Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   64   —

uważać i zdałoby się, żeby chociaż jeden z nas, albo dwu uchodziło za odpornych na działanie kul.
— Czy to się nie da zrobić, effendi?
Hadżego ta myśl tak zelektryzowała, że usiadł na łóżku.
— Hm! Może — odpowiedziałem.
— Nie mów: może! Znam ciebie. Ilekroć odzywasz się w tym tonie, masz zawsze coś pewnego na myśli, albo coś już postanowiłeś. Czy nie możnaby użyć tu jakiej sztuczki kuglarskiej?
— Nawet kilku.
— Powiedz, jakich.
— Możnaby strzelbę nabić sporządzonym w tym celu nabojem, ale to nic nie warte, gdyż wzbudziłoby podejrzenie.
— Jak się to urządza?
— Nabija się strzelbę, pokazawszy wpierw kulę. Zawijając ją w plaster, wpuszcza się ją do rękawa, a do lufy wsadza się tylko pakuł. Ale kula może paść obok, a wówczas zamiar oszustwa wyszedłby na jaw.
— Nie, to do niczego nie doprowadzi! Ten, do którego mają strzelać, nie powinien sam nabijać. To rzecz niedowiarka. Żaden z widzów nie śmie wątpić, czy w lufie tkwi rzeczywiście kula, i ona musi tam być istotnie. Czy to możliwe?
— Owszem, możliwe.
— Trzebaby mieć pancerz.
— Zdradziłby go odgłos uderzenia. A coby się stało, gdyby pancerz był licho wykonany?
— O Allah! Wówczas pożegnałby się z tym światem twój biedny, poczciwy Halef!
— Pewnie, a do tego ja nie dopuszczę.
— A jednak ty masz jeszcze środek; czytam to z twoich oczu.
— Znam środek, ale nie wiem, czy go tutaj dostanie.
— Co takiego? Są dwa metale, które, zmieszane odpowiednio,