Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/286

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   268   —

Nie zachował kierunku do Warcy, lecz ruszył za biegiem rzeki aż do złączenia się jej z Bregalnicą, następnie jeszcze kawałek dalej i zwrócił się potem ku stromym zboczom, na których spoczywa płaskowyż Jersely.
Posuwałem się za nim ostrożnie z dalekowidzem w ręku. Kary niósł mnie tak miękko, że mogłem przez szkła widzieć ciągle ów mały punkt, który tworzył jeździec.
Jechaliśmy drogą, wiodącą przez Karanorman do Warcy, po czem podążyłem za nim przez otwartą łąkę, pokrytą kępami zarośli. Tu niepodobna było już mieć go ciągle na oku, bo wsuwały się pomiędzy nas kępy. Musiałem trzymać się jego śladu, dość wyraźnego.
Po lewej ręce opadały nieco strome zbocza, ku którym ślady prowadziły. Trawnik się skończył i ukazały się jasne osypiska. Zarośla jednak ciągnęły się dalej. Szukanie śladów szło tutaj trudniej, ale mimo to ich nie zgubiłem. Znajdowałem się tuż pod zboczem, wzdłuż którego jechałem.
W tem szarpnąłem karego wstecz, gdyż tuż przed sobą usłyszałem parsknięcie konia, gdy miałem właśnie objechać zarośle. Wyjrzałem ostrożnie i spostrzegłem gniadego, przywiązanego do krzaku. W siodle nie było nikogo.
Ruszywszy koniem jeszcze o kilka kroków, ujrzałem Miridita, szukającego i przyglądającego się ziemi dokładnie. Potem poszedł on dalej i zniknął za krzakiem.
Kogo i czego on szukał? Chętnie byłbym się dowiedział o tem, ale nie mogłem go podsłuchać, gdyż na koniu bałem się za nim podejść, boby mnie bezwarunkowo zauważył, a pieszo teżby się było nie udało, bo kulałem i chodzić nie mogłem.
Ale jedno było wykonalne, jeśli mi na to czasu starczyło: unieszkodliwić jego strzelbę. Wisiała u siodła. Brakło wprawdzie czasu na to, by wyjąć kulę, ale były jeszcze inne sposoby. Gdyby mnie zaś przy tem zaskoczył, to miałem nad nim więcej niż przewagę, jeśli