Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/264

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   246   —

Pochwyciłem go za ramię i potrząsłem nim.
— Człowiecze, przyjdźże do siebie! Zesztywniałeś całkiem ze strachu!
— To na mnie było?
— Nie, na mnie.
— Myślałem, bo — bo wam dopomagałem, że mnie chcieli zamordować.
— Nie, twoje drogie życie nie było w niebezpieczeństwie, lecz moje. Ale zamknij okiennicę; nie dawajmy nikomu sposobności do ponownego mierzenia do nas.
Chwiał się, wykonując to polecenie. Tchórzem nie był z pewnością, ale szybkość, z jaką się działo to wszystko, pozbawiła go przytomności umysłu. Zamknąwszy okiennice, opadł z powrotem na krzesło, ja zaś zapaliłem znów fajkę.
— Ty palisz, effendi? — spytał zdumiony — A ci tam walczą na dworze!
— Czyż zdolny jestem pomóc im? Gdybyś był zuch, pośpieszyłbyś za nimi.
— Dziękuję. To mnie nic nie obchodzi.
— A więc pal także!
— Cały się jeszcze trzęsę. Ta stara rusznica grzmiała jak armata.
— Tak, ma rzeczywiście bas trochę mocny, ta poczciwa matrona. Nabijmy zaraz. Widziałeś, jak to jest dobrze. Gdyby nie była nabita, nie wyglądałbym obecnie zbyt ponętnie.
— Miałbyś był przecież ten sztuciec!
— Ty trzymałeś go w ręku, podczas gdy ona leżała mi wygodnie do strzału. Nie wiem zresztą, czy kula ze sztućca wywołałaby tak samo silny skutek.
— Strzelałeś przecież do mordercy!
— Nie. Nie widziałem go ani odrobiny, tylko wylot jego strzelby. Mierzył do mnie wprost w czoło. Nie było nic innego do zrobienia, jak podrzucić strzałem jego lufę i to mi się udało.
Na dziedzińcu powstało między kobietami i dziećmi wielkie zaniepokojenie. Słyszano strzały i widziano ludzi,