Przejdź do zawartości

Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/254

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.
—   236   —

tłuste koźlęta. Wyszukaj dwa i postaraj się, żebyśmy także dostali porządną wieczerzę.
 — Będziesz ze mnie zadowolony. Zajmę się wami, jak gdybym kalifa przyjmował.
 Wybiegł.
 — Teraz ma dobry humor! — zaśmiał się Osko.
 — Tak, ale mnie nie podoba się ta wesołość. Nie obawia się już widocznie o życie i dobro swych mężnych ludzi. To mi jest podejrzane. Zarządził coś — co bezpieczeństwo zapewni jemu i tamtym się nic nie stenie.
 — Ale nam przecież szkody nie wyrządzi!
 — To niemożliwe. Odpędzi tylko naszych nieprzyjaciół. To jedynie mógł zrobić.
 Minęło dużo czasu, zanim nadciągnął pierwszy bohater zbrojny. Gospodarz zamknął drzwi do przedniej izby i oznajmił:
 — Effendi, zaczynają się już schodzić. Czy każesz im już podać arpa suju?
 — Nie. Najpierw muszą złożyć dowody męstwa.
 Powoli nadeszli i inni. Każdy wchodzący stawał w drzwiach, kłaniał się i spozierał na nas z zaciekawieniem.
 Ale w tych spojrzeniach odbijało się coś więcej prócz prostej ciekawości i zadowolenia z uczty, która ich czekała. Były to oczy tak chytre! Ci ludzie posiadali jakąś tajemnicę, która im radość sprawiała. Wszyscy byli uzbrojeni w strzelby, pistolety, szable, noże, sierpy i inne narzędzia.
 Niebawem usłyszeliśmy głośny gromadny okrzyk wojowników. Ujrzeliśmy policyanta na czele kilku ludzi także uzbrojonych. Każdy z nich miał przy sobie oprócz tego jakiś muzyczny instrument.
 Wszedł ostro, po wojskowemu i z postawą, pełną godności, a reszta za nim,
 — Panie — oznajmił — wojownicy już zebrani i czekają na rozkazy.

 — Dobrze! Jakichże ludzi ty przyprowadzasz?