następnie do nas schodami. Chcąc się zabezpieczyć przeciwko temu, musieliśmy przykrywę dobrze zamknąć od wnętrza, żeby jej z zewnątrz nie można było otworzyć.
Widok zasępił się nieco. Już w ostatnich godzinach naszej jazdy zauważyliśmy chmury, które następnie zasłoniły widnokrąg i piętrzyły się coraz to wyżej.
Zaledwie zeszliśmy do naszego mieszkania, pojawił się młody, silny chłopak z dwoma naczyniami wody do picia i mycia. Miał twarz rozumną i szczerą, a przypatrywał się nam przyjaznym, badawczym wzrokiem.
— Sallam! — pozdrowił. — Pan mnie do was z wodą przysyła, effendi. Jedzenie będzie wkrótce gotowe.
— Dlaczego Humun nie przychodzi?
— Pan go potrzebuje.
— Twierdził właśnie coś przeciwnego.
— Nogi zaczynają go boleć, więc mu potrzeba służących.
— A więc ciebie dostaniemy?
— Tak, panie, jeśli sobie kogo innego nie życzysz.
— Ty mi się lepiej od Humuna podobasz. Ty jesteś Janik, narzeczony Anki?
— Tak, panie. Obdarowałeś ją bardzo hojnie. Przypatrzyła się pieniądzom dopiero w domu i mam ci je tera z oddać, bo pewnie się pomyliłeś. Tyle dać nie chciałeś.
Podał mi pieniądze.
— Nie wezmę ich, gdyż wiedziałem, co daję. Należą do twojej Anki.
— To jednak za dużo, panie!
— Nie. Ty może także dar taki otrzymasz, jeśli, będę zadowolony z twojej obsługi.
— Ja nie chcę bakszyszu, effendi! Jestem ubogi, ale cię chętnie obsłużę. Anka powiedziała mi, że jesteś naszego wyznania i że nawet widziałeś w Rzymie Ojca Świętego. Jest to więc rzeczą mego serca okazać ci uszanowanie.
— Widzę, że jesteś chłopak zacny i cieszyłbym się, gdybym ci się mógł przysłużyć. Czy masz jakie życzenie?
— Mam tylko jedno: nazwać Ankę jak najrychlej swoją żoną.
— Więc staraj się, żebyś niebawem miał tych tysiąc piastrów!
— Ach! Anka się wygadała! Ja zresztą mam już prawie tysiąc, tylko Anka nie jest jeszcze tak daleko.
— Ile tobie jeszcze brakuje?
— Tylko dwieście.
— Do kiedy je sobie zarobisz?
— No, to potrwa jeszcze ze dwa lata. Trzeba mieć cierpliwość. Ukraść tych pieniędzy nie mogę, a Habulam płaci skąpo.
— A coby było, gdybym ci tych dwieście darował?
— Panie, żartujesz!
— Nie żartowałbym z tak dzielnego chłopca. Dam ci tę kwotę, a potem możesz Ance w oszczędzaniu dopomóc. Chodź i weź!
Było to ledwie pięćdziesiąt koron. Dałem mu je z przyjemnością, bo był wart tego, a pieniądze nie były moje. Radość opanowała go ogromna; nie umiał sobie wytłumaczyć, jak mógł obcy bez żadnego powodu obdarować go tak sowicie. Właściwej przyczyny nie powiedziałem mu oczywiście. Cel osiągnąłem, gdyż byłem pewien, że Janik stanowczo stanie po naszej stronie.
Podał każdemu z nas rękę i zapewnił, że uczyni wszystko, aby zdobyć nasze zadowolenie.
Zacząłem go ostrożnie wypytywać o pana, a wynik śledztwa był następujący:
Habulam był bratem Manacha el Barsza, poborcy podatkowego, zbiegłego z Uskub z powodu sprzeniewierzeń. Dlatego wydała mi się twarz Habulama tak znaną. Był podobny do brata. Manach często zajeżdżał do Habulama, a ponieważ jako zbieg tu przynajmniej bał się pokazywać, ukrywał się w stodole, w pobliżu naszej wieży. Kryjówka miała być wprawdzie tajemnicą wobec służby, ale wynaleziono ją dawno. Oczywiście o tem milczano. Janikowi także polecono nie oddalać się od nas, ile możności, i donosić panu o wszystkiem, co będziemy mówili.
— To powiedz mu — rzekłem — że nie zrozumiałeś nas, bo rozmawialiśmy w obcym języku, którego ty nie znasz.
— To będzie najlepsze; ale teraz muszę odejść, bo jedzenie już będzie gotowe.
Wychodząc, musiał Janik drzwi za sobą zostawić otwarte, iżbym się mógł podejrzanej szopie przypatrzyć. Była dość obszerna, a naprzeciwko nas zauważyłem na dole miejsce, odbijające od reszty otoczenia. To było wejście zapewne. Ze szczytu lejkowatego dachu sterczała w górą tyka z wiechciem słomy. Kto wie, czy ten przyrząd nie służył do tajnych znaków.
Niebawem powrócił Janik z wielkim koszem w ręku. Zawartość jego rozłożył na stole. Jadło składało się z placka kukurudzianego, zimnego mięsa i ciepłej, mile pachnącej jajecznicy.
— Panie — rzekł Janik. — Anka mi szepnęła, żebyście nie jedli jumurta jemeki[47].
— Czy zauważyła coś podejrzanego? — Pan sam robił jajecznicę i wysłał Ankę z kuchni. Ona jednak podpatrzyła, że wyjął z kieszeni torebkę papierową z syczan zehiri[48].
— Czy i teraz był jeszcze w kuchni?
— Tak; pytał mnie, o czem mówiliście, ja zaś odpowiedziałem, jak mi kazałeś. Na to polecił mi być dla was bardzo uprzejmym i o ile możności z wami rozmawiać, żebyście mi odpowiadać musieli i nabrali może ochoty do zawiązania ze mną rozmowy. Obiecał mi bakszyszu pięć piastrów, jeśli się dobrze sprawię.
— Więc rozważ, czy zaprzedasz swoją duszę piekłu za pięć piastrów!
— Ani za tysiące! Anka każe wam jednak powiedzieć, że placek i mięso możecie spożyć bez obawy.
— Posłuchamy jej. Jumurta jemeki natomiast dam zaraz wróblom skosztować.
Jak wspaniale było urządzone nasze mieszkanie, można było wnosić z tego, że izba nasza służyła kilku rodzinom wróbli za ognisko domowe i dobroczynne miejsce zamieszkania. Z muru wypadło kilka kamieni, a w powstałych stąd dziurach znajdowały się gniazda tych zuchwałych proletaryuszy, nie mających nawet tyle zmysłu dla porządku i stylu, żeby miejsca do wylęgania się urządzić pewnie i w formie przyjemnej.
Wróble nie bały się nas widocznie. Wlatywały i wylatywały bez wahania i przypatrywały nam się z gniazd z tą obelżywą poufałością, z jaką wróble patrzą zawsze na ludzi, dla których nie czują najmniejszego respektu.
Rzuciłem w kąt kilka kawałków jajecznicy, a ptaki zleciały się, aby się czubić o to i dziobać. Były teraz wszystkie z nami w wieży. Na dworze zrobiło się pochmurno, a dalekie grzmoty zapowiadały zbliżanie się burzy.
— Przynieś nam lampę — rzekłem do Janika — i skorzystaj z tej sposobności, aby panu powiedzieć, że pozamykamy wszystkie okiennice w wieży i zaryglujemy je od środka.
— Dlaczego?
— Zapyta cię pewnie o to. Donieś mu, że zabezpieczamy się tak dlatego, że nie chcemy ducha pramatki wpuścić do wieży.
Po jego odejściu wyleźli towarzysze na wyższe piętra, aby dobrze pozamykać okiennice. Niebawem wrócił Janik z lampą glinianą, w której było tak mało oliwy, że musiała za godzinę zgasnąć.
— Czemu przyniosłeś tak mało oliwy? — zapytałem.
— Pan mój nie dał więcej; powiedział, że się wnet spać położycie. Ale Hanka jest mądra dziewczyna i wsunęła mi to potajemnie.
Dobył z kieszeni flaszeczkę pełną oliwy i postawił przed nami.
— To chyba skąpstwo niezwykłe — rzekłem. — Pan twój chce, żebyśmy się znaleźli w ciemnościach; w takim razie jest się bezbronnym.
Doleciał mnie trwoźny pisk i ćwierkanie. To spowodowało, że popatrzyłem na wróble. Siedziały napuszone w gniazdach i zachowywały się tak, jakby miały boleści. Jeden wyleciał z dziury i upadł na ziemię, gdzie potrzepotał jeszcze skrzydłami i nie poruszył się więcej. Nie żył już.
— Tak prędko! — rzekł Halef. — Ten drab wrzucił niezawodnie dobrą porcyę trucizny do jajecznicy.
— Potrzeba też odpowiedniej do zabicia czterech tęgich mężczyzn. Na nas nie podziałałaby ona oczywiście tak prędko jak na wróbla. Ten człowiek nietylko fałszywy z gruntu, lecz także głupi w najwyższym stopniu. Pomyślał sobie zapewne, że padniemy martwi tak łatwo jak ten wróbel i nie będziemy mieli nawet czasu na zemstę.
Teraz już kilka ptaków leżało na ziemi. Żal mi było biednych zwierzątek, ale musiałem je poświęcić, aby nabrać pewności.
— Co zrobisz z tym plackiem, zihdi? — spytał mnie Halef. — Czy pójdziemy do Habulama i zmusimy go harapem do zjedzenia jajecznicy?
— Wykonamy pierwszą część twego projektu, ale drugiej zaniechamy. Zaraz zaniesiemy mu placek ugarnirowany nieżywymi ptakami.
— Panie, nie czyń tego — prosił Janik — bo źle będzie ze mną, gdyż on pomyśli, że ja was ostrzegłem.
— Zapobiegniemy temu w ten sposób, że udamy, jakobyśmy cię poczęstowali jajecznicą, a ty będziesz okazywał, że cierpisz wskutek tego na silne kurcze w żołądku. Czy potrafisz to?
— Sądzę, że tak.
— Reszta to moja rzecz. Czy możesz nam powiedzieć, gdzie zastaniemy Habulama?
— W tej izbie za selamlikiem[49], w której siedzieliście z nim razem. Drzwi zaraz odnajdziecie. Jeśli nie tam, to w kuchni go spotkacie. Powiedziała mi Anka, że on chce patrzeć na to, jak będą dla was przyrządzali achszam taami[50].
— A gdzie jest kuchnia?
— Na lewo od drzwi podwórzowych. Przewożono cię koło nich. Ale bądźcie rozumni i nie pokażcie się przedwcześnie, bo się ukryje.
Janik wyszedł, a my wkrótce po nim; ja rozumie się w fotelu na kółkach. Halef niósł placek, przykrywszy go końcem kaftana. Nie szliśmy wpoprzek przez dziedziniec, lecz zwróciliśmy się ku stajniom, aby się nie dać spostrzec i trzymaliśmy się ścian budynku głównego.
Szukaliśmy najpierw pana domu w jego pokoju. Ponieważ podłoga w komnacie przyjęć wyścielona była rogożami, nie sprawiliśmy żadnego szmeru. Osko otworzył drzwi dalsze i zaglądnął do środka.
— Czego chcesz? — zabrzmiał trwożny głos Habulama.
W tej samej chwili wsunął mnie Omar z fotelem do izby. Ujrzawszy mnie, rozłożył Habulam wszystkich dziesięć palców, wyciągnął je ku mnie i krzyknął bardzo przestraszony:
— Haza fi aman Allah — Niech mnie Bóg zachowa w swojej opiece! Wyjdź, wyjdź! Ty masz złe spojrzenie!
— Tylko dla wrogów, a nie dla ciebie — odrzekłem.
— Nie, nie! Nie mogę pozwolić, byś na mnie patrzył.
— Nie obawiaj się! Dopóki będziesz dla mnie usposobiony przyjaźnie, nic ci moje oko nie zaszkodzi.
— Ja w to nie wierzę! Zabieraj się!
Odwrócił się z przerażeniem, aby na mnie nie spoglądać i wyciągnął do drzwi obie ręce.
— Muradzie Habulam — odezwałem się głosem surowym — a tobie co? Czy w ten sposób postępuje się z gościem? Powtarzam jeszcze raz, że ci mój wzrok nie zaszkodzi i nie odejdę stąd, dopóki nie pomówię z tobą o przyczynie mojego przyjścia. Odwróć się więc śmiało do mnie i spojrzyj mi w twarz.
— Czy możesz mnie na Allaha zapewnić, że wzrok twój, choć na mnie padnie, nic mi nie zaszkodzi.
— Ręczę ci.
— Więc się odważę. Pamiętaj jednak, że dosięgnie cię moje najstraszniejsze przekleństwo, jeśli mi nieszczęście przyniesiesz.
— Tego się nie boję, bo wzrok mój spocznie na tobie z przyjaźnią, nie czyniąc ci żadnej szkody.
Teraz dopiero odwrócił się do mnie, ale na twarzy jego odbił się taki lęk, że się w duszy ubawiłem serdecznie.
— Czego sobie życzysz odemnie? — spytał.
— Przyszedłem do ciebie po małe wyjaśnienie, a zarazem, aby przedłożyć ci uprzejmie pewną prośbę. Jest zwyczaj łamania się chlebem z gośćmi. Ty nie mogłeś tego uczynić, bo ci przeszkodziła podagra.
Zatrzymałem się i udałem, że teraz dopiero przypatrzyłem się lepiej jego nogom. W rzeczywistości jednak, gdy tylko wszedłem, nie zauważyłem już na nich poprzednich okładów.
Habulam stał przedemną całkiem prosto. Szerokie pludry opadały w obfitych fałdach na kolana, a ruchy jego były pod wpływem strachu tak szybkie i silne, że trudno było nawet pomyśleć o jakiejś bolesnej chorobie. To też mówiłem dalej po przerwie, wywołanej zdumieniem:
— Co widzę! Czy Allah cudu dokonał? Choroba ustąpiła!
Znalazł się teraz w tak wielkim kłopocie, że wyjąkał tylko kilka słów niezrozumiałych.
— I ty się boisz moich oczu? zacząłem w dalszym ciągu — Wzrok mój przynosi szczęście tym, którzy są dla mnie usposobieni przyjaźnie. Jestem pewien, że tylko memu spojrzeniu zawdzięczasz to nagłe polepszenie. Ale biada tym, co żywią złe względem mnie zamiary! Wzrok mój stanie się dla nich źródłem największych nieszczęść. Nawet gdy jestem zdala, wystarczy myśl moja, aby ich nawiedziło zło, którego im życzę.
Moje ostatnie słowa dały mu bardzo stosowny powód do wymówki. Skorzystał z tego natychmiast.
— Tak effendi — zawołał tak rzeczywiście być może. Cierpię na to od wielu lat. Zaledwie odemnie odszedłeś, doznałem w nogach nieopisanego uczucia. Spróbowałem chodzić, co się też udało. Nigdy jeszcze nie czułem się tak krzepkim i zdrowym, jak teraz. To sprawiło tylko twoje spojrzenie.
— Więc staraj się, żeby było tak dalej! Zmiana w twoich zapatrywaniach wywołałaby także pogorszenie się obecnego stanu zdrowia, a nawet zachorowałbyś ciężej, niż przedtem.
— Effendi, dlaczego miałbym myśleć o tobie inaczej? Nie wyrządziłeś mi nic złego, przeciwnie uleczyłeś mnie z cierpienia. Ja jestem twoim przyjacielem, a ty moim.
— Oczywiście. Żałowałem też bardzo, że nie mogłem się z tobą ucztą naszą podzielić. Nie będziesz jednak narzekał, iż nie znamy zasad grzeczności i przyjaźni. Przynosimy ci właśnie najsmaczniejszą część jedzenia i prosimy, żebyś ją spożył w naszej obecności. My z przyjemnością zaczekamy i cieszyć się będziemy, gdy spożyjesz ten dar na cześć naszą. Hadżi Halefie Omarze, podaj!
Halef zdjął koniec kaftana z placka, przystąpił do Habulama i zaskoczył go następującemi słowy:
— Panie, weź to jadło przyjaźni i uczyń nam tę łaskę, żebyśmy mogli zobaczyć, jak ci będzie smakowało.
Na talerzu leżało sześć martwych wróbli Stropiony Habulam wodził wzrokiem od jednego do drugiego z nas poczem zapytał:
— Co to ma znaczyć? Dlaczego leżą nieżywe wróble na jumurta jemeki?
— Dałem im tego skosztować i w tej chwili zginęły wszystkie z rozkoszy, którą im smak potrawy zgotował. Teraz są to już djur el djinne[51]; unoszą się w rajskich ogrodach i słowiczymi głosami śpiewają chwałę twej sztuki kucharskiej.
Nie sięgnął po placek. Zbladł i wyjąkał:
— Effendi, ja ciebie nie rozumiem. Jak mogły wróble od jajecznicy poginąć?
— Oto właśnie chciałem ciebie zapytać; dlatego tutaj przyszedłem.
— Czy ja potrafię na to odpowiedzieć?
— Ty wiesz najlepiej. Czy nie ty ją przyrządzałeś?
— Ja? Skąd ci przyszła myśl, że sam ją smażyłem?
— Sądziłem, że powodowany uczuciem przyjaźni przyrządziłeś nam tę potrawę własnemi rękoma.
— To mi nawet przez myśl nie przeszło. Nie jestem aszdży[52] i byłbym wszystko popsuł.
— Więc powiedz nam, komu wdzięczni być mamy za ten dobry placek?
— Smażyła go służąca Anka.
— Poczęstuj ją nim i powiedz, żeby sama spróbowała. To nie uemr taami[53], lecz elum jemeki[54]. Kto to spożyje, na tego opadają cienie śmierci.
— Panie, przerażasz mnie!
