Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   42   —

wodziłoby się owej osobie, od której się dowiedziałem o wszystkiem. Lepiej więc nie wymieniać jej nazwiska.
— Ale w takim razie nie możesz udowodnić tego, co utrzymujesz.
— Owszem! Pieniądze, które wziął kodża basza, znajdą się u niego w kieszeni lub w domu, że zaś był tutaj i że mi się z rąk wyrwał, tego także dowieść nie trudno; zostawił mi w ręku kawałek kaftana.
— To nieprawda! — zawołał oskarżony. — Popatrz tu! Czy brakuje którego kawałka?
Wskazał przytem obu rękoma na miejsca, za które go schwyciłem. Kaftan był nienaruszony.
— A widzisz, że jesteś w błędzie! — zauważył prokurator.
— Żartujesz. — rzekłem z uśmiechem.
— Jakto? — zapytał zdumiony.
— Z rozumnego wyrazu twej twarzy wnioskuję, że poznałeś, w jaki sposób zdradził się teraz kodża basza.
— Zdradził?
— Tak. Chce być naczelnikiem małżonków, a popełnia błędy początkującego zbrodniarza. Czy widziałeś, gdzie wskazał na swój kaftan?
— Oczywiście!
— No gdzie?
— W górze na piersi tu na lewo!
— A czy ja przyznałem się, skąd wyrwałem ten kawałek kaftana?
— Nie, effendi.
— Stamtąd właśnie, gdzie on pokazał. A skąd on wie o tem?
Przedstawiciel prawa spojrzał na mnie stropiony i zapytał:
— Effendi, czy jesteś może naczelnikiem policyi?
— Czemu tak pytasz? — Bo tylko taki wysoki urzędnik może myśleć tak bystro.
— Mylisz się. Nie mieszkam w kraju padyszacha.