Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/324

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   304   —

— Gorszych rzeczy nie spodziewamy się tak z tobą, jak bez ciebie. Czy znasz panujące tu prawa krwawej zemsty?
— Znam.
— Czy to prawda istotnie, że ten spór ustał?
— To prawda napewne, dopóki czekan nie będzie zwrócony. Odnosi się to jednak jedynie do krwawego odwetu, do niczego więcej.
— Jak to pojmujesz?
— Może was naprzykład napaść, by was ograbić i zabić przytem. W takim razie zabiłby was dla rabunku, nie z zemsty.
— Allah jest wielki, ale rzetelność wasza tutaj jest mała — odparł Halef. — Jaką korzyść mieć będzie mój sąsiad, jeśli przyrzeknę nie kraść mu harbuzów, a następnej nocy pozabieram melony? Jesteście łajdaki wszyscy razem!
Przerwałem tę rozmowę pytaniem:
— Jak daleko jeszcze do Jersely?
— Mała godzinka.
— Więc możemy się tam zatrzymać, aby się posilić. Czy jest tam chan?
— Tak, znam gospodarza.
— A gdzie radzisz nam noc przepędzić?
— W Kilissely; znam tamtejszego gospodarza.
— Jak tam daleko?
— Z Jersely cztery dobre godziny.
— Czemu tę właśnie wieś wybierasz?
— To bardzo piękna miejscowość, położona w dolinie Mustafy, gdzie obficie i tanio można dostać wszystkiego, czego dusza zapragnie.
— A jak daleko stamtąd do Uskub?
— Ośm godzin.
— Dobrze, zostaniemy w Kilissely.
Krawiec jechał przodem jako przewodnik, nie troszcząc się o nas zupełnie. Ponieważ Osko i Omar byli tuż za nim, mogłem o nim pomówić z Halefem, nie podsłuchiwany przez niego.