Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/263

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   245   —

Równocześnie oderwała się od ciemnych drzwi przeciwległego domu rzeźnika jakaś postać i popędziła za Halefem.
Czyby to był nieprzyjaciel? Złożyłem się sztućcem, gdy w tem zobaczyłem człowieka, przelatującego przez bramę. Przy świetle ognia poznać go było można dokładnie.
— Manach el Barsza! — ryknął za nim Halef.
Ja się także nie pomyliłem co do niego i w tej samej chwili ujrzałem hadżego znikającego za bramą. Wy mierzyłem w wązki pas oświetlony, przez który przebiec musiał trzeci z nich, ścigający Halefa.
Za chwilę ukazała się postać jego w świetle. Był tak samo odziany jak rzeźnik. Gdy nadbiegł mi przed muszkę, wypaliłem, jednak chybiłem. Mając zewnątrz tylko lewą rękę, musiałem mierzyć i strzelać lewą. Niech mi kto w nocy, a do tego w tak niewygodnej postawie, bałamucony migotliwym blaskiem ognia, ze strzelbą przy lewym policzku i zamkniętem prawem okiem, celnie wystrzeli! Było to prawie niemożliwe.
Oczywiście natychmiast się cofnąłem do izby i rozkazałem Osce i Omarowi:
— Prędko za nimi! Przez izbę i dziedziniec w prawo ulicą! Halef pomiędzy dwoma! W tej chwili padło kilka strzałów pistoletowych Obaj porwali za flinty.
— Nie strzelby! Tam tylko nożami i pistoletami trzeba walczyć! Precz, precz, co prędzej! Na to wybiegli obaj z izby. Nie mogłem niestety podążyć za nimi. W stanie mej bezsilności zmuszony byłem pozostać.
Gospodarz siedział jeszcze na krześle, jak skamieniały. Jak mu z rąk sztuciec wyrwałem, tak je wciąż jeszcze trzymał. Od okrzyku Oski nie poruszył się dotąd i nie wyrzekł ani słowa.
— Ef-ef-effen-ndi! — wyjąkał teraz. — Cóż to znów było?
— Wszak to widziałeś i słyszałeś!
— Strze—strzelono!