Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/335

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   313   —

— Nie, tam groziłoby nam ta k samo i nie moglibyśmy się bronić. Tu zaś mamy pomocników i od nich się dowiemy, co czynić.
— Zihdi ma słuszność — potwierdził Halef. — Allah zesłał nam na obronę tę przyjaciółkę i jej narzeczonego. Chrześcijaństwo musi przecież być dobrem, skoro tak łączy serca odrazu. Ponieważ jestem muzułmanin, nie mogę być chrześcijaninem, ale gdybym nie był muzułmaninem, zostałbym wyznawcą Izy Ben Marryam[1]. Patrzcie, tam daje nam znaki ten zdrajca krawiec!
Doszliśmy do rogu muru ogrodowego i jechaliśmy wzdłuż jednej strony. W jednej z bram czekał na nas już krawiec.
— Chodźcie, chodźcie — wołał. — Przyjmą was chętnie, a pan czeka już na was!
— Czy nie może sam wyjść naprzeciw nas?
— Nie, on chory na nogi.
— A więc przeszkadzamy mu i nabawiamy kłopotu.
— Nie, on się cieszy, że ma ludzi w swej samotności, z którymi może pomówić. Najgorszą w jego chorobie jest nuda.
— No, na to można poradzić. Rozerwiemy go i damy mu zajęcie.


ROZDZIAŁ VI.
W wieży pramatki.

Wjechaliśmy przez bramę. Według opowiadania krawca i widoku z daleka spodziewaliśmy się budynku w stylu zamkowym. Ale jakże wyglądał z blizka!

Był istotnie wysoki i długi, ale napół rozpadły. Patrzyły na nas puste jamy okien, a dach był w wielu miejscach zniszczony. Tynk z muru dawno już opadł, a wzdłuż frontu leżał pył z cegieł, które się rozpadały pod wpływem działania powietrza.

  1. Jezusa, Syna Maryi.