Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   45   —

Po raz wtóry ruszył z góry ten szczególny pochód. Kilku ludzi niosło płonące głownie, aby drogę oświetlić. Wszyscy mieszkańcy byli zaalarmowani i kiedy doszliśmy do dziedzińca, było na nim prawie tak pełno, jak wieczorem.
Więzienie było oczywiście puste. Konie zbiegów stały w starej, walącej się stajni, ale karych kodży baszy brakło. Obaj parobcy oświadczyli, że zniknęły w ten sam zagadkowy sposób, co zbrodniarze.
— Teraz zobaczymy, czy tak samo znajdziemy pieniądze i kaftan kodży baszy — rzekłem do prokuratora.
— Gdzie ich chcesz szukać?
— U jego żony.
— Ona się wyprze.
— Zobaczymy. Zależy wiele od tonu, w którym się przemówi. Chodź ze mną do środka! Weszliśmy do wnętrza domu, na co dotychczas nie daliśmy pozwolenia nikomu, a tem mniej samemu właścicielowi. Prokurator znał dom, poszedł w ciemności naprzód i pchnął jedne z drzwi. Wiodły one do małej izby, zawierającej stół i kilka stołków drewnianych. Wzdłuż ściany ciągnęła się długa poduszka, przeznaczona dla siadających po wschodniemu.
Na stole stał gliniany kaganek, a obok siedziała stara kobieta.
— Oto żona — rzekł prokurator.
Twarz jej zwróciła się ku nam trwożnie. Przystąpiłem do niej, stuknąłem głośno kolbą w podłogę i zapytałem szorstko:
— Jaszly kaftani zenin kodżanyn werde — gdzie stary kaftan twojego męża?
Jeśli nawet przygotowała się do kłamstwa, to ton mego pytania stropił ją całkiem. Odpowiedziała, wskazując na drugie drzwi:
— Zandykda — w skrzyni.
— Onu getir — przynieś go!
Wyszła temi drzwiami. Dał się słyszeć odgłos spadającego wieka, poczem kobieta wróciła z żądaną czę-