Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/274

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   256   —

— Nie ślady, lecz ich samych.
— Ach! A gdzież to?
— Na końcu wsi, na koniach, dwu z prawej, a dwu z lewej strony drogi, a Mibarek był z nimi. Przeszliśmy obok nich z muzyką janczarską. To nie żart zabrać dwa trupy nocą z ciemnego lasu. Leżą w pierwszym pokoju.
Wskazał reką przez drzwi, ja zaś odrzekłem:
— Wszystko, co mi barwnie przedstawiłeś, wiedziałem już przedtem. Ponieważ jednak wyznałeś prawdę nareszcie, nie pozbawię was uczty.
— A kto skórki otrzyma?
— Kto we wsi najuboższy?
— Rębacz Chasna, który stoi tam w tyle z siekierą.
— On je dostanie. Zabierzcie tylko trupy i każcie przynieść arpa suju!
Rozkaz ten powitano z radością. Przyniesiono wielkie, grubobrzuszne dzbany, napełnione piwem. Ponieważ Turek nie znał przedtem piwa, nie umie przeto odpowiednio go określić. Używa albo czeskiego słowa „piwo“, albo wspomnianego już kilkakrotnie opisania. Arpa znaczy jęczmień, su woda, a dodatek ju oznacza drugi przypadek. Arpa suju znaczy zatem dosłownie woda jęczmienia — określenie nie bardzo zapraszające.
Gdy każdy z wojowników starał się o jakieś naczynie do picia, ja wziąłem na bok policyanta i spytałem:
— Gdzie zaniesiecie zwłoki rzeźnika?
— Do jego mieszkania.
— A ty będziesz towarzyszył?
— Nietylko będę towarzyszył, lecz poprowadzę pochód, bo jestem prawą ręką ustawy.
— Dam ci więc polecenie. Przekonałem się, że jesteś mądrym i sumiennym dyplomatą i że potrafisz dobrze się zabrać do rzeczy. Słuchaj więc! Chciałbym, żebyś zobaczył brata rzeźnika.
— Wszak to bardzo łatwo.
— Kto wie. Może mieć powody do tego, żeby się nie pokazywać.