— Przestraszyłbyś się jeszcze bardziej, gdybym nie miał złego wzroku. Leżelibyśmy teraz jako trupy tam w wieży, a dusze nasze ukazywałyby się nocami razem z duchem staruszki i oskarżałyby tę lekkomyślną, która śmierć usmażyła z plackiem. Szczęściem cieszę się wzrokiem bystrym, który wszystko przenika. Nic mu nie ujdzie, ani dobrego, an i złego. Chociaż tego nie okazuję, to jednak umiem patrzeć człowiekowi w serce i wiem dokładnie, jakie tam uczucia panują. Dlatego poznałem zaraz truciznę na myszy i aby ci tego dowieść, dałem tego ptakom niebieskim, które też co rychlej zginęły.
— Allah! Czy mam w to uwierzyć?
— Ja ci to mówię, więc musisz wierzyć.
— Ale jak się to stało?
— Sądzę, że ty to wiesz.
— Nie wiem ani słowa o tem. To dla mnie niepojęte. U mnie w kuchni niema trucizny.
— Ale szczury są w domu?
— Nawet bardzo dużo.
— Jest więc i trucizna do tępienia ich?
— Tak, sprowadziłem ją z Uskub.
— A gdzie ją przechowujesz?
— Tu, w mojej własnej izbie. Leży tam na gzymsie przy ścianie. Tylko ja mogę ją dostać stamtąd.
Spojrzałem na wskazane miejsce. Na wązkim występie muru stały różne pudełka i skrzynki; torebki aptecznej nie ujrzałem. Możliwe, że miał ją jeszcze w kieszeni. Wobec tego powiedziałem:
— Ponieważ mi tego wytłómaczyć nie umiesz, przeto posłużę się znów mym wzrokiem, przenikającym wszystko, co ukryte. Oto widzę w kuchni dziewczynę Ankę i ciebie. Po chwili ona wychodzi na podwórze z twego polecenia, ty zaś wyjmujesz syczan zehiri z kieszeni i sypiesz do jajecznicy.
Cofnął się o kilka kroków.
— Effendi! — zawołał.
— Czy tak nie było?
— Nie, wszak trucicielem nie jestem!
— Czy ja to powiedziałem? Pomyliłeś się zapewne i wziąłeś truciznę za cukier.
— Nie, nie! Twoje oko cię łudzi. Nie byłem wtedy wcale w kuchni!
— Kiedy ja cię tam widzę moim wzrokiem duchowym!
— Nie, ty jesteś w błędzie. To był niezawodnie ktoś inny.
— Ja się nigdy nie mylę. Sięgnij do kaftana, a znajdziesz w nim jeszcze tę truciznę.
Wsunął mimowoli rękę do kieszeni, ale ją wyjął natychmiast i zawołał:
— Ja nie wiem, czego ty chcesz, effendi! Naco miałbym nosić w kieszeniach truciznę?
— Aby jej użyć przeciwko szczurom.
— Ale ja nie mam teraz trucizny!
— Poszukaj tylko w prawej kieszeni; tam widzę torebkę.
Sięgnął ręką jeszcze raz, wyciągnął ją i zapewniał:
— Tam nic niema.
— Muradzie Habulam, jeśli dotąd prawdę mówiłeś, to teraz kłamiesz. Torebka jest tam.
— Nie, effendi!
— Hadżi Halefie, ty ją wyjmij!
Halef przystąpił doń i już rękę wyciągnął. Habulam cofnął się i rzekł gniewnie:
— Czego chcesz, panie? Czy myślisz, że jestem pierwszy lepszy charłak, z którym można robić, co się komu podoba? Nikt nie ma prawa przeszukiwać moich kieszeni, zwłaszcza w moim własnym domu!
Na to podniósł Halef palec i pogroził:
— Ty, Muradzie Habulam, nie sprzeciwiaj się! Gdy rozgniewasz mojego effendiego, spojrzy na ciebie natychmiast złym wzrokiem, a potem ja nie dałbym ani jednego para za twoje życie. Rozważ to dobrze!
Halef sięgnął te ra z bez przeszkody do kieszeni i wydobył torebkę.
— No, Habulamie! — rzekłem. — Kto miał słuszność?
— Ty effendi — wyjąkał — ale ja doprawdy nie pojmuję, skąd się to u mnie wzięło w kieszeni. Ktoś ją tam chyba włożył, aby mnie zgubić.
— Czy sądzisz, że ja w to uwierzę?
— Musisz, bo przysięgam ci na brodę proroka. Tego nikt nie zrobił, tylko Janik, bo on był w kuchni.
— On chyba najtrudniej.
— Ty go nie znasz, to człowiek bardzo podstępny; rozmyśla tylko nad sposobami wyrządzenia drugim złego. Poco on was do mnie przysłał? Czyż nie jest przy was dlatego, by wam usługiwać? To on nie wie, że na was nie czekałem? Dlaczego nie przeszkodził wam w przyjściu do mnie?
— Bo nie mógł. Aby nie spotkać się z jego oporem, wysłałem go do stajni, poczem wyruszyliśmy sami pokryjomu.
— A jednak to tylko on był!
— Ty go niewinnie posądzasz. Zjadł trochę jajecznicy, bo z gościnności odstąpiliśmy mu cokolwiek. Czy zrobiłby to, gdyby zatruł potrawę?
— Jak? On jadł to, on?
— Sam go zapytaj! Czyż nie widzisz, że brakuje całego kawałka?
Ten kawałek odcięliśmy i schowali.
— O Allah, w takim razie musi umrzeć!
— Niestety!
— A winę ponosisz ty, bo mu to dałeś!
— Nie, ty jesteś winny! Dlaczego przysłałeś nam ten placek śmiertelny. Ja się nie pozwolę oszukać. Nie ukarzę cię jednak jeszcze, lecz zostawię ci czas na skruchę. Strzeż się wymyślać przeciwko nam coś złego. Powinienbym właściwie dom twój opuścić, ale wtedy zostałoby u ciebie nieszczęście, któreby cię pochłonęło. Dlatego z litości zatrzymam się do jutra, żebyś się mógł poprawić. Teraz zostawimy cię samego. Rozważ, jak nieroztropnie postąpiłeś i dalej jeszcze chcesz postępować!
Nie odpowiedział na to ani słowa. Ja umyślnie wyrażałem się niejasno. Chciałem niedopuścić do tego, żeby on odczuł, co o nim myślimy. Kiedyśmy wyszli od niego na dziedziniec, błysnęło i huknął piorun. Rozpętała się burza, więc pospieszyliśmy do wieży, gdzie już czekał na nas Janik.
Z powodu burzy i bardzo spóźnionej pory zrobiło się dość ciemno. Halef chciał zapalić lampę, ale ja nie pozwoliłem na to. Drzwi tylko przymknięto tak, że ze swego miejsca mogłem przez szparę wyglądać na ogród i mieć szopę na oku.
Chociaż nie było prawdopodobnem, żebym mógł coś wyśledzić, bo należało się spodziewać, że postępować będą z wielką ostrożnością, to jednak dopomógł mi nadzwyczajnie przypadek. Oto oślepiająca błyskawica rozjaśniła na chwilę ciemności i w tym przeciągu czasu zobaczyłem ludzi pod szopą. Dwaj z nich, pochyleni ku ziemi, starali się zrobić wejście w ten sposób, że wyjęli kilka snopów zboża.
Kto to byli ci ludzie? Napewno ci, których oczekiwaliśmy. Słota, w skutek której wszyscy mieszkańcy pochowali się w izbach, nastręczyła im dobrą sposobność dostania się niepostrzeżenie do kryjówki. Postanowiłem ich podsłuchać.
Najpierw poleciłem Janikowi stanąć obok szpary i wypatrzyć odpowiednią chwilę. Ustawiczne błyskanie się ułatwiało mu niezmiernie to zadanie. Gdy mi oznajmił, że już nie widać nikogo i że wejście zatkano, kazałem się jemu i Osce zanieść pod szopę. Skoro się tylko oddalili, usiłowałem się wcisnąć między poziomo ułożone snopy. Było to trudne do pewnego stopnia, gdyż samym swoim ciężarem przylegały dość silnie do siebie. Należało także usilnie unikać hałasu.
W tym względzie na rękę był mi plusk deszczu, wycie wichru i nieustanne prawie grzmoty. Głową naprzód wciskałem się, coraz to dalej i dalej, pomiędzy snopy. Słoma żyta, z której były zrobione, nie była pomierzwiona, lecz tak związana, że nie tylko zachowywała swą naturalną długość dorosłego człowieka, lecz snopy dłuższe były niż sama słoma. To też grubość ścian szopy była większa od długości mojego ciała, dlatego mogłem się w niej schować z nogami, nie wystawiając mimoto głowy we wnętrzu.
Snopy leżały kłosami do środka. Wsunąłem się powoli i cicho tak daleko, że kłosy okrywały twarz moją zupełnie, ja zaś mogłem dokładnie objąć okiem całe puste miejsce w środku. Burza nadzwyczajnie mi w tem dopomogła. Ruchy moje wywoływały szelest słomy i wypadanie ziarna, co w innym wypadku niewątpliwieby mnie było zdradziło. Jakbym się był bronił, nie mając swobody ruchów? Każda kula byłaby mnie trafiła, ponieważ nie zdołałbym był się pochylić. Jedyny ratunek polegałby na tem, żebym nieprzyjaciół uprzedził. To też jeszcze na dworze wziąłem do rąk rewolwery, gdyż ściśnięty snopami nie byłbym zdołał sięgnąć za pas lub do kieszeni. Wszystko inne, nawet nóż i zawartość kieszeni, zostawiłem w wieży. Gdybym coś tutaj zgubił, nie znalazłbym już z pewnością.
Kolista podstawa całej szopy mogła mieć czternaście łokci średnicy, a ściany około czterech łokci grubości, wewnętrzne puste miejsce obejmowało zatem ze sześć łokci tak, że tuzin osób mogło zmieścić całkiem wygodnie. Janik podał mniejszą przestrzeń. W środku wbity był w ziemię potężny słup, podtrzymujący słomiany dach szopy. Dokoła leżały snopy, służące jak o siedzenia, n a słupie zaś wisiała latarnia, oświetlająca ciemne to miejsce. Wejście tworzyło kilka mniejszych snopów, które łatwo można było wysunąć i wsunąć. Z zewnątrz nie było tego widać, ale od wnętrza doskonale.
Na co Murad Habulam zbudował tę kryjówkę? Czyżby tylko dla ukrywania w niej brata Manacha el Barsza? W takim razie mógł to zrobić daleko mniejsze. Przytem musiałoby się w domu i obejściu znaleźć inne, wygodniejsze miejsce na pobyt dla jednej osoby. Zresztą były poborca podatkowy przyjeżdżał zawsze wierzchem, potrzebna więc była także kryjówka dla konia.
Nie, ta szopa przeznaczona była pewnie na przyjęcia dla większych towarzystw. Służyła do tajnych zebrań. Łatwo nasuwało się przypuszczenie, że zachodzące tutaj osoby należały do stronników Szuta.
Jeśli tak rzeczy stały w istocie, to Murad Habulam był wybitnym członkiem tej bandy zbrodniarzy. On, co udawał, że cierpi na podagrę, takie zdrowe miał nogi, iż mimo niepogody poszedł do szopy. Siedział naprzeciw mnie, koło niego zajęli miejsca z boku Manach el Barsza i Barud el Amazat. Za nim zaś Mibarek z ręką na temblaku. Przy wejściu stał służący Humun, a naprzeciw niego Miridit, brat zabitego rzeźnika ze Zbigancy. Przybył więc i on, jak to przypuszczałem.
Z tej strony, gdzie ja byłem ukryty, znajdowały się trzy osoby: obaj Aladży i szpieg Suef. Nie mogłem ich zobaczyć, ponieważ siedzieli poniżej mej głowy, ale słyszałem ich rozmowę.
Naliczyłem więc razem dziewięć osób, przeciwko którym miało się bronić nas czterech. Ich suknie przemokły od deszczu, a łuski zboża tak gęsto je oblepiły, że barwy nie można było rozpoznać.
Pierwszy przemówił Miridit, czyniąc mało mnie obchodzącą uwagę:
— Nie powinniśmy byli ukrywać koni w lasku. Przy tych grzmotach nie jesteśmy ich pewni.
— Nie obawiaj się — odrzekł Habulam. — Moi parobcy dobrze będą pilnowali.
Konie stały więc w jakimś lasku pod strażą parobków naszego gospodarza. To upewniło mnie, że on oprócz Humuna ma jeszcze kilku powierników.
Mibarek wyciągnął rękę z temblaka i kazał Barudowi el Amazat odwinąć opatrunek. Habulam podał mu puszkę z maścią, zamówioną widocznie poprzednio w tym celu. Na ziemi stał dzbanek z wodą, którą rany obmyto.
Zobaczyłem, że mój onegdajszy strzał przeszył mu mięśnie ramienia, a wczorajsza kula strzaskała mu łokieć. Obie rany sprawiały z pewnością ból nadzwyczajny, zwłaszcza że o odpowiednim opatrunku nawet mowy nie było. W najlepszym razie mogła mu ręka zesztywnieć, ale prawdopodobnie groziła amputacya przedramienia. Jeśliby ranny nie miał przez dłuższy czas odpowiedniej opieki, należało się napewno spodziewać gangreny.
Po obmyciu uszkodzonych części ręki owinięto mu je szmatą, posmarowaną maścią i obwiązano potem suknem. Stary nie drgnął nawet twarzą przy tej operacyi. Musiał mieć nerwy bardzo silne, bo nie byłby zniósł tego bolu.
— Allah, Allah! A to cię ten cudzoziemiec urządził! — rzekł Habulam. — Ta ręka nie będzie już nigdy taka, jak była.
— Nie; stałem się kotrum[55], nędzny kotrum, który władzę w ręce utracił — zgrzytnął Mibarek. — Ale zato zginie ten łotr śmiercią dziesięciokroć boleśniejszą. Czy tak łatwo dał się w sieci wprowadzić?
— Tak łatwo jak wrona, której kładzie się w zimie na śniegu mięso w trąbce papierowej. Ten głupi ptak wsadza tam głowę, aby wydobyć mięso, a ponieważ trąbka posmarowana jest oksą[56], więc przylepia mu się do głowy; wtedy można go schwytać rękoma, gdyż nic nie widzi. Taką torebkę włożyliśmy temu obcemu na głowę. Brat przedstawiał mi go jako bardzo mądrego, ale on sam tego nie dowiódł.
— Nie; mądry nie je st on wcale, lecz ma szatana, który go pilnuje.
— W takim razie mylisz się, bo on nie ma dyabła, lecz kem bakysz.
— Allah w’ Allah! — zawołał Mibarek z przerażeniem. — Czy to prawda?
— Powiedział o tem memu służącemu Humunowi i przestrzegał go. Ale najgorsze to, że ma nietylko zwykły, bezpośrednio działający zły wzrok, lecz kem bakysz jyraka doghru[57]. Wystarczy mu tylko wyobrazić sobie w myśli osobę i przypatrzyć się jej okiem ducha, a spojrzenie jego sprowadzi na dotyczącego wszystko złe, jakiego mu życzy.
— Niechaj się Allah nad nami zmiłuje! Nie dyabeł, lecz jego złe oko czyni go niezwyciężonym. Kto z nim walczy, musi naturalnie spojrzeć na niego i jest zgubiony. Nie można więc z tym człowiekiem walczyć otwarcie, lecz należy zabić go skrycie, a przytem uważać, żeby na nas nie padł wzrok jego.
— W takim razie nic z naszego pięknego planu? — spytał Murad Habulam.
— Nie; chyba, że któryś z was ma odwagę udać chajjala[58]. Nie radziłbym tego jednak nikomu, bo spocznie na nim oko obcego i przyniesie mu zgubę. Kto był do tego wyznaczony?
— Humun.
— Nie, nie! — zawołał trwożnie służący. — Z początku byłem gotów do tego, ale teraz ani nie myślę udawać ducha pramatki. Życie mi na to zbyt cenne.
— To może inny się znajdzie — rzekł Habulam, a gdy wszyscy zaprzeczyli mówił dalej. — A więc nie? Musimy zatem coś innego wymyślić. Jesteśmy razem i możemy się umówić.
— To nie wymaga długiej narady — oświadczył Barud el Amazat. — Życzymy sobie śmierci tych ludzi. Musimy ich pozabijać, zanim ten obcy zdoła na nas popatrzeć. To może się udać tylko wówczas, gdy we śnie na nich napadniemy.
— Całkiem słusznie — potwierdził Manach el Barsza. — Zaczekamy, dopóki nie zasną i wpadniemy na nich, o ile trucizna na szczury mego brata nie wygubi ich przedtem.
— Trucizna na szczury? — spytał Mibarek. — Czy jej dostali?
— Tak, umówiłem się oto z Habulamem, kiedy oznajmiłem mu wasze przybycie. Miał ją im podać w jajecznicy, którą prawdopodobnie już zjedli.
— W takim razie śmierć ich już pewna, o ile nie zjedli za mało.
— O, dałem trzy pełne garście — rzekł Habulam. — To dość na dziesięciu ludzi, ale tym drabom nic to nie zaszkodziło.
— Wcale? Dlaczegóż?
— Bo placka z jaj właśnie nie jedli. Ten hultaj ze złym wzrokiem poznał natychmiast, że potrawa zatruta.
— Przecież to niemożliwe!
— Niemożliwe? Chciałbym wiedzieć, co dlatego giaura wogóle jest niemożliwe! Pomyślcie sobie! Przyszedł do mnie z trzema towarzyszami i przyniósł jajecznicę. Swoim uprzejmie szyderczym sposobem powiedział, że najlepsza część uczty należy się gospodarzowi i żebym dlatego zjadł jajecznicę.
— Oj jej!
