Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/253

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   235   —

— Niechaj policyant powie ludziom, że dostaną arpa suju i raki do tego, jeśli uczynią rzeczywiście to, czego się od nich żąda.
— Na to podniósł policyant kij jak do przysięgi i zawołał:
— Panie, dobroć twoja jest wielka, a my będziemy bić się i walczyć jak na wyprawie przeciwko niewiernym.
— Więc wiesz już, o co chodzi?
— Tak, kiaja, mój pan i władca uznał mnie godnym zaufania i wyjawił mi.
— Ale ty nic o tem nie wspomnisz?
— Ani słowa! Usta moje będą jako księga o siedmiu pieczęciach, w której kartek przewracać nie można i jako żelazna skrzynia, od której klucz się zagubił.
— Radzę ci, żeby tak było. A teraz śpiesz się!
— Polecę, jako myśl, która ziemię obiega w sekundzie!
Obrócił się i wyszedł za drzwi krokiem miarowym i pełnym godności.
— Tu jeszcze się to nie zdarzyło — rzekł gospodarz. — Nikt nie ugaszcza wszystkich ze wsi, a już najmniej ktoś obcy. Panie, długo was będą sławić, a imię wasze zapamiętają na całe życie.
— Ile piwo będzie kosztować?
— Pięćdziesiąt piastrów.
— A ilu ludzi się zbierze?
— Około dwudziestu.
— A ile się tu płaci za tłuste koźlę?
— U nas są tańsze o wiele niż w Stambule, albo Edreneh, skąd właśnie przybywasz. Zapłacisz piętnaście piastrów.
— Możesz zatem ludziom oświadczyć, że, jeśli będą waleczni, upieką sobie na mój koszt na twym dziedzińcu dwa koźlęta na rożnie.
— Panie, ściągasz błogosławieństwo wsi na swą głowę! Ludzie będą...
— No, dobrze! — przerwałem mu. — Ty sam masz