Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/333

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   311   —

— Przy podarunku wcale się też tego nie żąda. Dodaj je do swoich oszczędności, lub poślij ojcu, który potrzebuje ich pewnie.
— Panie, słowo, które mówisz, jest dobre. Poślę to ojcu, a on modlić się będzie za ciebie do Matki Boskiej, chociaż ty jesteś muzułmanin.
— Nie jestem muzułmanin, lecz chrześcijanin.
— W takim razie cieszy mnie to jeszcze bardziej. Jestem kycyl elma katolika[1], a mój narzeczony jest tego samego wyznania.
— No, a ja byłem w Rzymie i widziałem baba mukkades[2], otoczonego wysokimi kardnalalar[3].
— O gdybyś mi to mógł opowiedzieć!
Życzenie to płynęło trochę z ciekawości kobiecej, ale wychodziło z dobrego serca. Czytałem to z jej otwartych, błyszczących oczu.
— Uczyniłbym to chętnie, ale nie zobaczę cię już prawdopodobnie.
— Jesteś tu obcy, jak widzę. Jak długo i gdzie chcesz tu pozostać?
— U Murada Habulam.
— Tanry walideji aziza — Święta Matko Boża — zawołała z przestrachem.
Przystąpiła do mnie pośpiesznie, pochwyciła pas od strzemienia i odezwała się głosem stłumionym:
— Czy to ty może jesteś effendim, oczekiwanym tu z trzema towarzyszami?
— Jestem effendi i mam trzech towarzyszy, ale czy mnie tu oczekują, tego już nie wiem.
— Czy przybywasz dzisiaj ze Zbigancy?
— Tak.
— Więc to ty jesteś.

Podniósłszy się na palcach, szepnęła mi jeszcze ciszej niż przedtem:

  1. Rzymska katoliczka.
  2. Ojciec święty.
  3. Kardynałowie.