— I zażądał w dodatku, żebym ją zjadł w jego oczach. Obłożył ją nawet nieżywymi wróblami, którym dał jej przedtem skosztować.
— O Allah! Zatem rzecz się zdradziła!
— Naturalnie. Na nieszczęście zjadł także Janik trochę jajecznicy i musi umrzeć.
— Nie szkoda tego człowieka! — wtrącił zgryźliwie Humun.
— Bo jest twym nieprzyjacielem? Zważ, jakie na mnie przez to padnie podejrzenie! Mogą mnie zaskarżyć o trucicielstwo.
Opowiedział całe zdarzenie zdumionym słuchaczom, a potem rzekł:
— Jajecznica zniszczona razem z wróblami i niech kto teraz powie, że była zatruta!
— Dowiedzie tego śmierć Janika.
— O nie! Kto wie, co on spożył? Powiem, że zjadłem sam jajecznicę i nie zaszkodziła mi ani trochę.
— Czy ci obcy będą jeszcze jedli dziś wieczór?
— Sądzę, że tak. Muszę im podać wieczerzę, ale oczywiście bez trucizny; nie chcę się narażać na to, by mię wzięto za truciciela i dowiedziono tego. Nie, dziś wieczorem uraczeni będą tak obficie i dobrze, jak gdyby byli najmilszymi moimi gośćmi.
— Mojem zdaniem zrobisz dobrze. Ta gościnność ich złudzi i rozprószy ich podejrzenia. Ukołyszą się w pewności, a to nam ułatwi przedsięwzięcie nasze. Nakarm ich więc dzisiaj tak hojnie, jak tylko zdołasz. Możesz to zrobić, bo koszta są drobnostką w porównaniu z korzyściami, jakie masz z naszego związku i jeszcze mieć będziesz.
— Korzyściami! Mówisz tak, jak gdybyście mi już przynieśli miliony. Zyski, które mi dajecie, są znikome w porównaniu z niebezpieczeństwem, na jakie narażam się jako wasz ajent.
— Oho!
— Zastanów się tylko nad obecnym wypadkiem. Jeśli zabijemy tych obcych i to się rozniesie, będę zgubiony. Cały mój wpływ nie wystarczy na ocalenie mi życia. Wy odjedziecie i nie dacie się złowić. Nie macie ojczyzny, ani majątku nieruchomego. Gdybym chciał się ratować ucieczką, musiałbym stracić wszystko, co posiadam.
— Więc zabierz się mądrze do rzeczy — mruknął Mibarek.
— Ani ślad nie powinien zostać z tych nienawistnych.
— Naturalnie! Trzeba ich drobno posiekać i wrzucić do stawu szczupakom — zauważyli tamci.
— A ja potem jeść będę szczupaki? — spytał Habulam z giestem odrazy. — Ani myślę!
— To też to niepotrzebne. Ryby sprzedasz. Musimy się jednak śpieszyć, żeby przed nastaniem dnia wszystko było gotowe; strzelać nam nie wolno.
Nastąpiła długa narada na tem, w jaki sposób należy na nas napaść i zadusić lub zabić.
W końcu zgodzili się na to, że wlezą zapomocą drabiny na wieżę z zewnątrz, podniosą klapę i zejdą po schodach aż na parter, gdzie będziemy spali już mocno.
— A może będą czuwać te draby — wtrącił któryś.
— Wątpię — odpowiedział Habulam. — Na cóż mieliby czuwać? Zaryglują drzwi i okiennice, a ponieważ nie przypuszczają, żeby od góry wchodził kto do wieży, będą się czuli bezpieczni. Z resztą możemy się przedtem przekonać, czy już posnęli.
— W jaki sposób?
— Podsłuchamy pod okiennicami. Jestem pewien, że będą spali. W ciemności trudno nie zasnąć.
— Niewątpliwie dałeś im lampę?
— Rozumie się, ale tylko tyle oleju, że musi zgasnąć na długo przed północą.
Stary łotr nie domyślał się, że nas Janik zaopatrzył w oliwę.
— A czy schody nie trzeszczą? — pytał Barud el Amazat.
— Nie, ponieważ są z kamienia; niektóre się może chwieją, ale hałasu nie będzie.
— Byłaby głupia historya, gdybyśmy razem ze schodami spadli na dół z łomotem.
— Zbyteczne obawy. Zresztą weźmiemy z sobą latarnię, aby schody oświetlić, zanim na nie wstąpimy.
— Aby nas hultaje zauważyli?
— Nie. Tam jest więcej piątr i światło nie może paść z jednego na drugie. Gdy się na sam dół dostaniemy, zostawimy latarnię i zabierzemy ją dopiero wówczas, kiedy łotry żyć już nie będą.
— W takim razie jestem zadowolony. Mimo to jednak nie spodziewam się, żeby sprawa poszła gładko. Musimy dzieła dokonać w ciemności i to bez szmeru. To trudne.
— No, ja nie odczuwam wielkiego strachu; musimy tylko porozumieć się dokładnie i rozdzielić role, aby każdy wiedział, co czynić. Wówczas wszystko pójdzie spokojnie i w porządku.
— Jak sobie wyobrażasz nasze role?
— Myślę, że każdemu z nas należy przeznaczyć, kogo ma chwycić, iżbyśmy nie w łazili sobie w drogę nawzajem. Na tego obcego giaura trzeba liczyć dwu ludzi.
— To my zrobimy — rzekł jeden z Aladżych. — Ja i brat bierzemy go na siebie.
— Dobrze. Wyszukajmy teraz najdzielniejszych z pomiędzy siebie po jednym na osobę. Po Aladżych jest Miridit najsilniejszy. Niech więc podejmie się sprzątnięcia tego, którego nazywają Oską.
— Nie — wtrącił Barud el Amazat. — Oski żądam ja dla siebie. On mnie szuka, chce na mnie wywrzeć zemstę, musi więc za to zginąć pod mojemi pięściami.
— Chce się zemścić na tobie? Za co?
— Ponieważ uwiodłem mu córkę i zaprzedałem ją do niewoli. Komu, to was nic nie obchodzi.
— No, to zaiste żart, na który sobie nie każdy ojciec pozwoli.
— Od tego też czasu następował mi ustawicznie na pięty.
— Co to za człowiek? Wygląda na Serba.
— To Czarnogórzec. Dawniej byliśmy dobrymi przyjaciółmi.
— Więc obraził cię, a ty ukarałeś go w ten sposób, że mu córkę wykradłeś?
— Nic mi złego nie zrobił. Jego córka Senica była pięknością. Pewien pan ją zobaczył i zapragnął mieć za żonę. Zwrócił się zatem do mnie i dał mi sumę bardzo wysoką. Co wy uczynilibyście na mojem miejscu?
— Staralibyśmy się zarobić pieniądze! — zaśmiał się Murad Habulam.
— Bardzo słusznie! Porwałem ją, co mi przyszło z łatwością, bo ufała mi, jako przyjacielowi ojca i oddałem owemu obcemu. On wziął ją ze sobą do Egiptu, skąd mu ją wkrótce uprowadzono.
— Kto to uczynił?
— Ten sam, który zawinił temu wszystkiemu, ten łotr, który się Kara Ben Nemzi nazywa.
— Ten cudzoziemiec?
— Tak.
— Niechaj go Allah potępi!
— Jest nadzieja, że dziś jeszcze spełni się twoje życzenie. Ta Senica kochała oczywiście innego, a mianowicie syna bogatego kupca w Stambule, imieniem Islę, który spotkał się w Egipcie z tym Niemcem. On to odkrył Senicę, uprowadził ją, oddał Isli, który wyjechał z nią do Stambułu i tam się ożenił. Jestem tylko ciekawy, jak ten cudzoziemiec zdołał wyśledzić jej miejsce pobytu.
— Właśnie dzięki swojemu złemu wzrokowi — rzekł Habulam. — On wszystko widzi i odkrywa. Czy ten, któremu sprzedałeś Senicę, a któremu on ją uprowadził, nie zemścił się na nim potem?
— Chciał, ale nie doszło do tego, gdyż dyabeł opiekuje się tym łotrem. Jemu samemu, czy też któremuś z jego towarzyszy podróży, udało się potem zamordować mego przyjaciela. Teraz ścigają mnie razem z Oską. Zemsta nademną jest oczywiście najgorętszem życzeniem starego Czarnogórca.
— Tego mu się wkrótce odechce!
— I moje takie zdanie; dlatego zostawcie starego mnie. Miridit niech wyszuka tego, którego nazywają Omarem.
Mindit stał bez ruchu dotychczas na swojem miejscu z rękoma skrzyżowanemi na piersiach, nie wtrącając się do ogólnej rozmowy ani jednem słowem. Teraz jednak wykonał ręką ruch, jakby się przed czem zastrzegał i rzekł spokojnie:
— Ten Omar nic mnie dziś nie obchodzi.
— Nie? — zapytał Habulam ze zdumieniem. — Wybrałeś sobie zatem innego? Może tego, którego oni nazywają Halefem? Uważałem cię za odważniejszego, niż się teraz okazujesz.
Oko Miridita błysnęło gniewem; mimoto zapytał w tonie spokojnym:
— Ty sądzisz, że mi brakuje odwagi?
— Tak. Wybrałeś dla siebie najmniejszego z naszych obecnych wrogów!
— Kto to powiedział? Czy może ja?
— No, tego można się łatwo domyślić.
— Nie pozwalaj sobie na żadne domysły. Zarzucisz mi może, że mię zupełnie odwaga opuściła, jeśli oświadczę wam dzisiaj, że nie podejmuję się żadnego z nich zabić.
— To oświadczenie Miridita stropiło wszystkich w najwyższym stopniu.
— Czy chcesz przez to zaznaczyć, że wogóle nie zamierzasz wziąć udziału w walce z naszymi wrogami? — spytał Habulam pośpiesznie.
— Tak, to miałem na myśli.
— To byłoby względem nas złamaniem wiary, przeto mam nadzieję, że tylko żartujesz.
— Powiedziałem zupełnie poważnie.
Nastąpiła przerwa w rozmowie, podczas której spojrzenia wszystkich zwróciły się na jego zastygłe oblicze. Ale wnet zaczął Barud el Amazat:
— Jeśli tak myślisz w istocie, to lepiej było dla nas wcale nie zawierać z tobą znajomości. Kto nie jest z nami, ten przeciwko nam. Musielibyśmy ciebie uważać za naszego wroga, gdybyś obstawał przy swym zamiarze.
Miridit odpowiedział, wstrząsając głową:
— Wrogiem waszym nie jestem. Nie przeszkodzę wam w przedsięwzięciu, ale pomagać też nie będę.
— Dzisiaj rano mówiłeś inaczej.
— Od tego czasu zmieniło się moje zdanie.
— Więc nie uważasz już tych ludzi za naszych wspólnych nieprzyjaciół?
— Przeciwnie, uważam, bo mego brata zabili, ale ja zawarłem z nimi mitareke[59].
— Mitareke! Oszalałeś! Jak się to zgadza z twoimi słowami, które słyszeliśmy przedtem po twojem przybyciu?
— Nie widzę w tem żadnej sprzeczności.
— A jednak ona jest i to bardzo wielka. Rozstałeś się z nami rano z mocnem postanowieniem zabicia obcych, a przynajmniej tego Kara Ben Nemzi. Byliśmy więc rozczarowani, kiedy przyszedłeś z wieścią, że nie udało ci się planu wykonać. Teraz oznajmiasz nawet, że zawarłeś z nim zawieszenie broni. Przypuszczaliśmy, że ci umknęli, ale wedle tego, co teraz powiadasz, ty rozmawiałeś nawet z nimi!
— Tak się właśnie stało.
— I zawarłeś istotnie barysz szarti[60].
— Tylko tymczasowo.
Im spokojniej mówił Miridit, tem bardziej niecierpliwił się Barud el Amazat, wkońcu podniósł się z siedzenia, przystąpił do Miridita i rzekł surowo:
— Tego nie było ci wolno uczynić!
— Czemu nie? Kto mógł cokolwiek mieć przeciwko temu?
— My, rozumie się, że my. Jesteś naszym sprzymierzeńcem; z tego względu nie masz prawa czynić coś podobnego bez naszej zgody. Twoja umowa jest nieważna, bo zawarta bez nas i przeciw nam. Przyjmij to od nas do wiadomości!
Miridit ściągnął brwi, oczy zaczęły mu błyskać, ale jeszcze zapanował nad sobą i odrzekł tak spokojnie, jak pierwej:
— Uważasz się zatem za uprawnionego do rozkazywania mnie?
— Tak jest. Nas wszystkich łączy przymierze i nikomu z nas nie wolno nic przedsiębrać wbrew woli drugich. Dlatego muszę ci powiedzieć, że postąpiłeś nieroztropnie i bardzo lekkomyślnie!
— Bin szejtanlar — do tysiąca dyabłów! — zawołał teraz Miridit gniewnie. — Ty odważasz się mnie to przedstawiać, ty, którego ja wcale nie znam, o którym nie wiem nawet, kto on, skąd przybywa i gdzie znajdzie wejście do piekła? Spróbuj jeszcze jedną taką obelgę na mnie rzucić, a kula moja zaprowadzi cię do otchłani, w której mieszka baba boculmanun[61]. Jestem Miridit, syn najsławniejszego i najdzielniejszego plemienia Arnautów i nie ścierpię żadnej obrazy z twej strony. Zbliżając się do mnie z takiemi słowy, stanąłeś nad brzegiem grobu. Jeden mój chwyt i runiesz na dół!
— Oho! Ja jestem także uzbrojony — odrzekł Barud el Amazat, kładąc rękę na głowni pistoletu.
— Stać! — zawołał Mibarek. — Czyż przyjaciele mają się pożerać w niezgodzie? Barudzie el Amazat, to bardzo dobrze, że się dla naszej sprawy zapalasz, ale nie wolno ci tego czynić w słowach obelżywych. Usiądź napowrót! Miridit wyzna otwarcie, w jaki sposób zawarł z tymi ludźmi zawieszenie broni.
Barud usiadł niechętnie, a Miridit oświadczył:
— Dałem cudzoziemcowi mój czekan.
— Allah! To święty zwyczaj, przy którym nigdy nie można cofnąć umowy. Na jak długo broń tę zatrzymał?
— Dopóki mi jej nie zwróci dobrowolnie.
— To tak, jak na wieczne czasy!
— Jeśli mu się tak spodoba, to muszę się z tem pogodzić.
— Nie chcę cię ganić, bo nie znam jeszcze powodów twego kroku. Z człowiekiem, któremu się przysięgło krwawą zemstę, nie zawiera się takiego pokoju bez dostatecznych przyczyn. Zawdzięczasz zapewne dużo temu cudzoziemcowi, którego oby Allah potępił.
— Zawdzięczam mu wszystko, bo własne życie. Było w jego ręku, a jednak mi go nie zabrał.
— Opowiedz nam, jak się to stało!
Miridit zdał sprawę z nieudałego napadu i przedstawił wszystko tak zgodnie z prawdą, że postępowanie moje ukazało się w najlepszem świetle. Zakończył uwagą:
— Widzicie więc, że nie działałem lekkomyślnie. Kerem silahdan daha kuwwetli dir[62]. Nieuważałem tego przysłowia dotychczas za prawdziwe, ale teraz jestem całkiem innego zdania. Brat mój sam winien jest swej śmierci. Skoro wystąpiłem wobec cudzoziemca jako mściciel krwi brata, to mógł napadnięty pozbawić mnie bezwarunkowo życia, aby ocalić swoje. Znajdowałem się zupełnie w jego mocy, a mimoto ani włos nie spadł mi z głowy. Kan kani iczin[63], tak opiewa prawo krwawego odwetu, lecz Koran nakazuje: Adżyma adżymaji iczin[64]. Jak myślicie, czy Koranowi, czy nakazom ludzi grzesznych winien jestem posłuszeństwo? Czyż nie czytamy w świętych księgach: Szikri nimet goge doghru getir[65]? Ten cudzoziemiec wyświadczył mi największe dobrodziejstwo, jakie tylko istnieje. Gdybym za to godził na jego życie, ściągnąłbym raz na zawsze gniew Allaha na siebie. Dlatego dałem mu czekan. Jeśli z tego powodu ręka moja nie zwraca się przeciwko niemu, to nie podejrzewajcie, że wobec was wrogo wystąpię. Czyńcie, co chcecie! Nie przeszkadzam wam, ale nie żądajcie odemnie, żebym się przyczynił do zamordowania mego dobroczyńcy.
Mówił to bardzo poważnie i z wielkim naciskiem, a słowa jego wywarły zamierzony skutek. Reszta patrzyła na siebie przez chwilę w milczeniu. Nie mogli mu nie przyznać słuszności, ale to, że chciał mnie oszczędzać, było im wysoce niemiłe.
— Szejtan bu Nemczeji derile zaczile jut — Niech dyabeł połknie tego Niemca ze skórą i z kościami! — zawołał w końcu Mibarek. — Wygląda to tak, jakby temu człowiekowi wszystko musiało udawać się i wychodzić na dobre. Liczyłem pewnie na ciebie. Przyznaję, że zaszedł tu nieznaczny powód do tego, żeby pójść za podszeptem dobrego serca, ale nie wolno ci posuwać się w tem zbyt daleko. Skoro ci on życie darował, to pojmuję, że wzdrygasz się teraz zabrać mu jego życie, ale dlaczego chcesz drugich oszczędzać? Im nic nie masz do zawdzięczenia. Jego postanowili Aladży przepędzić na tamten świat, a ty powinieneś zabrać się do Omara i nie widzę przyczyny, dla której cofasz się przed tem.
— Mam dostateczny powód do tego. On wszystko czyni w porozumieniu z towarzyszami. Wdzięczność moja odnosi się nie tylko do niego, lecz także i do nich. A gdybym był nawet tylko względem niego zobowiązany, nie byłoby mi wolno atakować jego towarzyszy, bo sprawiłbym jemu tem boleść. Przyszedłem wam powiedzieć, że nie możecie liczyć na mnie w tej sprawie. Postanowiłem trzymać się od niej zdala i postanowieniu temu zostanę wierny w każdym razie.
