Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/229

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   213   —

po zewnętrznej stronie rygiel. Oba końce skobla przeszły przez deskę i były zagięte tak, że zaczepiały o drzewo.
Opukałem to palcem. Odgłos uderzeń świadczył o tem, że deski miały najwyżej dwa cale grubości. Na pukanie odezwała się teraz także odpowiedź:
— Słyszysz? Są tutaj znowu. Gdyby nawet wieko podważyli, musieliby mnie podnieść.
Znajdując się teraz bliżej mówiącego, rozpoznałem dokładnie głos rzeźnika. Ze słów jego i z brzmienia głosu wywnioskowałem, że siedział na wieku. Była to nieostrożność, której nie powinien był dopuścić się zbój.
Zaśmiał się szyderczo. Zawtórował mu śmiech drugi, poczem padły słowa następujące:
— Tym myszom nie uda się chyba tak umknąć, bo koty siedzą przed dziurą.
Nie poznałem tego głosu, ale słyszałem, że ten, który go wydał, siedział obok wieka, mniej więcej tam, gdzie znajdowała się moja głowa.
— Czy słyszysz? — zapytał Halef — są jeszcze. Poproś ich teraz, żeby odeszli. Ciekaw jestem, jak się do tego zabierzesz.
— Zaraz usłyszysz. Podaj mi strzelbę; niech mi ją oni obaj podadzą.
— Ach, teraz rozumiem. A którą?
— Starą rusznicę.
Powiedziałem to oczywiście pocichu, aby nie zwrócić uwagi dozorców, czuwających nademną. Halef dał strzelbę Osce, który znowu podał ją Omarowi.
— A teraz uważaj, Omarze! — szepnąłem. — Brak mi tu na górze miejsca do złożenia się strzelbą; mogę tylko trzymać lufy w kierunku, w którym kule pójść mają. Powiem „raz, dwa“. Ty weźmiesz kolbę w obie ręce. Na komendę „raz“, wypalisz z prawej lufy, a potem skoro wymierzę, na komendę „dwa“ z lewej. Rozumiesz?
— Tak, panie!
Trzymając w ręku dwururkę, wycelowałem na środek wieka tam, gdzie siedział rzeźnik.