Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/251

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   233   —

— Przy pomocy mieszkańców Zbigancy, których zwołamy, aby przeciwko nim wyruszyć.
— Oni się od tego wyproszą!
— Bynajmniej. Czy nie widziałeś, że jestem pod opieką wielkorządcy?
— Jesteś niestety.
— Masz więc słuchać mojego nakazu. Jeśli się będziesz wzbraniał, oskarżę cię w Uskub.
— Panie, czy chcesz mnie unieszczęśliwić?
— Nie, pragnę tylko nakłonić cię do spełnienia powinności. Ci czterej rozbójnicy czekają tam na skraju zarośli. Nic łatwiejszego jak pojmać ich i uwięzić.
— O, mylisz się. Będą się bronić.
— Cóż to szkodzi?
Tak szeroko otworzył osłupiałe oczy, że Halef zaśmiał się głośno.
— Pytasz, co szkodzi? Może nic? — zawołał kiaja. — Nic nie szkodzi, że nas zabiją? Przeciwnie, ja nie znam większej szkody nad utratę życia.
— Ja także prawie tak sądzę. Należy jednak tak się wziąć do rzeczy, żeby wcale do tego nie doszło.
— Co począć?
— Pouczę o tem ludzi, skoro się zejdą.
— Nikt nie przyjdzie, gdy podam przyczynę wezwania.
— Tego ci właśnie nie wolno. Przyznasz, że według ustawy masz prawo i obowiązek powołać w takim wypadku do pomocy całą zdolną do walki ludność.
— Tak, przysługuje mi to prawo.
— A oni muszą ci być posłuszni.
— Bezwarunkowo.
— A zatem zapowiesz im, żeby się tu w twej pierwszej izbie stawili — z bronią w ręku. Gdy się wszyscy zgromadzą, przedstawię im sam cel wyprawy. Przemówię do nich w ten sposób, że będą dumni z wyruszenia przeciwko tym złoczyńcom.
— W to nie wierzę.
— Napewno.