Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   43   —

Zresztą w mojej ojczyźnie każde dziecko poznałoby nieostrożność kodży baszy.
W takim razie opatrzył Allah wasze strony większym rozumem, niż nasze.
— Ale uznajesz chyba, że mam słuszność?
— Tak; ponieważ wskazał to miejsce, więc musi pamiętać, że kaftan tam uszkodzono. Co ty na to, kodża baszo
— Nic nie odpowiadam — odparł zapytany. — Jestem zbyt dumny, żebym miał dłużej obcować z człowiekiem takim jak ten cudzoziemiec.
— Ale postawa twoja nie jest dumna bynajmniej. Co tam robisz rękoma za sobą? — spytałem go z uśmiechem.
— Milcz! — krzyknął na mnie gniewnie. — Przyjdzie na ciebie jeszcze wielki ból i po długich latach wspominać będziesz skutki swego oszczerstwa. Czyż nie widzisz, że mój kaftan wcale nie je st podarty?
— Zapewne, przekonywam się jednak zarazem, że to jest inny kaftan. Ten, który miałeś dzisiaj przedtem na sobie, był starszy od tego.
— Mam tylko ten jeden.
— Zobaczymy!
— Tak, kodża basza ma tylko ten jeden kaftan — potwierdził parobek.
— Masz wtedy się odzywać, kiedy cię zapytają — pouczyłem go, a zwracając się do prokuratora, pytałem dalej:
— Nie wiesz przypadkiem, ile kaftanów ma kodża basza?
— Nie, effendi. Kto się troszczy o suknie drugiego?
— Ale wiesz chyba, gdzie zaprowadził konie tych trzech zbrodniarzy? Ja pozostawiłem je u niego.
— Do swojej stajni.
— Czy on także ma konie?
— Tak.
— Ile?