— Zważ skutki!
— Nie potrzebuję na nic zważać.
— Może niezupełnie! Czy ci to tak obojętne, że naszą przyjaźń utracisz?
— Czy to groźba? Jeśli tak, to byłoby lepiej, gdybyś jej był nie wypowiedział. Dałem cudzoziemcowi mój czekan, a zatem moje yrza mebni wad[66] i dotrzymam go. Ktoby mi chciał w tem przeszkodzić, będzie miał ze mną do czynienia. Jeśli chcecie przyjaźń zamienić w nienawiść, to czyńcie to w imię Allaha, ale nie sądźcie, że ja się was obawiam. Zachowam się zupełnie bezstronie, ale tylko o ile wy mnie zostawicie w spokoju. Oto wszystko, co wam miałem powiedzieć. Teraz mogę odejść.
Zwrócił się ku wyjściu.
— Stój! — zawołał Habulam. — Bądź rozumny i zostań!
— Jestem rozumny, ale pozostanie nie miałoby żadnego celu.
— W taką niepogodę nie możesz przecież odejść!
— Wcale na deszcz nie zważam!
— Trudno jednak podczas burzy jechać do Zbigancy!
Rzucił badawczo wzrokiem na Miridita. Ten zrozumiał spojrzenie i odrzekł:
— Nie obawiaj się, ja nie użyję przeciwko wam podstępu. Mylisz się, przypuszczając, że tu zostanę i rozmówię się potajemnie z tymi ludźmi. Idę pod drzewa do mego konia, dosiądę go i odjadę. Powiedziałem, że wam nie stanę w drodze i słowa mego nie złamię.
Schylił się, by usunąć snopy, tworzące drzwi. Tamci zrozumieli, że się nie da zatrzymać. Dlatego odezwał się Mibarek:
— Skoro chcesz nas rzeczywiście opuścić, to przysięgnij na brodę proroka, że nie ujmiesz się za obcymi!
Miridit odpowiedział z gniewnym ruchem ręki:
— To żądanie jest dla mnie obelgą. Dałem wam słowo i musicie mi wierzyć. Czy ty nie zwykłeś dotrzymywać twojego? Mimoto złożę przysięgę, bo nie chcę rozstać się z wami w niezgodzie. Czy jesteś zadowolony?
— Tak; ale zważ dobrze, jaka kara cię spotka, gdyby ci przyszło na myśl nas oszukać! My nie pozwalamy z sobą żartować!
Powiedziano to w tonie, wyzywającym dumę Miridita. On odszedł od wejścia, przystąpił tuż do starego i rzekł:
— I to odważa się mówić mnie ten, którego cała istota i działalność je st jednem ogromnem kłamstwem. Ktoś ty? Stary Mibarek, święty? Ty byłeś także kaleką Buzrą. Czy to nie było oszustwem? Skąd ty pochodzisz i jakie twoje imię właściwe? Tego nikt nie wie i nie potrafi powiedzieć. Przyszedłeś w te strony, jak choroba, jak taan[67], od której niech Allah swoich wiernych obroni. Usadowiłeś się w ruinie jak sukutan, jak bengi[68], który zatruł wszystko dokoła. Ja sam jestem tylko grzesznym człowiekiem, ale z tobą porównywać się nie chcę, a tem mniej zniosę twoje obelgi. Jeśli ci się wydaje, że masz władzę, której bać się należy, to pozostawiam ten strach ludziom słabym. Wystarczy jedno słowo któregoś z nas i będziesz zgubiony. Ja nigdy go nie wymówię, o ile mnie do tego nie zmusisz. Zanim się w ten sposób stanę zdrajcą względem ciebie, użyję innego słowa, słowa, którego się nie słyszy, lecz widzi i czuje. A jeśli chcesz wiedzieć, jakie to słowo, to popatrz: mam je w ręku!
Dobył noża z za pasa i potrząsnął nim nad Mibarekiem.
— Allah! Czy chcesz mnie zakłuć? — zawołał Mibarek ze strachem.
— Ani teraz, ani później tego nie zrobię, jeśli do tego nie dasz powodu. Nie zapomnij o tem! A teraz dobranoc!
Schował nóż, odsunął snopy i wylazł. Na skinienie Habulama poszedł za nim Humun ostrożnie. Powróciwszy niebawem, oznajmił, że Miridit się rzeczywiście oddalił.
— Temu Allah rozum odebrał! — mruknął Barud el Amazat — Na niego już liczyć nie można.
— Istotnie — potwierdził Mibarek. — Ale on mi nie groził daremnie. Postaram się, żeby nie mógł nam szkodzić.
— Czy chcesz go zabić? — spytał Manach el Barsza.
— Nie wiem jeszcze, co zrobię, ale mamy nowy dowód, że tego Franka trzeba koniecznie sprzątnąć z tego świata. Teraz zachodzi pytanie, kto ma zabić Omara.
— Ja go biorę na siebie — rzekł Humun.
— Dobrze! Pozostaje więc jeszcze ten mały hadżi. Niestety ja dopomóc wam nie mogę, bo jestem ranny.
— To oddajcie go w moje ręce — odezwał się Manach el Barsza. — Będzie to dla mnie rozkoszą zdmuchnąć światło jego życia. On mały i słaby pozornie, ale nie należy go niedoceniać. Ten karzeł posiada odwagę pantery, a zręczny jest jak atmadża[69]. Słyszeliśmy także, że cieszy się znaczną siłą fizyczną. Nie uważajcie więc tego za brak odwagi, iż jego zamierzam zabić. Co do tego zaś, kiedy to wykonamy, radzę nie obierać jakiejś oznaczonej godziny. Będziemy nadsłuchiwali co chwila. Skoro tylko spostrzeżemy, że się pokładli, przystąpimy do dzieła.
— Tak i ja sądzę — oświadczył Habulam. — Ja muszę wszystko przygotować i oddalę się teraz. Humun pójdzie ze mną, ale będę go przysyłał od czasu do czasu do was z zapytaniem, czy już zaczynać.
— Zaczekaj jeszcze chwilę! — prosił Mibarek. — Chciałbym się jeszcze o niektóre uboczne rzeczy zapytać.
To skłoniło mnie do odwrotu. Po odejściu gospodarza niełatwoby mi może było szopę opuścić. Należało przypuścić, że zachowaliby wtedy milczenie, a w takim razie usłyszeliby szelest słomy. Teraz zaś zabrzmiały ich głosy tak donośnie, że uszedł ich uwagi szmer spowodowany powolnem i ostrożnem wyłażeniem. Udało się. Ale jak teraz dostać się do wieży? Nie było to daleko, ale nie miałem na czem się oprzeć. Wtem otworzyły się drzwi i Osko wychylił głowę, co zresztą czynił co kilka minut. Zauważył mnie, przybiegł, wziął jak wór na plecy i zaniósł do wieży, a tam posadził na dywanie tak, że drzwi miałem przed sobą. Kazałem je o tyle otworzyć, że z zewnątrz można było rzucić okiem do środka.
— Naco to? — spytał Omar. — Deszcz tu napada.
— To drobnostka. Burza nadciąga z drugiej strony. Gospodarz powinien móc tu zaglądnąć, żeby nas tu wszystkich razem zobaczył. Janik tylko niechaj tak stanie, żeby go nie było widać.
Służący zajął miejsce za drzwiami, ja zaś opowiedziałem, co widziałem i usłyszałem. Starałem się przytem nie zdradzić się wyrazem twarzy, że rozmowa nasza odnosi się do rzeczy tak ważnej. Gdyby Habulam i Humun tu zaglądnęli i ujrzeli mnie mówiącego, musieliby pomyśleć, że rozmawiamy o czemś zupełnie niewinnem.
Opowiadanie trwało tak długo, że po skończeniu jego musiałem przypuścić, iż Murad Habulam już do zamku powrócił. Dlatego kazałem drzwi znowu zamknąć.
Z moich słuchaczy Halef się najbardziej rozsrożył.
— Panie — rzekł — poszedłbym do tych drabów do szopy i posłał im kulę w łeb każdemu. Wówczas mielibyśmy spokój i moglibyśmy dalej ruszyć spokojnie.
— Chcesz być mordercą?
— Mordercą? A tobie co? To drapieżne zwierzęta. Jak zabijam śmierdzącego szakala, albo hyenę, nie czyniąc sobie z tego wyrzutów, tak mogę ubezwładnić tych łotrów, nie obciążając tem sumienia.
— Nie jesteśmy ich sędziami!
— Oho! Godzą na nasze życie. Znajdujemy się względem nich w stanie własnej obrony.
— To prawda, ale możemy udaremnić ich zamachy, nie pozbawiając ich życia.
— W takim razie ich się nie pozbędziemy i będą nas dalej ścigać.
— Jeśli będziemy tak uważali jak dotąd, to nic nam nie zrobią.
— Czyż mamy się ustawicznie dręczyć myślą o tych łotrach? Czy odczuwamy jaką przyjemność z tej podróży? Czy ta jazda może wzbogacić naszą wiedzę? Jedziemy przez ten kraj, jak owe mrówki, idące przez drogę w oczekiwania, że ktoś je rozdepcze. Dziękuję za tę przyjemność! Wystrzelajmy więc te szakale w ludzkiej postaci, gdzie i kiedy zdołamy!
— Ja wiem dobrze — odrzekłem — w jakiem znajdujemy się położeniu. Jeśli ich oddamy sędziemu, wyśmieją się z nas potajemnie. Jeśli natomiast sami zastosujemy prawo odwetu, postąpimy wbrew przykazaniom mej wiary i zasadom ludzkości. Musimy więc zaniechać jednego i drugiego i starać się obronić tym nieprzyjaciołom, nie dopuszczając się zbrodni.
— Ależ to nie jest zbrodnia!
— W moich oczach, tak. Jeżeli mogę się przed nieprzyjacielem inaczej obronić, to zabicie go jest karygodnem. Podstępem zdobywa się często tyle, co siłą.
— Cóż poczniesz?
— Pozwolę im wleźć na wieżę i postaram się, żeby zleźć nie mogli.
— Tak, to niezła myśl, ale jeżeli potrafią wyleźć, to zdołają także zleźć tą samą drogą.
— A jeżeli zabierzemy im drabinę, gdy będą na górze?
— Hm! W takim razie zejdą schodami.
— Gdyby tak uczynili, zdradziliby się ze złymi względem nas zamiarami. Zresztą możemy im zamknąć tę drogę. Potrzeba tylko młotka i dużych gwoździ, aby wieko przybić do podłogi.
Janik okazał gotowość dostarczenia tych rzeczy razem z dużą klamrą żelazną.
— To dobre — mówiłem dalej. — Ta klamra najlepiej posłuży do tego celu. Przymocujemy wieko nad najwyższymi schodami, że go z zewnątrz podnieść nie będzie można. Potem nie będą się mogli dostać na schody, a że usuniemy drabinę, więc będą musieli stać na deszczu aż do rana. To ostudzi ich przedsiębiorczość.
— Zihdi — rzekł Halef — twój plan godzi mnie z twoją zwyczajną dobrodusznością. To myśl wcale ładna wiedzieć o tych łotrach, że są tam, gdzie będą musieli zostać przez całą noc. Usiąść nie będą mogli, bo tam deszcz ze wszystkich stron pada i na podłodze jest z pewnością dużo wody. Ten najwyższy kat[70] zbudowany jest jak latarnia, w której szyb niema. Służył tylko do wyglądania i deszcz ma zewsząd wstęp wolny. Ponieważ zamurowano drzwi, prowadzące na balkon, a wieko się szczelnie zamyka, woda deszczowa niema zapewne którędy odpłynąć.
— O, przeciwnie — wtrącił Janik. — Jest tam dziura niewielka, którą woda odpływa.
— Czy nie da się zatkać?
— Bardzo łatwo. Kłaków jest poddostatkiem.
— Pysznie! Zatkamy ją zatem mocno. Niech sobie mordercy na górze w wodzie postoją i nabawią się gośćca, reumatyzmu, rwania i dziesięciu tysięcy rodzajów zaziębienia. Chciałbym, żeby stali w wodzie po pachy i...
Wstał i zaczął się szybko przechadzać. Miał jakąś myśl. Naraz zatrzymał się przed służącym, położył mu rękę na ramieniu i rzekł:
— Janiku, ty najlepszy i najwierniejszy przyjacielu! Kocham cię, ale umiłowałbym cię stokroć więcej, gdybyś miał rzecz, której mi trzeba.
— Jaką? — spytał zagadnięty.
— Potrzeba mi przyrządu, który się pewnie u was nie znajdzie. Prawda, że nie macie tulumby[71]?
— Wielkiej nie, ale jest za to bostan fyszkyrmaju[72], na dwóch kołach.
— Człowiecze! Przyjacielu! Bracie! Coza dzielny chłopiec z ciebie! Nie przypuszczałem nawet, że posiadacie sikawkę!
— Pan sprowadził ją z Uskub zeszłego roku, bo podpalano mu ciągle stodołę. Stoi zawsze w ogrodzie, gotowa do użytku.
— Ileż wody może pomieścić?
— Trochę więcej niż duża kurna[73].
— To dobre; ale na co mi się przyda bostan fyszkyrmaju, jeśli brak do tego rzeczy najważniejszej.
— Jakiej?
— Kyrby[74], długiego kyrby. Tego tu niema? Mały hadżi był w natchnieniu. Pytania zadawał tak gorliwie, jakby chodziło o szczęście świata całego.
— Owszem jest. Ale tylko akar sugetirdżi[75], jakiego się używa do gaszenia pożaru. Teraz tylko pytanie, jak długi ma być.
— Żeby dostał do krawędzi wieży.
— Będzie taki, a może nawet trochę dłuższy.
— Człowieku, niech cię uścisnę! Pójdź do mej piersi! Tyś jest radością mojego istnienia, rozkoszą życia i szczęściem dni moich! Mamy więc sikawkę i węża. To zachwycające! Wąż tak długi, jak mi właśnie potrzebny. Ktoby pomyślał, że tu w Kilissely znajdzie się taki przyrząd!
— To łatwo pojąć. Bez węża i sikawka nie pomogłaby wiele, bo musielibyśmy wodę nosić z daleka — odpowiedział Janik.
— Ze stawu?
— Nie; to byłoby za daleko. Jest tu zaraz koło wieży przy samym murze wielki su deliki[76], zawsze napełniony. Tam się stawia sikawkę, a węża ciągnie się tam, gdzie się pali.
— Su deliki, z którego można napełnić sikawkę! Czy głęboki, czy wielki? Czy dużo tam jest wody?
— Nie wiem, naco ci wody potrzeba, ale myślę, że do twego zamiaru wystarczy.
— Tak sądzisz? To rzeczywiście wspaniałe! Słowa twoje są jak krople rosy, spadające na niwy spragnione. Mowa twoja warta sto piastrów i gdy kiedyś zostanę bin kire bin sahibi[77], otrzymasz nawet tysiąc. Więc ty nie wiesz, naco mi wody potrzeba?
— Nie.
— I nie przeczuwasz?
— Nie.
— W takim razie niech Allah chroni twój mózg, podobny do wyschłej studni. Uważaj, mój zihdi pewnie już odgadł, co zamierzam. Nieprawdaż, panie?
Ponieważ to pytanie do mnie było zwrócone, przeto skinąłem głową.
Z oczu jego biła wewnętrzna radość. W zachwyt wprawiał go pomysł spłatania figla naszym wrogom. To też był dość rozczarowany, gdy mu odpowiedziałem poważnie:
— To tylko czodżukluk[78]; nic więcej.
— Zidhi, tego mi nie mów. Te łotry wyjdą na wieżę, by nas pozabijać. Ty się postarasz, żeby zleźć stamtąd nie mogli i przez całą noc na górze zostali. Zgoda, ale ja chcę od siebie coś dodać, żeby im tam na górze nie było zbyt dobrze. Napompujemy im do komnaty pełno wody. Jest ona wprawdzie otwarta ze wszystkich stron, ale ściana sięga przecież mężczyźnie po piersi i potąd niech stoją w wodzie. A może tobie ich żal? Czy cię to wzrusza, że się mogą ci mordercy zaziębić i dostać małego disz agryssy[79].
— To nie. Trzeba sprawić, żeby noc spędzili możliwie najniewygodniej, ale mimoto nie pochwalam twego zamiaru.
— Ale kara musi ich spotkać!
— Całkiem słusznie. Jednak możesz przez to sobie i nam zaszkodzić.
— Nie, zihdi. Przygotujemy wszystko tak, że nikt nic nie zauważy. Co wy na to Omarze i Osko? Obydwaj z nim się zgadzali i wszyscy trzej dopóty szturmowali do mnie z prośbami, dopóki, choć z przykrością, nie dałem przyzwolenia.
Janik wyszedł i powrócił niebawem ze zwiniętym w krąg wężem i sznurem. Towarzysze moi wyleźli z nim na górę i wkrótce usłyszałem mimo szmeru, wywołanego deszczem, głośne uderzenia młotka. Janik miał go razem z klamrą w kieszeni i teraz po przywiązaniu węża przybili wieko tak mocno, że nikt nie zdołałby z góry dostać się do wieży.
Powróciwszy, rzekł Halef tonem najwyższego zadowolenia:
— Dobrze zrobiliśmy to, zihdi. Ty sam lepiej nie potrafiłbyś tego.
— Jakże przymocowaliście węża?
— Tak, że zwisa z wieży, a na dole da się przyśrubować do sikawki.
— A jeśli go zobaczą, przystawiając drabinę?
