Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/250

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   232   —

szym nieprzyjaciołom. Nie uczyniłem tego, by ci się nie naprzykrzać, oraz dlatego że wiedziałem, iż sami oddalimy od siebie grożące niebezpieczeństwo. Tak samo i w dalszym ciągu obędziemy się bez cudzej rady i poparcia. Wszak to przez ciebie znaleźliśmy się w tak krytycznem położeniu.
— Jakto? — zapytał.
— Bo zapewniłeś nas, że nikt obcy nie przyjechał do rzeźnika, a tymczasem oni byli tu już przed nami.
— Nie wiedziałem o tem, bo do wsi nie przybyli. Czurak spotkał się z nimi zapewne na polu. Powiedziałem ci przecież, że wrócił do domu na koniu. Widział się tam z nimi i umówił.
— To prawdopodobne. Nie opuszczam więc dzisiaj Zbigancy i przenocuję u ciebie. Co poczniesz z owymi trzema, których zamknęliśmy w leśnej chacie?
Poskrobał się znów za uchem.
— Panie daj mi z tem wszystkiem pokój!
— Niestety, trudno. Nie mogą przecież tam zostać. Żądam, żebyś wieczorem jeszcze pojmał Mibareka. Trupa można ostatecznie stamtąd nie ruszać.
— Ale co ja z nim zrobię?
— Zamkniesz go tu, dopóki nie odstawimy go jutro do Uskub.
— Wszystkie dobre duchy, polecam się wam! Aladży przypuszczą szturm do mego domu!
— My pomożemy ci w obronie.
— A potem wywrą na mnie zemstę!
— Coza tchórzostwo!
— Tak, zapewne! Wam nic nie grozi. Pojedziecie i nie wrócicie już więcej. A na mnie spadnie potem cała burza.
— Aladży nic ci nie zaszkodzą, gdyż zaprowadzimy ich jutro także do Uskub, razem z Manachem el Barsza i z Hamdem el Amazat w dodatku.
— Czy masz ich już w ręku?
— Nie, ale zaraz ich schwytamy.
— Jak?