Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/334

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   312   —

— Miej się na baczności!
— Mów głośno, Anko. Ci trzej mogą wszystko słyszeć; to moi przyjaciele. Przed kim mam się strzec?
— Przed Muradem Habulam, moim panem.
— Więc ty służysz n niego?
— Tak, Janik także.
— Czy masz jaki powód do tej przestrogi?
— Godzą na wasze życie.
— Wiem już o tem. Czy potrafisz mi powiedzieć, jak to uczynią?
— Jeszcze nie. Podsłuchiwałam, a Janik także. Słyszeliśmy coś niecoś, z czego wnosimy, że ma was spotkać coś złego.
— Czy chcesz nas bronić?
— Chętnie, bardzo chętnie, bo jesteś moim współwiernym i widziałeś Ojca Świętego. Będę cię strzegła, choćby pan mój miał nas nawet napędzić.
— Jeśli to zrobi, to ja zajmę się wami.
— Naprawdę, effendi?
— Daję słowo.
— I dotrzymasz go, bo jesteś chrześcijanin. Nie mogę cię teraz już o niczem więcej pouczyć; nie mam czasu i muszę już iść do kuchni, bo pani wyjechała w odwiedziny do Uskub. Musiała jechać natychmiast, skoro tylko nadeszła wiadomość o waszem przybyciu. Strzeżcie się Humuna, naszego pana służącego i powiernika, który mnie nienawidzi, ponieważ Janik mi jest milszy od niego. Będziecie mieszkali w kulle jaszly anaja[1], a ja postaram się, żebyście dostawali wiadomości. Jeślibym sama nie mogła, przyślę do was Janika, któremu możecie ufać.
Powiedziała to z wielkim pośpiechem i popędziła do domu.

— Panie, co usłyszeliśmy tutaj! — rzekł Osko. — Coza niebezpieczeństwo nam grozi? Czy nielepiej byłoby pójść do oberży?

  1. Wieża pramatki.