— Janik powiada, że drabinę przyłożą pewnie z drugiej strony, gdzie im drzewa nie będą przeszkadzały. Ujście węża wchodzi do górnej komnaty, ale tak, że woda ściekać będzie po ścianie bez szumu. Musieliby w ciemności bardzo szukać, żeby go znaleść. W innych izbach okiennice pozamykane także szczelnie, teraz życzę sobie jedynie, żeby goście kąpielowi niebawem się pojawili.
— To jeszcze potrwa czas jakiś, bo Habulam wspomniał, że przyśle nam dobrą wieczerzę.
— Czy mam pójść po nią? — zapytał Janik.
— Dobrze. Udaj jednak, że istotnie kosztowałeś jajecznicy i że cierpiałeś boleści. Staraj się też pomówić z Anką! Może będzie miała jaką wiadomość dla nas.
Poszedł, my zaś czekaliśmy w ciszy na jego powrót, nie mając już nic istotnego do omówienia. Halef leżał na swej opończy i zacierał ręce, śmiejąc się zcicha i wyrzucając od czasu do czasu niezrozumiałe okrzyki. Myśli jego zaprzątnięte były zupełnie urządzeniem kąpieli dla nieprzyjaciół.
Janik wrócił, ale nie sam. Przyniósł wieczerzę, a że nie mógł udźwignąć wszystkiego, przeto towarzyszył mu Humun. Nie wszedł jednak, lecz pozostał na dworze, dopóki Janik nie wziął od niego ciężaru, poczem oddalił się z największym pośpiechem.
Jedzenie było wyśmienite. Dostaliśmy tęgą misę balyk czorbaju[80], tak dobrej, że lepszej w Pradze, ani w Wiedniu nie podają. Ponieważ łyżek nie było, otrzymaliśmy filiżanki, któremi czerpaliśmy zupę. Potem nastąpił ogromny iblik dolduri[81] w cieście z mąki, fig i tłuczonych orzechów. Następnie oglak kebabi[82], wcale niezła, pomimo że spotyka się często u ludzi uzasadniony wstręt do mięsa koźlego. Do tego podano tłusty piław i rozmiękczone migdały. Deser stanowiły owoce i cukry, których nie kosztowaliśmy jednak. Z tamtych potraw została także więcej niż połowa. Bylibyśmy nie tknęli niczego, ale Anka kazała nas uspokoić, że możemy jeść bez obawy, gdyż sama wszystko przyrządzała i że podczas tego nikt do kuchni nie wchodził.
— Ale twój pan jest w mieszkaniu? — spytałem Janika.
— Tak. Siedzi, pali fajkę i patrzy przed siebie. Kazał mnie zawołać i zapytał, co mi dolega. Zrobiłem minę okropną i powiedziałem, że zjadłem ajwę[83], prawdopodobnie niedojrzałą, bo spowodowała wielki ból brzucha.
— To było bardzo mądrze z twej strony. Teraz sądzi może, że nic ci nie wiadomo o jego trucicielstwie i nie będzie uważał za konieczne udawać przed tobą.
— To słuszne. Nie krył się z niczem zaiste. Dał mi całkiem wyraźnie do poznania, że jest wściekły na was i chciał wiedzieć o wszystkiem, co tylko robicie i mówicie. Opowiadałem mu, że noga cię boli, że chodzić nie możesz, że znużenie wasze jest tak wielkie, iż życzycie sobie spocząć jak najrychlej. Na to kazał mi zaraz po jedzeniu przygotować dla was łóżka do spania. Potem mam zaraz sam pójść na spoczynek. Im prędzej się położycie, mówił, tem wcześniej wstaniecie, a ja będę musiał też być wyspany, by wam móc usługiwać.
— Bardzo rozumnie z jego strony! Gdzie sypiasz zazwyczaj?
— Z Humunem i resztą służby.
— To nieprzyjemne! Nie możesz się więc oddalić niepostrzeżenie, a nam ciebie przecież potrzeba.
— O, co do tego, to nie obawiaj się, effendi. Od dzisiaj nikt nie chce spać ze mną, a Humun wskazał mi na rozkaz pana miejsce noclegu pod dachem. Jeśli sobie życzysz, udam, że idą spać, lecz powrócę tutaj do wieży. Będzie już zaryglowane, ale ja zapukam.
— Lecz nie tak, jak zazwyczaj. To mógłby także kto inny uczynić. Zapukaj do okiennicy, która wychodzi na tamtą stroną, raz, potem dwa, a wkońcu trzy razy. W ten sposób będziemy wiedzieli, że to ty jesteś i otworzymy. Powiedz o tem także Ance. Nie wiadomo, co się może u Habulama pod twą nieobecność zdarzyć. Niechaj uważa i zawiadomi nas w danym razie.
Janik zabrał naczynie i przyniósł nam jeszcze kilka koców do nakrycia. Po jego powtórnem odejściu zgasiliśmy światło. Okiennice i drzwi były zaryglowane, ale miały tyle szpar, że z zewnątrz można było zobaczyć, iż światła u nas już niema.
W dwie godziny później powrócił Janik. Na umówiony znak wpuściliśmy go do środka.
— Przyszedłem tak późno — szepnął do nas — ponieważ przyszło mi na myśl Habulama podsłuchać. Kazał wszystkim iść spać, a sam zakradł się z Humunem do szopy. Obydwaj właśnie tam wleźli.
— W takim razie wiemy już, o co idzie. Będą przekonani, że śpimy; możemy więc spodziewać się, że lada chwila wyjdą na wieżę.
— Trzeba zobaczyć — rzekł Halef i wylazł wraz z innymi na górę.
Deszcz padał ciągle i szeleścił tak mocno, że niepodobna było słyszeć kroków kogoś z zewnątrz nadchodzącego.
Siedziałem sam w dolnej komnacie i czekałem. Po jakimś czasie zeszli wszyscy czterej, a Halef oznajmił:
— Zihdi, oni są już na górze. Właśnie włazi ostatni; było tam siedm osób.
— W szopie było dziewięciu. Miridit odjechał, a Mibarek musiał pozostać, bo jest zraniony.
— To się zgadza. Teraz odstawimy drabinę i sprowadzimy sikawkę.
— Weźcie z sobą koce, bo pomokniecie do nitki.
Zrobili tak, poczem odemknęli drzwi i wyszli. Ja powstałem, opierając się o ścianę i otworzyłem okiennicę, wychodzącą na wewnątrz. Na dworze było ciemno, lecz pomimo ciemności i gęstego deszczu dostrzegłem niebawem czterech ludzi, robiących coś koło okiennicy. Następnie doszło mnie miarowe skrzypienie dźwigni od sikawki. Przyśrubowali węża i pompowali z wszystkich sił. Jama z wodą znajdowała się tuż pod mem oknem. Od czasu do czasu dawał się słyszeć przyciszony głos komendy Halefa. Mały hadżi był mimo deszczu w swoim żywiole.
Na górze panowała cisza. Można się było domyślić, że pompowanie skutek odniosło. Prawdopodobnie łotry nie zdawali sobie sprawy, skąd woda pochodzi, ale wystrzegali się zdradzenia swej obecności. Starali się niewątpliwie usilnie otworzyć klapę nad schodami. Habulam wspomniał był, że weźmie z sobą świder w tym celu. Możliwe było w każdym razie, że wyrwą klamrę. Wtedy zeszliby na dół; dlatego przygotowałem się na przyjęcie ich z rewolwerem w ręku. Ale mimo że bystro nadsłuchiwałem w kierunku schodów, nie usłyszałem nic. Halef dobrze przymocował przykrywę.
Tak minął czas dość długi, więcej niż godzina; poczem wszyscy czterej towarzysze wrócili.
— Skończyliśmy, zihdi — oznajmił Halef z zadowoleniem.
— Pompowaliśmy z całej siły, a teraz przemokliśmy jak kury. Czy pozwolisz lampę zapalić?
— Tak, lepiej nam będzie ze światłem.
Zapalił lampę i dolał oleju. Następnie wyszli wszyscy na górę aż do komnaty, nad którą stali w wodzie nasi wrogowie. Tam otworzył Halef okiennicę i usłyszałem głos jego:
— Allah sallem wer, czelebilerim — Allah niech was pozdrowi, moi panowie! Czy chcecie w tej dusznej spiekocie zaczerpnąć trochę świeżego powietrza? Jak wam się tam wspaniały widok podoba? Nasz effendi każe was zapytać, czy ma przysłać wam swój dalekowidz, iżbyście lepiej deszcz rozpoznać mogli.
Nadsłuchiwałem, ale odpowiedzi nie było. Wyszydzeni zachowywali się całkiem spokojnie.
— Dlaczego właściwie kąpiecie się w nocy tam na górze? — mówił Halef dalej. — Czy to taki zwyczaj w tych stronach? Bardzoby mnie bolało, gdyby woda nie miała odpowiedniej ciepłoty. Nie należy jednak nikogo podglądać w kąpieli i dlatego będziemy tacy grzeczni, że się usuniemy. Jest nadzieja, że do rana będziecie gotowi; wtenczas ja, wasz sługa najuniżeńszy, pozwolę sobie dowiedzieć się o wasze wysokie zdrowie.
Zeszedł razem z tamtymi i zaśmiał się do mnie:
— Zihdi, oni świetnie wpadli w pułapkę; żaden z nich nie waży się słowa powiedzieć. Zdawało mi się, że słyszałem, jak kłapali zębami. Teraz możemy zasnąć wygodnie, bo nikt nam już nie przeszkodzi.
— Tak, śpijcie spokojnie — rzekł Janik. — Jesteście znużeni jazdą, ale ja jestem jeszcze żwawy. Ja będę czuwał i zbudzę was w razie potrzeby. Ale wszelkie obawy już zbyteczne. Ci ludzie w żaden sposób na dół nie zejdą. Mogłaby tylko woda przedostać się do nas przez powałę. Ale i w takim razie nie byłoby niebezpieczeństwa.
Miał słuszność, a ponieważ zasługiwał w całej pełni na nasze zaufanie, przeto położyliśmy się na spoczynek.


ROZDZIAŁ VII.
W powodzi.

Mimo znużenia i potrzeby spoczynku nie mogłem zasnąć. Słyszałem, jak hadżi od czasu do czasu półgłosem chichotał, ciesząc się z tego, że mu się udał figiel. To powodzenie pozbawiło go zwykłego spokoju. Monotonny, nieustanny, szmer deszczu również długo spędzał sen od moich powiek, aż wreszcie uśpił mnie. Wkrótce zbudził mnie głośny stuk. Pukano do drzwi w ten sam sposób, jak poleciłem Janikowi. Podniosłem się, przypuszczając, że to Anka, która miała nam pewnie coś oznajmić.
Janik otworzył i mój domysł się sprawdził. Weszła dziewczyna, a w tej chwili zbudzili się także Osko, Omar i Halef.
— Przebacz, że wam przeszkadzam, effendim — rzekła nasza dzielna sojuszniczka. — Przynoszę wam wiadomość. Janik opowiedział mi o waszym zamiarze: chcieliście tych ludzi tam na górze wsadzić do wody. Czy wam się to udało?
— Tak i oni są jeszcze na górze.
— A ja myślę, że ich już niema.
— Ach! W jaki sposób zdołali zejść?
— Tego nie wiem, ale nie bez powodu przypuszczam, że znajdują się teraz w zamku.
— To byłaby zaiste niespodzianka.
— Janik nakazał mi uważać. Habulam posłał mnie wcześnie na spoczynek, ja jednak spać nie poszłam i wyglądałam przez okno. Zobaczyłam pana, skradającego się do ogrodu z Humunem. Aby móc usłyszeć, kiedy powróci, zeszłam na dół i położyłam się tam za drzwiami, obok których musieli przechodzić. Zostawiłam je cokolwiek otwarte. Mimo trudu, jakiego sobie zadawałam, aby czuwać, zasnęłam. Nie wiem, jak długo to trwało, ale przebudził mnie dopiero jakiś hałas. Dwu mężczyzn zbliżyło się z podwórza i przeszło koło moich drzwi. Jeden z nich mówił i poznałam Habulama po głosie. Klął, jak jeszcze nigdy. Słyszałam, że w kuchni rozniecił ogień i przyniósł sobie suknie. Zdaje mi się, że tym, do którego mówił, był Humun. W kuchni zrobił się zaraz wielki hałas. Rozległy się raz po raz gniewne głosy, oraz trzaskanie płonącego drzewa. Nie wiem, co oni tam robią, lecz przybiegłam tu, by wam powiedzieć, co zauważyłam.
— To bardzo zacnie z twej strony. Widocznie umknęli w jakiś sposób. Halefie, gdzie daliście drabinę?
— Nie odnieśliśmy jej, lecz położyliśmy na ziemi. Goście kąpielowi nie mogli przecież zleźć z wieży, aby drabinę przystawić!
— Tak, ale mogło kilku z nich zleźć po wężu i przystawić drabinę.
— Hasza — broń Boże! Zobaczymy! Wybiegł, a Osko i Omar za nim. Gdy w kilka minut wrócili, miał Halef minę; wielce strapioną i powiedział:
— Tak, zihdi. Tam ich już niema. Sam widziałem.
— A więc drabina stoi oparta o wieżę.
— Niestety! Z drugiej strony leży na ziemi wąż.
— A więc jest całkiem tak, jak przypuszczałem. Odkryli węża i kilku się po nim spuściło. Następnie odwiązali go i rzucili, a przystawili drabinę. Reszta zeszła też po niej, a teraz są w kuchni, aby się zagrzać i wysuszyć przemoczone ubrania.
— Wolałbym, żeby w piekle siedzieli, gdzieby daleko prędzej wyschnęli, niż w kuchni! — gniewał się Halef. — Co zrobimy, effendi?
— Hm! Trzeba się zastanowić. Sądzę, że należałoby...
Przerwano mi. Nie zaryglowaliśmy drzwi i były nieco odchylone tak, że światło padało na zewnątrz. Teraz otwarły się więcej i dał się słyszeć głos Habulama:
— Anka, szejtan kyzi[84]! Kto ci pozwolił tu pójść?
Dziewczyna drgnęła ze strachu.
— Wychodź natychmiast! — zabrzmiał rozkaz z zewnątrz. — A Janiku, ty psie, ty także tam! Bat nauczy was posłuszeństwa.
— Muradzie Habulam — odparłem — czy nie raczysz wejść do środka?
— Dziękuję. Nie czuję ochoty wystawić się na zabójcze działanie twego spojrzenia. Gdybym był wiedział, jakim jesteś uwodzicielem służących, byłby dom mój zamknięty dla ciebie.
— O tem pomówimy obszerniej. Wejdź tylko!
— Ani mi się śni! Wyślij mi moją służbę! To plemię podstępne nie ma tam czego szukać!
— Zabierz ich sobie!
Nie odpowiedział na to. Wtem odezwały się przyciszone głosy. Widocznie sam nie był.
— Jeśli nie wejdzie, to ja go sprowadzę — rzekł hadżi i przystąpił do drzwi pół otwartych. Wtem usłyszałem zgrzyt kurka, a głos jakiś wrzasnął rozkazująco:
— Nazad, psie, bo cię zastrzelę!
Halef drzwi czemprędzej zatrzasnął.
— Słyszałeś, zihdi? — spytał zdumiony raczej, niż przestraszony.
— Badzo wyraźnie — odrzekłem. — To był głos Baruda el Amazat.
— Mnie się także tak zdaje. Pod szopą stało dwu ludzi, którzy złożyli się do mnie. Nie udał im się zamach skrytobójczy, więc próbują teraz otwartego napadu.
— Wątpię. Nie odważą się nas tu zastrzelić; toby się zaraz rozniosło. Gdyby rzeczywiście mieli ten zamiar, to nie groziliby, lecz strzeliliby bez przestrogi.
— Tak sądzisz? Ale naco ustawili się tam ci dwaj ludzie?
— Zgaduję. Chcą uciec. Zauważyli nieobecność Janika i Anki i powzięli podejrzenie. Szukali ich i u nas znaleźli. Teraz już wiedzą te łotry, że ucieczka dla nich najlepsza, ażebyśmy zaś im nie przeszkodzili, trzymają nas ci dwaj w szachu, podczas gdy reszta przygotowuje się do szybkiego odjazdu.
— Jestem zupełnie tego samego zdania, effendi. Ale czy pozwolimy na to tak spokojnie? Wziąłem sztuciec do ręki i macając po ścianie dostałem się do okiennicy koło drzwi. Omar zgasił lampę tak, że trudno było z zewnątrz mnie spostrzec. Odchyliłem okiennicę po cichu i wyglądnąłem. Deszcz ustał i dzień już szarzeć zaczynał. Po drugiej stronie tylko o kilka kroków od wieży stały dwie ludzkie postacie. Jeden z nich oparł kolbę o ziemię, drugi zaś trzymał strzelbę w prawej ręce prosto do góry. Ponieważ odwrócony był do mnie prawą stroną, przeto lufa wznosiła się tuż obok jego policzka. Jak się zdawało, rozmawiali obaj o czemś z wielkiem zajęciem.
Oparłem sztuciec o dolny brzeg okna i byłem mimo panującej ciemności pewnym mego strzału. Wymierzyłem w lufę strzelby i wypaliłem. Równocześnie z wystrzałem rozległ się okrzyk. Kula dosięgła celu i uderzyła go lufą w twarz, wyrywając mu równocześnie strzelbę z ręki.
— Ej missibet, ej bylekiat — o nieszczęście, o podstęp! — wrzasnął. Poznałem po głosie Baruda el Amazat.
— Precz, precz! — zawołał Manach. — Ten strzał pobudzi wszystkich mieszkańców zamku!
Podniósł strzelbę Baruda, pochwycił go za ramię i pociągnął za sobą. W chwilę potem zniknęli.
Teraz zwróciłem się do towarzyszy:
— Chwytajcie broń i spieszcie do stajni! Te draby gotowe nam zabrać konie.
Wszyscy wybiegli drzwiami. Ja usiadłem znowu naprzeciwko i zatrzymałem sztuciec w ręku, aby być przygotowanym na wszystko.
