Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/228

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   212   —

— Słuchajcie! Są pod nami u drzwi zapadowych.
Nastąpiło pytanie:
— Czy rygiel zasunięty?
— Naturalnie!
— Zatem nie przejdą. Wyleźli pewnie jeden na drugiego.
— Tak, robią sztuki. Jak przyjdzie głód, to się dopiero zaczną gimnastykować. Otworzyłbym drzwi chętnie.
— Stanowczo nie zgadzamy się na to!
— Przecież uderzyłbym ich kolbą po głowie!
— Na to zawsze jeszcze czas. Niech pukają.
— Czy słyszałeś, effendi? — zapytał Halef. — Czy mamy się dać pozabijać kolbami?
— Nie. Poprosimy tych panów, żeby tam od zapadu odeszli.
— Nie uczynią chyba tego.
— Prośba moja będzie nieodpartą. Zejdź, Halefie! Ja zajmę twoje miejsce.
Osko schylił się znowu powoli. Omar zlazł mu z pleców, a potem Halef zeskoczył z ramion Omara.
— No spocznijcie te ra z cokolwiek — powiedziałem — Jestem cięższy od Halefa i dłużej tam będę od niego.
Posiedzieliśmy kilka minut, poczem Omar wziął mnie na barki.
— Ale teraz podwójnie baczność, żeby nie upaść — ostrzegłem. — Wobec stanu mej nogi upadek byłby podwójnie niebezpieczny.
— Bez obawy, panie! — odparł Osko. — Będę stał jak pień. Szczelina jest na tyle wązka, że można się oprzeć łokciami po obu stronach. To pozwoli mi zachować należytą postawę.
Omar wylazł teraz we wskazany sposób na barki Oski. Ja byłem dłuższy od małego hadżego i nie potrzebowałem zbyt wyciągać rąk, aby wieka dosięgnąć. Dotknąłem go niemal głową, Mając przy sobie flaszeczkę, oświetliłem sobie deski. Na jednej z krawędzi tego wieka, wbity był skobel, przez który przechodził z pewnością