Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/252

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   234   —

Objawił jeszcze mnóstwo wątpliwości, ale ja zostałem przy swem żądaniu. W końcu powiedział:
— No, ponieważ rozkazujesz tak surowo, zawołam mego policjanta i dam mu wyjaśnienia w twej obecności.
Gdy się oddalił, rzekł Halef:
— Nie pojmuję ciebie, zihdi. Czy sądzisz istotnie, że ci mili poddani sułtana złowią chociażby muchę?
— Nie chcą tylko zażartować. Podróżuję, aby poznać kraje i ludzi. Mam ochotą zobaczyć razem tutejszych mieszkańców, aby się przekonać, jak się bawią. Byliśmy dzisiaj w niebezpieczeństwie i należy nam się godzinka zabawy.
Towarzysze zgodzili się na to. Zdjęła ich ciekawość na to, jak będzie wyglądało zbrojne pospolite ruszenie, które się miało zebrać.
Po jakimś czasie wrócił gospodarz i sprowadził policyanta Nie robił on zbyt imponującego wrażenia. Miał wprawdzie okrutną brodę, ale reszta nie pozostawała z tem bynajmniej w harmonii. Wyglądał dość głodno, a ubranie jego składało się tylko ze spodni, sięgających do kolan i starej, podartej, bluzy. Obuwia nie miał żadnego, a na głowie chustkę bawełnianą taką, jakie u nas na jarmarku kupuje się, po dwie korony za tuzin. W ręku trzymał kij oliwny, grubości nogi dziecięcej opatrzony zamiast rękojeści sierpem. Naco? Jako broń? W takim razie był rzeczą bardzo niebezpieczną.
— Panie, oto mój policyant — rzekł kiaja. — Czy mu udzielisz instrukcyi?
— Nie, ty to uczyń! Jesteś przełożonym i masz wydawać rozkazy.
Dał mu rozkazy takie, jakie miałem na myśli. Następnie zapytałem gospodarza o zapas piwa.
— Wczoraj dopiero świeżego nagotowałem — odpowiedział. — Mógłbyś z towarzyszami pić przez cały tydzień.
— Czy mi je sprzedasz?
— Tak, ale naco ci tyle?