Anka wyszła także. Po jakimś czasie wróciła z Janikiem i Omarem, który doniósł, że Osko i Halef zostali w stajni, aby koni pilnować. Zdaje się, że ich nikt nie chciał zabierać. Nie widzieli wogóle nikogo. To mnie uspokoiło.
Teraz należało się przedewszystkiem dowiedzieć, gdzie należy szukać drzew, pod którymi znajdowały się konie naszych wrogów. Ale nie wiedzieli o tem ani Janik, ani Anka.
— Jestem pewien, że to wie Humun — dodał młodzieniec — ale on tego nie zdradzi.
— O, ja mam bardzo dobry środek — odrzekłem — szczypce, przy pomocy których wyciągnę z niego wszystko, co zechcę.
— W takim razie potrafisz więcej od innych. Ale on nie wyda swego pana, ani jego sprzymierzeńców.
— Będziesz przy tem, by się przekonać, jak szczery będzie wobec mnie. Czy znasz dokładniej krawca Afrita?
— Nie. Wiem wprawdzie, że właściwie nazywa się Suef, ale bliższej wiadomości nie mogę, niestety, udzielić. Bywa bardzo często u Murada Habulam, podejrzewam go, że nie rozprawia z nim o niczem uczciwem. Dlatego schodziłem mu zawsze z drogi. Z takimi ludźmi lepiej się wcale nie stykać. Najchętniej odszedłbym stąd i cieszyłbym się, gdybym cię mógł odprowadzić do Wejczy. Jeśli masz coś do czynienia w Karanorman-chan, lub w jego okolicy, to może przydam ci się na co.
— Szukam tam wielkiego zbrodniarza, który jest prawdopodobnie sprzymierzeńcem Habulama.
— Co? Z takimi ludźmi żyje pan mój w przyjaźni?
— Tak. Jego dzisiejsi goście, to również rozbójnicy i mordercy, którzy godzą na nasze życie. A kim twój pan jest, możesz stąd wywnioskować, że chciał nas otruć.
— To prawda. Effendi, ja tu nie zostanę. Odejdę z tego domu, choćbym, Bóg wie, jak długo miał być bez służby i zarobku. Odwlecze się przez to spełnienie naszych pragnień, ale wolimy zaczekać, niż służyć takiemu panu.
— No, co do tego, to masz u mnie wynagrodzenie, a Anka także. Ocaliliście nam życie oboje. Gdyby nie wy, jużbyśmy teraz nie żyli. To też należy wam się nagroda, odpowiednia waszemu czynowi i naszemu majątkowi.
— To prawda — zawołano ode drzwi. — Nie śmie nikt o nas powiedzieć, że nie umiemy być wdzięczni, zihdi.
Był to Halef, który wrócił ze stajni i słyszał koniec rozmowy.
— Nie jesteśmy niestety bogaci — mówił dalej — ale spodziewamy się, że będziemy mogli przyczynić się do waszego szczęścia. Jeżeli teraz przez nas porzucicie to miejsce, to musimy się postarać, żebyście wogóle już nigdy nie potrzebowali wracać do służby. Pytam się więc, Janiku, z całą szczerością mej duszy, czy chcesz Ankę pojąć za małżonkę.
— Naturalnie! — zaśmiał się Janik.
— A kiedy?
— Jak najrychlej.
— A ty, kwiecie z Kilissely i wybawicielko nasza, czy służący Janik ma zostać twoim mężem, któremu masz być posłuszną, dopóki będzie rozumny i żądać nie będzie od ciebie niedorzeczności?
— Tak, pragnę, żeby był mym mężem — rzekła dziewczyna, rumieniąc się.
— Niechaj więc spłynie na was nasze błogosławieństwo z tego worka szczęścia i wdzięczności. Jestem sławnym kasyerem naszego towarzystwa. Były to pieniądze nieszczęścia, lecz postanowiliśmy zamienić je w monetę szczęścia, a teraz mamy do tego sposobność.
Wyjął długą sakiewką, która zawierała pieniądze, zdobyte w walce koło derekulibe i otworzył ją.
— Pozwolisz, zihdi? — zapytał.
— Chętnie! — rzekłem, ciekawy, ile da obojgu.
— Więc złóżcie ręce i chwytajcie deszcz szczęścia! Janik się nie ociągał. Złożył obie rące małymi palcami do siebie i podał je hadżemu. Widząc to, postąpiła Anka tak samo. Złożone dłonie przybrały kształt wklęsłej miski i mogły objąć sporą ilość pieniędzy. Halef sięgnął do worka i zaczął liczyć, kładąc na przemian po złotówce to w ręce Anki, to Janika:
— Bir, iki, ycz, dyrt, besz, alti, jedi, sekic, dokuc, on — a więc do dziesięciu.
Liczył same złote tureckie funtówki, po sto piastrów jedna, a więc obojgu po tysiąc piastrów czyli około 220 koron, co dla nich było sumą bardzo znaczną. Potem zapytał oboje radośnie zdumionych:
— Czy wiecie, co to jest akcze baszy[85]?
— Nie — odrzekł Janik.
— Akcze baszy, to kwota, o którą złoto więcej warte od srebra. To wynosi teraz po ośm od sta. Jeśli będziecie mieniać taką złotówkę, to muszą wam dać za nią sto ośm piastrów w srebrze. Zapamiętajcie to sobie, bo to wynosi po ośmdziesiąt piastrów dla każdego z was.
To pouczenie kupieckie nie było bynajmniej zbytecznem. Stosześćdziesiąt piastrów stanowiło dla tej pary sumę wcale nie obojętną. Nie wiele jednak zważali na jego słowa. Wszystkie ich uczucia i myśli skoncentrowały się w spojrzeniach, zwróconych z radością na złotówki.
— Panie — zawołał w końcu Janik — czy ty z nas sobie żartujesz?
— Nie — odrzekł poważnie Halef.
— Ależ to niemożliwe! Tysiąc piastrów dla mnie i tysiąc dla Anki — kto temu uwierzy?
— To, co macie w ręku, to wasze, a to, co w moim, to do mnie należy. Zróbcie z waszą własnością to co ja z moją. Uważajcie!
Zwinął sakiewkę i wsunął ją, krząkając, do kieszeni. Oni jednak wahali się pójść za jego wezwaniem.
— Te pieniądze... samo złoto — zawołała Anka. — Powiedz nam jeszcze raz, że to odtąd jest naszem, bo nie mogę uwierzyć.
— Czy uwierzycie, czy nie, to mi jest obojętne. Główna rzecz w tem, żebyście schowali, a potem się pobrali. Janikowi było tak pilno, więc niech się teraz nie ociąga.
— O, muszę jeszcze effendiego zapytać. To suma taka wielka! My tyle nie potrzebujemy, bo mamy nasze oszczędności. Co dla was zostanie, jeśli darujecie nam cały majątek?
— Nie troszcz się o nas — zaśmiał się mały hadżi. — My już wiemy, jak żyć bez pieniędzy. Jedziemy po jol mihmandarlykin[86] i nawet nasi najwięksi wrogowie muszą nam płacić haracz. Czy sądzicie może, że waszemu panu Habulamowi darujemy chociażby piastra za to, co zjedliśmy u niego? Ani nam to w głowie. Mam nadzieję, że mój zihdi pozwoli zapłacić mu inną monetą. Widzicie, że nam nie trzeba pieniędzy. Możecie więc zabrać sobie tych kilka złotówek i nie myśleć, że będziemy głodem przymierali. Zresztą przyswoiliśmy sobie od pewnego czasu chwalebny obyczaj, że każdemu hultajowi, który wpadnie nam w ręce, zabieramy to, co ukradł, i darowujemy ludziom uczciwym. Prawdopodobnie spotkamy niebawem znowu takich łotrów! Wówczas siedzieć będziemy jak kusz w pirincz demeti[87] i chwalić Allaha za dobroć, z jaką rządzi państwem padyszacha.
Aby położyć kres podziękowaniom obojga uszczęśliwionych, kazałem Halefowi i Janikowi zabrać nasze rzeczy i udać się do stajni, aby konie posiodłać.
— Chcesz odjeżdżać, effendi? — zapytał Janik strapiony.
— Tak, ale nie zaraz. Chciałbym tylko, żeby konie były gotowe na wszelki wypadek. Ciebie i Ankę zabieramy z sobą.
— Ależ Murad Habnlam się na to nie zgodzi!
— Postaram się o to, żeby dał zezwolenie.
— Bylibyśmy ci wdzięczni podwójnie. Przybyłeś tu, jak gdyby...
— Cicho! Wiem już, co chcesz powiedzieć i wystarczy nam na razie to, że jesteś człowiekiem dobrym i wdzięcznym.
Wyszli, ja zaś usiadłem na krześle pani Habulamowej i kazałem się potoczyć za nimi.
Pierwsza szarość świtu pojaśniała tymczasem. Można było widzieć dość daleko. Deszcz ustał całkiem, a niebo wskazywało na pogodę.
Aby się dostać do stajni, musieliśmy minąć otwarty budynek w kształcie szopy. Dach spoczywał na tylnej ścianie, a z przodu na słupach drewnianych tak, że można było widzieć wszystko, co wewnątrz się znajdowało. Zauważyłem tam wóz, ale nie z tych ciężkich, zwanych araba i zaprzęganych wołami, lecz lepszej i ładniejszej budowy, jakie w tamtych stronach nazywają koczu lub hintot. Obok wisiała turecka at takymy[88] na ścianie, tak, co prawda, podobna do naszej, jak wełniany łeb czarnego stróża haremu do fryzury francuskiego baletmistrza. Oba te przedmioty nadawały się do mego zamiaru, zwłaszcza że w stajni obok innych koni stał jeden młody i żwawy, w sam raz do tej uprzęży. Przypilnowałem napojenia i osiodłania koni i kazałem się potem zawieźć do Habulama.
— Czy ja i Anka mamy pójść także? — spytał służący.
— Tak jest.
— Ale nam się dostanie!
— Nie bójcie się. Będziecie ciągle za mną stali i nie opuścicie tego miejsca bez mego pozwolenia.
Wyszedłszy ze stajni, zauważyliśmy jakiegoś człowieka, stojącego w pobliżu i obserwującego nas widocznie.
— Kto to? — zapytałem Janika.
— Jeden z parobków, którzy prawdopodobnie pilnowali koni waszych wrogów. Czy zapytasz go, gdzie są te drzewa?
— Onby tego nie powiedział.
— Pewnie, że nie.
— W takim razie wolę słów oszczędzić, gdyż Humun z pewnością mi objaśni wszystko.
Wyszedłszy do sieni, ujrzałem go opartego o ścianę. Stał tak, że mógł przez drzwi spoglądać na stajnię. Zaszczycał nas zatem swoją uwagą.
— Czego tu chcecie? — ofuknął.
— Pragnę pomówić z twoim panem, Muradem Habulam — odrzekłem.
Nie odważył się spojrzeć wprost na mnie, gdyż obawiał się mojego wzroku i na dał palcom swoim pozycyę, która ma skutkować przeciwko złemu spojrzeniu.
— To nie może być — oświadczył.
— Czemu nie?
— Bo śpi.
— Więc proszę, byś go obudził.
— Tego mi nie wolno.
— Ale ja sobie tego życzę!
— Nie obchodzą mnie twoje życzenia!
— W takim razie rozkazuję ci! — powiedziałem z wielkim naciskiem.
— Ty nie masz prawa mnie rozkazywać!
— Halefie, harap!
Zaledwie te dwa słowa padły z ust moich, zaczął kurbacz trzaskać po plecach tego wroga z taką siłą, że uderzony skurczył się natychmiast aż do ziemi. Natomiast Halef wołał:
— Kto nie ma prawa tobie rozkazywać, grubijaninie? Ja ci powiadam, że całe państwo sułtana i wszystkie kraje na ziemi muszą słuchać mego emira, gdy ja się przy nim znajduję, ja, lew ryczący wobec ciebie, ty glisto kichająca!
Humun chciał się bronić przed uderzeniami, lecz spadały nań tak szybko i gęsto, że musiał je przyjmować spokojnie. Tylko wycie jego przeniknęło do wszystkich komnat zamkowych. Wreszcie Halef odstąpił od niego, ale trzymając harap do góry, zapytał:
— Czy wyciągniesz teraz z łóżka jaszly uerkekli[89]?
— Ja cię zaskarżę! Obedrą cię ze skóry, żywcem cię ze skóry obedrą! — ryczał obity, uciekając czemprędzej.
— Effendi, to się źle zapowiada — ostrzegał Janik.
— My się nie boimy — odrzekłem. — Dzisiaj wielkie święto, zwane jortu gunu dajakin[90]. Będziemy je obchodzili z największą nabożnością.
— Nie słyszałem jeszcze nigdy o takiem święcie.
— Poznasz je dzisiaj — rzekł Halef. — Zihdi, powiedziałeś teraz wielkie, wspaniałe słowo. Radość będzie z ciebie między wiernymi i rozkosz pośród zbawionych w trzech ostatnich niebiosach. Chcesz nareszcie pokazać, że jesteś ozdobą męskiego rodu i koroną bohaterów. Mięśnie moje staną się jako węże, palce jako nożyce raka. Wściekać się będę pomiędzy zbójami i szaleć pośród morderców. Zerwie się w Kilissely wycie i wrzask wśród synów zbrodni. Jękną matki i córki tych, którzy mają nieczyste sumienie, a ciotki i siostry niesprawiedliwych powyrywają sobie włosy z głowy i podrą swoje zasłony. Odwet paszczę otwiera, a sprawiedliwość ostrzy pazury, gdyż oto stoi tu sędzia z harapem zemsty w dłoni, bohater dnia, hadżi Halef Omar Ben hadżi Abul Abbas, Ibn hadżi Dawud al Gossarah!
Stał z podniesionemi rękoma i natchnionem obliczem w postawie i z giestem mówcy, który świadom jest tego, że pracuje nad rozwiązaniem światem wstrząsającej kwestyi.
Humun okłamał nas, twierdząc, że śpi pan jego. Właśnie, gdy skręcaliśmy do komnaty, w której Habulam przyjął mnie po przybyciu, wybiegł naprzeciw nas i huknął na mnie groźnie:
— Człowiecze, pozwalasz sobie bić mego służącego? Mam wielką ochotę kazać was wszystkich oćwiczyć! Nie był sam, gdyż znajdowali się przy nim Humun i krawiec Suef, którego zwano Afritem, a poza tą grupą ukazało się jeszcze pięciu, albo sześciu parobków i służebnic.
Nie odpowiedziałem nic, lecz dałem znak Omarowi, żeby sunął mnie dalej. Złość Habulama wzrosła widocznie wskutek mego milczenia, gdyż mijając nas, miotał przekleństwa i groźby, których urzeczywistnienie oddałoby nas na pastwę zupełnego zniszczenia. Gdy dostaliśmy się do drzwi jego pokoju, chciał je Halef otworzyć, lecz Habulam zastawił je sobą i krzyknął:
— Tam nikomu nie wolno! Ja wam zakazuję!
— Ty? — spytał Halef. — Ty nie śmiesz nam nic zakazywać.
— Jestem najwyższą władzą policyjną i sądową w tej miejscowości!
— W takim razie można życzyć szczęścia kochanemu Kilissely. Jeśli najwyższa władza grabi i morduje, to co czynią poddani? Wynoś się z łaski swojej, bo złożę ci ypisz[91] harapem, ale silny bardzo. Zrozumiałeś? Podniósł harap, a że gospodarz od drzwi nie odstąpił, otrzymał takie uderzenie, że jednym skokiem opuścił swoje stanowisko tak zręcznie, że klown cyrkowyby się nie powstydził. Zarazem krzyknął:
— On mnie bije! Allah to widział, a wy także! Uderzcie na niego! Rzućcie go na ziemię i skrępujcie! Wezwanie to odnosiło się do parobków, tymczasem ani oni, ani Humun, ani Suef nie odważyli się dotknąć hadżego. On zaś nie oglądnął się nawet na nich, lecz otworzył drzwi i wszedł do środka. Poszliśmy za nim. Za nami wpadł Habulam, a za nim reszta. Stanął na środku pokoju i krzyknął:
— To okropne! Ukarzę to jak najsurowiej. Jestem naczelnikiem tutejszego dżezah mehkemeleri[92].
— Kilissely, to wieś zwyczajna, w której niema takiego sądu — odparłem.
— Ale ja jestem mollao[93] tej miejscowości!
— Nie wierzę. Gdzie odbyłeś studya?
— Studya? To niepotrzebne.
— Oho! Jeśli chcesz być mollao, to musiałeś do dwunastego roku życia chodzić do subjahn mekteb[94], a potem do medresseh[95], aby otrzymać tytuł softy. Czy masz go, czy posiadałeś go kiedy?
— To ciebie nic nie obchodzi!
— Nawet bardzo mnie obchodzi. Kto ma zasiadać w sądzie nad nami, ten musi nam dowieść, że ma prawo i uzdolnienie do tego. Czy umiesz po arabsku mówić i pisać?
— Tak.
— Po persku także?
— Tak.
— I umiesz cały Koran na pamięć? Tego wszystkiego wymaga się od softy.
— Umiem.
— Udowodnij! Wygłoś mi surę czterdziestą szóstą, zwaną el Ahkaf.
— Jak się ona zaczyna? — zapytał z wielkiem zakłopotaniem.
— Słowami: „W imię Boga najmiłościwszego“ jak wszystkie sury.
— Ale to nie jest właściwy początek.
— Ten brzmi tak: „Objawienie tej księgi pochodzi od Boga wszechmogącego i wszechmądrego. Niebiosa i ziemię i wszystko, co jest między niemi, stworzyliśmy zaprawdę na czas tylko pewien, ale niewierni odwracają się od przestrogi im danej...“ Mów dalej!
