Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   44   —

— Cztery. Trzyma je zazwyczaj w ogrodzeniu, żeby przebywały na wolnem powietrzu.
— Jakiej są maści?
— Czarne, bo ma upodobanie do karych. Nieprawdaż, baszo?
— Co tych ludzi moje konie obchodzą! — odparł zapytany.
— Bardzo wiele. Ty sam także to odgadujesz. Dopomogłeś końmi uciekającym, a ponieważ mieli powody do tego, żeby zmienić maść koni dotychczasowych, musiałeś im pewnie dać inne. Będzie to bardzo dobre dla ciebie, jeśli okaże się, że jesteś w posiadaniu wszystkich koni. Tu niema już co ratować. Stara chata spłonęła i niebawem zrobi się całkiem ciemno. Stary Mibarek był na tyle rozumny, że podpalił ją przed swojem odejściem, bo moglibyśmy tam znaleźć dowody czynów niedobrych. Miał nawet przygotowany proch na podpalenie lub wysadzenie w powietrze. Było to waryactwem ze strony kodży baszy twierdzić, że to myśmy ją podpalili. Nam właśnie mogło na tem zależeć, żeby ją zachować nietkniętą. Udajmy się teraz do sądowego budynku, by się przekonać, że więźniów niema istotnie.
Zabierając się do odejścia, ujrzałem, że Halef poskoczył naprzód czemprędzej, a zaraz potem doszedł z drogi głos jego:
— Stój! W przeciwnym razie pchnę ci nóż między żebra!
— Puść mnie! — zabrzmiał inny głos. — Co ja mam z tobą do czynienia?
— Nic, ale ja z tobą tem więcej. Jesteś uwięziony.
— Oho!
— Tak, a jeśli się nie poddasz, to jest tu bicz, który parobek łatwo może poznać, skoro już pan skosztował jego pieszczot.
Aha! Parobek chciał pewnie pośpieszyć, aby przed nami dostać się do domu kodży baszy w celu ostrzeżenia i przygotowania rodziny. Wzięto go w środek, jak jego pana.