Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/73

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   63   —

się o nic więcej. Ile czasu potrzeba, by dostać się do tych okolic?
— Gdyby nas nic nie wstrzymało, jechalibyśmy razem jeszcze z tydzień, zanim stanęlibyśmy nad morzem.
— A potem?
— Potem rozłąka.
— O zihdi, już tak prędko?
— Niestety! Ty wrócisz statkiem do Stambułu i Egiptu, a stamtąd do plemienia twojej Hanneh, ja zaś na północ, do kraju, który ci się tak mało podoba, który jednak polubiłbyś, gdybyś miał sposobność go poznać.
— Nie przypuszczałem, że to tak prędko nastąpi, ale sądzę, że jest jeszcze jedna pociecha.
— Jaka?
— Że nie pojedziemy tak szybko. Ci czterej, którzy uciekają przed nami, sprawią nam jeszcze nie mało kłopotu.
— I ja tak myślę, zwłaszcza że dodać do tego należy jeszcze obu Aladżych.
— Srokaczy? Czy dowiedziałeś się o nich czegoś nowego?
Powtórzyłem mu wiadomość, udzieloną mi przez osławionego prokuratora i wspomniałem, że go teraz ten zabobonny człowiek uważa za takiego, którego się kule nie imają.
— Zihdi, to może być dla mnie bardzo niebezpiecznem.
— O, nie.
— Na pewno! Co będzie, jeśli mi ten człowiek wpakuje kulę w głowę na próbę?
— Zaniecha tego, bo obawia się twojego noża.
— To prawda. Zresztą nie zostaniemy już długo tutaj, a ja będę się strzegł. Ubawiłbym się jednak, gdyby nam udało się go oszukać.
— Myślałem już o tem także. Przyniosłoby to nam wielką korzyść.
— Sądzisz?
— Tak. Nasi wrogowie każą pewnie na nas tutaj