Sięgnął ręką za ucho, by się poskrobać i powiedział:
— Kto ci dał prawo mnie egzaminować? Byłem softą i masz w to wierzyć. Pilnujcie drzwi, żeby żaden z tych obcych oskarżonych nie umknął i przynieście w tej chwili kytek aleti[96]!
Wystosował ten rozkaz do swych podwładnych i znalazł prędko posłuch. Humun i Suef stanęli po obu jego bokach, a reszta zajęła miejsca pomiędzy nami a drzwiami, aby odciąć nam odwrót. Jedna z dziewek pobiegła po przyrząd.
Teraz usiadł Habulam na środku pokoju i skinął na towarzyszy, żeby uczynili to samo.
— Wy jesteście szehadedżiler i imdadlar[97] — powiedział — i macie wyrok zatwierdzić.
Wszyscy trzej hultaje przybrali teraz miny tak urzędowe, że się z trudem wstrzymałem od śmiechu.
— Zihdi, czy rzeczywiście przyjmiemy to milczeniem? — zapytał Halef zcicha. — Wszak to wstyd dla nas!
— Nie, to tylko zabawa. Kilkakrotnie już zamieniliśmy się z oskarżonych w oskarżycieli i to stanie się dzisiaj.
— Cicho! — krzyknął na mnie Habulam. — Zbrodniarz ma milczeć, kiedy stoi przed sądem. Janiku, Anko, co wy macie do czynienia obok złoczyńców? Zbłądziliście ciężko przeciwko moim rozkazom i otrzymacie potem zasłużoną karę. Teraz odstąpcie!
To było już zbyt śmieszne! Mieliśmy oczywiście wszystką naszą broń przy sobie, a ten stary grzesznik wyobrażał sobie, że istotnie uszanujemy jego wyrok. Janik i Anka zostali przy nas, więc Habulam powtórzył wezwanie tonem surowszym.
— Wybacz! — odezwałem się. — Oni oboje są od dziś u mnie na służbie.
— Nic o tem nie wiem.
— Powiedziałem ci teraz, więc już wiesz.
— Rozumiem ciebie. Zbuntowałeś ich przeciwko mnie, ale ja tego nie zniosę i ukarzę ich mimoto.
— O tem później pomówimy — odrzekłem spokojnie. — Widzisz, że rozprawa sądowa już się może rozpocząć.
Wskazałem na dziewkę, która wróciła właśnie z maszyną do chłosty i postawiła ją przed starym.
Przyrząd ten należy sobie wyobrazić jako długą, wązką, czworonożną pierwotnie ławę, z której wyjęto na jednym końcu dwie nogi tak, że ma tylko na drugim dwie tuż obok siebie. Ławę tę umieszcza się na ziemi tak, że nogi sterczą do góry. Winowajca kładzie się plecyma na desce w ten sposób, że nogi jego, zwrócone nieco do góry, oparte są na nogach ławy. Tak potem go przywiązują i wyliczają mu zapowiedziane razy na gołe, prostopadle podniesione podeszwy.
Jak bolesna to kara, wynika stąd, że często już po pierwszem uderzeniu pęka podeszwa. Wprawny kawas bije napoprzek wązkiej płaszczyzny podeszwy. Zaczynając od pięty, dochodzi aż do palców, nie pomijając najmniejszego skrawka skóry. Uderzenie pada naprzemian to na lewą, to na prawą stopę. Jeżeli podeszwy popękają od pięty aż do palców, zanim egzekucya dobiegnie do końca, zadaje się resztę razów w ten sposób, że się z poprzednimi krzyżują. Turek nazywa to w swoim wygodnym sposobie wyrażania się satrandż tachtassy wurmak, tzn. „bić w szachownicę“.
Murad Habulam przypatrywał się ławie wzrokiem niemal pieszczotliwym. Potem spojrzał znacząco na nas i zawołał do jednego ze stojących za nami parobków:
— Bejaz, tyś najsilniejszy. Chodź tu! Obejmiesz idżrę[98].
Parobek, człowiek duży i silny, udał się do niego i pieścił oczyma przyniesione przez dziewkę, leżące obok ławy, kije. Murad Habulam podniósł się dumnie, odchrząknął i zaczął badać, zwrócony do mnie:
— Imię twoje Kara Ben Nemzi?
— Tak mnie tu nazywają.
— Ty jesteś panem i władcą tego hadżego Halefa Omara, który stoi obok ciebie?
— Nie władcą, lecz przyjacielem.
— To wszystko jedno. Czy przyznajesz, że mnie uderzył?
— Tak.
— Ponieważ sam to przyznajesz, więc nie potrzebuję go pytać. Czy wiesz, ile razy uderzył Humuna?
— Nie liczyłem.
— Najmniej dwadzieścia! — zawołał Humun.
— Dobrze. Ja otrzymałem wprawdzie tylko jedno uderzenie, ale...
— Niestety! — przerwał mu Halef. — Wolałbym, żebyś był dostał dwa razy tyle, co Humun!
— Milcz! — huknął na niego Habulam. — Masz mówić tylko wówczas, gdy ciebie o co zapytam. Zresztą podziękuj Allahowi, że cię wstrzymał od dalszego bicia. Jestem tutaj panem i władcą i każde uderzenie, wykonane na mojej osobie, znaczy trzydzieści. To razem z temi, które Humunowi się dostały, wynosi pięćdziesiąt. Odbierzesz teraz na podeszwy taką samą ilość. Przystąp i zdejmij obuwie! Parobek Bejaz robił coś koło sznurów, którymi miano przywiązać Halefa. Spojrzałem ma moich towarzyszy. Miny ich były naprawdę pyszne.
— No, prędzej! — rozkazał Habulam.
Gdy Halef nie posłuchał, rzekł do Bejaza:
— Idź i przyciągnij go!
Parobek przystąpił do Halefa, ten jednak wyjął z za pasa pistolet i odwiódł kciukiem oba kurki. Na to Bejaz skoczył w bok i krzyknął do swego pana:
— O Allah! Ten człowiek strzela! Radź sobie z nim sam!
— Tchórzu! — wrzasnął Habulam. — Ty, olbrzym, boisz się takiego karła?
— Nie jego, lecz pistoletu.
— On nie śmie strzelić! Dalej ludzie! Wziąć go i przyprowadzić tu! Parobcy jęli na siebie spozierać wzrokiem, pełnym wątpliwości. Obawiali się hadżego. Jeden tylko okazał odwagę. Był to krawiec Suef. Wydobył z kieszeni także pistolet, chociaż poprzednio nie widzieliśmy u niego takiej broni, przystąpił bliżej i rzekł do parobka:
— Bejazie, czyń swą powinność! Skoro tylko podniesie pistolet, wpakuję mu w łeb kulę!
Wczoraj wydawał się ten człowiek najspokojniejszym i najniewinniejszym krawczykiem, a teraz twarz jego przybrała wyraz nienawiści i stanowczości, która ludziom innym niż my mogłaby strachu napędzić.
— Ty krawcze, chcesz strzelać? — zaśmiał się Halef.
— Milcz! Nie jestem krawcem! Czego, wy cudzoziemcy, u nas szukacie? Co was nasze sprawy obchodzą? Chcecie nam przeszkadzać w robieniu, co się nam podoba, a jesteście tak niewymownie głupi, że mnie uważacie za krawca! Gdybyście wiedzieli, kim i czem ja jestem, zadrżelibyście ze strachu. Ale wy mnie poznacie, a rozpocznę od ciebie. Jeśli nie pójdziesz natychmiast do ławy i nie zdejmiesz tam obuwia, to my potrafimy wymusić posłuszeństwo!
To było powiedziane na seryo. Halef łypnął na niego okiem z podełba, wziął pistolet w lewą rękę, z czego odgadłem, co teraz nastąpi, i zapytał głosem przyjaznym:
— A to w jaki sposób?
— Tak... w ten sposób!
Suef wyciągnął rękę, aby hadżego za pierś chwycić, Halef jednak zamachnął się błyskawicznie i palnął go w twarz tak potężnie, że pistolet wypadł mu, a on sam zatoczywszy wielki łuk, runął na ziemię. Zanim miał czas się zerwać, klęczał już Halef na nim, schowawszy błyskawicznie broń za pas i policzkował go z takim pośpiechem obiema rękami, że tamten nie mógł się ruszyć dla swej obrony.
Habulam podskoczył z siedzenia i ryczał z wściekłości. Humun giestykulował jak zwaryowany, ale nie śmiał przyjść Suefowi z pomocą. Parobcy wrzeszczeli razem z dziewkami, ale nie opuścili swoich miejsc. Wszczął się hałas, naprawdę piekielny, aż Halef zostawił przeciwnika na ziemi, a sam powstał.
Suef rzucił się ku miejscu, gdzie był jego pistolet, ale hadżi szybko odtrącił go nogą tak, że uderzył o moje krzesło i tam pozostał. Suef podbiegł, żeby go podjąć i tak dostał mi się pod ręce. Właśnie, gdy się pochylił, schwyciłem go za kark ręką i podniosłem. Skutkiem tego chwytu to było, że mu ręce opadły bezwładnie i zaczął trwożnie łapać powietrze. Osko schował jego pistolet, ja zaś dałem krawcowi klapsa w głowę i posadziłem go u stóp na ziemi.
— Tu siedź i ani się rusz! — rozkazałem. — Jeśli tylko zrobisz minę, że chcesz wstać bez mego pozwolenia, zgniotę twą nędzną głowę jak jajko.
Opuścił głowę i ręce i siedział bez ruchu. Reszta jeszcze szalała.
— Weź harap i zrób porządek, Halefie!
Ledwie wypowiedziałem te słowa, zaczął harap Halefa spadać ze świstem na grzbiet Habulama. Stary zamilkł natychmiast, Humun także, a wszyscy inni poszli w tej chwili za ich przykładem.
— Siadaj! — krzyknąłem na naszego sędziego, który też zaraz usłuchał.
— Precz od drzwi! — zawołałem na służbę! — Pakujcie się do kąta! Tam zostaniecie, dopóki nie pozwolę wam wyjść!
Wykonali ten rozkaz z pośpiechem. Mieliśmy więc tył wolny i mogliśmy objąć okiem wszystkich i wszystko.
Widać było po Habulamie, że nie wie, co ma powiedzieć i jak się zachować. Gniewny wzrok jego przelatywał z jednego na drugiego. Zwinął ręce w pięści i usta zacisnął. Wreszcie otworzył je, by z wybuchem gniewu zwrócić się do mnie.
— Milcz, bo znów dostaniesz harapem! — zawołałem doń. — Teraz na mnie kolej przemówić. Czy sądzisz, że przyszliśmy tu do ciebie, aby sobie dać podeszwy do krwi obić? Czy ci się zdaje, że jesteśmy ludźmi, których ty możesz sądzić? Teraz my ogłosimy wyrok na was i wykonamy go zaraz. Kazałeś przynieść maszynę do chłosty i my zrobimy z niej użytek.
— A tobie co! — odparł. — Chcesz mnie tu we własnym domu...
— Cicho — przerwałem mu. — Jak ja mówię, to ty masz milczeć. Twój dom, to nora zbójecka, a ty myślisz, że...
Musiałem w tej chwili także przestać, albowiem Osko krzyknął i rzucił się na rzekomego krawca. Mimo że oczy moje zwrócone były na Humuna, ja zauważyłem również ruch Suefa. Był to istotnie niebezpieczny osobnik. On jeden odważył się za broń chwycić. Teraz sądził zapewne, że na niego nie zważam. Wsunął rękę pod bluzę i dobył noża. Zerwawszy się potem błyskawicznie ku mnie, chciał mi go wbić w piersi, ale mu się to nie udało. Osko porwał go w sam czas za rękę, a w tej chwili ja ścisnąłem go także za gardło.
Halef przyszedł i odebrał nóż pokonanemu powtórnie.
— Przeszukaj mu kieszenie, dopóki go trzymamy! — powiedziałem.
Przy tej czynności wyciągnął Halef stary dwururkowy pistolet, nabity, rozmaite drobiazgi i dobrze wypchaną sakiewkę, którą otworzył i podał mi z zapytaniem:
— Widzisz te złotówki? I ten drab udawał biedaka, który krawiectwem przepycha się ze wsi do wsi. To pieniądze ukradzione, lub zrabowane. Co z nimi zrobimy?
— Włóż mu je napowrót do kieszeni. To nie do nas należy, ale broń mu odbierzemy, żeby nią zła nie wyrządzał.
Posadziłem znów łotrzyka na ziemi. Zgrzytał zębami. Kim i czem był właściwie? Zadrżelibyśmy ze strachu, gdybyśmy się dowiedzieli, jak sam powiedział. Musiałem uczynić go nieszkodliwym dla nas, ale w tym celu nie potrzebowałem mu odpłacać wet za wet, czyli morderstwem za morderstwo. Natomiast powinien był ponieść karę dotkliwą, a zarazem taką, któraby pozbawiła go zdolności do zajmowania się nadal nami.
— Przywiążcie go tam do ławy! — zabrzmiał mój wyrok.
Hultaj udał, że chwyt za gardło odebrał mu wszelką możliwość mchu, zaledwie jednak wymówiłem te słowa, poderwał się, w dwóch skokach był przy Habulamie, wyrwał mu oburącz z za pasa sztylet i pistolet, odwrócił się do mnie i zawołał:
— Mnie przywiązać? To twoje ostatnie słowo!
Wymierzył do mnie, kurek kłapnął i nastąpił huk wystrzału. Zaledwie miałem tyle czasu, żeby rzucić się z całych sił na bok i upadłem na ziemię razem z fotelem. Nie trafił mnie, ale jak się potem okazało, przeleciała kula między Janikiem i Anką, stojącymi poza mną i wbiła się w drzwi.
Nie wiem, jak tego dokazałem z moją zagipsowaną nogą, zaledwie jednak dotknąłem ziemi, powstałem i rzuciłem się nie skokiem, lecz w salto mortale, na mordercę. W tem właśnie miejscu, gdzie był opryszek, zatrzymałem się znowu, pochwyciłem go oburącz i szarpnąłem z sobą razem na ziemię.
Murad Habulam i jego ludzie nie mogli słowa przemówić ze strachu. Nie ruszyli się z miejsca. Suef leżał podemną. Klęczałem mu wpoprzek na obu rękach i cisnąłem głowę do ziemi. W prawej ręce trzymał on jeszcze wystrzelony, nie dwururkowy na szczęście, pistolet, a w lewej sztylet. To mogło być dla mnie niebezpieczne, ale przytomny Halef klęczał już obok niego i trzymał go za rękę.
— Osko! — zawołał.
— Na ławę z nim, żeby nie mógł poruszyć żadnym członkiem ciała!
W niespełna minutę przywiązany był Suef do ławy tak, jak tego wymaga bastonada. Janik przysunął fotel, i ja usiadłem.
— Widzisz więc teraz, że dom twój jest norą zbrodniarzy, jak ci to przedtem powiedziano — huknął Halef na starego. — Gdyby ten effendi nie był tak przyzwyczajony do walki i przytomny, byłby teraz już trupem. Ale zobaczyłbyś w takim razie, coby się stało. Teraz jednak wyczerpała się nasza cierpliwość. Dowiecie się teraz wszyscy, co to znaczy strzelać do nas i podawać nam zatrute potrawy!
— Nic nie wiem o tem — twierdził stary.
— Milcz! Potem przyjdzie kolej na ciebie. Zaczniemy od tego nędznika. On wprowadził nas do tego domu zbójów. On wiedział, że nas tu miano zamordować. Zihdi, wydaj wyrok, co się z nim ma stać! Czy nie sądzisz, że zasłużył na śmierć?
— Zasłużył, lecz darujemy mu życie. Może być, że się zmieni. Jako podnietę do poprawy dostanie bastonadę, która ciebie miała spotkać.
— Ile kijów?
— Trzydzieści.
— To za mało; powinien dostać pięćdziesiąt.
— Trzydzieści wystarczy.
— W takim razie muszą być mocne. Kto je wyliczy?
— Ty oczywiście. Wszak cieszyłeś się na to!
Chociaż Halef w pewnych okolicznościach posługiwał się chętnie harapem, to teraz spodziewałem się, że nie przyjmie tego mandatu. I nie pomyliłem się, bo dzielny hadżi odpowiedział z dumnym ruchem ręki:
— Dziękuję ci, effendi! Gdzie idzie o wymuszenie dla siebie szacunku, jestem gotów użyć harapa, lecz kawasem być nie chcę. Harap to oznaka władzy, ale nie patyk. Wykonać wyrok, to rzecz kata, a ja katem nie jestem.
— Masz słuszność. Oznacz więc sam, kto to ma zrobić.
— Owszem. To tak miło patrzeć, jak sobie przyjaciele i koledzy cześć okazują Humun jest sprzymierzeńcem krawca. On da mu tych trzydzieści kijów na znak szacunku i bratniej miłości.
Na to zarządzenie godziłem się w zupełności. Skinąłem na znak tego, poczem Halef zwrócił się do Humuna:
— Słyszałeś, co powiedziano? Przystąp bliżej i udziel towarzyszowi dobrodziejstwa sprawiedliwości!
— Tego nie zrobię! — wzbraniał się sługus.
— Chyba żartujesz. Radzę ci myśleć o sobie. Tych trzydzieści kijów musi krawiec dostać, a jeśli ty mu ich nie dasz, to sam je otrzymasz. Przyrzekam ci to na brodę ojca mojego. Więc naprzód! Nie ociągaj się, bo ci pomogę!
Humun zrozumiał, że się wymknąć nie zdoła. Przystąpił do ławy i podniósł jeden z kijów. Widać jednak było po nim, że niezbyt gorliwie spełni swój urząd. Dlatego ostrzegł go Halef:
— Ale zapowiadam ci, że po każdem uderzeniu które wyda mi się za słabe, ty dostaniesz harapem. A więc pilnuj się! Osko, weź harap od effendiego i stań z drugiej strony tego dobrodusznego człowieka. Ilekroć dam mu poczuć mój kurbacz, tylekroć uczynisz ty to samo. To zachęci go do zaskarbienia sobie naszego zadowolenia. Omar będzie liczył i komenderował.
