Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/230

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   214   —

— Teraz: „raz!“
Huknął strzał. Nad nami krzyknął ktoś z przerażenia i bolu.
— Allah! Oni strzelają!
To nie był głos rzeźnika, lecz tego drugiego, który siedział na części powały, złożonej z okrąglaków. Zwróciłem wylot lufy tam, gdzie się okrąglaki stykały. Tu kula nie musiała przebijać się przez grube drzewo, lecz przez stykające się brzegi.
— „Dwa!“
Zabrzmiał drugi wystrzał z rusznicy, tak silny w tem zamkniętem miejscu jak strzał armatni.
— O Allah, Allah! — krzyknął trafiony. — Jestem raniony! Zginąłem!
Rzeźnik nic nie powiedział. Usłyszałem tylko jego okrzyk boleści, a zresztą ani słowa. Dał się słyszeć cichy jęk.
— Osko, czy ci za ciężko? — spytałem.
— Tak, coraz ciężej.
— To wypocznijmy! Mamy czas.
Gdy usiadłem znowu na ziemi, a obok mnie towarzysze, rzekł Halef:
— Tak, zihdi, to istotnie prośba, której się oprzeć nie można. Czy trafiłeś?
— Dwukrotnie. Rzeźnik, jak się zdaje, nie żyje. Kula przeszyła mu prawdopodobnie mięśnie „sławetnego siedzenia“. Drugi tylko zraniony.
— Kto to mógł być?
— Prawdopodobnie dozorca więzień. Gdyby to był kto inny, poznałbym go po głosie. On jednak mówił wogóle tak mało, że nie mogę sobie głosu jego przypomnieć.
— Sądzisz więc, że tam się już nikt nie ustawi.
— Trzeci nie popełni już tego głupstwa, bo przypłaciłby to życiem.
— Ale jak wieko otworzymy? To główna sprawa.
— Odstrzelę żelazne okucie. Wystarczy kilka dobrych strzałów w końce, którymi trzyma się drzewa. Nabiję dwoma kulami, to nie wytrzyma z pewnością.