Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/327

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   305   —

— Zihdi — rzekł Halef z zaciekawieniem — ty sądzisz także, że to Suef?
Skinąłem tylko głową, on zaś pytał w dalszym ciągu, mrugając do mnie z boku:
— Ale dotrzymasz słowa co do owych pięćdziesięciu batów?
— Dostanie je, ale nie teraz.
— A zasłużył na nie uczciwie. Zdziwiłem się, że powiedziałeś mu tyle, chociaż wiesz, że jest po stronie naszych wrogów.
— Zrobiłem to umyślnie.
— Tak, ty masz zawsze swoje tajemnicze zamiary. Ty patrzysz dalej, niż my i dlatego udajesz, że darzysz zaufaniem krawca. Ja natomiast kazałbym go dobrze oćwiczyć i zostawić na los szczęścia.
— I zebrałbyś liche owoce. Dopóki będzie z nami, będziemy wiedzieli, co zamierzają jego sprzymierzeńcy. Dziś wieczorem wykonają napad, który uważają za ostatni, bo spodziewają się, że będzie skuteczny. Dziś mają wymordować nas wszystkich. W jaki sposób, tego nie wiem jeszcze.
— Ale dowiemy się o tem.
— Oczywiście! Za pośrednictwem krawca. Musimy go skrycie obserwować, żeby się nie połapał, bo miałby się na baczności. Z jego postępowania będziemy mogli wnosić, co się ma stać.
— Będę miał oczy bardzo otwarte.
— Proszę cię też o to, bo sam nie zdołam troszczyć się o wszystko. Nie będę mógł z powodu nogi wychodzić z pokoju. Co się będzie zewnątrz działo, na to wy trzej uważajcie. Musimy się przedewszystkiem dowiedzieć, gdzie są obaj Aladży, Barud i reszta i gdzie się chcą z krawcem rozmówić, oraz kiedy i gdzie mamy ponieść śmierć z ich ręki.
— Zihdi, tu trzeba wiele wywąchać. Czy Aladży także tam będą? Wszak jechali przez Engely!
— Z Engely do Kilissely mogą się udać gościńcem Istibsko-uskubskim. Będą tam już przed nami. Idzie o to,