Położenie Humuna było bardzo przykre. Byłby oszczędzał chętnie towarzysza, ale z prawej strony stał Halef, a z lewej Osko z harapem w ręku. Był więc sam zagrożony i rozumiał, że musi słuchać. Zresztą nie poraź pierwszy dawał bastonadę. Widać to było po sposobie przykładania kija do miejsca, w które trafić zamierzał.
Suef nie rzekł ani słowa. Nie mógł się ruszyć, gdyby jednak spojrzenia, które ku nam ciskał, były ostrzami noży, byłby nas nawskróś poprzebijał.
Murad Habulam oka nie oderwał od tej sceny. Czasem zdawało się, że chce przemówić, lecz się wstrzymywał. Gdy jednak Humun zamierzył się do pierwszego uderzenia, nie zdołał już dłużej milczeć i zawołał:
— Rzuć kij! Ja każę!
— Ani słowa! — krzyknąłem. — Chcę z wami postąpić łagodniej, niż wy ze mną; jeśli jednak jeszcze słowo powiesz bez mego pozwolenia, zabiorę cię do Uskub i oddam w ręce sędziego. Potrafimy udowodnić, że godziłeś na nasze życie, a jeśli sądzisz, że po naszym odjeździe wypuszczą cię sędziowie tego kraju, to zwracam ci uwagę, że w Uskub jest kilku balioslar[99] z Zachodu, którzy mają władzę wyjednania najcięższej kary dla ciebie. Jeżeli jesteś rozumny, to zamilknij!
Skurczył się. Znał władzę wspomnianych urzędników i bał się ich. To też od tej chwili nie powiedział już ani słowa.
Suef otrzymał swoich trzydzieści batów. Zacisnął usta i prócz zgrzytania zębami nie wydał głosu z siebie. Ujrzawszy pierwszą krwawą pręgę, przestał Humun widocznie myśleć o względach dla krawca. Walił tak silnie, że sambym go był powstrzymał. Są właśnie ludzie, którym dopiero na widok krwi przychodzi jej pragnienie. Dzicy ludzie upajają się tem podobno.
Zaraz za pierwszem uderzeniem zamknąłem oczy. Nie jest to bynajmniej przyjemnie być świadkiem takiej egzekucyi. Przyszedłem jednak do przekonania, że sprawiedliwość oraz wzgląd na nas i naszych bliźnich żąda od nas, byśmy tu nie rządzili się łaską, a przyszłość dowiodła, że Suef na tę karę więcej niż sowicie zasłużył.
Nie wydał on głosu ze siebie, ale po ostatniem uderzeniu zawołał:
— Raki, raki tabanlar ucerinde doky, czapuk, czapuk — raki, lejcie raki na podeszwy, prędko, prędko!
Teraz odważył się Habulam przemówić i kazał Ance przynieść raki. Przyniosła pełną flaszkę, a Humun włożył ją najpierw do ust obitemu. Suef pociągnął kilka haustów, poczem wylano mu ten ostry płyn na podeszwy. Wydał ze siebie tylko syk boleści. Ten człowiek miał chyba nerwy, jak druty stalowe. A może już przedtem tak często otrzymywał bastonadę, że natura jego już do tego przywykła.
Po odwiązaniu zaczołgał się do Habulama. Tam skurczył nogi i wcisnął głowę pomiędzy kolana, odwracając się od nas wzgardliwie plecami.
— Effendi, z tym już koniec — oznajmił Halef. — Na kogo teraz kolej?
— Na Humuna — odrzekłem krótko.
— Ile?
— Dwadzieścia.
— Od kogo?
— Ty wyznacz egzekutora!
— Murad Habulam!
Hadżi spisywał się paradnie. Tem, że jeden łotr obijać musiał drugiego, zasiewał wśród nich nienawiść i chęć zemsty. Habulam się ociągał:
— Humun był zawsze wiernym sługą: nie mogę go bić!
— Dlatego właśnie, że ci służył tak wiernie, dasz mu namacalny dowód swego zadowolenia — odpowiedział Halef.
— Ja nie pozwolę się zmusić!
— Jeśli mu nie da tych dwudziestu — rozstrzygnąłem — to sam dostanie czterdzieści.
To poskutkowało. Sługus bronił się, gdy go przywiązywano do ławy, ale mu to nic nie pomogło. Pan jego wstał i ujął z wahaniem patyk, ale harapy wzmocniły jego rękę tak, że uderzenia miały pełną wagę.
Humun nie wytrzymał kary tak mężnie, jak Suef. Krzyczał za każdem uderzeniem. Zauważyłem przytem, że drudzy służący z zadowoleniem mrugali na siebie i spozierali na mnie prawie wdzięcznemi oczyma. To był ulubieniec pana i zapewne innych dręczył.
On także kazał sobie rany wódką zakropić, poczem wsunął się w kąt i zwinął się tam w kłębek.
— A kto teraz przychodzi?
— Murad Habulam — brzmiała moja odpowiedź.
Wymieniony stał jeszcze obok ławy z kijem w ręku. Odskoczył ze strachu wstecz o kilka kroków i zawołał:
— Co? Jak? Ja mam także otrzymać bastonadę?
— Naturalnie — skinąłem głową, chociaż całkiem inne miałem względem niego zamiary.
— Nikt nie ma prawa do tego!
— Mylisz się, bo ja mam to prawo! Wiem wszystko. Czy nie otworzyłeś nam twego domu po to, żeby nas wymordowano?
— To wielkie kłamstwo!
— Czy brat twój, Manach el Barsza, dawniej poborca podatkowy w Uskub, ale teraz złożony z urzędu, nie był wczoraj u ciebie i nie doniósł ci o naszem i o swych towarzyszy przybyciu?
— Musiało ci się to przyśnić, ja nie mam brata!
— To może przyśniło mi się także, że umówiłeś się z nim, iż umieścisz nas w wieży pramatki, a służący twój Humun ducha będzie udawał?
— Panie, opowiadasz mi same nieznane rzeczy!
— Ale nie tajne są one Humunowi, jak to poznaję po jego zdumionym wzroku. Dziwi się, że odkryłem tę tajemnicę. Plan z upiorem nie dał się wykonać i wpadliście na pomysł, żeby wyleźć na wieżę i potem nas pozbawić życia.
— Allah, Allah! Czyś ty przy zmysłach?
— Ja miałem zginąć z rąk Aladżych, Barud el Amazat postanowił sprzątnąć Oskę, bo między nimi zachodzi konieczność zemsty z powodu Senicy. Twój brat Manach wziął na siebie Halefa, a Humun ofiarował się zamordować Omara. Miridit się cofnął, bo zawarł ze mną pokój i dał mi czekan, który tu widzisz u mego pasa.
— Allah akbar! On wie o wszystkiem. Powiedział mu to jego zły wzrok! — mruczał przerażony Humun.
— Nie, on nic nie wie, zupełnie nic! — zawołał Habulam. Nie znam nikogo z tych ludzi, których wymieniłeś, panie.
— Byli z tobą na wieży, a przedtem znajdowaliście się wszyscy w liczbie dziewięciu w pustej szopie, stojącej w pobliżu wieży.
— U mnie niema pustej szopy!
— To ja ci ją pokażę i powiem, że sam wlazłem pomiędzy snopy, że widziałem was i podsłuchałem. Słyszałem każde słowo, każde słowo!
Odskoczył i wytrzeszczył na mnie oczy.
— Czy Miridit nie dobył noża na starego Mibareka, zanim się oddalił?
— Ja-ja-ja nie wiem o niczem! — jąkał.
— No, to zapytamy Suefa; może on wie coś. A jeżeli nie odpowie, to nowych trzydzieści kijów rozwiąże mu język.
Na to odwrócił się wymieniony do mnie, pokazał mi zęby jak dzikie zwierzę, rzucił na mnie srogie spojrzenie i syknął:
— Psie! Ja kpię sobie z ciebie i z bastonady! Słyszałeś może, żem skomlił? Czy sądzisz, że się ciebie tak boję, iż tylko kije zmusić mnie mogą do wyjaśnienia prawdy?
— Więc powiedz, jeżeli rzeczywiście masz odwagę!
— Tak, mam odwagę. Jest tak, jak mówisz: chcieliśmy ciebie zabić. Nie udało się, lecz na Allaha, nie zajdziesz daleko, a wrony rozdzióbią wasze trupy!
— On majaczy; on majaczy! — krzyknął Habulam. — Ból z powodu bastonady odebrał mu zmysły!
— Tchórzu! — zgrzytnął Suef.
— Zihdi, zapytaj jeszcze Humuna — rzekł Halef. — Jeżeli nie zechce mówić, damy mu jeszcze dwadzieścia kijów w podeszwy.
Przystąpił do służącego i wziął go za ramię.
— Puść mnie, ty hadżi dyabelski. Przyznam się do wszystkiego! — krzyczał Humun.
— Czy sprawa ma się tak, jak przedstawił effendi?
— Tak, zupełnie tak.
— On także z bolu zwaryował! — zawołał Habulam.
— No — rzekłem — to dowiodę ci nowymi dwoma świadkami. Janiku, nie taj prawdy, czy Habulam niewinny?
— Chciał was zamordować — odpowiedział parobek.
— Łotrze! — krzyknął Habulam. — Spodziewasz się odemnie kary za nieposłuszeństwo i pragniesz zemścić się dlatego!
— Anko — mówiłem dalej — czy widziałaś, jak twój pan wsypał do jajecznicy proszku na szczury?
— Tak — odrzekła — widziałam to całkiem dobrze.
— O Allah, coza kłamstwo! Panie, przysięgam na proroka i wszystkich pobożnych kalifów, że jestem całkiem niewinny!
— W takim razie dopuściłeś się strasznego krzywoprzysięstwa, które cię...
Przerwano mi. Habulam znieważył imię proroka i pamięć kalifów fałszywą przysięgą. To rozgniewało obecnych Mahometan w najwyższym stopniu. Halef chwycił za harap, a gniewny pomruk przebiegł komnatę. Humun podniósł się na zranione nogi, podszedł kulejąc do swego pana, plunął mu w twarz i powiedział:
— Hajde — tfu! Bądź przeklęty po wieki wieków! Tchórzostwo twoje zaprowadzi cię do dżehenny! Służyłem panu, którego Allah pogrąży w najgłębszej otchłani potępienia. Porzucam ciebie, ale policzymy się przedtem.
Wtem i Suef stanął już obok Habulama, plunął nań także i zawołał:
— Hańba tobie i dniom twojej starości! Niech dusza twoja będzie potępiona, a pamięć o tobie niech zaginie u wszystkich wiernych! Wyrzekam się już wspólności z tobą!
Obaj wrócili, chwiejąc się, na swoje miejsca. Morderstwo gotowi byli wziąć na swe sumienie, ale bluźnierstwo przeciw prorokowi i jego następcom oburzyło ich do żywego.
Habulam stał, jak rażony apopleksyą. Przyłożył obie dłonie do czoła. Potem podniósł nagle ręce do góry i zawołał:
— Allah, Allah, zbłądziłem! Ale błąd ten naprawię. Wyznaję, że mieliście być wymordowani i że nasypałem do potrawy trucizny.
— Allah il Allah, Muhammed rassul Allah? — zabrzmiało dokoła.
Halef przystąpił doń, położył mu ciężko rękę na ramieniu, mówiąc:
— Szczęście twoje, że odwołujesz przysięgę! Mój effendi nie pozwoliłby mi na to, ale przysięgam ci na brodę proroka, że zaszłoby słońce twojego żywota, zanim byłbym dom ten opuścił. A zatem przyznajesz się do winy?
— Tak.
— Poniesiesz zatem i karę, którą na ciebie nałożymy. Effendi, ile dostanie kijów?
— Sto — odpowiedziałem.
— Sto! — wrzasnął stary. — Ja tego nie przeżyję!
— To twoja rzecz! Przyjmiesz sto kijów na podeszwy!
Omal nie upadł. Widziałem, jak mu się trzęsły kolana. Był to wielki drab, ale tchórz jeszcze większy.
— Miej litość! — jęczał. — Allah ci to wynagrodzi!
— Nie, Allah gniewałby się na mnie, gdybym postępował wbrew jego przykazaniom. Co powiedzieliby Suef i Humun, gdybym tobie karę darował, gdy tymczasem oni swoją odcierpieli!
— Na bastonadę z nim! — zawołał Suef.
— Niechaj tych sto dostanie! — zawtórował mu Humun.
— Słyszysz więc! — rzekł Halef. — Allah życzy sobie tego, a my także. Chodź zatem! Połóż długość członków swoich na ławie, żebyśmy cię mogli przywiązać.
Ujął go za ramię, aby go ściągnąć na ziemię. Wstrętny starzec wił się jak robak i jęczał, jak małe dziecko. Skinąłem na Omara i Oskę. Ci pochwycili go i przycisnęli do ławy.
— Wstrzymajcie się, wstrzymajcie! — krzyknął. Ja zginę od tego! Jeżeli umrę, duch mój będzie się wam ukazywał i nie zostawi was nigdy w spokoju!
— Powiedz twemu duchowi, żeby tego zaniechał — odparł Halef. — Gdyby się u mnie pojawił, odpokutowałby gorzko!
Przywiązano Habulama pomimo oporu. Jego kościste nogi krzywiły się, jak gdyby już teraz czuły ból spodziewany.
— Kto weźmie kij do ręki? — zapytał Halef.
— Ty — odpowiedziałem.
Chciał się sprzeciwiać, ale dałem mu znak, żeby milczał. Zrozumiał mnie.
— Ciesz się, Muradzie Habulam — rzekł, biorąc kij do ręki — że ja użyczę ci dobrodziejstwa tej kary. Tych sto kijów stanie za tysiąc. To zdejmie wielką część grzechów z twej duszy.
— Litości, łaski! — błagał stary. — Ja za kije zapłacę.
— Zapłacisz? — zaśmiał się Halef. — Ty żartujesz! Skąpstwo jest twoim dziadkiem, a chciwość matką twych przodków.
— Nie, nie! Nie jestem skąpy! Zapłacę za wszystko, wszystko!
— Na to nie pozwoli effendi. Chciałbym jednakże wiedzieć, ile ofiarowałbyś, aby uniknąć bicia.
— Dam chętnie za każde uderzenie całego piastra.
— To znaczy sto piastrów? Czyś zwaryował? Nasza przyjemność warta będzie dziesięć tysięcy piastrów, a twój ból, jeżeli dostaniesz bastonadę, dwadzieścia tysięcy. To czyni razem trzydzieści tysięcy, a ty oceniasz je na sto? Wstydź się!
— Dwieście!
— Milcz! Szkoda czasu na słuchanie słów twego skąpstwa. Zaczynam.
Stanął przed wzniesionemi w górę stopami starego, udał, że mierzy kijem w odpowiednie miejsce i rozmachnął się pozornie.
— Allahy fewerzin, dojmę. Na Boga, nie bij! — stęknął Habulam. — Dam więcej! Dam o wiele, o wiele więcej!
Niewątpliwie nie było to bicie estetyczną czynnością. Przyznaję zarazem, że nie przypatrywałem się temu z zachwytem, proszę jednak czytelników, by nie posądzili mnie o brak uczuć chrześcijańskich, lub ordynarność. Zgadzam się na to, że czynność ta nie odpowiada poczuciu godności człowieka, jednak miałem pełne prawo do tego.
Nie znajdowaliśmy się w kraju cywilizowanym zetknęliśmy się z ludźmi, przywykłymi do opłakanych stosunków półazyi. Przedewszystkiem należy wziąć to na uwagę, że ci ludzie byli członkami szeroko rozgałęzionej i wysoce niebezpiecznej bandy zbrodniarzy, której istnienie opierało się jedynie na tamecznych stosunkach. W Konstantynopolu nawet, a potem aż dotąd do Kilissely mieliśmy do czynienia z osobnikami, nie szanującymi życia, ani mienia współmieszkańców. Ciągle groziło nam niebezpieczeństwo śmierci, a teraz wisiała każdej chwili zguba nad nami. Zwabiono nas w dobrze obmyślany i wyrafinowany sposób do tego domu, aby nas zabić. Chciano nas otruć, a gdy się to nie udało, postanowiono nas zdławić inaczej. Usiłowano mnie przebić i zastrzelić. Czy to dziwne, że nas czterech, którzy co chwila we dnie i w nocy śmierci zaglądaliśmy w oczy, porwało rozgoryczenie? W pewnych warunkach musieliśmy się wyrzec pomocy władz i zdać się wyłącznie na siebie samych. Jaka kara mogła dorównać wymierzonym przeciwko nam zamachom? Czy to było okrucieństwem, lub krwi chciwością, że tym łotrom, kiedy się dostali w nasze ręce, chcieliśmy dać po kilka kijów? Myślę, że nie! Co więcej, mam to przekonanie, że postępowaliśmy zbyt łagodnie i pobłażliwie.
Któżby nas zato potępił, że Habulam musiał się teraz kilka minut pomęczyć? Miałem przytem na oku cel dobry. Niech, kto chce, mówi o gwałcie, dokuczaniu i o czemkolwiek, niech twierdzi, że wedle naszego kodeksu byłbym ukarany. Nie uczyniliśmy tego w cywilizowanej części Europy, liczyliśmy się z danemi okolicznościami. To też do dziś dnia nie robię sobie wyrzutów z powodu ówczesnego postępku.
— Czy chcesz zapłacić więcej? — spytał Halef. — Ileż?
— Trzysta... — a gdy Halef ponownie się zamierzył dodał czemprędzej — czterysta, pięćset piastrów! Nie mam więcej jak pięćset.
— Ha — rzekł hadżi — skoro nie masz, to musisz przyjąć dar gniewu. Jesteśmy, co prawda, bogatsi